czwartek, 13 września 2018

wieszem




omijam świat bez słowa
bo od słowa rodzi się
katorga
zasiadam 
na splecionych nogach
w milczeniu
jem bagietkę
z przedwczoraj
na okruchach
pisząc
nie
nie kocham

piątek, 27 lipca 2018

zakluczenie

- No dawaj rower do piwnicy.
- Nie, bo się boję...- odparło dziecko stojąc na klatce schodowej przy schodach wiodących do piwnicy - boję się ciemności.
- Tutaj jest światło, żarówka, złaź mi z tym rowerem.
- Nie rozumiesz, ze się boję?
 - Nie rozumiem, Młoda, przecież świat do odważnych należy. - odparłam z dołu.
- I co z tego? Życie gówno daje.- odparła córka
I nie zeszła. Weszłam na schody, wzięłam rower i sprowadziłam na dół.


 Moja córka nie sprząta. Na biurko odwieczny bałagan. Wiem, wiem Einstein wprawdzie mówił :

Jeżeli za­bałaga­nione biur­ko jest oz­naką za­bałaga­nione­go umysłu, oz­naką cze­go jest pus­te biur­ko?

ale przez przesady. Biurko, podłoga, szafki - wszędzie nieład. Inteligencja się kurna znalazła, no. 

 - Mówię ci, kiedyś nie wytrzymam i ci dupsko zleję, że zobaczysz- ryknęłam do Młodej zdenerwowana tym nieporządkiem w pokoju.
- Jasne - odparło dziecko nie oderwawszy wzroku od książki.
- Ty nawet nie wiesz na co twoją matkę stać!
- Wiem, wiem, na pójście do wc....
Spojrzałam na córkę piekielnym wzrokiem
- I to na dwójkę - dodała śmiejąc się.

Co za czort. Jak żyć, pytam się. 
- Dobra, masz godzinę i ostrzegam: lepiej to ogarnij.

Wyszłam.

Ti ti ti - zaterkotał mój telefon.

sms od Mensza:
- Babka od  ubezpieczeń mnie przegadała i będzie u nas, cholera

Sms do Mensza:
- Co się martwisz. Zrobisz kawę, jak dzieci nie będzie to zaliczysz..

Sms od Mensza:
- Jak będzie co ;P

Sms do Mesza:
- To kup sernik, to będzie co.


Znowu zapadam się. Potrzebuję przestrzeń, łąk, nicości na odnalezienie słów. Na uczepienie się wykrzyknika. Na huśtanie się na ogonku znaku zapytania.

Psuję skórę kolejnymi tatuażami, znikam.

Rozpadam się. 

 -Moglibyście mieć inną matkę.
- Mamy idealną!
- Psychole....






- czyli ma interes w przeciwności do piwa - rzekł syn.
- Nie,  w przeciwieństwie synu, mówi się w przeciwieństwie. - poprawiłam starszego klona.
- Aha, to znowu przekręciłem.
- No,  - odparłam z uśmiechem - mówisz jak twoja matka ....
- Czyli głupio? -zapytał się syn.

I ty Brutusie nade mną podniosłeś dłoń? ?????


Zapętlam się.
Zapętlam

W śmiechu też :D








wtorek, 24 lipca 2018

wręcz przeciwnie







Jechałam autem. Żar budzącego się dnia przebijał przez szyby a ja przebijałam się przez dźwięki. Ten synchronizował się z kawą kasztanową. Przestała być taka słodka, a dzień przestał być taki lepki. Progresywny rock pozwolił mi oddychać.
W nocy znowu atak przygwoździł mnie do podłogi. Dwie godziny intensywnego umierania. Bez skutku. Nie mam wprawy w zdobywaniu śmierci.
Otóż kiedy Ibsen leżał nieprzytomny na łożu śmierci w otoczeniu najbliższej rodziny, pielęgniarka, która czuwała przy nim, wypowiedziała znamienne słowa: "Doktor Ibsen czuje się dzisiaj lepiej". Wówczas Ibsen podniósł się raptownie i powiedział: - Wręcz przeciwnie. I umarł


