Brak swobody to jest dla mnie = bzik i śmierć.
Noc. Bezludność. Bezkotność. Bezpsiowość. A w człowieku jakby milion żyć. Lampy, cienie, zdjęcia. Fragmentowanie życia. I muza niczym granica nie życia. Na załamaniach i białych pasach łapię oddech.
Krok gubiony w muzyce. Idę. Cicho. Cicha ta noc. Nawet wiatr złożył skrzydła. Śpią upiory. Jest niewiarygodnie.
Przystaję na krawężniku. Bujam się na krawędzi. Łapię równowagę w słowach, które utkały ostatnie dni.
Są słowa, które nie zabijają. Są ludzie, którzy pozwalają żyć. Jest mleko, które nie psuje się.
I choinka wciąż ma igły.
W zaspanych oknach słychać sny ocierające się o framugi. Chciałabym wedrzeć się w nie. Zobaczyć o czym śni ludzkość, kiedy nie widzi nikt.
Skradam się.
Nie, nie chcę. Nie chce psuć sobie tej nocy.
Nie ma nic. Nie chcę nic. Trwam. W ciszy uśpionego świata. Jestem jak intruz. Oddycham lekko, by nie wydać się.
Kradnę te chwile dla siebie.
Wolność.
Lekkość.
Noc.
Bezludność.
Otulenie w dotyku.
Pięta cywilizacji ;)





