piątek, 25 listopada 2016

wychodząc....









Wyszłam. Wyszlam, by iść.  I szłam przed siebie. Gdziekolwiek,byle tylko iść. Bez celu. Po co cel. Nie jestem strząłą. Nie jestem kulą. Nie jestem. Sięgnęłam do kieszeni. Tylko szminka. Nie miałam chusteczki. Cóż. Bywa. I banknotu stuzłotego też nie miałam. Nie mogłam wysmarkać się w rękach Wladzia, bo i nawet Władzia nie było.
Samotność jest taka nieporęczna.
Szłam. Dalej szłąm otulana przez wiatr. Taka zasmarkana szłam ze szminką na ustach. Cudowny widok. Pociągający wamp wśród zeschniętych liści.
A potem szykownie zesmarkałam się w rękaw zostawiając ślad jak po ubiciu ślimaka. Ups, Ślimaki nie mają krwi, więc na kurtce został sam  tor wyścigowy. Bez czerwieni.




\\


Zardzewiały tor wyściowy na materiale wysokiej jakości jawił się niczym gołębie guano  na limuzynie. Do ch** nie było to do czegokolwiek podobne. Poza metaforą życia. Zardzewiały tor istnieje choć nie powinien istnieć. Dla dusz, co żyją choć nie powinny żyć.
Bo ilu ludzi żyje, ludzi, którzy oszukali śmierć? Zagrali jej na nosie, spojrzeli w oczy i wrócili. I tkwią w tym życiu. Tkwią z dupą duszy umoczonej w bagnie. I śladami po cięciach. Na nadgarstach. Bransoletki rozpaczy. Żyletoiści. Anioły, co upierdalają sobie pierzastość z pleców. Wyczytałam ostatnio gdzieś, że samobójcy wyrywają sobie życie jakby ucinali skrzydła. Zbyt wrażliwi, by żyć. A kto ich tu zesłał? Kto te pączuszki wrzucił, wprost w układ pokarmowy wszechświata?





Moje myśli skakały ze mną po krawężniku. Wciąż musi mi skwierczeć w rurach pod czaszką. Nie potrafię wyłączyć się. Zapomnieć. Bo zapominam się tylko w jednym miejscu. W łózku. Ale nie gdy śpię.
Sen zdradza mnie. Idzie sobie pomiędzy gwiazdami po Drodze Mlecznej i drwi z daleka. Jego śmiech dręczy moje powieki. Nie mogę nic. Nic nie mogę. Nie śpię i nie śni mi się nic.
Zakładam kurtke i wychodzę.
Skaradam się pod murami budynków. Cienie splatają się w blasku migoczących lamp. Noc oddycha astmatycznymi płucami. Przebiegł kot. I pies. Przebiegl człowiek. Ktoś nagle złapał mnie za rękę. Wciągnął w półciemny zaułek.
Bezsenny łapie bezsenną. Ustami zamyka krzyk. Język aresztuje język. Drążcymi rękami chce złapać duszę. Rozpina rozporek, podciąga spódnicę. Szybki numerek na oszustwo chwil. Na zawrócenie czasu. Na to by cokolwiek poczuć.Tania miłość pod odpadającym tynkiem. Od tyłu tak. Oczy zwrócone w chodnik, oczy zwrócone ku gwiazd. Powieki przestały słyszeć drwiący śmiech. Zadrżały pod ruchami ciał. Niemy krzyk moralności rozdarł się w pisku opon przejeżdającego auta.
Spazm.

 - Zapalisz?
Pytanie padło jakby nic.
- Wypijesz?
Pod murem siedzieli bezesnny z bezsenną. Z jedną piersiówką i jednym papierosem. Podzieli się tą resztą co mieli przy sobie.









z muzycznych wędrówek,...










2 komentarze: