środa, 25 stycznia 2017

nocną włóczęgą...





– Jak to jest, panie Jaskier? Czy coś się zaczyna, czy coś się kończy?

– Nie wiem. Ale jeśli ja tego nie wiem, to nikt tego nie wie. 

Wniosek: nic nigdy się nie kończy i nic się nie zaczyna.

A. Sapkowski




Wieczorami odpływam, gdzieś, gdzie nigdy nie powinno mnie być. A jednak idę. Płynę. Niesie mnie. Dźwięk. Struna. Światło księżyca. Pływam. Pływam, tam, gdzie nie powinno mnie być.
Coraz częściej zasłuchuję się w muzykę, zamiast w bicie serca, To dobre. Może smutne, ale dobre. Nie czuję przy sobie pulsu drugiego człowieka, ale czuję nuty. Odpływam. Niech cichną we mnie minione dni. Urojenia.  Mam ciepły koc. Z wełny. Z wyprzedaży. I nie muszę nim dzielić się. Nie muszę nic.
Gdzie te chwile, kiedy nasze ciała toczyły rozmowę, a my tonęliśmy w swoich oczach? Czas zmienił parametry i wypadliśmy za burtę. Zmysłowość zastąpiona kromką z pasztetem. Tyle wystarczy, by cokolwiek poczuć. Zabić głód. I nie wyczyścić zębów nitka dentystyczną.
To smutne. Ale dobre. Nie trzymamy się kurczowo. Wokół za dużo jest przykurczy. Choć ból nie jest zły, jest rzeźbiarzem cudownych twarzy. Idealne lice modelek są odrażające szpitalną sterylizacją. Pociągają jak lukrowane pączki w pobliskiej piekarni. Jeden gryz. Na zaspokojenie. Za duża ilość mdli. I nie ma w tych twarzach zakrętów, które w załamaniach chowałyby nieznane światy. Bądź wulkany. Dżunglę ze strasznymi potworami, albo kawałki nieba. Albo okruszki pizzy.
Wprawdzie alkohol też mdli, ale jest za to cudowną trucizną. I rozpuszczalnikiem nadbagaży. Nic tak nie ciąży jak emocje. Alkohol jest żywicielem sarkazmu. Napici drwimy z tego co nas bolało. I rysujemy zajadle wszystko w krzywym zwierciadle, by później, nad ranem, uchachni, upodleni, wszystko zwymiotować do muszli. Poszło. Jedno pociągnięcie spłuczki i nie ma.
Mistrzowie teatru iluzji. Sami sobie klaszczemy. Na odwagę i wiarę.
Tylko tak trudno spotkać człowieka. Takie to trudne. Zgrać się spojrzeniem, tą ciekawością schowaną pod powiekami, która wystaje rąbkiem błyszczącego pantofla i kusi. Zastygnąć w odbiciu wystawy i odbitego buta.. I pójść na kawę. Rozmowa dwóch obcych zupełnie osób. O życiu tak. Czy sztuce japońskiej.
Albo tak wsiąść do pociągu i rozmawiać z pasażerami. Zaczepiać pytaniami.
Znaleźć wizjonera, który barwami oświetli  studnię mroku. Nakreśli obrazy swoją interpretacją świata.
Biorę ołówki, kreślę linie. Poplątanie. To czas zamkniętych ramion. Zamkniętych drzwi. Obcy. Wszędzie obcy. Milczenie. Mur.
Zaciskam wargi. Nie wydobędzie się żadne słowo. Za dużo było powiedziane.
- Martwię się.
- Od kiedy?
"Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat."Bułhakow

Wyobraź sobie, że podchodzi do ciebie człowiek i mówi:
- Chcę tylko pogadać. Idziemy na piwo?
Co za nieludzkie zachowanie! Zboczeniec. Czego chce? Wymacać moją kartę kredytową czy szybki numerek w toalecie?  Choć tłoczymy się na wspólnych płaszczyznach zainteresowań to jednak to nie to samo. Jak przysiąść na rynku pewnego miasta do chłopaka co gra na gitarze i nucić gdy on śpiewa. Uwiązani do własnych norm oddalamy się od siebie. Coraz bardziej.
Odpływam. Nie czując już nic. Poza muzyką, która brzmi w słuchawkach.









.

6 komentarzy:

  1. Hm... chciałam skomentować, ale nie wiem, co napisać. Normy może oddalają ludzi, to prawda, ale bez nich pogrążylibyśmy się w totalnym chaosie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, ale jednak sztywność nie jest rozwiązaniem :)

      Usuń
  2. Miałam sen...
    Nocowaliśmy z małżem w Waszej sypialni - wielkiej, ze starymi, dębowymi meblami. Ciebie jeszcze nie było - nie wróciłaś z pracy i nieprędko miało to nastąpić, bo dojazd w jedną stronę zajmował Ci półtorej godziny. W pewnej chwili otworzyły się drzwi i wszedł pies: biały foksterier z rudą plamą na oku. Podszedł i obwąchał poduszkę, a ja zapytałam: 'Jak masz na imię?' 'Rafał' - odpowiedział i... wyszedł z sypialni. Za chwilę wszedł drugi - też foksterier, nieco mniejszy. Sytuacja się powtórzyła: 'Jak masz na imię?' 'Zakładka'. Spojrzałam skonsternowana na małża, wstałam z łóżka i zaciskając pasek szlafroka weszłam do kuchni. 'Mooniek, ile Wy mace tych psów?' 'Pięć - wszystkie wzięliśmy ze schroniska. I pięć kotów' - odparł z flegmatycznym uśmiechem. Akurat wróciłaś z pracy: świeża, z rozjaśnionymi włosami, czerwoną szminką. 'Jak Ty to robisz? Macie pięć psów, pięć kotów, dojeżdżasz tak daleko do pracy, dzieci, studia, to wielkie mieszkanie, a tu nie ma nawet grama kurzu?!'- zapytałam zdziwiona. Uśmiechnęłaś się tylko i ... nad kubkiem kawy rozpoczęłaś planowanie rejsu żeglarskiego - dla nas wszystkich :)
    Nie wiem, jaki to ma związek z Twoim postem (ukradłabym go chętnie i wkleiła na swojego bloga, żeby zaszpanować głębią refleksji)... ale pewnie ma. Nic nie dzieje się przypadkowo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. piękny sen, arystokracja, arystokracja duchowa :D :)
      zdumiewający sen, włącznie z porządkiem. W życiu nie ma przypadków. Popłyniemy :)
      Za myśl o kradzieży dziękuję :)

      Usuń
  3. Bliskość (miłość) zmienia swoje oblicza, tak jak my się zmieniamy. Normy, kazdy ma wlasne, ale przesuwanie ich i przekraczanie nie jest zabronione. P.s. Jakiś czas mnie nie było, odnoszę wrażenie,że bardzo Ci "styl wydoroślał". ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, to tylko wrażanie, mylne :): nie zmieniam się nic a wręcz odwrotnie - upośledzenie się pogłębia :)

      Usuń