Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie małżeńskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie małżeńskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2013

Babski dzień :)

8 marca - Dzień Kobiet -  około 21.00  T wrócił z pracy.  I  zaskoczył  mnie. Prezentem. W ciągu dnia rozmawialiśmy na gadu i nawet życzeń nie złożył. Nie upominałam się. W końcu facet w pracy jest, więc co tam będę mu truć. Wiadomo jak jest. Facet w robocie głowę traci.
A tu proszę jaki wjazd do domku zrobił.


Warto ufać. Poczekać. Nie żądać.
Ale jakby zapomniał - oj!
Ha, ha, ha ....

Córka też dostała prezent. Z przedszkola przyniosła tulipana. Od Wiktora. Pierwszy kwiatek od faceta. A od taty maskotkę.


Co tu dużo mówić - uwielbiam takie niespodzianki.
 Oczywiście Starszy też dostał prezent -długopisy żelowe (ma fioła na tym puncie:D), co by mu nie było smutno.

T wymiata -super facet. I co tu dużo mówić. Trafiło mi się genialnie.
I w Nim tkwi moja siła. Cokolwiek by się nie stało, wiem, że mogę na nim polegać.
Zawsze.






piątek, 22 lutego 2013

fajny gość




Telefon mi ruszył !!!!  Rozmowa ma w sobie moc!!!! I buziak też. Hahahaha, mój cudny tel. Cmok, cmok, cmok.
Naprawdę go lubię. Bo nie tonie.

I dostałam kubeczek. O, taki fajniutki. Od T. A potem mnie zjechał za brak kapci i za zimne nogi.
Kurde, a zimne nóżki niczym przekąska ....



T to fajny koleś jest. No, kurde.



poniedziałek, 18 lutego 2013

chirurg

Ze snu wyrwał mnie ból. Godzina 4.00. Co z tą godziną?! Zawsze o tej porze dorywa mnie ból. Moje kolano, ja pierdzielę. Nieme wołanie w kosmos. Ani tak ani siak ani owak. Ból, zawieszenie, ból. Przetaczam się, wtaczam się, zaczynam ćwiczyć nogę. O dziwo, jakaś ulga. Zasypiam, i zerkam na zegarek i ćwiczę, zasypiam i zerkam 4.30, 5.00, 5.15, 6.35.....6.35???!!!! SZLAG!!!! Mam 25 minut na wyjście!!! Grrrr....
Ale dlaczego budzik mnie nie obudził? Miał dzwonić o 6.00!!! Nieważne. Wyrwałam z łóżka budząc  T.
-Szlag zasnęłam, wyprasuj mi spodnie i bluzę.
Skacząc na jednej nodze wskoczyłam do pokoju dzieci. Szybko skompletowałam ich ubranka. Pogniecione. SZLAG! Ubranka rzuciłam na deskę do prasowania. Prysznic.
- To też mam prasować?
- Nie, tak sobie leży!
- Nie możesz normalnie odpowiedzieć?
- A ty normalnie pomyśleć!
-Nie chcę wstawać. W przedszkolu jest nuda. Życie jest niesprawiedliwe - wydobył się jęk spod kołdry. . Jeszcze tego brakowało! Nie znoszę marudzenia. Wiek lat sześciu -wiekiem odwiecznego udręczenia.
 - A może jakieś cześć kochanie?! Cokolwiek? -Rozmowy w biegu. Dwutorowe. Faceci. A ja nie mam czasu się przekomarzać, dyskutować. Jestem w biegu!, a jak biegnę zamieniam się w konia, piana na pysku, no nie jest dobrze. O słowo za daleko i może być jazda.
- Nie wstaję dzisiaj!!!!! Nie! nie! nie! -zabulgotała kołdra.
-Synek weź, kurde, nie marudź, mniej litość. T powiedz coś swojemu synowi. Kurde, synu, życie takie jest. Wyłaź z wyrka.
- A Młoda? Ona nie idzie do przedszkola?!-no tak odwiecznie patrzą w swoją stronę -  a ona? a on?
- To wstawaj i budź Młodą. Ja spadam. Się trzymajcie.

