Wróciłam do domu. Czerwona, spocona, radosna.I tak dumna z siebie. Przeżyłam.
- Gdzie byłaś? - zapytał syn buzią pełną jedzenia, gdy weszłam do kuchni.
- A na kickboxingu. Zapisałam się. Power maks, czuję, że czuję. Każdy mięsień!
Starszy, aż wypluł do talerza to jedzenie, które tak mielił i mielił w buzi.
-Co?! Po tobie można wszystkiego spodziewać się. Zaraz będziesz skakać przez płoty, z dachu, i przyślesz zdjęcie z Wenus.
- Hahahahah teraz to pojechałeś chłopie. Wiesz całe życie marzyłam, by nawalać w worek i teraz tak będzie.
Faktycznie, przez pół życia karmiona filmami z Van Damme'n, z Bruce Lee, marzyłam, by uprawiać jakieś sztuki walki. Najlepiej tajski boks. Ale rodzice zawsze wybijali mi to z głowy, a później pomimo niezależności jakoś tak życie pognało do przodu. A teraz? A teraz stoję w miejscu i rozglądam się co by tu jeszcze przeżyć.Teraz cieszę się jak dziecko, ze przeżyłam pierwszy trening. A był morderczy.
Chodzę i mówię co mnie irytuje. Irytuje mnie to, że chodzę i to, że mówię. Po co mówić, po co chodzić. Po co cokolwiek robić. Inaczej jednak nie mogę, jak chodzić i mówić. I nagle ten zlepek ewoluuje na moich oczach. Układa się w most, w drogę taką. Na przęsłach. Wahadłowy. Pięknie niebezpieczny. Z brakującymi deskami. Co drugiej dechy nie ma, a co czwarta połamana.Wiem, gdzie jestem i na czym stoję. Ale idę tam, gdzie idę. Lubię tak prowokować i gnać uciekać, szukać. Lubię włazić na ten dziurawy most i skakać po nim. Skakać, skakać i krzyczeć, a niech chwieje się, niech runie. Niech wszystko runie.
Weszła do biura i rzuciła szefowi papiery na biurko. Spojrzał na nią spod oka. Niezła sztuka. Wyrachowana, zimna, pociągająca. "Jak butelka bourbona z 1912 roku" - pomyślał. Bardzo pociągająca. Tylko niedostępna jak złota karta kredytowa w banku. Choć, z czasem, z czasem wszystko zmienia się. "Cierpliwości zatem, cierpliwości" -pomyślał, ale dla zasady warknął: - Co tym razem? - Zamówienia szefie.- jej głos miał nutę obietnicy pieszczoty.
Wzięła swoją glowę i spuściła z 10 piętra, po schodach. Bum, bum, bum..., a kiedy dobiegła ją na parterze, wzięła pod pachę i poszła zagrać w kosza. Trening rzutów osobistych nie był niczym innym jak niemiłosiernym waleniem o obręcz i tarczę. Stała długo i cierpliwie rzucacając i rechocząc przy tym okrutnie. Nawet raz dostała zębem w lewą pierś. Zębem, który odbił się od tarczy podczas rzutu. Rozbawiło ją to przeokropnie. - To był atak lwów - ryknęła - zaraz was powybijam wszystkie. I dalej tak stała i rzucała, aż mózg eksplodował i wypadły oczy. Znudzona zepsutą zabawką wykopała głowę gdzieś w niebo i nie patrząc gdzie upadła poszła do piaskownicy. W piachu wyrwała jedną rękę i zrobiła z niej łopatkę. Siedziała na brzegu piaskownicy i ryła nią korytarze i zamki. A potem, w szale tworzenia, pobiegła pod kosz, by odszukać w trawie oczy. Miały być cześcia herbu - Wydłubiskowa. Kiedy je znalazła, okazało się, że jedno oko było już rozdeptane a drugim bawił się mały szczeniak. Chciała go kopnąć w zadek, by odzyskać swój skarb, ale stwierdziła, ze pacanie go łopatką będzie weselszą zabawą. Nie chciało się jej biec z powrotem do piaskownicy, więc oderwała sobie nogę i skacząc na drugiej, podążała za psiakiem celując w niego, raz to w głowę, raz to w zadek. Nie zauważyła, kiedy wypadła na ulicę. Facet kadłubem rozbryzgał krew, która spływała po przedniej szybie. - Ja pierdolę, co to było? Gołąb? Wysiadł z auta i zobaczywszy to co zobaczył wezwał policję. Policja wezwała karetkę pogotowia. Sekcja zwłok wykazała brak serca. Śpij Kadłubku spokojnie.
