Kiedy poznałam swojego męża, był on dość specyficznym zjawiskiem. Chodził ubrany w koszule i w spodnie na kant. Zawsze tak chodził ubrany. Jedyna różnica miedzy pracą, a czasem po pracy była taka, ze w ręku nie trzymał czarnego neseserka. I czasami nie miał założonego krawata. Łysiejąca głowa otoczona była obwódką przerzedzającej się korony włosów.
" Jak można być tak zjebanym?" - ta myśl, kiedy patrzyłam na niego, nie opuszczała mnie. Co za mega sztywniak. I gdzie go to zaprowadzi, skoro nie mając trzydziestki wygląda jak zmęczony samiec, który dobiega 50-tki?Ponadto był strasznie otyły i podobny do Flapa. Co mnie rozśmieszało. Bo ja z kolei z ta durną mordą podobna byłam do Flipa.
Mówiąc krótko: po prostu przepadłam.
A potem przepadł on.
Kiedy odezwał się był o 30 kg mniejszy i miał kupione dżinsy. I buty sportowe. I powiedział, ze chce bym była jego dziewczyną. Kopara mi opadła. Oto stał przede mną odświeżony zabytek muzealny. Bez wątpienia - bezcenny. Kto się w tych czasach pyta o chodzenie? Po prostu wpada się do łózka i tyle. W końcu to łóżko drogę życiową wyznacza.
Wiedziałam, że zostanę jego żoną. Zresztą, gdzie mam szukać faceta, który nie upije się szybciej ode mnie? To były jedyne chwile, kiedy dawałam się grzecznie prowadzić.
Zresztą po tylu wspólnych latach wciąż na palcach u rąk mogę policzyć, kiedy wracał do domu pijany w sztok. On, gdyby zaznaczał kreskami na framudze moje wszystkie wykroczenia alkoholowe to zabrakłoby framug w domu. Zawsze czekał cierpliwie na moje powroty, a rano leczył wodą, kawą, śniadaniem. Zamiast pretensji było pytanie:
- I jak było?
- Ygryhyyyy....nigdy więcej...zero alkoholu ....
- Tak, do następnej soboty ...
Jego tolerancja jest najpiękniejszym wyznaniem miłosnym, i jak tu nie kochać kogoś kto ma tyle serca dla mnie? Wciąż na mnie patrzy tak, ze nogi same uginają się. Jego wzrok i miłość uskrzydlają mnie. I choć fruwam wciąż wracam, bo w jego oczach widzę swoje lepsze ja.
Do dzisiaj mruczy tuląc mnie mocno, ze kocha i nie puści nigdzie.
A ja mu co?
: - Muszę wyjechać, bo duszę się...
- To jedź...
To pojechałam na północ. Zmiana klimatu bardzo mi służy.Odmładza. Człowiek musi pofruwać. Stagnacja jest nawozem dla zmarszczek. Odkrywanie zakamarków i ludzi jest najlepszą zabawą, a przecież to zabawa jest tym czynnikiem, który czyni dzieciństwo szczęśliwym. A jeszcze jak odnajduje się przyjaźń to w ogóle można tańczyć w deszczu. Nawet przy zimnym wietrze.
Wpadłam do Beaty.
- To lecimy na "Mistrza i Małgorzatę".
W teatrze przysypiałam. Zawsze warto mieć przy sobie kogoś, kto człowieka obudzi. Więc otworzyłam oczy. Sztuka naprawdę była świetnie zagrana z pomysłem. Trzy godziny minęły nie wiadomo kiedy, a człowiek wyszedł z niedosytem.
- To teraz czas na moczenie nóżek w Bałtyku.
Sopot ma jedną fajna rzecz. Swoją główną ulicę i molo.
- Chomiczku, nie zamoczyłam w listopadzie nóg, ale teraz owszem :):P
Przystanek: piwo:)
I powrót nad Bałtyk :)
- Beata, dziękuje Ci za te rozmowy, kawę ...za wszystko :)
- Przed wszystkimi podróżami: w Bieszczady, na Jukatan, do Patagonii, dookoła świata, na biegun północny, południowy, na Księżyc, na Marsa, na Wenus, dokądkolwiek, przed wszystkimi tymi podróżami – jest jedna prawdziwa podróż i absolutna: w głąb siebie.
- Autor: Edward Stachura, Fabula rasa
Wciąż szukam odpowiedzi na pytania, które w moją dusze wrosły. Wciąż gdzieś mnie gna ....a oczy drogowskazem mym ...






















