niedziela, 28 lipca 2019

szklarska

Była zima. Zaczął się sezon narciarski. Pojechaliśmy do Szklarskiej na narty. Mieliśmy przy Skwerze Trójki wynajęty pokój w mieszkaniu. Mieszkanie to miało ponadto jeszcze trzy pokoje oraz salon i każda ta część należała do ludzi wynajmujących. Byli to sami młodzi ludzie. Zabawni, głośni weseli. tylko my jak starsze małżeństwo:
- Gośka, tak nie wolno
- Gośka, uspokój się
- Gośka!!!
Wciąż instrukcje, upomnienia.
Jakbym nadal żyła z matką.

My też byliśmy młodzi, jeszcze przed trzydziestką, w trzecim miesiącu związku. Istne świeżaki. Zakochane, lecz to nie była miłość. To nie było szaleństwo. To była moja samotna rozpacz.
Tak bardzo chciałam, by mnie ktoś kochał, śmiać się  razem, wygłupiać, pieprzyć, całować bez pamięci.

W kuchni gotowaliśmy pierogi. Jedzenie w tym związku było naczelnym tematem i obowiązkowym jak ciastka do kawy. Koszmar, istny.
Pierogi nie chciały się ugotować. Dziwne były. Siedzieliśmy zatem przy stole  nie licząc na żaden cud, a ja wysłuchiwałam jego utyskiwania na temat tego produktu. Ja nie liczyłam na miłość, a on nie liczył na pierogi. 
Powinnam wylać je do kosza, wstać, spakować się i wyjechać.


Odeszłam od stołu przepraszając na chwilę.
W salonie para całowała się  i śmiejąc na przemiennie.
Tak właśnie powinni wyglądać zakochani.
Wtuleni, palce plączące się w sobie..
Popatrzyłam z lekkim uczuciem zazdrości. Tak właśnie powinno być, a nie ..

Powinnam spakować się i wyjechać bez słowa.
Zostałam w pokoju z uczuciem jakiegoś osamotnienia i chłodu.

Wszedł do pokoju. On duży, niezgrabny, a pokój były taki mały i zamiast stać się gniazdkiem romantycznym zamienił się w klatkę.  Czułam jak duszę się. Zrezygnowana siedziałam na fotelu.

Zdjął spodnie, kalesony, majtki, zdjął mi spodnie, majtki, wsadził fiuta, podyszał i koniec.
Powinnam wstać, spakować się i odejść.

Seks zakochanych, czułe słowa, pieszczenie skóry oddechem, dotykiem, zachwyt nad ciałem, pragnienie, namiętność, zagubienie, połączone oddechy...

Ile to razy, gdy leciał fajny utwór mówiłam:
- Proszę zatańcz ze mną
- W głowie ci się przewraca.

O tak. Mam trudny charakter, nic nie potrafię jestem jebnięta, kto będzie mnie chciał. 
Zostałam.
I tak było przez całe małżeństwo albo w głowie mi się przewracało albo miałam spierdalać. Wkładał fiuta, jęczał, a w czasie zmiany jego pozycji zasypiałam, bo taki był nieporadny w tej swojej otyłości. Smutne i ohydne.
Mechanika bez uczucia.

Samotność rozpoczęta w Szklarskiej toczyła się przez cale małżeństwo.

Czytałam książki nie wierząc, że można jednak bez pamięci kochać, że taki może być seks pełen pragnienia i namiętności.

A mógł być.

Zostałam lesbą. Czułość kobiet ponad wszystko, bo kto lepiej zna ciało kobiety od kobiety? Ja swojego ciała nie znałam. Kiedy miałam poznać działanie i rozkosz waginy? Kiedy na wpół zdechniętego fiuta wpychał we mnie? Nawet słów miłych nie mówił, a czasami wręcz zawstydzał.

Ponadto religijny światopogląd wlewany mi do posiłku każdego dnia zrobił mi spustoszenie w głowie. Wstyd i skrępowanie uczynił mnie żoną tego faceta.