Funkcjonowanie
w strukturach społecznych i udawanie człowieka jest strasznie
męczące. Przyszłam i padłam. Zasnęłam w swoim świecie.
Oddarta z ról zasnęłam po prostu. Z uśmiechem; Na swojej kartce
papieru. Niezarysowanej, niepokreślonej. Pustawej takiej. Zasnęłam
w swoim świecie. A miałam podłogi umyć. Straszne. Sumienie
kobiety uległej zbiczowało się słowem: - Ty leniwa cipo! Cień
macochy przewinął się karcąc mnie jak Kopciuszka. Czy tak nie
jest? Czy Macocha nie jest tą inną kobietą: matką, babka, ciotką,
sąsiadka, która każe być niewolnicą, bo przecież taka jest rola
kobiety.
Fuck!
Oliwek
brak w lodówce
To
jest dopiero problem. Niepełne życie, niepełny smak sałatki.
Powrót na kartkę. Zawiśnięcie w pustej przestrzeni. Żadnej kreski, żadnego ruchu dłonią. Nic. Pustka. Czystość idealna.
Kurwa.
-
Potrzebuję pracy, Cokolwiek. Bo zwariuję. Cofnę sie społecznie i
poproszę o łóżko w psychiatryku,
Tylko
czy ja potrafię cokolwiek? Technik ekonomista, animator kultury,
pedagog, referent, chuje muje dzikie węże spierdzielaj na taśmę i
śrubek, kurwa, nie pomyl.
-
Mooniek! będę na twoim utrzymaniu, będę pić i pisać i robić ci
obiady. Pasi?
Nie,
nie poddam się tak łatwo. Wszystko tylko nie gotowanie!
-
Nie proszę pani, nic nie wiem o ZUSie, poza tym, ze w swoim
czasie miałam problem zdrowotny, stad ta przerwa w zatrudnieniu i
musiałam walczyć z systemem. Ale naliczanie składek jest nieznanym
mi tematem, który chętnie poznam. Od tego jest staż prawda, żeby
nauczyć się, czy jednak chcecie, jak większość pracodawców,
tanią siłę roboczą?
-
Tak wiem, ze na odcinkach wypłat są wykazane potrącenia, ale nie
patrzę na to, bo inaczej by mnie szlag trafił, jak każdego
człowieka.
-
Cieszy mnie bardzo, że państwo będą ogłaszać rekrutację. Mam
44 lata i o niczym nie marzę jak o stabilizacji zawodowej i uczciwej płacy.
-
Porzedni pracodawca owszem, chciał zatrzymać,ale przecież w tym celu należy stworzyć nowe stanowisko
pracy oraz ogłosić konkurs. Jeśli tak będzie wezmę udział.
Jednak na dzień dzisiejszy, tak jak Państwo - można stażystami
pracować, prawda? Wszystko to polityka pieniężna, a nie osobowa.Ludzka.
-
Wie pani co, jak człowiek pracuje świat wydaje mu się ciekawy i z
możliwościami. Kiedy jednak zaczyna szukać pracy wszędzie są
szlabany. Dajcie mi cokolwiek, bo za studia muszę płacić.
-
Wiem na czym ta praca polega, bo jednak od 10 lat jest w temacie, a
przez 13 parałam sie w tym klimacie, nie mniej jednak nie obiecuję,
że będę dyspozycyjna, bo nie wiem co jutro będzie. A naprawiać świata, w sumie, już nie mam ochoty, bo wiem, ze się nie da.
Zawsze
słyszę, że poradzę sobie. A jak nie poradzę to co? Będę
pić, pisać i obiadki robić. Albo wyjadę i zostawię wszystko. Życie od nowa. Czemu nie?
Interesujące
jest, że ludzie wierzą we mnie bardziej niż ja w siebie. Praiwe jak w takiego kolesia, hahaha.
Ciekawe
co Jezus czuł wisząc tak na krzyżu przed tłumem. Zasiadłabym
koło niego, zapaliła trawkę. Pogadała. Jak z człowiekiem mimo,
ze totalny wariat. Ale ja też potrafię słowami rozpieprzać
ludziom życie. Dogadalibyśmy się. Przyjaciel na chwilę. A na
chwilę to on w sumie umarł. Potem wstał z matwych:
-
Mózg, mózg, mózg...
