– Jak to jest, panie Jaskier? Czy coś się zaczyna, czy coś się kończy?
– Nie wiem. Ale jeśli ja tego nie wiem, to nikt tego nie wie.
Wniosek: nic nigdy się nie kończy i nic się nie zaczyna.
A. Sapkowski
Wieczorami odpływam, gdzieś, gdzie nigdy nie powinno mnie być. A jednak idę. Płynę. Niesie mnie. Dźwięk. Struna. Światło księżyca. Pływam. Pływam, tam, gdzie nie powinno mnie być.
Coraz częściej zasłuchuję się w muzykę, zamiast w bicie serca, To dobre. Może smutne, ale dobre. Nie czuję przy sobie pulsu drugiego człowieka, ale czuję nuty. Odpływam. Niech cichną we mnie minione dni. Urojenia. Mam ciepły koc. Z wełny. Z wyprzedaży. I nie muszę nim dzielić się. Nie muszę nic.
Gdzie te chwile, kiedy nasze ciała toczyły rozmowę, a my tonęliśmy w swoich oczach? Czas zmienił parametry i wypadliśmy za burtę. Zmysłowość zastąpiona kromką z pasztetem. Tyle wystarczy, by cokolwiek poczuć. Zabić głód. I nie wyczyścić zębów nitka dentystyczną.
To smutne. Ale dobre. Nie trzymamy się kurczowo. Wokół za dużo jest przykurczy. Choć ból nie jest zły, jest rzeźbiarzem cudownych twarzy. Idealne lice modelek są odrażające szpitalną sterylizacją. Pociągają jak lukrowane pączki w pobliskiej piekarni. Jeden gryz. Na zaspokojenie. Za duża ilość mdli. I nie ma w tych twarzach zakrętów, które w załamaniach chowałyby nieznane światy. Bądź wulkany. Dżunglę ze strasznymi potworami, albo kawałki nieba. Albo okruszki pizzy.
Wprawdzie alkohol też mdli, ale jest za to cudowną trucizną. I rozpuszczalnikiem nadbagaży. Nic tak nie ciąży jak emocje. Alkohol jest żywicielem sarkazmu. Napici drwimy z tego co nas bolało. I rysujemy zajadle wszystko w krzywym zwierciadle, by później, nad ranem, uchachni, upodleni, wszystko zwymiotować do muszli. Poszło. Jedno pociągnięcie spłuczki i nie ma.
Mistrzowie teatru iluzji. Sami sobie klaszczemy. Na odwagę i wiarę.
Tylko tak trudno spotkać człowieka. Takie to trudne. Zgrać się spojrzeniem, tą ciekawością schowaną pod powiekami, która wystaje rąbkiem błyszczącego pantofla i kusi. Zastygnąć w odbiciu wystawy i odbitego buta.. I pójść na kawę. Rozmowa dwóch obcych zupełnie osób. O życiu tak. Czy sztuce japońskiej.
Albo tak wsiąść do pociągu i rozmawiać z pasażerami. Zaczepiać pytaniami.
Znaleźć wizjonera, który barwami oświetli studnię mroku. Nakreśli obrazy swoją interpretacją świata.
Biorę ołówki, kreślę linie. Poplątanie. To czas zamkniętych ramion. Zamkniętych drzwi. Obcy. Wszędzie obcy. Milczenie. Mur.
Zaciskam wargi. Nie wydobędzie się żadne słowo. Za dużo było powiedziane.
- Martwię się.
- Od kiedy?
"Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat."Bułhakow
Wyobraź sobie, że podchodzi do ciebie człowiek i mówi:
- Chcę tylko pogadać. Idziemy na piwo?
Co za nieludzkie zachowanie! Zboczeniec. Czego chce? Wymacać moją kartę kredytową czy szybki numerek w toalecie? Choć tłoczymy się na wspólnych płaszczyznach zainteresowań to jednak to nie to samo. Jak przysiąść na rynku pewnego miasta do chłopaka co gra na gitarze i nucić gdy on śpiewa. Uwiązani do własnych norm oddalamy się od siebie. Coraz bardziej.
Odpływam. Nie czując już nic. Poza muzyką, która brzmi w słuchawkach.
.


