piątek, 20 września 2013

dzień świra


Poszliśmy ze Starszym do pediatry, by uzupełnić kartę zdrowia. Syn po prostu przechodził samego siebie. Rozbierał się tak jakby pierwszy raz w życiu to robił i wciąż się śmiał. Dostał głupawki. Panie same zaczęły od tego podchichiwać. Miał stanąć to się giął. To udawał "Stefana". Wygłupiał się na maksa.  NIE DO OPISANIA! Przeprosiłam mówiąc, ze to chyba taki wiek. One, ze wiedzą.
Generalnie zachowywał się tak, jakby do niego nic nie docierało. Dziecko specjalnej troski.
Pogroziłam palcem synowi, a on za plecami lekarza i pielęgniarki zrobił mi to!


Wzrok mi zalała czerń a koleś, ten mój syn, dalej sobie kpi:


Totalnie jaja sobie robił.
Pediatra zapytał się jak z wymową. Mówię, że w zeszłym roku chodziliśmy do logopedy i w tym roku też musi iść, bo wymowa pozostaje wiele do życzenia zwłaszcza jak mówi szybko.
Pediatra kazała powtórzyć parę słów a Starszy powtórzył je idealnie. Idealnie. Myślałam, ze znowu padnę trupem. Przedstawienie trwało dalej.
- A ja znam wierszyk o kole!
- Tak? to powiedz.
- Weź koło i stuknij się w czoło.


Myślałam, ze ...w ogóle przestałam myśleć.. Służba zdrowia roześmiała się, mówiąc, że tego się spodziewały. A ja nie!


Wyszliśmy z gabinetu.
- Ale co to było za zachowanie?
- Jakie? - jakie niewiniątko.
- Byle jakie. No no no, ale powtórzyłeś słówka.
- Heheehehe, bo nie będę łaził do jakiegoś logopedy hahahaha
- Synu, ale ostatni raz widziałam cię takiego, takie zachowanie było nie na miejscu.
- Śmiesznie było.
- TO NIE BYŁO ŚMIESZNE!
- A co jest śmieszne?
Nie wiedziałam. Już nic nie wiedziałam.
- Słuchaj synu, prosiłam cię o dobre zachowanie. Niestety twoje wygłupy będą cie kosztować dzień bez tableta. Nie grasz i już!

Potem usłyszałam, ze jestem złą matką i że chce mieć nowy dom i nową matkę.
Faceci wiedzą jak ranić.
- Skoro tak chcesz to trzymaj się. Powodzenia.
Poszłam sobie przyśpieszonym krokiem. Dogonił. Zapłakany. Przeprosił.
Ufffff.
 - Jesteś najlepsza, najukochańsza ......

Ble, ble,ble, jasne.

Porozmawialiśmy.
Ja wiem,ze powyżej genów nie przeskoczy się, ze to moje dziecię ma moją krew, no ale przecież muszą być jakieś granice. Niech wygłupia się tak w domu przy znajomych,  a nie. Grrrr...


Zakotwiczyliśmy na chwilę w domu i poszliśmy po Młodą. W przedszkolu okazało się, że nie wzięłam portfela. Cholera! Jedyny dzień, kiedy można zapłacić za ubezpieczenie, a ja portfela zapomniałam! Szlag!
- To ja pani pieniądze pożyczę.
- Serio? Dziękuję. Oddam.

Zapożyczyłam się, czego nie lubię robić, u babki, którą z widzenia znam z placu zabaw. Niesamowite.
Naprawdę.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc.



W domu córka oświadczyła, ze idzie spać do babci. Kazała się spakować. Ona wzięła zabawki, książkę o jednorożcu i misia i torebkę z Hello Kitty.
- Ty weź szczotkę i pastę, dobra? I szlafrok.

I szlafrok. Hahahaha. Córka to jedyna osoba w domu, która ma szlafrok i lubi go używać. Księżniczka.
Poszliśmy do matki. I zasnęłam przy kawie.

- Ale już sobie idźcie - obudziła mnie córa.
- Wyrzucasz mnie, buuuu, będę płakać. Jak możesz mnie zostawić samą?
- Nie będziesz sama. Masz Starszego. - i brechta się. Wycałował mnie na do widzenia.