poniedziałek, 23 lipca 2018

poniedziałkowy poranek

Koleś zjechał na nartach z K 2, a mi się nie chciało nogi wysunąć spod kołdry. Na K2 weszłabym, ale wyjście z łózka mnie przerażało. Świat oczadziałego miasta, te same ulice, pierdołowaci kierowcy, nawet pies na skwerku ten sam. I te same pijackie mordy pod sklepem. 
Co za obrzydlistwo. 
I jeszcze poniedziałek. Poranek.
W końcu wstałam,
 - AAA jak późno, za późno jest, nie jest za późno ....
Pobiegłam pod prysznic. Chwyciłam musli z mlekiem i wsiadłam do auta.
Wpadłam do pracy. Odpaliłam sprzęt, sprawdziłam pocztę oraz telefon. Znowu milion spraw.
Podeszłam do kuchenki. Otworzyłam szafkę. Sięgnęłam po kawę pomimo, że herbata z dziurawca uśmiechała się do mnie puszczając zalotnie oczko.
"- Nie, nie, dzisiaj jest poranek poniedziałkowy i potrzebuje silnego wstrząsu na przebudzenie, wybacz" - pomyślałam sypiąc trzy łyżeczki Tchibo do kubka. Włączyłam czajnik. Zasyczał dziwnie oburzony. No tak, nie ma wody. Chwyciłam go i poszłam do łazienki. 
Otworzylam drzwi i zamarlam. Na toalecie siedziala kobieta.Tak, tak, ze spuszczonymi spodniami. Inaczej chyba nie siedzi sie na desce. Raczej.

-KURWA!!!! - ryknęłam, nie ze ona ten teges, lekkich obyczajów, tylko tak z zaskoczenia, ze strachu, z szoku kompletnego przeklęłam tak szpetnie.

A jak sie tak wydarlam tak kobieta spadla na kafelki.
Bezwiednie. Jak lalka. Jebła i już. 

Bezruch.

Mój i jej.

- KURWAAAAAAA!!!!! - wydarło się z mego gardła, tym razem szeptem, z przerażeniem,

Stałam nie wierząc w to co widzę. Stałam lampiąc się na trupa.
Trup.
Zwłoki.
No trup! Martwa kobieta. Martwa natura.
Tylko durna mucha brzęczała przy oknie.

Zbladlam.
Oparłam się o framugę.
Zapalilam.
Jak? Skąd?  - poszło z dymem.

To moje biuro. Firma jednoosobowa.Tylko moje.
Cholera....

Martwa kobieta. 

Dzwonić po gliny czy szkicować?

Trup. Zwłoki. 

Skąd?

To ja? Nie ja! Ja???!
Jak? Jak? Jak?!!!

Znowu zapadlam.

Na utratę świadomości



.




niedziela, 22 lipca 2018

zjazd :)

Córka przybiegła na moje łóżko i rozpłakała się.
- Co się stało? - zapytałam się przytulając dzieciaka.
- Bo ja chcę przebić uszy, ale się boję...buuuuuuuuu
- Chcesz przebić uszy? - zdziwiona spojrzałam na córkę - Ale masz czas, kochanie, masz czas...
- Chcę, ale się boję. Buuuuuu........
- To nie przebijaj teraz, tylko za rok, czy nawet później. Na spokojnie. Naprawdę nie spiesz się, masz czas..
- Mamo, ale ja chcę w życiu wszystko przeżyć ...buuuuuuu
Przytuliłam, pocałowałam i zaryczałam:
- A teraz późno jest i zombiak chce jeść, Dawaj mózg.
Płacz zamienił się w pisk radości. I to straszny pisk, na szczęście sąsiedzi nie wezwali policji.
W tym czasie wpadło drugie dziecko i oboje toczyli walkę ze mną. Po walce kombinowali jak spać ze mną. Bo tacy są. Dziwni są. Lubią mnie.
- A idźcie sobie precz, do jasnej cholery......
- Hahahahahaha
Pogadane.
Ale poszli, i ja też poszłam. Poszłam na poszukiwanie kawy porannej. Piję ją od rana i już piąty raz ją zgubiłam.O! jest! Znalazłam na pralce. Była już na półce z książkami, na parapecie, na wzmacniaczu i w toalecie też. Pewnie zostawiłam ją tam, gdy poszłam po karmę dla kotki.