"Ty na nic nie zasługujesz" została z czasem mantrą: "na nic nie zasługuję".  Cieszyłam się jak pies z ochłapów. Ale radość z byle czego przydała się zamieniając się w tarczę obronną przed życiem.

Parę lat później....

Było lato. Do Szklarskiej pojechałam z kochanką. Byłam pod urokiem jej oczu i myśli. Ona nie była pod żadnym urokiem, ale czasami była miła. Milsza od niego. To chyba wystarczyło.

Nie wiem dlaczego ze mną była, ale ja czułam się szczęśliwa. Chciałam jej pokazać jak można kochać.
Tyle, że co ja wiedziałam o miłości?
Chciałam tylko czuć rękę w dłoni, szeptać czule, całować się, oddając ciało i duszę.


Kiedy weszłyśmy do wynajętego pokoju w pensjonacie chciała iść pozwiedzać okolice, chciała iść na wodospady, ale nie chciała wypuszczać nas z łózka. Było głośno, mokro, namiętne, cudownie i wciąż mało. Tak seks powinien wyglądać, ale dusza wciąż czuła samotność.Nic nie zdradza zakłamania jak łóżko.

Po upojnym kolejnym razie (mechanika ciał), kiedy już wyszła spod prysznica (też seks mi się taki marzył, ale i z nią było to możliwe):
- Jak chcesz, to proszę, chodź na lampkę wina, na wodospady.
Zrobiła mi kolejną awanturę o nic, ale poszła. Zła, pochmurna, obrażona. Nigdy nie trzymała mnie za rękę choć tego pragnęłam. Nigdy nie całowała pod drzewem w szyję. Nigdy nie zerwała kwiatka. Ja za to nie unikałam tych drobnych gestów romantycznych; Uśmiechała się i fuczała. Jak mąż.
- Jesteście z Tomkiem tacy podobni do siebie - mówiłam.
Powinnam wrócić, spakować się i wyjechać.
Nie zrobiłam tego.

Z czasem było coraz gorzej. Nie było seksu za to były pretensje. O wszystko.
Poczułam się nawet głupio, że żyję.

Zamiast podwójnego dildo trafił mi się podwójny toksyczny związek.

Samotność rozpoczęta w Szklarskiej toczyła się dalej,


Kiedy trafiłam na świetną dziewczynę, która dawała mi wszystko to jej nie doceniłam. A dawała mi wszystko o czym marzyłam, tylko ja nie dawałam jej tego o czym ona marzyła i o czym ja marzyłam, a miałyśmy takie same marzenia jak i pragnienia. Dawała całusy, kwiatki, pisała. A ja zachowywałam się jak mąż, jak była kochanka.

Smutne to wszystko.


W końcu toksyczny jad w podwójnej dawce zabił nas.
Mnie przecież nie można kochać.
Mnie się wszystko należy.
Jestem beznadziejna.
 Jestem boska.
Kocham.
krzyczę.
Wychwalam.
Gardzę.

Byłam katem naszych uczuć, które pomimo złej aury wzrastały.

Wysiadła w końcu z tej huśtawki.

Odeszła do innej kobiety. Kobiety, która mieszka w Szklarskiej.

Żart losu. Idealne zakończenie wszystkich miłości. Klamra spinąjąca.


Czy to będzie przekleństwo czy  jednak odczarowanie?

Niech ta moja samotność i niekochanie w tej Szklarskiej  zostanie.






czwartek, 25 lipca 2019

- Rozwiodę się z Tobą
- To nara.
- Dzieci ci oddam pod opiekę.
- No i dobrze.
- Wiem.

- Mamo, a kiedy rozwiedziesz się z tatą?
- Za rok.
- A to pewnie będzie z tym rozwodem jak z bieganiem...
- Synku, zauważ, że w końcu zaczęłam biegać.