Jedno dziecko "sprzedane". Drugie, by odzyskać szansę na granie pomogło w porządkach i zatonęło w mordowaniu świń.


A ja sobie siedzę i tyle.
Też fajnie móc nie robić nic.






------


foto domowe, na moje zamówienie :P











czwartek, 19 września 2013

taki placek


Przejrzałam sobie stronki. Patrzę - naleśniki?

http://magda-f.blog.pl/2013/09/19/mniam-mniam-mniam/

O, czad, już tak za mną chodzą parę dni. Odgrażam się i jakoś tak odpycha mnie od patelni, choć jęk dzieci staje się coraz większy.
Jest przepis, więc ciach.
Wbijam te jajka, leję mleko, wrzucam mąkę i wodę gazowaną.
Mikser miksuje, ja sobie wyję, by nie słyszeć myśli. Nie chce myśleć. Czuć. Buduję barierę, taki mój sprytny plan. Zapaść się w sobie.
Rozgrzana patelnia i myk. I przykleiło się. Kurde! Śmietnik i znowu na patelnię wylałam ciasto. I znowu porażka. Co jest?! Nigdy takich jaj nie było. Zmieniłam patelnię i od nowa. Porażka. Porażka. Porażka. Po 10 przyklejeniu się ciacha wysiadłam. FUCK!!!!!!!!!!!
No do dupy jestem.
Nie nadaję się do niczego...

But I'm a creep, I'm a weirdo.

czwartek, 12 września 2013

taki dzień to był

Rano była akcja pod tytułem - zaspałam. No nie dałam rady. Ale godzina mnie zmotywowała w przeciwieństwie do szkrabów. Dzieciaki miały ruchy, jakby były do dywanu poprzyklejane gumami.
-Dżizas! - zadusiłam w sobie.
Powiedziałam sobie - nie krzycz! to będę twarz trzymać w ryzach. Po przez akcentowanie słów czułam się jakbym zamieniała się w maszynę. Kontrolowanie wyrazów, kontrolowanie emocji.
Bo jak czas ucieka to ze mnie paruje zło ....

To nie jest tak, że jestem aniołem. Oj nie. Owszem, Aniołem jestem i to Czarnym, ale tylko dla Jasia - Jasio co wieczór przysyła mi sms, że za mnie się modli. Jasiu, dziękuję Ci.

A propos modlitwy to na roku była zakonnica. Jedna sztuka pośród nas, cywilów wielu. Oczywiście tez powiedziała, ze będzie się za mnie modlić. Tak po prostu - zobaczyła mnie pierwszy raz i palnęła takim tekstem. Myślałam, że umrę.Znajomi wymiękli. Kazali flaszki stawiać za me oczyszczenie. Spirit'us dla spirit,a.
Może coś jest na rzeczy?!
Pomodlicie się za mnie?! Dziękuję.

Boże, jakbym chciała być ciepła kluchą, a nie wściekłą ......yyyy.....osą to nie, bo osa ma talię. No wolałabym być wyciszona, ale po tylu latach mózg zryty pracą trochę przestaje funkcjonować w krytycznych momentach. Aczkolwiek wznoszę się wznoszę. Miłość wielką silę ma.


Bomba jednak wybuchła. Podjechałam do teściów, bo tam parkuję. Jak parkuję to mam monitoring. Oni są nieziemscy, wiedzą nawet to, kiedy sąsiadka bąka puszcza!
Oczywiście okno było otwarte na oścież a w nim królowała królowa teściowa. 150 kg wagi żywej.
- Dzień dobry, a czemu wczoraj was nie było?!
To była zawleczka bomby która we mnie wybuchła.
Fajnie się cieszy, ze nas widzi, fajnie życzy miłego dnia. Pozdrawia. Macha łapką.
- Bo co? Muszę tu parkować?! Mam wam listę obecności podpisywać?! - zaczęłam warczeć, oj, niedobrze.
- Nie, ale myślałam, że Młoda jest chora.
- Ile razy mówiłam ci, ze myślenie ci nie służy?! Przestanę tu parkować. Miłego dnia!
Nie byłam miła. Byłam ble. Trudno. Świnia jestem. Cholerna świnia.
Ale co tam. Jutro pewnie i tak wpadnę na kawę.
A zresztą standard obyczajów musi być zachowany - byłam synową z krwi i kości.


Zapadłam w domku w ciszy i w kawie. Wyciągnęłam kości. Puk, puk. Wezwanie. Ech, zaczyna się powoli sezon oględzin mojego kolana. Sezon polowania na misia.
Dostałam pierwsze wezwanie na komisję lekarską.

Hm, właściwie jak mi to policzą?
Nie mogę biegać, nie mogę jeździć na rolkach.
Nie mogę klęczeć i ma modlitwa jest osłabiona. Oj, ma dusza idzie na zatracenie ....
Nie ma jazdy na koniu ani od tyłu. Monotonia zabija mnie .....Chyba pojadę do Azji ........
Po prostu cała sfera ducha pierdyknęła zmieciona kontuzją kolana.
Nie ma mycia podłóg w jedynej słusznej pozie - na klęczkach. I nie ma akcji -Mam cię.
Zabawy z dzieciakami są pełne ograniczeń, choć nogi rwą, to jednak - odpadam.
Czy ten ból i te straty są wymierne? Kto to zrekompensuje dzieciakom, mężowi, Bogu?!
No?

Patrze na nazwisko badającego, FUCK MAĆ !to ten lekarz, który sam wysyłał mnie do pracy mając w dupie zanik mięśni i zły stan nogi i papiery, które mówiły o konieczności dalszego leczenia. Specjalista, jego mać....Poszłam po fajki. miałam nie palić. Ale jak nie zapalić?!
Myślę sobie, że pójdę.
Od każdej decyzji można się odwołać.
Mam na to papiery - facet nie jest adekwatny i poproszę o  innego orzecznika.
Uspokojenie emocji - nie będę się denerwować.
Może nie będzie tak źle.
Może chce zobaczyć, że ta gościówa i ta noga to jedno ciało?!

Tok myślenia został zerwany przez sygnał telefonu.
- Dlaczego milczysz? - Mamusia dzwoni znad Bałtyku, o ja cię pierniczę.
- Pojechałaś, baw się dobrze, oderwij się od życia.Co mam ci truć?!
- Ty wiesz, jakie tu są warunki, jak z lat 90-tych...
- Hahahaha, a co to? Czyżby po Hiszpanii podniósł ci się standard życia czy co?! Przecież zawsze mówiłaś nieważne jaki pokój, ważne jest miejsce i ludzie, i co? - zbrechtałam. Auć, ta moja złośliwość.

No, ale tęskni. No proszę. Jak miło.


Pojechałam po dzieciaki. Misja - park. Ha! Gucio, nie wejdą mi Larwiaki do domu, nie będą buntować się przed wyjściem na podwórko, wywożę je od razu i basta.
Ha! jaka jestem przebiegła! Genialna!

Szłam z synem po córkę po drodze podziwiając jego ślicznie upierniczone spodnie. Obok szła matka, która dokonywała tej samej czynności na swojej latorośli:
- Ale ubrudziłeś spodnie -  powiedziała oburzona.
- Kij z tym - odrzekł synek radośnie.
Hahahahahaha, ja już nic nie powiedziałam swojemu. Bo co mam mówić? Przecież wie, że spodnie zafajdał. Ma się nie bawić czy co?! Czy po co to mam mówić?! Towarzystwo daje zapomnienie, więc trzeszczeć nie będę.

Oczywiście obie sztuki me klonowate zgodnie zbuntowały się przed wywózką, ale opanowałam nastroje. Przekupstwem - bajki, gry etc. trudno. Cel uświęca środki.
I co?
Dzieciaki biegały po placu, po parku. Zabawa była mega. Pierwsze obrzucanie się liśćmi.
Poszukiwanie robactwa, kasztanów.

Patrzę 2 pająki czają się w krzaczorach na pajęczynie.
- Młoda chcesz siku?
- Nie!
- Ale weź, pająki obsiusiasz!
- DOBRA! - przyleciała ucieszona.
Siknęła, pająki uciekły a ja stałam w butach mokrych.
Ech, z przyrodą człowiek nie wygra.

W ogóle pogratulowałam sobie białych spodni Młodej. Były prawie idealnie czarne. Bo dziecko stało się szurakiem ciągakiem na placu zabaw. Położyła się i się czołgała. Ładowała się w każde błoto i w ogóle. No ale jeśli miała być zabawa to była, a nie niedzielny spacer wokół rynku z uwaga na każdym kancik.
Sama sobie jestem winna.