Strach.
Strach u córki ujawnia się czasami na mega skalę. Wczoraj byliśmy w parku linowym i Młoda bała się zjechać na długiej tyrolce. Fakt, ze była na drzewie na wysokości pierwszego piętra, no może ciut wyżej i miała prawo bać się. Ale zrobiła z tego dramat na całą okolicę.
- Booojęęę sięęę, nie zjadę, mamooo, boję się...buuuuuu
- Kurcze, weż, nie tak cię dziecko wychowywałam!!!!- zaczęłam żartować.
- Ale ja się bojęęęę naprawdęęęę........
-Ależ ja ci wierzę, strach jest dobry, pokonaj go i zjeżdząj!!!
- Nieeeee,,,,,buuuuu......bo ja się boję, rozumiesz boję się........
-To kochanie wracaj, zejdź z trasy!
- Nieeeeee!!! buuuuuuuuu.........bo ja chcę zjechać!!!!
- To zjeżdząj!!!!!
- Nie, bo się boję .....buuuuuuuu...
- To wracaj!!!
- Nie, bo chcę zjechać!!! buuuuuuuuuuu
Gdy ten swoisty tenis słowny trwał, a ludzie będący na łące wczuli się w rolę gapiów (prawie poszły zakłady kto wygra) podszedł do mnie facet i konspiracyjnym tonem zaczął mi szeptać, że skoro córka się boi to mam jej nie zmuszać. Popatrzyłam na niego niczym król Julian na człowieków:
- Ale ja jej nie zmuszam, nie chce wracać, chce zjechać, ale się boi. Impas.
Nie zdażyłam nic dziecku powiedzieć gdy nadszedł instruktor.
- Może wrócisz? - zwrócił się do córki.
- Nie, bo  chcę zjechać .....buuuu....ale się boję....
- A jak wejdę do ciebie to przestaniesz się bać?
- Nieeeee, nie chcę......zjadę.....
 - No to zjeżdżaj - krzyknęłam.
- Nie, bo się boję...
- To wracaj!
- Nieeee! bo chcę zjechać.
- To zjeżdzaj!
I zjechała. Ludzie zaczęli bić jej brawo. Och, co za dziecko! Niedługo skończy 9 lat, a już wie jak show odstawiać.



- I co kochanie, pojedziemy jeszcze raz na ten park?
- JASNE!
- Moja krew!!!!





 laurka od siostry dla brata na urodziny :)






piątek, 6 lipca 2018

No bo ja tak muszę kląć i myśleć, i nie myśleć. Muszę cokolwiek. Rozumie pani? Taki jebany trans. Mnie się nie chce, ale w głowie mam wirówkę. Obrazy, słowa. Ja pierdolę. Wymiotować się chce od tej konsystencji. Stoję czasami w miejscu, czasami przysiadam wręcz i staram się polepić to w całość. Bo widzę i rozumiem więcej, tak na przestrzał widzę. Ale chuj, nie umiem z tego wyciągnąć sensu. Więc klnę. Klnę z własnej niemocy. Przerostu.
Przekleństwem mym jest inteligencja. Niewystarczająca by pokleić wszystko w całość, ale na tyle przenikliwa by widzieć więcej i rozumieć. I tak stoję i siedzę i leżę i wciąż mam obrzydzenie na widok człowieka. Nawet do lustra nie mogę spojrzeć bo tam też człowiek A społeczeństwo to idioci. Kretyni . A im większy tym bezczelniejszy. Ja pierdolę. Co jest? Jak  żyć? Drażniące strzępy komórek. Tkanki samonapędzające się. Nie znoszę ludzi.
Morawiecki, który potrafi bezwstydnie i z wiarą opowiadać nieprawdę o kraju i nie czuje przy tym zażenowania. Nie, on czuje dumę. Jak można tak kłamać bez odpowiedzialności? Tak mogą czynić tylko wariaci. Idioci. Ale tych zamyka się w szpitalach psychiatrycznych a  nie czyni się ludzi ważnymi w państwie. Choć w sumie jedynym jego kłamstwem było to, że taka sytuacja w kraju była, a tak naprawdę to jest teraz tak jak mówi.
Druga, Szydło mówiąca, że im się należy. Należą im się nagrody. Nam nic. My nie pracujemy. My, naród, dostajemy pieniądze od państwa. Zresztą pieprzyć politykę...bo każdego z PiSdowców musiałabym wymieniać. Bleh.

