“Chcę z Tobą robić wszystko. Przez całe życie.”
~ Francis Scott Fitzgerald
Weszła do biura i rzuciła szefowi papiery na biurko. Spojrzał na nią spod oka. Niezła sztuka. Wyrachowana, zimna, pociągająca.
"Jak butelka bourbona z 1912 roku" - pomyślał.
Bardzo pociągająca. Tylko niedostępna jak złota karta kredytowa w banku. Choć, z czasem, z czasem wszystko zmienia się. "Cierpliwości zatem, cierpliwości" -pomyślał, ale dla zasady warknął:
- Co tym razem?
- Zamówienia szefie.- jej głos miał nutę obietnicy pieszczoty.
"Co za suka" - przeleciało mu przez głowę. Nie cierpiał tego typu kobiet. Świadomych swojej atrakcyjności z pełną gamą zasieków.
Wziął do ręki dokumenty i zaczął wnikliwie czytać. Sytuacja była naprawdę ciężka, i należało sięgnąć po awaryjny plan. Znowu awaryjny plan. Miał nadzieję, ze i tym razem uda się. Wciąż próbował odbić firmę od dna, ale konkurencja zabierała mu rynek. Kiedyś było prościej. Lepiej. Teraz nawet i marketing nie dawał rady. Szlag. Szlag jasny! Podniósł głowę znad dokumentów i spojrzał w jej oczy. Były zimne, przenikliwe, pewne. Z blaskiem radości i braku wahania.
"By cię szlag" - pomyślał - By szlag to wszystko". Otarł ręką czoło.
- Kurwa ...- jęknął.
Spojrzała na niego. Figlarnie.
- Tylko tyle powiesz, szefie? - zapytała z anielską bezczelnością.
- Tylko, kurwa, tyle. Bierz 10 wkładów. Rozumiesz? Tylko 10! Nie chcę kontroli!
- Spokojnie, szefie. Dyszka to dyszka.
- Ale rozłóż to na dwa, trzy tygodnie.
- To moja działka, nie pouczaj mnie - syknęła jadem pełnym słodyczy.
Biorąc papiery spojrzała na niego morderczym wzrokiem i wyszła. Liczyła na większe zamówienie, ale dobre i to.
W swoim biurze przebrała się. Spojrzała do lustra. Poprawiła krzywo zapięta broszkę, wyrównała klapy marynarki i wygładziła spódnice. "Ujdzie - pomyślała - wszystko ujdzie, jak zwykle".
Wyszła. W końcu nadszedł czas na realizację bonów.
Wjechała windą na 22 piętro budynku 33 piętrowego. Wysiadła i wyszła na korytarz. Był ciemny, długi i paskudny. Czuła się jakby chodziła w dżdżownicy. Od głowy do dupy, czy też na odwrót.
- Kiedyś dostanę tu obłędu...
I jeszcze te mrugające światła jak z pieprzonego tandetnego filmu amerykańskiego.
Jej mieszkanie było azylem weekendowym, wpadała tu nie tylko zamieść pajęczyny.
Z przedpokoju weszła do kuchni i nastawiła ekspres na kawę. Przyjemny aromat wprawił ją dobry w humor. Włączyła radio i nucąc Aurę "If you":
If you find yourself lost,
I'll find a way to get to you,
If you find yourself lost,
I'll find a way to get to you
otworzyła okno. Spojrzała na ulicę:
- Jak mrówki, jak mrówki - zamamrotała wyciągając karabin z lodówki. Wróciła do nucenia:
LOVE, MERCY, TENDERNESS, FREEDOM
LOVE, MERCY, TENDERNESS, FREEDOM
Złożyła go w jedną całość. Piękny. Lekko przejechała palcami po kolbie, jak po ciele kochanka. Pocałowała zimna stal.
- Moje kochanie.....
Spojrzała na ulicę i przez lunetę zaczęła rozglądać się za celem. Nie będzie to, jak za nastolatki, lampa uliczna, ani żaden pieprzony ptak. Trudny wybór komu zgasić świecę. "Jak dmuchnę to na amen". Rozśmieszył ją własny żart. Na moment.
"Niebo dzisiaj otwieram. Niebo - raz, dwa, trzy, kto ma na sobie niebieski zobaczy niebiańskie pieski"
Wycelowała. Trzy osoby upadły na chodniku. Facet w niebieskim swetrze, dziewczyna w niebieskich dżinsach i chłopczyk w niebieskiej kurtce. "Może zrobiłam wam przysługę, kto wie, kto wie...." Nie miała czasu patrzeć jak panika ożywiła przelewający się do tej pory, leniwie tłum.
"Tak, panika jest dobra energią" - pomyślała i uśmiechnęła się.
Rozmontowała broń i schowała. Wyszła spokojnym krokiem. W mundurze policyjnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz