Czasami poranki są tak ciężkie, ze wydaje się, ze świat będąc w agonalnej anoreksji, zanika, ale ciężar porzucony przez niego, zalega na ciele nie pozwalając zwlec się z łóżka. Trupi kochanek.
Albo są takie poranki, jakby samo życie zakradłszy sie cicho zaszywało powieki siadając przy tym, tą swoją chudą, ale jakże cięzka dupą, na klacie. Zniewolenie. Bez pocałunku, pieszczoty. Sadyzm, czysta forma sadyzmu. "Nie, nie patrz, bo wciaż jest to samo". Trywialne wytłumacznie niczym parawan dla zakrycia niewyobrażalnych cierpień. Ochrona przed monotonią. odwiecznym pieprzonym deja vu. Monotonia dnia ....wstać, nakrzyczeć, zorganizować, odprowadzić, wrócić, skonać, wskrzesić, przyprowadzić, być, być, ganiać, być, położyć, skonać. Dzień po dniu mija ....jakoś tak chujowo. Ale żyć trzeba. Nie wiem, wciąż, nie wiem po co ........A jednak wiem, lecz ciągle umniejszam swoją wagę. Bulimia wiary.
Oto kolejny paw mojej duszy. Zmagam się ze swoimi demonami. Na jesień poziom szlamu podnosi się wprostproporcjonalnie do zaniku słońca. Chmiel i winogrona wzrosły w promieniach. Sięgam po wino. Wino, by nie marniało, potrzebuje adoracji. Podnoszę lampkę, doceniam smak nie doceniając siebie. Ale winem nie jestem, marnieję. Zalegam w piwnicy swoich ułomności. A potem wychodzę, ale za to z jakim ubawem. Wysączone promienie ogrzewają mnie. Choć tyle, a jednak dużo- wciąż trwam.