Wszystko było w porządku, kiedy siedziałam pomiędzy chmurami a górami napawając się widokiem zmieniającej się aury. Wszystko było dobrze, gdy przemierzałam szlaki ciesząc się widokiem kwiatów i ptaków. Wszystko było dobrze, gdy dotykałam zimnych murów zamków.
Wszystko było dobrze, gdy rano wstając piłam kawę zamknięta w książce.
Gdy wróciłam wpadłam w pustkę.
W pustce nie ma się czego chwycić. A kiedy się siada to i tak spada się głową w dół.
Chaos jest pustką. Pustka jest chaosem. To jest piekło. Czymkolwiek nie rzuci się to to wraca. A jak nie wyrzucić z siebie to co przygniata?
Wpustce człowiek zabija się sobą.

Powiedziałam ci, że zmienię się. Zmienię się. Więc nie mogę marudzić. Muszę podnieść kącik ust w górę. Uśmiech. On rozjaśnia duszę. Trenuję co rano przed lustrem. To chyba jeden z trudniejszych treningów.
Życzliwość wypełza z uśmiechu. I luz.

Pamiętasz jak cieszyłaś się, że ludzie byli zachwyceni twoim pomysłem smażenia placów w kształcie zwierząt? Zamiast zadzwonić do ciebie krzycząc : - Ty moja inspiracjo.... to zmieszałam ludzi z błotem, że są tacy tępi. Rykoszetem dostało się tobie, ale to przez złą interpretację mojej wypowiedzi. Ale miałaś prawo tak odebrać. A chciałam tylko powiedzieć: -  popatrz, kochanie, jesteś najlepsza i niesamowita. Jestem dumna z ciebie.

 Oczami wyobraźni widziałam jak sama z tego zlewasz cała szczęśliwa. Tak łatwo było wzbudzać w tobie uśmiech. Uśmiech w którym kochałam wisieć. Nie mówiłam ci tego za często, prawda?



Mogłabym rzec, wiesz, w dzieciństwie chyba nabijali  mnie na pal emocjonalny, ale do jasnej cholery, chyba jestem dorosłą osoba, która uważa się za istotę myślącą w związku z tym mogłabym najpierw pomyśleć zamiast palnąć głupotę. Złośliwość jest cechą ludzi inteligentnych, ale mam gdzieś IQ. Lepiej być człowiekiem otwartym na świat,  miłym człowiekiem.
 Ileż to razy mówiłam, że prawdziwe piękno tkwi w prostocie?
Nawet na siebie byłam głucha.



To też jest do poprawki.

Moje przekleństwa są niczym wobec mojej agresywnej wybuchowości. To  nie jest odwieczny bunt czy niezgoda na ten świat. To jest zakleszczenie się w zatrzasku. Wycie cierpiącej osoby.

Zaleczę rany.

Dzisiaj nie rzuciłam nożem. Rękę zatrzymałam w pół drogi. Pohamowałam się.

Dzień za dniem będę toczyć walkę z sobą.

Dla niego będę miła. Jeśli to opanuję będę misiakiem dla świata.

Dam radę.

Dla siebie. Dla świata.

Dla ciebie. Naszej przyjaźni.

A może wrócisz?

Jeśli masz wracać ja muszę się zmienić.

Pamiętasz jak śmiałyśmy się z działki Rocha?

Zawsze wyobrażałam nas tam i zasypiałam z myślą o naszym życiu wspólnym.

Jesteśmy porąbane. Szalone. Fajne.

Tylko ty masz skrzydła anioła a ja rogi i ogon.

Szatan jest upadłym aniołem

Powstanę.
















