Budzę się powoli. Właśnie wyciągam się na krześle upajając się zapachem kawy. Radość chwili. W domu spokój, cisza. Nie ma nikogo. Tylko ja i chomik. I Diary of Dreams.
Rano, jak tylko odwiozłam Brzdące na zajęcia, padający deszcz wrzucił mnie z powrotem do łóżka. Sen jest mi potrzebny. Nie broniłam się. Starość musi się wyspać. Więc śpię.
Muszę przestać ryć powiekami, bo zakurzę sobie oczęta. I odbiór reala będzie zakłócony. Obraz niczym w telewizorni za PRLu - śnieżyca. Pustka. Brak przekazu.
Muszę nabrać rozpędu.
Ech, za stara robię na nadużywanie alkoholu. Tyle, ze czasami trzeba pomalować swój świat. I na żółto i na czerwono i na niebiesko i.....a fe, co ja jadłam?!!!
W nocy, kiedy już docierałam do wyra, będąc w stanie wskazującym na spożycie, to i tak wczesnym porankiem budziła mnie ręka. I do niej dołączała noga. Towarzystwo wzajemnej adoracji bezczelnie otwierało moje oczy. Ręka piecze, drętwieje, mrowi. Tłuszczak został wycięty, a ścięgna podcięte, czy co?! Noga tylko boli. Nie wysypiam się ostatnio po prostu. . Nie miałam jak i kiedy się wyspać. Koszmar.
Zmęczenie powala.
Marudzę.
Przestaję.
Opowiadam. Choć nie ma co opowiadać. Miałam 4 upojne wieczory, które generowały moje poranki i popołudnia.
Jak wygląda straszny poranek?!
Kiedy widzisz na szafce nocnej żel do intymnego masażu ( i nie tylko) i głupi uśmieszek męża:
- Było cudownie, kochanie.
Chrześcijańska dusza w piekle płonie.
Hahahaha, żart drętwy.
W piątek dzieciaki dostały nakaz wymarszu i poszły spać u babci. Nie były z tego powodu szczęśliwe. Zwłaszcza Starszy. Trudno, niech uczy się, że życie jest brutalne i trzeba dostosować się do potrzeb innych, a nie własnych. Starszy robił babci jazdy i nie poszedł się myć. Był zbuntowany. Chciał do domu. Babia nie wymiękła, nie zadzwoniła. Była dzielna. jak nigdy.
Czy jest coś w tym złego, że chcieliśmy mieć wieczór dla siebie.
Raz na jakiś czas należy nam się wolna chwila. Chwila oddechu. Chwila nawalenia się. Reset ustawień.
Przybyły kumpele z odsieczą i browarem co by moją pogłębiająca się deprechę pogonić.
Bo mam czasami wszystkiego dość. Dość takiego marazmu życiowego. Wszystko zlewa mi się w jeden dzień, bo każdy jest do siebie podobny. Potrzebuję wrażeń, bodźców. Musze się odmulić.
Wpadli jeszcze jedni znajomi. I kumpela. Piwo się lało wraz ze słowami i muzą, potem śpiewem.
Odganialiśmy czarne chmury.
Bo co człowiek to problem. Bo zawsze coś musi być na rzeczy.
Bezrobocie to pasztet naszych lajfów jak i naszedł czas najwyższy, by odpocząć od dzieci i zresetować swoje układy nerwowe. Bo musi być życie towarzyskie. Bo nie można siedzieć w czterech ścianach.
Płyn rozpuścił kwachy - nastała radocha, a reszta odleciała wraz z dymem papierosowym.
Wiatr w skrzydła po prostu. Bo nie można tkwić w domu, w okowach codziennych obowiązków. W monotonii dnia. Bo trzeba się wyrywać. Być. Istnieć. Mieć uciechę.
Bez ludzi nie ma istnienia. To w nich drzemie siła człowieka.
Zresztą narcystyczna dusza ma- jak umrę to niech płaczą za mną, buhahahahaha. A ja za nimi, hahahahaha.
Potem odleciałam. Nie za wiele pamiętam. Bywa.
Kiedyś się nad sobą zastanowię. Kiedyś.
W sobotę mój odświeżony i zregenerowany układ nerwowy, podreperowany jajecznicą i kawą, został podeptany przez mamusię i jej siostrę. Piana na pysku normalnie.
- Czy wy wiecie, że mam lat 40 a nie 15?! CO?!
Naprawdę traktują mnie jak gówniarę próbując pouczać na każdym kroku. Temat nr 1 - kościół.
Jestem chyba diabłem wcielonym, bo zaraz dostaję mega szału . Dostaję szału, kiedy grzecznie proszę o zakończenie tematu, a temat jak rzeka wciąż płynie.
- Z tobą to w ogóle nie można porozmawiać i to na żaden temat! - obrażonym tonem rzekła ciotka i wyszły z mamusią kręcąc głowami.
- To po co że mną rozmawiasz?! Ja nie chcę by ktokolwiek cokolwiek do mnie mówił!!!
Myślałam, ze wieczorem nie przyjdą, ze będą nafochane. Ale gdzie tam - przydreptały i jak nic znowu zaczęły mnie irytować. Taki sport, po prostu.
- Słuchaj, jak ja mogę funkcjonować w społeczeństwie, jak ty cały czas mnie krytykujesz?
- Ja ciebie?! Nigdy!
- Nie? a teraz co robisz, jak to nazwiesz?!
To się nazywa troska. Aha. Dziękuję.
Rozmowy zostały zawieszone na czas działań. Mężuś w niedzielę musiał wskoczyć w garnitur. Więc ja de facto musiałam skoczyć w sukienkę. Jak się wskakuje w sukienkę to trzeba włosa opanować i paznokcie pomalować.
Jeeeeeeeeeeeesoooooooooo....
Luknęłam na zegarek, było po 21.00. Lepiej późno myśleć niż wcale.
Wyciągnęłam lakier. Szlag -mam resztę zmywacza. Matka pobiegła do domu. Przyniosła końcówkę swojego zmywacza. Fajowo.
Szlag!, nie ma wacików. Matka pobiegła do domu.
Maluję pazurki. One znowu zaczęły ględzić do mnie, a mi aż pazury zalało. Zmywam je lakierem i od nowa ciągnę. Znowu wtopa.
Olałam pazurki, poszłam włosy zafarbować. Rodzinka już dostała ataku śmiechu.
Siedzę z farbą na włosach po raz kolejny przymierzając się do pazurków. Zmyłam. Pomalowałam. O kurde!, farbę mam na rękach. Poleciałam umyć ręce. !- SZLAG JASNY!!! zapomniałam o pazurkach!!! Lakier spłyną z paznokci!!
Gdzie zmywacz? Bo jedna resztka się skończyła! Gdzie mój zmywacz, gdzie moja resztka?! Ratunku!!!Znalazłam w śmieciach.Wyrzuciłam z farbą myśląc, że to jest pojemnik od farbowania.
- Wiecie co? Może jednak napijmy się piwka, co?!
I wypiliśmy. Tak leciutko i spokojnie. Kompletując ubrania - gdzie te buty są?! I w ogóle.
- Wy jesteście w ogóle nie pozbierani!
- Ale jeszcze trochę i będziemy rozebrani!
A potem była niedziela. Chrzest był na 14.00, a mój szanowny małżonek, który twierdził, że ma wszystko nagle zaczął szukać paska do spodni. Patrzę na wskazówki - 13.45, a on nadal się miota.
- Olej pasek, jedziemy.
- Nie, bo mi spodnie spadają.
- Stary, jesteś ojcem chrzestnym- miej ruchy, na litość boską.
Zdążyliśmy. Msza, imprezka i nastał poniedziałek.
Wstawanie o 6.00 było wstrząsającym przeżyciem, ale życie należy do twardzieli. Nie ma ulgi. Poleciałam do mojej matki po dzieciaki. Syn kazał obiecać, że już nigdy nie będzie spał u babci. Przyrzekłam mu to. Dotrzymam słowa.
Młoda kaszlała w nocy, więc została w domu, a my z synem pojechaliśmy rowerami do szkoły.
- Ja już nie mogę - zaczął jęczeć w połowie drogi.
- Synu, nie osłabiaj mnie.
Mógłby już wyrosnąć z tego nie chciejstwa.. Wszystko na nie. Już ja mu się do tyłka dobiorę!Mam dość tych fochów, jęczenia. Krew mu przetoczę. Wyrwę jakąś molekułę z drabiny rybonukleinowej.
Odebrałam Starszego ze szkoły.
- Masz jakieś zadanie?!
- Nie, bo już odrobiłem na świetlicy.
- Naprawdę?! To bardzo fajnie. Pokażesz mi w domu co zrobiłeś?
- Tak.
Pokazał. Kapitalnie. I dostał kolejną pieczątkę "super".
Wow! może będą z niego ludzie?!
Tyle, że potem pochwalił się komiksem. O ludziku. Ludzik będąc w szpitalu włożył bombę pani do gęby. Ona wybuchła. Hahahaha. Potem sam siebie wysadził.
No zabawne.
- Synu, skąd masz takie pomysły?!
- Nie wiem, nas to śmieszy.
- Nas? Jakich nas?
- Bo my z kumplami na świetlicy tak rysujemy.
Wieczorem wpadli znajomymi. Całe wino teścia poszło. Za życie, zdrowie, chwile ulotne. Tak na lajcie.
Bo gdzieś leży granica.
Pewnie do piątku zatraci się w krzakach niepamięci.
Ale myślę sobie co by wieczory filmowe zainaugurować.
Bo życie towarzyskie musi być.
Bo musi się coś dziać.
Hehehehe. Rysunki mnie pocieszyły, bo myślałam, że moje dzieci są nienormalne :D Uf
OdpowiedzUsuńufff, dzięki za komentarz, bo prawdę mówiąc - też zgłupiałam. Psychopata mi rośnie czy jaki pierun?! Ale jak widać taki wiek. Śmieszy skórka od banana jak i bomba.Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńA najlepsze jest to, ze to nawet ten sam styl ;) Też te kwadraciki, proste ludziki i dużo czerwonego. Tylko u mnie były jeszcze jakieś drabiny i lawa. :D
OdpowiedzUsuńa to też jest :)
OdpowiedzUsuńdzizas, to oni mają mózgi podłączone do jakiegoś komputera czy co? Bo to mania jest.Opętanie! :D