Poleciałam na rehabilitację. 0 7.40 "wbiegłam"na salę. Lampa, ćwiczenia -godzina z głowy.
Z rehabilitacji poleciałam prosto do chirurga. Wizyta na 9.00 zamieniła się w wchodzenie według listy. Mój numer 7. Skazana na czekanie czekam. Przypłynęły starsze panie w odstępie minutowym. O trzecia się pojawiła. A tam gdzie są baby pojawia się problem.
- Miałam przyjść na 9.30 i jest moja godzina- rzekła jedna z nich.
 -Ale my tez tak mamy. Tutaj godzina podawana jest na oko. Na drzwiach wisi lista kto kiedy wchodzi.- tłumaczy babka babce.
- Oj, ja nie wiem, nie wiem...
I takie gadanie. Po próżni. A zresztą nudę lepiej zabić gadaniem. Jak baby. Ha!, nie wytrzymałam.
- Proszę pani, ja miałam na 9.00 i siedzę, bo wchodzi się według listy. To takie proste, bo jest lista.
- O, a ja mam numer 7 -rzekła jedna z nich.
- Hahahaha, chyba nie tutaj, bo to akurat to mój numer.
- To może źle zobaczyłam? Okularów nie wzięłam.
- To proszę podać nazwisko i już pani mówię, która pani jest - wyrwałam się pod drzwi. Przeczytałam. Proszę. "Nie ze mną takie numery, Bruner, hehehe"
I gadanie. Gadanie. A ja tam czasami pogadać mogę. Co mi tam.
- Ale ten facet długo siedzi.
- Może ma zabieg?
- Zabieg? Zabiegi robi się w szpitalu!
-W jakim szpitalu? Ja idę na zabieg i miałam przyjść tutaj, a nie iść do szpitala. Zresztą, ma pani napisane gabinet zabiegowy. To co? Zabiegają o coś?
- Może ma pani rację. Ale zabieg tutaj?
 - A w czym problem. Zastrzyk, wycięcie i koniec.
- Hahahaha, to takie proste? hahahaha
- No a jak.
- Jejku a pani taka młoda i o kulach. Co złamanie?
- Nie, uszkodzenie innego kalibru.Ot, cena za głupotę ludzką. Koleś miał w nosie przepisy BHP i wpadłam w dziurę. Takie życie.
- Ale pani ubezpieczona? Bo teraz młodzi ludzie o nic nie dbają.
I poszło: praca teraz a dziś. Ach, te dzisiejsze czasy...
- Wie pani, w tym miejscu 25 lat przepracowałam. Kiedyś tutaj były biura fabryki....
I czas mijał.
W końcu doczekałam się. Rzucając z uśmiechem do babek:
- A ja będę długo! -weszłam do gabinetu.
Podpisałam zgodę na zabieg w znieczuleniu miejscowym i do dzieła - wycięcie dwóch "wysepek" powstałych wskutek ugryzień owadów. Uf, pozbędę się tego. Zastrzyk, auć i cięcie. Patrzę i nie wierzę.



Lekarz długą niebieską nić ciągnie. Kurczę, jaki zamach. Szwy zakłada?! O!o!
- O cholera! - wyrwało mu się
"O cholera" zabrzmiało jak o cholera!!!
 - Cholera! -tym razem mi się wyrwało. Chirurg wyprostował moją nogę po artroskopii, by dorwać się do następnego znamiona. Fuck!
Drugie cięcie, szycie.
Założenie opatrunków i do zobaczenia za tydzień. Wycinki poszły do badania histopatologicznego. Fajna norma. Ale nie czuję zagrożenia, ani obawy. Tja, bo jeszcze raka brakuje mi do szczęścia, hehehehe...tfu, tfu, tfu.
- Miała pani rację. Długo pani była. 
 - A, mówiłam!
Stojak. Kurtka. Kule poleciały. Jak zwykle.
- Ja pani potrzymam.
Hm, ciacho. Hm, a może by tak rwanie na kulę. Rwanie, rwę hehehe grunt by nie na kulszową.
- Dziękuję. No widzi pan, nie pod drodze mi z laskami. Mam ich dość. Wiecznie lecą.
- Na mnie mogą lecieć.
Lekka wymiana zdań. Chichot.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam. Szlag, już jest 10.50! a na 11.30 mam kolejną wizytę. Dzwonię do T. Kule wyleciały mi z rąk, a za nimi telefon. Zbieram się na chodniku. Tu bateria, tu kula, tu telefon. Jak łajza. Nie wierzę. A na syna krzyczę. Po kimś on to ma!
T przyjechał. Szybkie śniadanie, kawa i  wypad do alergologa.
Testy. Siedzę nakłuta. Spoko. Za tydzień następne badania i wizyta.
A miałam unikać białych fartuchów. No mega.
13.00 -wolność!!!!!!
Co za poniedziałek.