Mówiłam Ci, że nie mogę nawet we śnie zdradzić cię. Wypełniasz mnie sobą. Dryfujesz w komórkach. Mówiłam. Mówiłam, że nie chcę nikogo poza tobą. Z nikim nie chcę dzielić ani słów ani jadalni ani sypialni.
Nie chcę dotykać innej skóry, pieścić innych palców, czuć na sobie innych ust.  Twoje usta pełne miłości i rozkoszy doprowadzały mnie do obłędu. Mieszałaś moimi zmysłami jak chciałaś. Oddawałyśmy się  sobie w harmonii wszechświata. To było tak niesamowite, piękne.
Ile razy ocierałam łzy po kryjomu..
Nie warto było wstydzić się tych chwil wzruszeń.
Nie trzeba było...

Mowa to jednak nie gesty. To nie odsuwanie niesfornych włosów z twarzy. To nie trzymanie za dłoń z pieszczotą palców, które przecież tak mnie wzruszały: delikatne a jakże silne. To nie pogłaskanie po plecach, po kręgach pełnych cudownych krzywizn. To nie złożenie na karku pocałunku, delikatnego, na samym końcu, jak strasznie to lubiłaś. To nie przytulenie, schowanie w ramionach z czułością.
To nie upajanie się zapachem twojej skóry.
Zabrakło dotyku, czułości, tych drobnych gestów nasyconych pragnieniem, ale nie zabrakło słów.
Pustych, głupich, bezsensownych.

Z mojej strony zabrakło wszystkiego.
Z twojej strony było wszystko. Wszystko, oprócz pustych słów.

Dlaczego nie zamykałaś mych ust pocałunkiem? Dlaczego nie patrzylaś jak potrafisz patrzeć, by zadrżała ziemia?

Dlaczego ja byłam taka mordercza dla nas?

Słowa.
Leciały ze mnie o mnie. Biegunka złości, pretensji.
Najczęściej.
Moje lęki, życie, strachy, fascynacje, frustracje.
Twój świat siedział grzeczny, z nogą na nodze, albo po turecku, zamknięty, milczący.
Zalałam go słowem. Sobą.
Słowopotok z rękami w kieszeniach.
Tego nikt by nie udźwignął.
Braku czułości nie można dźwigać.

Nie mam pretensji o odejście.

Czas pogardy skończył się.
Zaczyna się okres pokory.

Tylko tak ciężko w tym domu dźwigać się.
Patrzę na niego i płakać mi się chce. Ten człowiek.
Tak, wiele mu zawdzięczam, ale dławi mnie poczucie zmarnowanego życia.

Ale przyznanie się do słabości to pierwszy krok, prawda?

Byłam jak posąg z Wysp Wielkanocnych. Wielka, twarda, zimna.

Miłość to nie ocena, To akceptacja.

Tylko jak mam akceptować kogoś skoro nie akceptuję siebie?

Czas pogardy niech znika, niech zacznie się czas pokory.

Padam przed  tobą, sobą, przepraszam nas za siebie, przepraszam.

Bądź szczęśliwa. Zasługujesz na to jak nikt inny.


On zapytał się o ciebie. Pierwszy raz wypowiedziałam to na głos:
- Moje kochanie, największe, odeszło .....wiesz jak to bywa z moim popierdoleniem.

Nic nie rzekł.
Wie, nie wie?

Przestaje mnie to interesować. Błąd.
Czas liczyć się z uczuciami innych ludzi.
Czas przestać postrzegać świat z punktu własnych doświadczeń.
Czas podjąć trud wejścia na czyjąś górkę i spojrzenia z człowieczej ławki.

Czas pogardy skończył się. Czas na pokorę.

Mogłam od ciebie uczyć się miłości zamiast tkwić w manii wyższości.

A miłość to nie palec wskazujący tylko wyciągnięta dłoń. Dłoń, która przytula

Dziękuję.

