Szpital niech pozostanie wspomnieniem.
Poniedziałek -w rękach kurczowo ściskam walizeczkę jak podróżna na stacji w oczekiwaniu na pociąg.. Podroż w jedna stronę? Czekam na korytarzu na przyjęcie.
Czekam, bo brak łóżek. W ekspresowym tempie wywieziono facetów z sali, i to sztuk dwie, zmieniono pościel i tak oto zostałam szczęśliwa posiadaczką łóżeczka. W końcu. Bo ściany w szpitalach krzyczą "chowaj się pod kołdrę" i takie długie oczekiwanie nie było dobre.
Zanim jednak dostałam swoją komnatę to otrzymałam prezenciki.
Cudownie -myślę -
oto strzał absyntu. Hihihiih, i mam ochronkę co by ubranka sobie nie zarzygać. I to w kolorze trunku.Feng shui po polsku.
Ale gdy zaczęło mi się podobać to pielęgniarka ostudziła moją radość mówiąc, ze muszę się tym płynem zdezynfekować przed operacją i założyć po kąpieli wdzianko. To było jak bolesny kop i to zaraz poprawiony. W sam piszczel.
-
Dzisiaj zje pani tylko zupkę, potem tyl
ko prosze pic wode, a rano juz nic nie przyjmować
Wow, jaki dwupak -odchudzanie gratis.
Żołądek ostrym burczeniem wyraził protest przed takim barbarzyństwem. Coż robić, zalałam go wodą.
Sala. Piżamka. Cisza. Książka. Normalnie wakacje jak w PTSM-ie. I znowu wstrząs. Załozyli mi opaskę na ręce. Niczym bilet wstępu na imprezkę.
Ale -myśli me zmieniły tor -
identyfikator za zycia nie wróży nic dobrego, bo i trudno trupa pytać o tożsamość.
Spociłam się.
Uspokój się wariatko. Myśli pobiegły w stronę rodzinki. Trudno jest zasnąć bez buziaków dzieciaków, bez schowania sie w ramionach T...Nie dzwonilam, by nie opowiadać o swoim strachu ...i tęsknocie...
Wtorek -pobudka, kapiel w zielonym plynie, wjazd na blok operacyjny. Przygotowania do zabiegu. Znowu poczułam sie jak kura przygotowana do patroszenia.
Strzał w kręgosłup. Sprawdzenie nóg.
- Pacjentka rusza nogami.
Nie wiem co to znaczy, ale szybko mówię:
- Ale ja nic nie chce czuć! Dajcie mi coś.
Zamknęłam oczy.
Otworzyłam oczy. Sala. Z kolana wystaje rurka. Wyciek kontrolowany do butelki. Pod łożkiem kaczka. Dla niekontrolowanego sika.
I modlitwa- oby kupy nie było, oby się nie zesrać.
Żyję. Nogami ruszam. Jest dobrze. Odpłynęłam.
T przyszedł z synem. Moje słoneczko rozpłakało się:
- Kocham cie mamo, tęsknię, dom bez ciebie nie jest taki sam ... wracaj - popłakaliśmy oboje.
Po czym o mało co drenu ze mnie nie wyrwał pytając się:
- Co to?
T zrobił mi kolację.
Też przytulił.
Fajnie jest mieć rodzinę.Taką rodzinę kochaną. Wsparcie jest ważne.
W nocy nie można było spać. Leki nie pomagały. Rurka uwierała. Ups, tu krewa, a tam kawałek mięsa. Miałam ochotę zaśpiewać "
Mięsny Jeż, mięsny jeż...."
Ktoś kaszle, chrząka, odpluwa charczy. Najpierw solo, z czasem słychać już duet. Nie wiem w końcu, gdzie leżę -czy to oddział ortopedii czy chorób płuc. Coś strasznego, zbiera mi sie samoistnie na wymioty.
Ktoś płacze. Łka. Płacze.
Ktoś stęka. Jejku -normalnie jakby babka rodziła! Taki ból w glosie. I stęki.
-
AAAAAAAaaaaEECHH UUUU - słyszę -
AAAAAAEEEECHHHH.......... KURWA!!!!!!!
I nagle po korytarzu, niczym metaliczny motyl, przemknąl bezwstydnie głośny pierd.
-AAAAAAAECH -koncert trwa nadal -
EEEECHHHHHH AAAAAA - i tak pół nocy - AAAAAAAA
ECHHHHHUUUUUUUUU YYYYYYYGHHHHH !!!! ....JA PIERDOLE...........
To nie jest śmieszne, ludzie naprawdę mają problemy.
-
AAAAAAAAAEEEEEEEEEEEeYYYYYYYYYYYYCHHHHH......
Potem musiała babka jeszcze gorzej sie męczyć, bo padło nieoczekiwanie:
- JEEEEZUUUUUU.......
Stęki, płacz, kaszel-niczym postój w piekle. W końcu zasnęłam nad ranem. Ze słuchawkami w uszach.
Środa - kurs chodzenia o kulach. Butelka wisi obok. Cudowny widok. Energetyczna babka kończy marnie. Rozczulam się nad sobą. No co, to boli. Kaleka -tłucze się po głowie.Nie jest mi wesoło.
Argument -inni maja gorzej nie przemawia do mnie. To jest moje życie, moja ciało, moja niemoc....
Poranna rozmowa telefoniczna z dziećmi.
-
Kocham cie mamo- to córka-
kiedy wracasz?
-
Kocham cię mamo -to syn -
tęsknię.
Córka zaczęła płakać:
"Chcę do mamy..."
Nie powiem nic...serce zamarło .....
Przyszła mama. Siedziała długo.
-
Panie doktorze, chciałam się dowiedzieć o sw
ój stan
- Zerwane wiązadła, złamana rzepka, przed panią długotrwała ciężka rehabilitacja i najprawdopodobniej druga operacja
Tak po prostu, z mostu, dostałam w klatę.
Przez te kule wypowiedziane słowa załamały mnie. Rehabilitacja. DŁUGOTRWAŁA!!!
-
Będzie dobrze córciu...
Zadzwoniłam do T, nie mogąc mówić.
Przyjechał szybko
-
Damy radę, będzie dobrze. Przebrniemy przez to wszystko. Przecież nogi nie amputowali ci.
Siedział do wieczora.
A z drenu kapało.
Do sali wróciła pacjentka leżąca obok mojego łóżka. Starsza pani, koło 80-tki, elokwentna, zadbana staruszka:
-
Wie pani, jestem obruszona - mowi-
jak te kobiety nie maja wstydu, drzwi do sali pootwierane, mężczyźni chodzą po korytarzu, a te kobiety, z sali obok, leża rozkraczone, za przeproszeniem, z pizdami na wierzchu ....
Noc bezsenna. Koncert kaszlu trwał. Jakaś pacjentka chciała uciec. Na jednej nodze. Zamieszanie
.
Pielęgniarka komuś tłumaczyła, ze ma oddać szczękę. Ktoś chrapał śmiesznie
: Auuu,aauuu -jakby stado wilczków biegało po korytarzu. Drzwi windy. Zawieźli kogoś na oddział. Pewnie z pogotowia. Północ. pierwsza. druga. Pielęgniarki wiozą starszą kobiecinę na łóżku. Myślę: - trup. Po jakimś czasie słychać skrzypienie. Łóżko wróciło. Puste.
Trzecia.
Czwartek - wychodzę do domu. nic innego nie liczy się.
Dzieci, T........tchnienie nowych sił, nowego życia. Radość, wygłupy....jak ja tęskniłam.
Łazienka, prysznic....trudność z korzystania, Brodzik wysoki. Przy wyjściu kule rozjechaly się, dobrze, ze T złapał mnie.
Musze odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Jest ciężko.
Noga boli.