Pomyśłałam o sporcie, że czas zacząc znowu biegać. I zjadłam kromkę. I pomyslałam, ze brzuszki też czas zacząć robić. I zjadłam kromkę. Nie, no ja o sporcie myśleć nie mogę. To mnie gubi.
Popatrzyłam na rowerek, tak kątem oka, z kuchni rzuciłam tym okiem na przedpokój, gdzie ten sprzęt stoi i co? I zelki przyczepiły mi sie do ręki. Kumpel powiedziałby, że pewnie buduję masę na rzeżbę z mięśni. Ale po takim jedzeniu owszem rzeżba jest, tyle, że z innego materiału. I tak o to wysrałam sie na sport.
Chwyciłam się za ksiązkę, a nogi same zaczęły mi chodzić. Dziwne to uczucie, kiedy czlowiekowi nie chce się nic, a jednak energia go nosi. Nadmiar emocji zamienia się w energię. Bieg na wyrzucenie, pedałowanie na spocenie, brzuszki na przemęczenie - tak, by paść nie myśląc już o niczym. Emocje... ale ja nie mam emocji. Ja mam tylko wiecznego wkurwa. Przestałam zatem zaglądać na oferty pracy. Po co mam sie nakręcać? Przestało mnie to śmieszyć. A mówili, ze niewolnictwo zostało zniesione.
KURWA!!!!
A nie mówiłam, że mam wkurwa. Jakbym nie mogła mieć pieniędzy. Ech.
-Każdy ma to, na co zasługuje - i mój mały wkurw zaśmiał się przy tym diabolicznie.
Diabolicznie....Diabolicznie zaczyna się rozdział 19 "Mistrza i Małgorzaty*":
Za mna czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język! Za mna czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci ukażę taką miłość*".
(...)
O bogowie!, o bogowie moi! Czegoż brakowało tej kobiecie, w której oczach jarzył sie nieustannie jakieś niepojęte ogniki? (...)
Mówiła zapewne prawdę - potrzebny był jej on, miastrz, a wcale nie żadna gotycka willa ani własny ogródek, ani pieniadze. Mówiła prawdę- ona go kochała*."
Przybiegłam z parasolką, a Ty powiedziałeś:
- Wyrzucić ją, zatańczmy deszczu.
I poniosło nas w rytm padających kropel, tyle, że nieoczekiwanie Woland zrobił zawieruchę:.
- Jak to tak?! nie dałem znaku, a wy bal zaczynacie?!KURWA!
- Czyżbyś był w urzędzie pracy?
- Nie zmieniaj tematu.
- Nie zmieniam, pytam sie o zródlo kurwy.
- A ja o bal!
- Bal trwa! - krzyknęłam, a ty porwałes mnie do dalszego tańca. Jednym tanecznym krokiem na deszczu zamieniliśmy sie w króla i królowa życia. Wrażenie kolosalne. Radość zapełniła nasze serca, bo ta chwila była tą chwilą i nic innego nie liczyło się. Takimi chwilami postanowiliśmy lepić nasze życie. Patchwork skomponowany ze szczęścia. Nad ranem będzie ogrzewał przemarznięte nasze ciała, które potrafią nieoczekiwanie zasnąć po akcie wzajemnego oddania się i choc są złączone to jednak poranek lubi gilgotać je zimnymi palcami. Kocyk szczęścia poprawia smak porannej kawy.
Zagraliśmy Wolandowi na nosie, niech ma dziad jeden.
Piekła nie boję się,ani przekraczania wszelkich bram. Jednak niesforność ma jak i wiara nieraz zawiodły mnie na manowce, na których to oto tańczyliśmy, a między nogami przechadzał się Behemot. Miauczał, po czym "ukroił sobie kawałek ananasa, posolił go, popieprzył, zjadł, a potem tak brawurowo chlupnął drugą setkę spirytusu, że wszyscy zaczęli mu bić brawo…*" Na manowcach bywa wesoło. Droga donikąd. a czy trzeba gdzieś dojść? Dlaczego? Na bezdrożach są tylko inne duchy. A bez miłości to i tak jeden wielki chuj.