Po powrocie do domu zaproponowałam młodym, by spróbowali zupę serową.
- A fuj - rzekł Starszy.
- A fuj - rzekła Młoda.
- No co wy?- rzekłam zdziwiona.
- Mamo , bo ty nie umiesz gotować, albo gotujesz niesmacznie - powiedział Starszy w tonie" weź kobieto w końcu uświadom to sobie!"

Już ja mu jutro pokaże, dzwoniec jeden. Grrrr.....Nie dostanie nic jeść.  Ha! *


Wieczorem Młoda stwierdziła, ze idzie spać do mnie.
- Bo nie będę się bać.
No tak wczoraj, obudziła się w środku nocy z płaczem i zatargałam ją do swojego wyra. Fajnie jest się wtulić w taki karczek. Fajnie jak rano takie rączki obejmują i zaspany ludzik mówi:
- Kocham cię.

-To ja tez idę - i syn też wpakował mi się w wyrko.
Tradycja musi być - meza nie ma to są klony.
Pilnują czy co?!

Poczytałam bajkę, dałam całusa, tak jak w poradnikach piszą,  i poszłam radosna - komp mój, tralalala.
- Mamo! A młoda mnie kopie!
- Wcale nie!
- Przestaniecie?!
Nie przestali.

-A chcecie, żeby mnie szlag jasny trafił? - Zapytałam się słodko w końcu.

Cisza.

Zajrzałam - córka spała a syn się wiercił.
- Gdzie idziesz mamo?
- A spadam na miacho zabawić się, potańczyć, ale rano będę. Nie martw się. zawsze wracam
Zrobił wielkie oczy, patrzy, patrzy tak na mnie:
- Żartujesz jak zwykle?
- No pewnie. Kochanie, nigdy was samych nie zostawię. Dobranoc.

Niech śpią ze mną. kiedyś ten czas minie i będę tęsknić, więc muszę się nacieszyć.
A poza tym zbliża się jesień i wieczorami robi się chłodno.





-------------
* żartuję w tym momencie, żartuję wyżej, żartuję niżej .......











dziura w ścianie

Odebrałam dzieciaki z instytucji i poszliśmy do sklepu na zakupy. Nie ma to jak stać w kolejce, gdy córa przebiera nogami:
- Ja chcę siusiu, siusiu, siusiu...
- Dlaczego nie wysiusiałaś się w przedszkolu?
- Bo mi się nie chciało.
- A ja nie sikam w szkole - wtrącił się Starszy.
- Nie chcesz czy dalej nie wiesz gdzie są toalety?!
- Nie wiem.
- To dlaczego nie zapytasz się kumpla? Pani?
- Bo nie.
Wyszliśmy ze sklepu. Z Młoda jak z pieskiem poszłam na trawnik. Trzy kurtki, parasolka, torba ciężka od zakupów i jeszcze to.
- Mrówki będą miały co pić. - oznajmiła dumnie Młoda- Będą pić mojej siusiu.
- Jasne, patrz jak uśmiechają się szczęśliwe.

W kuchni młodzi zasiedli do stołu. Chociaż banan zjedzą.
- Kochasz mnie - Młoda zagadała do Starszego.
- Nie! Daj mi spokój.
- Dlaczego ty nie lubisz dziewczyn?
- MAMO! A Młoda gada z pełnymi ustami!


- Starszy, dlaczego jesteś taki nie miły dla swojej siostry?
Starszy wylampił oczy, machnął ramionami i milczy.
- Czy mógłbyś żyć bez siostry?!
- Nie.
- A widzisz to znaczy, że kochasz ją. Miłość to znaczy nie móc żyć bez kogoś. Więc bądź milszy, ok?
- Zastanowię się.

- Mamo, a ty będziesz moja przyjaciółką?
-Będę, kochanie i chciałabym zawsze nią być. 
- A ja cię kocham, wiesz?!
- Wiem, ja ciebie też.
Ja ją kiedyś zjem. Aż nie nie wierzę, ze to jest moja córka.

Wpadł kumpel do Starszego. Syn wcinał , o dziwo, bułkę z dżemem, więc i koledze zaproponowałam poczęstunek.
- Tak, zjem
Chłopaki oglądali bajkę, a ja utkwiłam w łazience przy nudnym sprzątaniu. Kiedyś trzeba.
Nagle słyszę szept kolegi. Znowu ten szept. Nastawiłam ucha.
Syn coś chciał mi powiedzieć, ale tamten namawiał go by mamie nie mówić. O, żesz ty.
- Chłopaki, a o czym nie chcecie powiedzieć? - stanęłam w progu pokoju.
- Yyyyyy - zapowietrzył się kolega zerkając na Starszego.
- Bo M wywalił bułkę z dżemem na dywan.
- Co się w takim przypadku robi? Co?
- Sprząta -odpowiedział kumpel.
- Tak, ale przede wszystkim  mówi się mamie. Szoruj do kuchni po ręcznik papierowy. I w tym domu nie ma tajemnic, zrozumieliście?
- Tak - odparli obaj. Po czym M posprzątał.
- Jak coś zbroicie to macie mówić, ja nie będę krzyczeć, dobrze?
- Mamo, a ja zapomniałem ci powiedzieć, że zrobiłem dziurę koło łózka.
- Yyyygh - zatkało mnie, spoko, zero wrzasku - co zrobiłeś?
- No chodź, zobacz.
Palcem wydrapał farbęBiała plama straszy. 


zajęcza owca?!




Poszliśmy na podwórko. Z Młodą pograliśmy w piłkę. Synowi nie chciało się koledze strzelać bramek.
- Proszę pani a Starszy znowu nie chce grać w piłkę!
- Nie chce to nie kopie. Jego wybór.


Pobiegli. Przybiegli. Dotarło do mnie zdanie.
- Wiem jak to teraz będzie - mówił Starszy - pierwsze zdanie do śmietnika, drugie do Boga, a trzecie do amorka....

Rozśmieszyło mnie to na tyle, że nie usłyszałam dalszego ciągu. Amorka, hahahaha....

Młoda zasnęła przy Koziołku Matołku.

- Ja chce się nauczyć czytać, bo jak się czyta to jest jak taki film.
- Bo książki to są właśnie filmy w naszej głowie. Słowa uruchamiają wyobraźnie.

Porozmawialiśmy chwilę. Fajnie się z nim gada jak nie dostaje fioła.
Poszedł spać.
A ja?!
A ja straciłam poczucie czasu siedząc przy kompie.
A Harry w Oslo czeka.
I znowu będę jęczeć, że nie wyspałam się.
Że nie czytam.
Że nie pedałuję.

Życie jest kwestią wyboru. W każdym detalu, bo każdy szczegół jest elementem puzzla.
Musze parę rzeczy zmienić w swoim życiu tak, by obraz na który patrzę mnie nie wkurwiał.
Musze zmienić siebie.
Pora na wyciszenie.






środa, 11 września 2013

loty...




Budzę się powoli. Właśnie wyciągam się na krześle upajając się zapachem kawy. Radość chwili. W domu spokój, cisza. Nie ma nikogo. Tylko ja i chomik. I Diary of  Dreams.

Rano, jak tylko odwiozłam Brzdące na zajęcia, padający deszcz wrzucił mnie z powrotem do łóżka. Sen jest mi potrzebny. Nie broniłam się. Starość musi się wyspać. Więc śpię.

Muszę przestać ryć powiekami, bo zakurzę sobie oczęta. I odbiór reala będzie zakłócony. Obraz niczym w telewizorni za PRLu - śnieżyca. Pustka. Brak przekazu.
Muszę nabrać rozpędu.

Ech, za stara robię na nadużywanie alkoholu. Tyle, ze czasami trzeba pomalować swój świat. I na żółto i na czerwono i na niebiesko i.....a fe, co ja jadłam?!!!

W nocy, kiedy już docierałam do wyra, będąc w stanie wskazującym na spożycie, to  i tak wczesnym porankiem budziła mnie  ręka. I do niej dołączała noga. Towarzystwo wzajemnej adoracji bezczelnie otwierało moje oczy. Ręka piecze, drętwieje, mrowi. Tłuszczak został wycięty, a ścięgna podcięte, czy co?! Noga tylko boli. Nie wysypiam się ostatnio po prostu. . Nie miałam jak i kiedy się wyspać. Koszmar.
 Zmęczenie powala.
Marudzę.
Przestaję.