Myślenie zwodzi na manowce. Najlepiej ludziom wyżreć mózgi, niech nie myślą, niech nie krzywdzą. Niech...
Stojąc w sklepie, w kolejce do kasy, dopadło mnie uczucie beznadziejności i zaczęłam dusić się. Ściana muzyki płynąca ze słuchawek nie schowała mnie szczelnie przed światem. Nie, tym razem nic nie działało. Rozpięłam nerwowo kurtkę. Tlum ludzi, który niby stał w miejscu, jakoś się ściaśniał. Byłam bliska omdlenia. Coraz bliżej jakos tak coraz bliżej.
Poczułam przerażające przytłoczenie człowiekiem, ale dzielnie ściskałam w ręku pęczek szczypiorku i ogórek i marchewkę. Marchewka. Marchewka związana jest ze sztuką. Sztuką mięsa. Nikt jej nie namalował. Lady Punk tylko żaspiewał , a królik Bugs wcinał. Smutne. Ale w końcu marchew to nie jabłko, Kochajcie marchewki. Ten kszałt faliczny, ten kolor wolności i czupryna nadzei. Genialne połączenie.
Tak, oskrobię ją i wrzucę do pudęłka plastikowego, a potem wsiądę na rower i pojadę przed siebie. Daleko gdzieś. Tak z 15 km daleko od domu. W las. Albo nie, bo tam są kleszcze. Nad rzekę. Nad brzegiem rzeki siądnę sobie i zjem tą marchewkę. Nie oddam tej marchewki, wiesz tłumie. Nie oddam! Za marchewkę nawet zginę!
Człowiek.
Człowiek.
Człowiek.
A do kasy wciąż tak daleko. Serce zamiera samo w sobie gdy ludzkie oddechy pompują lęk. Marchewka, rzeka, wolność. Oddychaj Arte, oddychaj,,,
- Wiesz, nie oddam cię na nawet za 100 cukierków. Zreszta jakie sto. Nawet za milion. A w ogóle to ciukierki są niezdrowe. Za milion też cię nie oddam, bo w życiu to nie pieniądze się liczą, ale rodzina, miłość....
Spojrzałam na córkę. Kurczę, jakie to wygadane, i nawet tak głupio dziobem nie kłapie.
- Dzięki Młoda, ale czasami ludzie odchodzą.
- Wiem, ale ty nie umrzesz.
- No nie umrę. Ale jakby co, to jak masz żyć?
- Z tatą i Starszym.
- Tak, ale jak?
- Radośnie i żebyś była dumna ze mnie.
- Bingo Młoda!
- Ale ja się boję w nocy ...
- Ja też i dlatego śpię, wiesz? - zachichotałam, a Młoda zę mną.
- Nooo mamo....
- Nooo córcio....
Do domu wpadł syn.
- Mamo, a mi się marzy szarlotka na ciepło z bitą śmietaną...
Faceci....Chyba miał ciężki dzień. Albo mentalny okres.
- Synu, mój drogi i kochany, jest już cudem, ze robię obiad, a ty chcesz szarlotkę? Koniec świata. Albo zapraszam cię do cukierni, albo czekaj na babcię.
- Nie, ty mamo zrób, proszę...
Szlag, do czego zmuszają mnie te dzieci. Do życia, szlag jasny, do życia,
A tak chciałam się na marchewce rozpieprzyć. Czyż ona nie przypomina statek kosmiczny?
Apollo 13.
Fiu,
Smutno mi, Boże! - Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą; Przede mną gasisz w lazurowéj wodzie Gwiazdę ognistą... Choć mi tak niebo ty złocisz i morze, Smutno mi, Boże!
Jak puste kłosy, z podniesioną głową Stoję rozkoszy próżen i dosytu... Dla obcych ludzi mam twarz jednakową, Ciszę błękitu. Ale przed tobą głąb serca otworzę, Smutno mi, Boże! (.........) Słowacki
---------------------------------------
aaaaaaaaaaaaaaaaaa nie tylko ja tam mam, nie tylko ja :P :D
a właśnie to chciałam powiedzieć:
"Duchowo jesteśmy w całkowitej dupie. Życie wewnętrzne zastąpiły nam internet oraz zakupy."
