Mój ideał to pójść do cerkwi i postawić w pokorze świeczkę
, jak Boga kocham, naprawdę. Wtedy nastąpi kres moich cierpień.
Chodzę i mówię co mnie irytuje. Irytuje mnie to, że chodzę i to, że mówię. Po co mówić, po co chodzić. Po co cokolwiek robić. Inaczej jednak nie mogę, jak chodzić i mówić. I nagle ten zlepek ewoluuje na moich oczach. Układa się w most, w drogę taką. Na przęsłach. Wahadłowy. Pięknie niebezpieczny. Z brakującymi deskami. Co drugiej dechy nie ma, a co czwarta połamana.Wiem, gdzie jestem i na czym stoję. Ale idę tam, gdzie idę. Lubię tak prowokować i gnać uciekać, szukać. Lubię włazić na ten dziurawy most i skakać po nim. Skakać, skakać i krzyczeć, a niech chwieje się, niech runie. Niech wszystko runie.
Nowa budowla. Nowe zdarzenia. Nowa tragedia. Nowa historia.
W pewnym mieście pewien facet miał wybudować świątynie, a ponieważ był mistrzem to został wezwany. Władca, który go zawezwał, siedział w wannie pełnej krwi. Był poszukiwaczem nieśmiertelności. Też tak można. Zamiast koziego mleka - blood.
Kiedy wstał z tej wanny to stanął w nagości swej okrytej purpurowym płaszczem. Płaszczem z krwi.
Ta krew ciekła mu z nosa, z brzucha. Ciekła mu z przyrodzenia i kapała: kap kap kap.
Kap, kap, kap ...
I z moszny tak: kap, kap, kap.
I w tym kapie, w tej krwi stojąc, władca przemówił:
- Wybuduj mi chłopie najpiękniejszą cerkiew, świątynię, która będzie niepodobna do innych budowli, która będzie moja, i którą będą podziwiać pokolenia.
- Zbuduję. Nigdzie nie zbudowałem takiej samej świątyni, zawsze kolejna jest piękniejsza od poprzedniczki.
- Kolejna lepsza - zamyślił się władca. "Kolejna .. " - A komu ty chcesz budować jeszcze, co?
- Panie, świat nie kończy się na twoich kaprysach.
- Nie? - zdziwił się władca i już nic więcej nie powiedział, tylko uśmiechnął się. Tak lekko krzywo. Szyderczo nawet po trosze.
Władca nie mógł lepiej trafić, ale za to mistrz wpadł w samo gówno. W sam środek krwi. Tak oto śmierć zaczynała swój taniec: kap, kap, kap.
Manolo siadł na placu budowy czując wielką niemoc. Nie było myśli, nie było nic. Tylko fallus cieknący krwią machał swoją główką. Wciąż miał w głowie: kap, kap, kap.
I nie szło mu nic. Nic, nic, nic. Cholerny fallus zamiast wiary wypełniał mu sny.
Manolo wracał do domu wieczorem, do swojej siedemnastoletniej żony i wtulał swą głowę do jej łona. A w łonie tym rozwijał się ich syn. I tak mijał tydzień, jeden, drugi, trzeci: syn rósł, a mistrzowi nic a nic nie rosło.
I tak Manolo siedział na pustym placu budowy i tylko dłonie żony przynosiły mu radość życia jak i nadzieję, że jutro będzie lepiej.
Będzie lepiej, będzie lepiej, bo lepiej musi być. I któregoś dnia zleciał anioł. Popatrzył na plac, popatrzył na chłopa:
- I co? i gówno. Myślałeś, że wybudujesz cerkwie, ale bez nas to dupa blada. Ale wiesz co, zróbmy tak. Zamurujesz w fundamentach świątyni pierwszą osobę, która zjawi się na budowie, a my już ogarniemy resztę. Znaj naszą dobroć ważniaku.
Co tam jedno ludzkie życie. Świątynia ku chwale Boga musi stanąć. I niech władca ma swoją dumę.
Manolo się zgodził.
Nastał kolejny dzień. Mistrz poszedł na budowę i zaczął ciąć dechy, układać je i myślał. Myślał, układał, ciął.
A tu żona przyszła. Ze śniadaniem którego zapomniał.
- Kochana moja jedyna, niezastąpiona...
Ucieszył się. Wzruszył. Ucałował.
I zesztywniał.
Zamarł.
To była pierwsza osoba, która weszła na plac.
Anielski plan. Pełen miłości. Zrozumienia.
Tak, tak, tak, kap, kap, kap...
Co mógł zrobić?
Co?
To co musiał zrobić.
Zamurował żonę wraz z nienarodzonym synem. Na żywca tak. Cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce, cegłówka po cegłówce ...
To nie był strzał z pistoletu. to była cegłówka po cegłówce. Milion sekund, tona myśli. A on? A on wciąż kładł tą cegłówkę po cegłówce, cegłówkę po cegłówce. Swoimi rękoma tak kładł.
Cegłówkę po cegłówce.
Taki był układ z aniołem, tak chciał świątynie, tak ...tak kurwa ...jak kurwa tak można?
No jak? Jak można?
A jednak można.
Mężowie potrafią tak. Tak kłaść. Tak cegłówkę po cegłówce.
Podobno nawet w oczy sobie spojrzeli, przed tą ostatnią cegłówką: spojrzeli sobie bardzo głęboko w oczy.
Ile trwała ta chwila, co myśleli, co powiedzieli, ile milczeli, co czuli?
Za słabo czuli, by zdemontować mur i olać świat. Demagogia wiary zeżarła ich dusze.
Manolo może i kochał żonę, ale swoją sławę i wiarę kochał jeszcze bardziej. A ona? Ona jego kochała - nie uciekła. Poddała się. Ku chwale boskiej.
Ofiary miłości.
Tandetne piękno.
Jak krew cieknąca po mosznej: kap, kap, kap.
Aniołowie dotrzymali obietnicy. Powstała urzekająca budowla, która stoi do dziś w Rumunii.
A Manolo co? Po tym jak go władca uwięził to chciał uciec z niewoli, z tego szczytu dachu, skąd zabrali mu drabinę, ale tylko powielił mit o Ikarze.
Zawsze ktoś coś powiela. I głupio potem umiera. Jakby nie wiedział....
Świątynie można podziwiać w Curtea de Arges.
Arges, to rzeka, to imię żony Draculi. To też jest niezła historia i też do dupy.
Wszystkie historie są do dupy.
Tak jak mój most.
Deski jak słowa, jedna po drugiej, jedna po drugiej. A most wciąż dziurawy, rozkołysany, niebezpieczny. Ale mój. Bez aniołów.
I bez św. Jana w pobliżu. A Nepomucen powinien stać, choćby w cieniu.
Powinien.
Powinno być wiele rzeczy.
Tak, tak, tak, kap, kap, kap.....
Tylko bez aniołów. Niech ich szlag. I bez ślepej miłości do aniołów, którzy wcale nie są idealni.
Ideały nie upadają.
Podobno.
Walczą o siebie.
Na dziurawych mostach.
.
***.......story wszelakiej maści: Kruszona Michał: Czarnomorze skąd pochodzi historia Manola
Arte, jaka ty płodna jesteś ostatnio. Nie nadążam za wpisami.
OdpowiedzUsuńNo i kiedy ta książka...?
a kiedy nasza podróż ?:D
Usuń