Ostatnio córka zajrzała mi przez ramię na ekran monitora. Była tam plejada posłów PiSowkich wraz z wodzem Kaczorem.

z internetu

- Mamo, a co to za żule?
- Toż to posłowie córeczko, posłowie...najważniejsi ludzie w państwie.
- OOOO bleeeeee
- Tak jak wyglądają tak myślą ....bardzo źle wyglądają i jeszcze gorzej myślą.

Szkoda, że ich, jak prezes SN, nie można odwołać ustawą na emeryturę, w końcu Konstytucja w tym państwie gówno znaczy...

A zresztą pieprzyć politykę...

Mooniek ostatnie wieczory spędzał oglądając Piłę. Wszystkie siedem części. Namiętnie patrzył na brutalne sceny. Co wchodziłam to wiadro ketchupu lało się na ekranie. Albo wybuch pozbawiał człowieka szczęki.
- To dla sadystów niespełnionych... -mruknęłam.
-Wiem ...- odparł z niepokojącą nutą w głosie.
Pewnego wieczoru przytargałam swoje dupsko z piwa. Zasiadłam przy mężu. A on wyciągnął  wiertarkę...
- Piła ? - jeknęłam przerażona - Chcesz mi mózg przewiercić ...
Zarechotał. Tak dziwnie.
- To samo pomyślałem, ale nie martw się kochanie, ty mózgu nie masz...
I zajął się naprawianiem jakiegoś ustrojstwa.
Pomyślałam, ze za taką obrazę powinnam go trzepnąć, ale tak właśnie rodzi się przemoc, a ja już niczego nie chcę rodzić. Wyszłam zaparzyć kawę.
 -Masz? - zapytał  się Mooniek, kiedy ponownie siadłam obok.
- Mam.
- Ale co masz skoro nie zapytałem się co...
- Aaaaa no tak, to nie mam....

Rano natchnęło mnie by wsiąść na rower i pojechać do biblioteki. Zeszłam do piwnicy, chwyciłam kłódkę, włożyłam klucz i kłódka otwarta. Szybko tak jakoś. Hm. Za szybko. Otworzyłam drzwi przeczuwając co zobaczę. A właściwie czego nie zobaczę.
Zajebali mi rower. Co za ..........Ale mnie trafiło, ale mnie wyniosło. Wkurwiona wzięłam rower męża i w te pędy na komisariat.
- Chuje zaybeali mi rower, aj!, przepraszam, ale no nie mogę, to pewnie te skurwysyny co przy klatce obok piją od rana do wieczora, bo za co piją, no ja nie mogę....ale jestem zła, wkurwiona, ja przepraszam, ale noż kurwa chcę zgłosić kradzież i włamanie.

Pół godziny na komisariacie. Złożenie zeznań.



- Nie mam papierów, tzn gdzieś mam ale jestem tak poirytowana, że od razu przyleciałam, zresztą w tym stanie nie znalazłabym...a jeszcze bym tych żuli dopadła i to ja miałabym sprawę karną....a swoją drogą to nic nie można zrobić, by przestali tam chlać? Dzieci chodzą i patrzą i słuchają bezmózgich...

Piękne osiedle, ale gówna się trafiają.

- Kurwa, jak nie macie za co pić to znajdź taką sama laskę jak ty, walnij jej dzieciaka i będziecie mieli 500 plus i na wódkę będzie,  a nie  kurwa mój rower zajebaliście ...
- Ale to nie my, odwal się....
- To się jeszcze okaże....

Wieczorem policjanci trzepali ich równo. Piękny obrazek. Mam nadzieję, że ten rower znajdzie się, a był wyjątkowy, jedyny, niepowtarzalny na ulicach tego miasta.