"Sztuka […] to konieczność powiedzenia drugim istotom
w formie Piękna o potworności samotnego istnienia
w nieskończonym wszechświecie."
Witkacy
"Formy dawnej Sztuki są dla dzisiejszych ludzi zbyt spokojne,
one nie pobudzają do wibracji ich stępionych nerwów.
Im potrzeba czegoś, co szybko i silnie wstrząśnie
ich zblazowany system nerwowy,
co podziała jak orzeźwiająca kąpiel
po długich godzinach ogłupiającej, mechanicznej pracy."
Witkacy
Moonlight -Ergo sum
Beksiński(sciągnięte z internetu)
"Nie ma żadnych okropnych rzeczy. Znam wojnę, rewolucję, śmierć ukochanych osób i tortury. To wszystko jest głupstwo. Okropną rzeczą jest tylko nuda i to, jeśli żaden wiersz do głowy nie przychodzi i jeśli przy tym chce się coś pisać, coś, o czym się jeszcze nie ma pojęcia – tak jak mnie teraz. A! To jest prawdziwa męka."
Witkacy
"Dwa są tylko miejsca dla metafizycznych jednostek w naszych czasach: więzienie i szpital wariatów." Witkacy
"Są artyści, którzy tworząc stwarzają pozytywne wartości w życiu, i są ci, którzy najistotniej tworzą niszcząc życie własne, a nawet innych." Witkacy
Głupio tak myśleć. I chcieć. Chcieć czegoś więcej. Wychodzić poza granice dnia. Poszukiwać. Wypalać kolejnego papierosa rozmyślając o życiu gwiazd. Widzieć słabą konstrukcję świata. Zabawność w nadchodzącym zmierzchu. Gubienia się na oślizgłych powierzchniach. Klejenia się do kłamstw. Klejenia sie od kłamstw. Głupio tak to widzieć i milczeć i nie móc nic. Słowo chciałoby obnażyć, jak Sofokles kiedyś, ale chowa się w swej nieśmiałości. Przetrącone kregosłupy wyrazów krzywią się. Wszystko takie płaskie jest, takie bezsensu. Gaszę papierosa w kropce groteski. Zasiadam przed lustrem i nie przestaję się śmiać. Stać cię na to cżłowieku? Czy uważasz, ze taki wielki jesteś i tyle osiągnąłeś w życiu?Duma to piękna rzecz, nawet ze zrobienia gówna. Bo i nie kazdemu dane jest pięknie zesrać się. Dystans do siebie jest jak most ku wolności. Kim jesteś? Tak naprawdę, człowieku? Nawleczone szaty cesarza sa tylko ubraniem, a reszta to gra. Tak jest stworzony świat. Poker. Skóra pęka od owocowych soków Zamiast mózgu - arbuzy. Zamiast serca- cytryny. I nogi: bananowe szczudła. Uciekam tapetując się iluzją w poszukiwaniu pedzla na przemalowanie duszy. Na czarno, na niewidztwo, na widztwo, na słuch, na bezsłuch, na powonienie i nie czucie i na dotyk i bezdotyk, na myślenie i owocowe soki.
Iguany dostały wieczornego pierdolca na moim punkcie i uznały, że zalegną w moim łożu. Spojrzałam na nie dziwnym wzrokiem:
- E, ale was coś teges pogięło, no nie? - jak już coś powiem to powiem. Nie ma, że boli.
- Nie, bo my cię kochamy.
- Wariaci! za co? za ten horror i wrzask?!
- Mamooo... - i wtuliły się. No są walnięci. Mocno. Ale taki jest urok dzieci. Potem wyrastają. Ale zanim wyrosną to zaległam pomiędy nimi. Syn odleciał szybciej niż chłopaki w Transsportingu po wciągnięciu towaru, a córka, jak to baba, zebrało się jej na wieczorne gadanie.
- Weż ty sobie Młoda wyobraź, że bierzesz rolkę papieru toaletowego i obwiązujesz nią cały świat. Czaisz to?
- A w jakim kolorze? - no to padło pytanie, w końcu mała kobieta!
- Nie wiem, w jakim chcesz - kolor, nie pomyślałam o kolorze. Zawislam za to nad pytaniem: ile rolek?! Zdumiewające, jak odbiór jednego i tego samego zdania może mieć różną wartość.
- Mamo, ja mam wyobraźnię prawda?
- No masz, masz, kochanie. - pocałowałam główkę. Moja kochaną główkę.