Kawa u mamy. Ha, ha, ha, wujostwo jeszcze było. A mówili, że będą jechać rano, hahahaha.
- Jest nam tutaj dobrze. Może nie pojedziemy w góry? -zaczęli żartować.

Dzień minął nie wiadomo kiedy. Jutro nastawiam opcję -nuda!Niech no tylko coś się wydarzy! Ja nie przewiduje nic.Kalendarz -ups, szkoła. Idziemy z synem na rozpoznanie terenu.
Jezu, a nie tak dawno nosiłam go na rękach.

Wieczór. Dzieciaki zgodnie władowały się do naszego wyrka. Ale w wyrku zabrakło zgody.
- Noooo, Starszy nie zabieraj mi kołderki! Mam za mało kołderki !!!! - buuuu....Młoda zaczyna koncert.
- Ja nic ci nie zabieram!
- Mamooooo! ja nie mam kołderki!!!!
- Mamoooo! ja jej nie zabieram!!!!
Wkraczam do akcji. Rozmowa. Zgoda. Wychodzę. Ledwo siadam.
- Maaaaamoooo!!!! A.....
Zaczyna się od nowa. Wysyłam na misję T - nie chcą taty.
Co za poniedziałek. Chcą mnie dobić do końca. Mnie?!Wychowana na filmach z Norrisem nie poddałam się. Dobiłam ich ja! Zasnęli.
Druga wolność!






środa, 13 lutego 2013

bąk

On puścił bąka:
- Kochanie, przepraszam, nie ruszaj kołdry, bo się potrujemy

Po paru latach:
 - Wąchaj zapach pana!!!!



Opowiedziałam T tą krótką alegorię obrazującą rozkład małżeństwa.
Normalnie rozkład po całej linii: rozkład ciał, rozkład związku, rozkład partnerstwa.

Powiedział, ze mam zepsuty mózg.
Nawet pogadać sobie nie mogę.

Prrrrrrrrrrrrrrrrr...........niech wie czyj jest teren!!!


Żartuję.

wtorek, 12 lutego 2013

o boskości




No i wściekłam się. Gorzej, bo tupać nie mogę.
T wyszedł. Poszedł sobie. Gdzieś. No i dobrze. Niech znika mi z oczu.

"A idź do diabła.. Ruch ci nie zaszkodzi, hehehehehe"



Wrócił.
No i dostało mi się!





niedziela, 3 lutego 2013

wampiriada







Poranny krzyk. Zabawa trwa w najlepsze.
- Jestem wampirem - krzyczy syn - uciekaj bo cię ugryzęęęęęęę!!!!
- Aaaaaaaaaa - Młoda się drze i tupta ze śmiechem.
- Użarłem cię, ale nie martw się żyjesz. Przechodzimy na drugi poziom - synek nawija - uciekaj!!!
Może w końcu wstanę?! 11.00 to dobra godzina na kawę.
- Z drogi mamo - krzyczy syn - Gonię cię.
Wariactwo trwa. Słysze, ze przeszli na następny poziom. Trzeci. Trzy życia mają.
- Mamo? Mogę nożyczki? -pyta się synek - chce zęby sobie wyciąć.















Córka stwierdziła, ze też chce nożyczki. Okres małpiatki -małpuje wszystko od brata. Potem chciała pociąć wykładzinę. A co tam.
Zabawa trwa w najlepsze. Ponieważ z wampirem nie ma żartów to Młoda z wróżki zamieniła się w rycerza.
Co za poranek twórczy. Aż milo patrzeć.





- T, przynieś mi kawę do pokoju.

- A co sama nie możesz?!
- A jakoś nie, wyobraź sobie.
- Też mi coś, afrykanki to na głowach potrafią nosić, nie możesz się tego nauczyć?
- Nie jestem afrykanką.
- Jak nie? Też masz cycki po kostki.
- Jezu, idź ty do dietetyka, bo tłuszcz mózg ci zalewa.

Nasz poranek też jest twórczy. Żart szybciej otrzepuje ze snu niż kawa, a poczucie humoru pozwala zachować zdrowy dystans do siebie i świata.