I jeszcze kurier z urzędu miasta obudził mnie po 7.00. Dramat.

Jak żyć, pytam się, jak żyć?




a tak pisałam o swoim cudnym rowerku http://arte1973.blogspot.com/2018/06/w-nutach-nieodgadnionych.html


środa, 20 czerwca 2018

puzzle

- Mamo, ty nie potrafisz układać puzzli - wrzasnęło moje młodsze dziecko.
Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować odezwało się starsze dziecko:
- Mama, ułożyła sobie życie i nie musi nic układać.
- Pfff - parsknęła  Młoda.

Zaśmiałam się.

Choć wcale mi nie było do śmiechu, bo czy aby na pewno ułożyłam sobie życie?

Czy można ruchomą materię, która z dnia na dzień zaskakuje wszystkim, ułożyć w jedną, spójną całość?

Odpadający tynk pokazuje to, co zostało zakryte przez lata. Dziury wpuszczają blask.

Skrobię ściany własnego życia.

Sny nabierają kształtów, ale już nie krzyczę. Wiem już, że to nie był sen.  Dwie osoby nie mogą śnić jednego takiego samego snu.

Stanę z nim twarzą w twarz i każe odejść. Nie może on tak całe życie przy mnie trwać.

Ale w nocy zasiadł na mnie upiór. Zabierał mi oddech, paraliżował mięśnie. Chciał coś mówić, szczerzył kły.

Bez paniki przeczekałam całe przedstawienie. Już umarłam kiedyś. Drugi raz nie umiera się tak łatwo.









czwartek, 7 czerwca 2018

w nutach nieodgadnionych...

Jadę swoim ukochanym rowerem po ulicy. Pogoda jest boska. Rower jest boski. W kolorze czerwonym. Red mocny. Widać w nim jeszcze pulsującą krew przelaną przez samurajów, czy też przez księżne w te dni. Zasłuchana jadę, bo słuchawkach Slayer nawala gitarowy song, więc robię piruety jadąc tak przez środek ulicy gnana dźwiękami i lovem płynącym z chmur i nagle w ten mój idylliczny świat wpada klakson. BIIIBIIIP!!!!

Sekunda zastygnięcia. Zamyślenia. Niemyślenia. Czucia. Nieczucia. OOOOOOOOKURWAAA!!!!!!!!!

AAAAaaaaaa o mało co nie spadłam z roweru.

 - FUCK TIR!!! na dupie mej....

Sekundy,   to były sekundy trwające wieczność. Momentalnie dokonałam, i to cudem, szybkiego manewru uciekając na chodnik, ale uciekałam na przeciwległy chodnik  wjeżdżając prosto w samochody, na szczęście stojące na poboczu. Szczęśliwie wymanewrowałam pomiędzy nimi i zatrzymałam się przed drzewem na skwerku. A mogła być kolejna blaszka.

Szybki puls, jeszcze szybszy oddech targały moim ciałem. Zapowietrzenie.

O ja pierdolę - pomyślałam i co?

Pojechałam na lody. Słony karmel. W końcu żyję. A potem pojechałam na stację benzynową na kawę. Taka zwykła, prostą, czarną. Ale cukier brązowy schowałam do tylnej kieszeni. Ne wiem po co. Na czarną godzinę nagłego zapotrzebowania słodyczy?

Zasiadłam na murku i patrzyłam na ten świat. Ile to ludzie marnują czasu na nic nie znaczące sprawy.  A ile już z nich śmierdzi. Poczułam obrzydzenie dla człowieka. Dziwna istota. Dwie ręce, dwie nogi, głowa. Bleh. Wyciągnęłam nogi i książkę. Zatopiłam się w świecie wymyślonych kreacji.

W plecaku dzwonił służbowy telefon. Nie odbierałam. Otarłam się o śmierć. Zatrułam się zapachem przepoconych istot, Dzisiaj z nikim nie gadam. Wstałam i poszłam po papierosy. Nie zabije mnie nic. Poza śmiechem. 