Opowiadam. Choć nie ma co opowiadać. Miałam 4 upojne wieczory, które generowały moje poranki i popołudnia.

Jak wygląda straszny poranek?!
Kiedy widzisz na szafce nocnej żel do intymnego masażu ( i nie tylko) i głupi uśmieszek męża:
- Było cudownie, kochanie.
Chrześcijańska dusza w piekle płonie.
Hahahaha, żart drętwy.


W piątek dzieciaki dostały nakaz wymarszu i poszły spać u babci. Nie były z tego powodu szczęśliwe. Zwłaszcza Starszy. Trudno, niech uczy się, że życie jest brutalne i trzeba dostosować się do potrzeb innych, a nie własnych. Starszy robił babci jazdy i nie poszedł się myć. Był zbuntowany. Chciał do domu. Babia nie wymiękła, nie zadzwoniła. Była dzielna. jak nigdy.
Czy jest coś w tym złego, że chcieliśmy mieć wieczór dla siebie.
Raz na jakiś czas należy nam się wolna chwila. Chwila oddechu. Chwila nawalenia się. Reset ustawień.

Przybyły kumpele z odsieczą i browarem co by moją pogłębiająca się deprechę pogonić.
Bo mam czasami wszystkiego dość. Dość takiego marazmu życiowego. Wszystko zlewa mi się w jeden dzień, bo każdy jest do siebie podobny. Potrzebuję wrażeń, bodźców. Musze się odmulić.

Wpadli jeszcze jedni znajomi. I kumpela.  Piwo się lało wraz ze słowami i muzą, potem śpiewem.
Odganialiśmy czarne chmury.
Bo co człowiek to problem. Bo zawsze coś musi być na rzeczy.
Bezrobocie to pasztet naszych lajfów jak i naszedł czas  najwyższy, by odpocząć od dzieci i zresetować swoje układy nerwowe. Bo musi być życie towarzyskie. Bo nie można siedzieć w czterech ścianach.
 Płyn rozpuścił kwachy - nastała radocha, a reszta odleciała wraz z dymem papierosowym.

Wiatr w skrzydła po prostu. Bo nie można tkwić w domu, w okowach codziennych obowiązków. W monotonii dnia. Bo trzeba się wyrywać. Być. Istnieć. Mieć uciechę.
Bez ludzi nie ma istnienia. To w nich drzemie siła człowieka.

Zresztą narcystyczna dusza ma-  jak umrę to niech płaczą za mną, buhahahahaha. A ja za nimi, hahahahaha.

Potem odleciałam. Nie za wiele pamiętam. Bywa.
Kiedyś się nad sobą zastanowię. Kiedyś.

W sobotę mój odświeżony i zregenerowany układ nerwowy, podreperowany jajecznicą i kawą, został podeptany przez mamusię i jej siostrę. Piana na pysku normalnie.
- Czy wy wiecie, że mam lat 40 a nie 15?! CO?!
Naprawdę traktują mnie jak gówniarę próbując pouczać na każdym kroku. Temat nr 1 - kościół.
Jestem chyba diabłem wcielonym, bo zaraz dostaję mega szału . Dostaję szału, kiedy grzecznie proszę o zakończenie tematu, a temat jak rzeka wciąż płynie.
- Z tobą to w ogóle nie można porozmawiać i to na żaden temat! - obrażonym tonem rzekła ciotka i wyszły z mamusią kręcąc głowami.
- To po co że mną rozmawiasz?! Ja nie chcę by ktokolwiek cokolwiek do mnie mówił!!!

Myślałam, ze wieczorem nie przyjdą, ze będą nafochane. Ale gdzie tam - przydreptały i jak nic znowu zaczęły mnie irytować. Taki sport, po prostu.
- Słuchaj, jak ja mogę funkcjonować w społeczeństwie, jak ty cały czas mnie krytykujesz?
- Ja ciebie?! Nigdy!
- Nie? a teraz co robisz, jak to nazwiesz?! 
To się nazywa troska. Aha. Dziękuję.