- Ty też masz. Ale ty masz dziwną. Wiesz dziwna jesteś - i zaczęła się śmiać.
- Dziecko, bo cie uwalę w bioderko! - zażartowałam, lekko gilgocząc swoją kopię upartego osiołka.
W końcu zasnęła, a ja zatrzymałam się przy Islandii. Z tym papierem toaletowym w ręku.
Byłby niezły psikus. Wstajesz rano człowieku i zamiast nieba - sraj taśma. Ale czyż wszystko nie sprowadza się do gnoju?! Do wielkiej kupy. W którą to zamienimy się. Oby tylko nie za życia. Choć niekórzy tacy są, albo kupa gnoju, albo żuczek. Z kupą gnoju.
Rano..
- Mooniek, chyba mam dziwny głos, co?
- Dziwne, ze w ogołe mówisz.
- Dziwne, że w ogóle jestem? Co? - zbrechtałam.
- Ty to już mnie nie kochasz, prawda?
Spojrzałam, uśmiechnęłam się. Miałam ochotę zacytować słowa Osieckiej.
Jednak nie zacytowałam, bo syn zaatakował mnie niespodziewanie wskakując na mnie.
- Pieszczochu! - ryknęłam ze śmiechem.
- No co? Tuli, tuli. Dzień bez tulenia nie liczy się.
- I słusznie. Hmmmm, Fajnie pachniesz, wiesz?
- Wiem. W końcu jestem Starszy, syn Arte! - zabrzmiało to nawet dumnie.
- Hahahahaha....dobre, dobre, synu.
Taki duży a taki mały. Wtuliłam sie w syna, póki mogę wtulić się. Póki pozwala, i póki chce. Czas tak mija szybko. Niedawno siedział w wózku, stawiał pierwsze kroki. Teraz ma swój punkt widzenia i buduje niezależność, choć jeszcze po nitce zależności wraca do ramion mych. Nie wypuszczę nie. Za wcześnie. A potem leć synu, leć.
z archiwum :)
Dzisiaj wznoszę toast. Za niezależność i zależność. Bez pracy stanę się poszukiwaczem i maruderem. Zatracę się w beznadziei dnia codziennego jednocześnie ciesząc się każdą chwilą i każdym gestem. Bo co możemy dać innym, jeśli nie kawałek siebie? To niebo, które daje nadzieję na tęczę.
- Arte, jest rano, a ty wino pijesz?
- A co nie mogę? kto mi zabroni? ej, heloł?
Sztywne zasady zabijają wolność. Przecież nie chodzi o to by się najebać, tylko o to, ze robię co chcę. A mam sie ochotę najebać. No i co? Wytrzeżwieję, wyczyszczę buty i pójdę jutro do kościoła. Porządna kobieta.
- Będę żenskim wydaniem Bukowskiego. Albo Wojaczka. Destrukcja i nihilizm. Czaisz człowieku? Zakmnięcie się w butelce, by to ona oddzielała mnie od chwycenia sznura, żyletki. Polska Plath. Włączony system powolnego umierania.
Spojrzał, pokręcił głową , a ja wpatrzyłam się w jego siwe włosy na klacie, które jak łobuzy wystawały zza koszulki.
- Wiesz, dobrą robisz tą sałatkę.
Mistrz zmiany klimatu. Wino sie skończyło. Trzeba coś zrobić. Zrobię. Z synem pojedziemy rowerami przed siebie na parę zdjęć, poćwiczyć, pogadac o życiu. Póki ono jest. Bo co możemy dać komuś cennego jeśłi nie swój czas i siebie? A czas bez tych co kochamy czy ma jakąś wartość? Ma, Jesli siebie też kochamy.
Oworzyłam czekoladę.
-Ty wiesz mamo ile tam jest cukru?
Spojrzałam na syna. Jak pies na kurę,." A jebnąc ci?" - przyszło mi na myśł, ale nie wypada tak do dziecka mówić, jak i rzucać w niego tekstami typu: "wiem, syneczku, wiem, w chuj". Dzieci szybko sie uczą. Chłoną szybciej, niż gąbka wodę, niż ...nie wiem co, niż niektóre kremy w skórę. Nasiąkają nami, aż się przelewa. Ciężko być rodzicem przy braku hamulców i instyktów.
Nasiakaja naszym słowem, naszym zachowaniem, sposobem rozwiązywania konflkiktów. I jeszcze mi jebnie na starosc? Hola, hola. jaką starość?