Telefon jednak nie pozwalał o sobie zapomnieć. Zaterkotał. Sms:
- Załatwiłaś?
- Tak.
- Jesteś Wielka!:D
- Szczupła brzmi lepiej :P

Odłożyłam. Kolejna sprawa odfajkowana. Założyłam słuchawki, włączyłam Slayera i wsiadłam na swój czerwony rower czując jak krew samurajów przelewa się pod moimi stopami.




poniedziałek, 28 maja 2018

Córeczka

Znowu suszarka doprowadziła mnie do szewskiej pasji. Spadł kolejny talerz. Z hukiem. Tym razem nie pobił się. Własćiwie cholerna suszarka wytłukła całą zastawę ślubną. Właściwie mogłabym na niej suszyć p-osłów z PiSu.
BUM!!! shieeeet.
- Mamo, co to było? - zapytała córa.
- Mózg mi wypadł - odparłam.
- To ty masz móżg?
- Nooo, miałam.....
Zaśmiała się łobuzersko siadając przy stole. Zamyśliła się. Potrafi przechodzić ze stanu w stan. Prawdziwa kobieta.
- Wiesz mamo, że miłość jest niewymierna?
- A to istnieje miłość?
- A co nie kochasz mnie?
- Kocham bardzo mocno, wiesz?
- Wiem. - dziecko westchnęło - Miłość jak już jest to rozszerza się, rozszerza, jest jej coraz więcej.
- Tak, po tym ją poznajemy, że to prawdziwa miłość.
Miłość nie ma granic. Kocha się za nic i za wszystko. Wspiera się, głaszcze, pieści dotykiem i słowem. Miłość czyni z nas dobrych ludzi.
- Kochanie, a ciebie ktoś skrzywdził?
- Ty.
- Ja?! jak ja?! Czym?
- Tym, że mnie urodziłaś- roześmiało się dziecko - kocham cię mamo tak bardzo, że nawet nie wiesz.
- Chyba mało jeszcze wiem - roześmiałam się całując Młodą w główkę.
A czort z niej jest niesamowity.
- Gdzie będzie twoje przyjęcie? - zapytała fryjerka Młodej podczas czesania jej włosów przed uroczystościami komunijnymi.
- Na cmentarzu - odparowała Młoda.
Dostałam ataku śmiechu widząc groby zaścielane białymi obrusami. Z Młodą całe życie nabrało barw i jest jakieś inne. Kocham ją nad życie. 

piątek, 2 lutego 2018

KONIEC


"Ciało mamy zwierzęce, lecz aspiracje boskie. (...) 
Hormony nasze produkują enzymy głodów nie do zaspokojenia, 
marzeń nie do zrealizowania,
 tęsknot nie do zagłuszenia. 
I ja w samym gąszczu, z wielką pustą głową,
 ze wzdętym sercem bez krwi
, z rozrzedzoną duszą antymaterii. 
Zmęczony sobą i swoim czasem. 

Zmęczony ograniczeniem, niemocą, niepojmowaniem."

Tadeusz Konwicki "Mała apokalipsa""











Ułożyłam sobie nowy plan na życie. Ostatni plan.

Bez nich.
Bez ludzi.
Można tak
Tak trzeba.
Dość strachu.
Dość blizn.
Więcej mi nie trzeba.
Nie trzeba mi już nic.
Mogę już w miejscu stać.
I tylko już się śmiać.

W pracy odpowiadam za wszystko. Głowa boli mnie od słów. Planów. Wytycznych. Najchętniej schowałabym się pod biurkiem udając, że mnie nie ma, a muszę wychodzić naprzeciw światu. Rozmawiać. Decydować. Odpowiadać.
Rozmawiać.
Rozmawiać.
Mówić.
Dialogi, monologi, zawieszenia i oczekiwania.
Codziennie przelewa się przeze mnie milion słów. Zmieszanych idei, koncepcji.
Trawię to, trawię.
A tak mi się chce rzygać. niewiarygodnie tak mam dość wszystkiego.
Pragnę tylko jednego: uciec pod biurko. Atak paniki, narastające lęki wciąż wystawiają mnie na próbę.  Cienie ze ścian wychodzą nawet za dnia. Cienie łapiące za kostki. Wynaturzone, przedrzeźniające, rzucające sloganami.
Walka trwa. Moja z sobą.
Każdy dzień to walka.
Otwieram drzwi mówiąc sobie:
-" Nie bój się oni cię nie zjedzą, nie zjedzą, nie skrzywdzą...nie bój się, będzie dobrze...";
Nie bój się.
Ale jest mi tak zimno. Zimno mi wciąż.
Czasami czuję jak piekło chce mnie pochłonąć. Z piekieł wydobywa się głos:
 - "Chodź, tu będzie ci ciepło".
Z nim też walczę.
Walczę z piekłem w sobie.
Ramiona pochylają się coraz niżej, rośnie garb.
Przejadam swój strach.
Tyję.
Wyglądam coraz gorzej.
Coraz większy obłęd. Wprostpropocjonalny do sukcesów.