Rozmowy zostały zawieszone na czas działań. Mężuś w niedzielę musiał wskoczyć w garnitur. Więc ja de facto musiałam skoczyć w sukienkę. Jak się wskakuje w sukienkę to trzeba włosa opanować i paznokcie pomalować.
Jeeeeeeeeeeeesoooooooooo....
Luknęłam na zegarek, było po 21.00. Lepiej późno myśleć niż wcale.
Wyciągnęłam lakier. Szlag -mam resztę zmywacza. Matka pobiegła do domu. Przyniosła końcówkę swojego zmywacza. Fajowo.
Szlag!, nie ma wacików. Matka pobiegła do domu.
Maluję pazurki. One znowu zaczęły ględzić do mnie, a mi aż pazury zalało. Zmywam je lakierem i od nowa ciągnę. Znowu wtopa.
Olałam pazurki, poszłam włosy zafarbować. Rodzinka już dostała ataku śmiechu.
Siedzę z farbą na włosach po raz kolejny przymierzając się do pazurków. Zmyłam. Pomalowałam. O kurde!, farbę mam na rękach. Poleciałam umyć ręce. !- SZLAG JASNY!!! zapomniałam o pazurkach!!! Lakier spłyną z paznokci!!
Gdzie zmywacz? Bo jedna resztka się skończyła! Gdzie mój zmywacz, gdzie moja resztka?! Ratunku!!!Znalazłam w śmieciach.Wyrzuciłam z farbą myśląc, że to jest pojemnik od farbowania.
- Wiecie co? Może jednak napijmy się piwka, co?!
I wypiliśmy. Tak leciutko i spokojnie. Kompletując ubrania - gdzie te buty są?! I w ogóle.
- Wy jesteście w ogóle nie pozbierani! 
- Ale jeszcze trochę i będziemy rozebrani! 

A potem była niedziela. Chrzest był na 14.00, a mój szanowny małżonek, który twierdził, że ma wszystko nagle zaczął  szukać paska do spodni. Patrzę na wskazówki - 13.45, a on nadal się miota.

- Olej pasek, jedziemy.
- Nie, bo mi spodnie spadają.
- Stary, jesteś ojcem chrzestnym- miej ruchy, na litość boską.
Zdążyliśmy. Msza, imprezka i nastał poniedziałek.

Wstawanie o 6.00 było wstrząsającym przeżyciem, ale życie należy do twardzieli. Nie ma ulgi. Poleciałam do mojej matki po dzieciaki.  Syn kazał obiecać, że już nigdy nie będzie spał u babci. Przyrzekłam mu to. Dotrzymam słowa.
Młoda kaszlała w nocy, więc została w domu, a my z synem pojechaliśmy rowerami do szkoły.
- Ja już nie mogę - zaczął jęczeć w połowie drogi.
- Synu, nie osłabiaj mnie.
Mógłby już wyrosnąć z tego nie chciejstwa.. Wszystko na nie. Już ja mu się do tyłka dobiorę!Mam dość tych fochów, jęczenia. Krew mu przetoczę. Wyrwę jakąś molekułę z drabiny rybonukleinowej.

Odebrałam Starszego ze szkoły.
- Masz jakieś zadanie?!
- Nie, bo już odrobiłem na świetlicy.
- Naprawdę?! To bardzo fajnie. Pokażesz mi w domu co zrobiłeś?
- Tak.
Pokazał. Kapitalnie. I dostał kolejną pieczątkę "super".
Wow! może będą z niego ludzie?!
Tyle, że potem pochwalił się komiksem. O ludziku. Ludzik będąc w szpitalu włożył bombę pani do gęby. Ona wybuchła. Hahahaha. Potem sam siebie wysadził.
No zabawne.
- Synu, skąd masz takie pomysły?!
- Nie wiem, nas to śmieszy.
- Nas? Jakich nas?
- Bo my z kumplami na świetlicy tak rysujemy.







Wieczorem wpadli znajomymi. Całe wino teścia poszło. Za życie, zdrowie, chwile ulotne. Tak na lajcie.


Bo gdzieś leży granica.

Pewnie do piątku zatraci się w krzakach niepamięci.

Ale myślę sobie co by wieczory filmowe zainaugurować.

Bo życie towarzyskie musi być.

Bo musi się coś dziać.