- Wiem synu, ale nie drąż tematu, nie dzisiaj, proszę.
Dzisiejszy dzień nie napawa mnie niczym innym jak chęcią zapalenia. Zeżarcia czekolady. Zatkania uszów kartkami z książek. Podpalenia świata. A niech coś zapłonie. Zapłonął Mooniek.
- To ja idę dzisiaj pić! A nie tylko ty i twoje wyjazdy.
- A idź. Tylko się ubierz jak człowiek.
Poszedł. W końcu gdzieś wyszedł. A mógłby nie wracać. Tylko, że nie znam haseł do kont. Szlag!
- Moonio, tylko wróć... - krzyknęłam w ciemność klatki schodowej. Ta troska ...
- Nie znasz haseł, co? -zbrechtał.
- Nie, no kurwa, kocham,,,
Powtarzalnośc żartów wieje nudą. Córka też wie, co będzie, gdy bawimy się jak kotki. Wiem kiedy chcę ją lekko ugryżć, co czynić uwielbiam,.
- Czuję, ze czaisz się na moje żeberka....
- Ygy...a skąd wiesz?
- I wiem, ze zaraz mi powiesz, że mnie kochasz....
- Ygh...hahahaha, dokładnie tak, hahahahaha
- AAAAA. moooojeeee żeberkaaaaa, mamoooo.....
Mooniek wyszedł, a dzieciaki zakopały sie w tabletach. Cisza. Spokój. Moja pustka wypłynęła na wierzch. Spojrzałam na nią. Otchłań. Przepaść bezkresna o kształatach zmieniających się. Skocz, skocz...pochłonę cię, okryję szczelnie, ... A pocałuj mnie w dupę - mruknęlam otwierając piwo. Też mi coś.
Skąd cholera się wzięła. Słów tam brak, Inni mają dziury w zębach, inni w skarpetach, a ja mam dziurę w sobie. W sumie to gdzieś papierki po cukierkach muszę wrzucać. Swoista gra w kosza. Dziura szczerzy kły a ja ją zaśmiecam,
Zaśmiecam....może dlatego rośnie, rośnie, bo karmię ją? Złudzeniami, marzeniami, teoriami, wizjami.....papierkami po cukierkach.
Jednak jeśłi gdziekolwiek mam się lampić to wolę patrzeć na Słońce. Oślepnąc na jakiś czas. I tak iść. Właściwie wpadki i potknięcia bywają nawet zabawne. Może wpadnę na coś fajnego? Ostatnio wpadłam na osobliwą parę. On i ona trzymali się za ręce. Szli jakby nikogo nie widzieli, a w dłoniach trzymali białe laski, ale to nie ta ślepota czyniła ich niewidomymi na otaczających świat. Stanęłam zachwycona. Zywa katedra miłości. A przecież nie wszystkie monumentalne budowle przyniosły oczekiwane rezultaty. Nie rozpaliły wszystkich serc. Były tylko stertą zimnych cegłówek. Tak jak wielkie słowa przytłoczone sobą potrafią zgasnąć stając się tylko częścią zdań. Co czyni, że miłość płonie? Ciepło dłoni, która jest blisko? Wymiana myśli, gdy jest sie daleko? Chciałam podejść zapytać się, ale stojąc tak dojrzałam, dojrzałam tą wzajemną fascynację utkaną z wiary.
Fascynacja.
Buduj tak, by intrygowało. Zasada architektów na sukces? Hm....Maluj tak, by intrygowało. Napisz muzę, by wciaż nutrowała nutami. Kochaj tak, by wciąz się chciało kochać. Stań się klasykiem, arcydziełem dla ......Długo stałam patrząc na nich, aż znikneli mi z oczu.
Bądz fascynujący i wiarygodny. Daj wiarę. Siła Boga? Miłości?
Dlatego w kościele epatują krzyżami, Dla wiarygodności.
Tylko tak łatwo sztukę w kicz zamienić.
Mooniek wrocił nie wiem o której. Przebudzona spojrzałam na na niego a nie na zegarek.
- Dzizas, człowieku ty nawet alkoholem nie walisz...... - mruknęłam zaspana - za tydzień zobaczysz jak trzeba się bawić,
Spojrzał. Pochylił się.
- Dobranoc - i cmoknął w czoło.
Klasyka.
Mogłam spokojnie zasnąć.