Jeśli chcę by było mi gorąco to wlewam w siebie wódkę. Rozgrzewa idealnie ciało.
Jeśli chce zapomnieć to wlewam wódkę. Idealnie daję niepamięć. Szkoda, ze tak krótką.
Jeśli chcę nie czuć to.ja nic przecież nie czuję poza strachem.


Po pracy mile widziana jest głębia milczenia. Nie ma realizacji planów ani człowieka na horyzoncie. Jest radość dryfowania w nicości.

Bez nich. Bez kłamstw. Gier. Słów. Cisza.

Jak ja lubię, gdy o mnie zapomina się.

Dotarłam do mety swojego obłędu. Przekroczyłam swój Rubikon, swoje zasieki i wracam na swój teren. Mądrzejsza o wieki.

Poznałam znaczenie wielu słów. Spotkałam manipulatorów. Kłamców.

Uśmiałam się nawet do łez, słysząc jak ludzie siebie tłumaczą.  Niewiarygodne jest obserwować  takie rzeczy. To jakby gwiazda rodziła się na oczach. Ekslozja i układ nowej energii.

Nie ma miłości. To tylko kontrakty wymiany dóbr.

Gdyby miłość była to człowiek nie pragnął by jej aż tak, prawda?

A poeci o niej pieją jak księża o Bogu.

Daremna wiara. Daremny trud.

Hedonistyczny onanizm jest o niebo lepszy. Własne rękodzieło.

Przeszłam wiele podziemnych dróg. Widziałam z daleka, widziałam z bliska.
Nie ma nic.
Nie znalazłam nic ciekawego.

Wszystko jest złudzeniem. Jak kawałek metalu w trawie. O pieniążek. Gucio, śmieć, kapsel.

W uszach brzmi tylko jedno zdanie, zdanie powtarzane "nie doceniasz siebie"
Nie.
I nie zmieni tego nic.
I nie będę w sobie grzebać.
Jestem jak Bog. Jestem jak miłość. Jestem nieobecnością.
Obietnicą. Bez pokrycia.


Doszłam do kresu swojej głupoty.
Są drzwi, które zamykam.
Bezpowrotnie.
Drzwi na które byłam ślepa i których nie powinnam otwierać.
Nie na darmo przeoczamy pewne rzeczy. Nie na darmo tracimy pamięć. Nie na darmo tracimy wzrok.
Jedynie co to nakarmiłam swój sarkazm.
Potężna to broń.

Wracam do domu. Silniejsza. Dźwigając przeżarte szyderstwo.


KONIEC











Otwieram drzwi mówiąc sobie:

-" Nie bój się oni cię nie zjedzą, nie zjedzą, nie skrzywdzą...nie bój się, będzie dobrze...";
Nie bój się.
Ale jest mi tak zimno. Zimno mi wciąż.
Swój strach łamię człowiekiem.
Nie trzeba było się bać. 
Odchodzę. 
Cierpienie. 
Nie moje. 
Mój to tylko strach. I zimno moje.
Przepraszam za siebie.
Kolejny atak.
Znowu się grzeję przy jakimś ciele.
Łamię swój strach. I zimno moje.
Nie zostaję.
Ani Afryka ani bieguny moje.
Nic nie jest moje,
I nic moje nie będzie.
Tylko strach, I zimno moje.
Taki obłęd.





Arte