czwartek, 25 lipca 2019

Mówiłam Ci, że nie mogę nawet we śnie zdradzić cię. Wypełniasz mnie sobą. Dryfujesz w komórkach. Mówiłam. Mówiłam, że nie chcę nikogo poza tobą. Z nikim nie chcę dzielić ani słów ani jadalni ani sypialni.
Nie chcę dotykać innej skóry, pieścić innych palców, czuć na sobie innych ust.  Twoje usta pełne miłości i rozkoszy doprowadzały mnie do obłędu. Mieszałaś moimi zmysłami jak chciałaś. Oddawałyśmy się  sobie w harmonii wszechświata. To było tak niesamowite, piękne.
Ile razy ocierałam łzy po kryjomu..
Nie warto było wstydzić się tych chwil wzruszeń.
Nie trzeba było...

Mowa to jednak nie gesty. To nie odsuwanie niesfornych włosów z twarzy. To nie trzymanie za dłoń z pieszczotą palców, które przecież tak mnie wzruszały: delikatne a jakże silne. To nie pogłaskanie po plecach, po kręgach pełnych cudownych krzywizn. To nie złożenie na karku pocałunku, delikatnego, na samym końcu, jak strasznie to lubiłaś. To nie przytulenie, schowanie w ramionach z czułością.
To nie upajanie się zapachem twojej skóry.
Zabrakło dotyku, czułości, tych drobnych gestów nasyconych pragnieniem, ale nie zabrakło słów.
Pustych, głupich, bezsensownych.

Z mojej strony zabrakło wszystkiego.
Z twojej strony było wszystko. Wszystko, oprócz pustych słów.

Dlaczego nie zamykałaś mych ust pocałunkiem? Dlaczego nie patrzylaś jak potrafisz patrzeć, by zadrżała ziemia?

Dlaczego ja byłam taka mordercza dla nas?

Słowa.
Leciały ze mnie o mnie. Biegunka złości, pretensji.
Najczęściej.
Moje lęki, życie, strachy, fascynacje, frustracje.
Twój świat siedział grzeczny, z nogą na nodze, albo po turecku, zamknięty, milczący.
Zalałam go słowem. Sobą.
Słowopotok z rękami w kieszeniach.
Tego nikt by nie udźwignął.
Braku czułości nie można dźwigać.

Nie mam pretensji o odejście.

Czas pogardy skończył się.
Zaczyna się okres pokory.

Tylko tak ciężko w tym domu dźwigać się.
Patrzę na niego i płakać mi się chce. Ten człowiek.
Tak, wiele mu zawdzięczam, ale dławi mnie poczucie zmarnowanego życia.

Ale przyznanie się do słabości to pierwszy krok, prawda?

Byłam jak posąg z Wysp Wielkanocnych. Wielka, twarda, zimna.

Miłość to nie ocena, To akceptacja.

Tylko jak mam akceptować kogoś skoro nie akceptuję siebie?

Czas pogardy niech znika, niech zacznie się czas pokory.

Padam przed  tobą, sobą, przepraszam nas za siebie, przepraszam.

Bądź szczęśliwa. Zasługujesz na to jak nikt inny.


On zapytał się o ciebie. Pierwszy raz wypowiedziałam to na głos:
- Moje kochanie, największe, odeszło .....wiesz jak to bywa z moim popierdoleniem.

Nic nie rzekł.
Wie, nie wie?

Przestaje mnie to interesować. Błąd.
Czas liczyć się z uczuciami innych ludzi.
Czas przestać postrzegać świat z punktu własnych doświadczeń.
Czas podjąć trud wejścia na czyjąś górkę i spojrzenia z człowieczej ławki.

Czas pogardy skończył się. Czas na pokorę.

Mogłam od ciebie uczyć się miłości zamiast tkwić w manii wyższości.

A miłość to nie palec wskazujący tylko wyciągnięta dłoń. Dłoń, która przytula

Dziękuję.

Tylko co ja ma do zaoferowania światu oprócz swej bezczelności i manii wielkości?










pomiędzy prawda a kłamstwem



Słowa turlają się pomiędzy nami. Stają się hamakiem. Kamieniem w bucie. Uwierają. Koją. Drażnią. Usypiają. Gra w słowa.
Czy one mają jakieś znaczenie?
Prawda jest ukryta pomiędzy krzakiem róży a pokrzywami. Leży rozbrechtana w słońcu. Rozpuszczona.
Leniwa.
Smaży swój tłusty brzuch.
Nażarła się pychy albo szaleństwa.
Nie rusza się.
Nawet nie ma grymasu na swym ryjku pełnym samozadowolenia.
Prawda w przeciwieństwie do kłamstw nie potrafi  grać. Jest jaka jest.
Prawda jest widzem w teatrze kłamstw.

Kłamstwa to idealna trucizna. Słodka trucizna. Lep od, którego w końcu można zadławić się.
Ile razy mogę w życiu wymiotować?

Pytasz się dlaczego wciąż słucham muzyki.
- Dlaczego wciąż chodzisz w słuchawkach?

Właśnie po to, by nie słyszeć słów ludzkich.
Muzyka moją ścianą, a mnie niech ścina słońca blask.

Wypalam sobie oczy patrząc w niebo.

Nie chcę nic słyszeć.
Nie chcę nic widzieć.
Chcę tylko dryfować pomiędzy nutami.

Jestem Masajem pośród traw złudzeń, Skaczę wysoko. Nogami udeptuję marzenia.

Kupię potem kozik. Wystrugam krzyż. Przecież bez krzyża to nie nagrobek.

Postawię go. Na zdeptanych marzeniach.

I posadzę. I różę. I pokrzywę,


Opowieść o Sowie 😁

\



Młoda, będąc na obozie harcerskim, kupiła mi pamiątkę. Była to czarna bransoletka ze srebną sową z niebieskimi oczami. Świetna. Młoda ma fajny gust i wie co lubię. Nawet śmiała się, mówiąc wiesz kto to jest. Wiem odparłam ze śmiechem.

Bransoletka, jak to bransoletka, w końcu węzły puściły. Zawiązałam sznurki na supeł.

Dzisiaj zachwycił mnie feniks. Jestem takim feniksem. Odradzam się choćby spalono mnie na popiół.
Kupiłam kolejną bransoletkę. No cóż lubię chińskie tandety.

Gdzieś pod zamkiem sowie nie spodobało się towarzystwo feniksa.
Odleciała w nieznanej chwili w znaną sobie stronę.
Młoda, zrozpaczona, poszła szukać zguby. Długo nie wracała. Poszłam szukać Młodej.
- Wracaj. Niech komuś sowa przyniesie szczęście.
-Ale mamo..
- Kochanie w życiu trzeba nauczyć się tracić. Wolność polega na nie przywiązywaniu się do niczego.
-Wiesz, to mam pomysł. Kupię ci nową.
-Dzięki. To miłe z twojej strony. Ale może tym razem smoka...

piątek, 5 lipca 2019

Dzień dobry :)

Ide ulicą. Na murku siedzi dwóch facetów. Wyglądali raczej na znudzonych życiem emerytów niż na żuli.
Przechodzę obok nich i słyszę jak jeden mówi do drugiego:
- Oj, mówię ci, że warto, warto. O! i popatrz jakie tu chodzą piękne kobiety ....- i szczerząc zęby popatrzył na mnie.
Uśmiechnęłam się:
- Dziękuję za dobry dzień i wam takiego życzę.
Chwila potrafi zmienić podejście do świata. Jedno słowo potrafi zmienić podejscie do siebie.


🤔😎😈😂😂😂😂

środa, 3 lipca 2019

Trudno jest odnaleźć siebie. Nagle człowiek przestaje biec i okazuje się, że jest w gąszczu. Busz jest nie tylko w majtkach, ale i na zewnątrz.
Podarować potrafię światu nowe spojrzenie i siłę.  A gdy nakarmię świat sobą  zostaję porzucona, Opadając z sił zapadam w samotność. Taki mój los, los Geppetta.
Na nowo konstruuję siebie.
Wad się nie pozbędę. dodają mi uroku.
Za chwilę zabłysnę.
Za chwilę
Jeszcze chwila

piątek, 28 czerwca 2019

podróż

Dostałam gorączki. Żar tropików normalnie. Znikąd, tak po prostu oblały mnie poty, a kaszel wyprzedzał mój krok. Przy upałach tych 40-sto stopniowych rozłożyło mnie.
Poszłam na motocykl. Zrobiłam ponad dwieście kilometrów. Użyłam wibratora.Wykończyłam go sobą.  I nic, nic, nic, nie pomogło.
Poddałam się.
Poszłam do apteki. Oprócz medykamentów farmaceutka nakazała dużo pić. To piję.



Wczorajsza podróż była nieziemska. Pośród pól goniłam się z własnymi myślami. O tej porze roku zboża pachną wyjątkowo. Mocny, silny zapach uwodził mnie. Przypominał dzieciństwo spędzane w babcinej stodole. Droga wijąca się przez wioski jak z dawnych lat wzmagała poczucie szczęścia i wolności. 
Zboża, góry i równa, prosta droga to przepiękne widoki, które przenikała ma dusza. Piękno tkwi w prostocie.



Goniłam zachód słońca, a słońce kładąc się coraz niżej swymi ramionami obejmowało ciepłym cieniem  kłosy zbóż. Taniec odcieni pośród wiatru był swoistym teatrem pantominy. Nie mogłam oderwać oczu jak i nie mogłam przestać gnać. 
Tylko pot ściekając mi po karku przypominał, że choroba łamie mnie coraz bardziej, a tęsknota, ze kocham bardzo.




błazeńskim słowem




nylonową pończochą 
zwiąż me ręce
wyjmij serce
zostaw
w mikrofali
na pięć minut
polej winem
je i nas
niech dopełni smak
ust twoich 
co poprowadzą mnie 
do nieba
do piekła
tak
tak mogę umierać

w Beethovena nutach
nieodgadnione uczucia
gasząc żar źrenic
tańczą wraz
z płomieniem świeczki

kanibalska uczta
polana czerwienią
kreśli swój koniec
na zębach widelca














środa, 26 czerwca 2019

z morałem

W telefonie włączyłam dwie aplikacje: jedną do biegania, a drugą z muzyką. Wystartowałam. Muza niosła mnie, a ja machając rękami podnosiłam nogę za nogą. Biegłam, biegłam. Och, gdyby móc tak przebiec życie, niczym Forest Gump. Nie przestanę biec, oj nie. Pot zalał me czoło, ale co tam, w końcu jestem twarda. Biegłam nadal nieprzerwanie. Nie dam się, nie dam się. Bieeeegnęęęęęę...Minęłam kolejną ulicę, skrzyżowanie, zakład pogrzebowy, producenta nagrobków (swoją drogą jakieś sztampowe strasznie). Biegłam,a oddech rwał się coraz bardziej. Nie poddam się, oj nie. UUUaaaa uuuaaaa mogłabym robić za Vadera. Albo nie, już wiem, poczułam się niczym królowa astmatyków walcząca o życie. Normalnie moje płuca wybiegły przede mną prosząc o litość, a zębami wręcz szorowałam po płycie chodnikowej, walczyłam o życie, ale nie poddawałam się. Oj nie, biegnę, biegnę, będę maratończykiem! a co!!! a tu nagle edmondo, przerywając mi cudną muzykę, wprawdzie zagłuszaną moim oddechem, i oświadczyło mi do ucha, że przebiegłam kilometr............kilometr...tysiąc metrów......ja pierdolę..pięć minut,,,,..
Nie stanęłam jak wryta, oj nie, na sapie biegłam nadal przed siebie. Nieprzerwanie. Załamana.
Czwarty kilometr wpadł w moje jelita. A może to tak objawiło się szczęście, że jednak dałam radę sapać na kolejnych tysiącach metrów?
Kupa uratowała mnie przed zawałem serca.
Bywa i tak.
Nie zawsze gówno bywa złe.








porażka, znowu.....:DDDDDDD

- Ej, słuchaj co napisali w moim horoskopie, o tych co urodzili się 22 czerwca "Nie poddaje się on nigdy przeciwnościom losu i jeśli coś sobie postanowi, nawet nie przychodzi mu do głowy myśl, że mogłoby mu się to nie powieść. Może ponosić porażkę za porażką, a i tak ciągle ma dość sił i motywacji na to, by od nowa próbować robić swoje i nie poddaje się niemal nigdy."
Mooniek oderwał oczy od ekranu komputera, spojrzał na mnie, westchnął:
- Arte, Ty jesteś jedną wielką porażką....


Miał rację.
Ale i tak nie poddaje się.
Idę gdzie chcę. Robię co chcę.
Mówię co chcę.
Czuję, nie czuję.
Zrywam i niszczę wszystko, a na gruzach układam kolejne budowle. A potem je rozwalam.
Kiedyś zabraknie mi sił i zasnę pośród ruin.