Tylko co ja ma do zaoferowania światu oprócz swej bezczelności i manii wielkości?










pomiędzy prawda a kłamstwem



Słowa turlają się pomiędzy nami. Stają się hamakiem. Kamieniem w bucie. Uwierają. Koją. Drażnią. Usypiają. Gra w słowa.
Czy one mają jakieś znaczenie?
Prawda jest ukryta pomiędzy krzakiem róży a pokrzywami. Leży rozbrechtana w słońcu. Rozpuszczona.
Leniwa.
Smaży swój tłusty brzuch.
Nażarła się pychy albo szaleństwa.
Nie rusza się.
Nawet nie ma grymasu na swym ryjku pełnym samozadowolenia.
Prawda w przeciwieństwie do kłamstw nie potrafi  grać. Jest jaka jest.
Prawda jest widzem w teatrze kłamstw.

Kłamstwa to idealna trucizna. Słodka trucizna. Lep od, którego w końcu można zadławić się.
Ile razy mogę w życiu wymiotować?

Pytasz się dlaczego wciąż słucham muzyki.
- Dlaczego wciąż chodzisz w słuchawkach?

Właśnie po to, by nie słyszeć słów ludzkich.
Muzyka moją ścianą, a mnie niech ścina słońca blask.

Wypalam sobie oczy patrząc w niebo.

Nie chcę nic słyszeć.
Nie chcę nic widzieć.
Chcę tylko dryfować pomiędzy nutami.

Jestem Masajem pośród traw złudzeń, Skaczę wysoko. Nogami udeptuję marzenia.

Kupię potem kozik. Wystrugam krzyż. Przecież bez krzyża to nie nagrobek.

Postawię go. Na zdeptanych marzeniach.

I posadzę. I różę. I pokrzywę,


Opowieść o Sowie 😁

\



Młoda, będąc na obozie harcerskim, kupiła mi pamiątkę. Była to czarna bransoletka ze srebną sową z niebieskimi oczami. Świetna. Młoda ma fajny gust i wie co lubię. Nawet śmiała się, mówiąc wiesz kto to jest. Wiem odparłam ze śmiechem.

Bransoletka, jak to bransoletka, w końcu węzły puściły. Zawiązałam sznurki na supeł.

Dzisiaj zachwycił mnie feniks. Jestem takim feniksem. Odradzam się choćby spalono mnie na popiół.
Kupiłam kolejną bransoletkę. No cóż lubię chińskie tandety.

Gdzieś pod zamkiem sowie nie spodobało się towarzystwo feniksa.
Odleciała w nieznanej chwili w znaną sobie stronę.
Młoda, zrozpaczona, poszła szukać zguby. Długo nie wracała. Poszłam szukać Młodej.
- Wracaj. Niech komuś sowa przyniesie szczęście.
-Ale mamo..
- Kochanie w życiu trzeba nauczyć się tracić. Wolność polega na nie przywiązywaniu się do niczego.
-Wiesz, to mam pomysł. Kupię ci nową.
-Dzięki. To miłe z twojej strony. Ale może tym razem smoka...

piątek, 5 lipca 2019

Dzień dobry :)

Ide ulicą. Na murku siedzi dwóch facetów. Wyglądali raczej na znudzonych życiem emerytów niż na żuli.
Przechodzę obok nich i słyszę jak jeden mówi do drugiego:
- Oj, mówię ci, że warto, warto. O! i popatrz jakie tu chodzą piękne kobiety ....- i szczerząc zęby popatrzył na mnie.
Uśmiechnęłam się:
- Dziękuję za dobry dzień i wam takiego życzę.
Chwila potrafi zmienić podejście do świata. Jedno słowo potrafi zmienić podejscie do siebie.


🤔😎😈😂😂😂😂

środa, 3 lipca 2019

Trudno jest odnaleźć siebie. Nagle człowiek przestaje biec i okazuje się, że jest w gąszczu. Busz jest nie tylko w majtkach, ale i na zewnątrz.
Podarować potrafię światu nowe spojrzenie i siłę.  A gdy nakarmię świat sobą  zostaję porzucona, Opadając z sił zapadam w samotność. Taki mój los, los Geppetta.
Na nowo konstruuję siebie.
Wad się nie pozbędę. dodają mi uroku.
Za chwilę zabłysnę.
Za chwilę
Jeszcze chwila