piątek, 28 czerwca 2019

podróż

Dostałam gorączki. Żar tropików normalnie. Znikąd, tak po prostu oblały mnie poty, a kaszel wyprzedzał mój krok. Przy upałach tych 40-sto stopniowych rozłożyło mnie.
Poszłam na motocykl. Zrobiłam ponad dwieście kilometrów. Użyłam wibratora.Wykończyłam go sobą.  I nic, nic, nic, nie pomogło.
Poddałam się.
Poszłam do apteki. Oprócz medykamentów farmaceutka nakazała dużo pić. To piję.



Wczorajsza podróż była nieziemska. Pośród pól goniłam się z własnymi myślami. O tej porze roku zboża pachną wyjątkowo. Mocny, silny zapach uwodził mnie. Przypominał dzieciństwo spędzane w babcinej stodole. Droga wijąca się przez wioski jak z dawnych lat wzmagała poczucie szczęścia i wolności. 
Zboża, góry i równa, prosta droga to przepiękne widoki, które przenikała ma dusza. Piękno tkwi w prostocie.



Goniłam zachód słońca, a słońce kładąc się coraz niżej swymi ramionami obejmowało ciepłym cieniem  kłosy zbóż. Taniec odcieni pośród wiatru był swoistym teatrem pantominy. Nie mogłam oderwać oczu jak i nie mogłam przestać gnać. 
Tylko pot ściekając mi po karku przypominał, że choroba łamie mnie coraz bardziej, a tęsknota, ze kocham bardzo.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz