niedziela, 8 stycznia 2017

fantazja

Dwunasta. Po co mam wstawać z łózka? Z miliona argumentów, które są niczym, jak tylko niczym czy też bzurdnymi myślami, wpadam na ostatni. Konkretny. Rzeczowy. Siku!!!!! 
I lęcę i sikam i pluję krwią. Z ust. Tych wyższych. Posmak zamienił się w real. Tfu. Nie czyni to ze mnie Norwida. Nie czyni ze mnie to nic poza poranionym kawałkiem mięsa.

"Skowronek śpiewał - ja o świcie wstałem,
I czułem życie, i życie kochałem;
Lecz teraz zgadnąć nie mogę, dlaczego
Cięży mi niesmak, dziwnie pomięszany,
Jak woń fijołka świeżo rozkwitłego

I pogrzebowych kadzideł tumany.


A szkoda. Napisałabym coś na rozerwanie dusz. Słowo, które nigdy nie zapomina się. Zamknąć swe życie w myśli jest wielką sztuką. Cogito ergo sum.

jestem złodziejem ludzkich snów
co noc robię w okna puk puk
i kradnę sny
i dziwie się jaki głupi jest ten lud
o ludzie, ty nie śnij, ty żyj!
powstań ludu! powstań!

Blaaaaaaaaaaaaaa

Ale mnie nie ma. Nic, więc nie napiszę, nic. Po co zresztą pisać, skoro tyle książek wala się w pudłach z przecenami, a ja i tak nie mam nic do powiedzenia.

Leżę. Jest dwunasta pięć. Nie zmienia się nic. Żadna energia ani chęć nie chcą do mnie przybyć. Sonata księżycowa przemawia do mnie jak nigdy. Lubię tą lekko płynącą nostalgię z nikłym blaskiem nadziei. Dobrze mi się przy tym rozpływa. Zamykam oczy. Beethoven stworzył ją nad węgierskim jeziorem. Milość go natchnęła. Ale nie oświadczył się. Choć pierwszy raz się zakochał. Zakochał się w wieku trzydziestu lat. Czasami trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić czy nie poddawać się rozsądkowi? Rozsądek to strach? A co by było gdyby jednak ożenił się i miał dzieci? Jakby wpłynęło to na jego twórczość i życie? A kiedy umierał rzekł,  podobno, tak rzekł: Plaudite, amici, comoedia finita est! - klaszczcie, przyjaciele, komedia skończona. 
Tak , to powinno być tez na moim nagrobku. 
Miłość. Natchnienie. Bzdura poetów. Iluzja. A raczej nie, nie, miłość to piękne, wytworne futerko do zaspokojania własnych potrzeb. Mufka! Tak miłość to mufka: jest gdzie ręce wsadzić i je ogrzać.

Skad we mnie tyle niechęci do chcenia, i tyle chcenia do niechęci? Zamykam oczy i widzę siebie, latająca, rozwalającą chmury, przestrzenie, jestem nie do złapania i nie do zdobycia. Niezniszczalny model. Otwieram oczy i co? Widzę małego, bezbronnego szczeniaka, który chowa się. Chowam się przed światem pod kołdrą. Nie wezmą mnie recę, które mnie głaszczą. Żadne, bo żadne nie głaszczą mnie. Nie chcę. Nadwrażlwiośc na dotyk. Żadnych przywiązań, uczuć. Nic. Wszystkie rany wylizane, tylko jeszcze ten żołądek krwawi. Tylko on. A potem przyjdzie wiosna i mnie swoimi barwmi rozbroi. Poszukam guza.
Przyszedł menszu. Wtulili się pytając czy zawsze musze być taka kopnięta. Mówię, by poszedł sobie.
- Rozwód.
- Ty weź.
- Nie, ty.
- Ty idz do mamusi.
- Ty idz do mamusi.
- Nie, bo ty.
- Nie, bo ty.
- Nie, ty.
- Nie, ty
- Chodź tu wariacie.
-Wilczek?
Zaśmiał się, załapał. Jednak po uchu nie lizał (film "Bociany"), a pocałował w policzek.
-Umieram? - zapytałam zaskoczona. 
Zamykam oczy. Z tą energią i niepokojem wewnętrznym, z tym wkurwem powinnam iśc do klasztoru buddyjskiego i napierdalać rękoma.Napierdalać w bambusy.  Karate ćwiczyć. Zamęczyć się niesionymi wiadrami wody, a potem paść w milczeniu. Zen. Cisza. A za chwilę widzę siebie... nie, nie widzę siebie. Nie ma mnie. Jestem. Dwa metry pod ziemią. spokój. Inny poziom, a jakie wyciszenie. 
Wewnętrzna niezgoda na życie. Na życie, czy takie życie? A czego ja chcę? 
- Ty zawsze będziesz się wkurwiać- wyrok wydał przyjaciel.
- I chuj ci w dupę - wyrok wydałam ja,
Poszliśmy pić. Jakie to szczęście, że na badania nie poszłam od razu, że teraz poszłam, bo teraz mogę nie żyć. Mogę łykać tabletki i jeść banany. Alkohol poczeka. Kawa też. Nie zdradze siębie. o nie. Poczekają. I papierosy też. 
Dieta. Wczoraj polazłam pełna dobrej woli do biedronki. Ok, ma być dieta to będzie dieta.      I będę wpierdzielać marchewki. Marchewek nie było. Znak od losu. "Nie, nie, nie zmieniaj się". Nie zmienię się. 
- Najgorzej, jak ktoś mi powie, że nie mogę. Co nie moge?
- Wiem, będę ci mówił, że musisz. Musisz Arte zjeść czekoladę, zapalić i nawalić się.
- No właśnie, a ja nie muszę nic. Tak do mnie mów. 









2 komentarze: