środa, 26 czerwca 2019

z morałem

W telefonie włączyłam dwie aplikacje: jedną do biegania, a drugą z muzyką. Wystartowałam. Muza niosła mnie, a ja machając rękami podnosiłam nogę za nogą. Biegłam, biegłam. Och, gdyby móc tak przebiec życie, niczym Forest Gump. Nie przestanę biec, oj nie. Pot zalał me czoło, ale co tam, w końcu jestem twarda. Biegłam nadal nieprzerwanie. Nie dam się, nie dam się. Bieeeegnęęęęęę...Minęłam kolejną ulicę, skrzyżowanie, zakład pogrzebowy, producenta nagrobków (swoją drogą jakieś sztampowe strasznie). Biegłam,a oddech rwał się coraz bardziej. Nie poddam się, oj nie. UUUaaaa uuuaaaa mogłabym robić za Vadera. Albo nie, już wiem, poczułam się niczym królowa astmatyków walcząca o życie. Normalnie moje płuca wybiegły przede mną prosząc o litość, a zębami wręcz szorowałam po płycie chodnikowej, walczyłam o życie, ale nie poddawałam się. Oj nie, biegnę, biegnę, będę maratończykiem! a co!!! a tu nagle edmondo, przerywając mi cudną muzykę, wprawdzie zagłuszaną moim oddechem, i oświadczyło mi do ucha, że przebiegłam kilometr............kilometr...tysiąc metrów......ja pierdolę..pięć minut,,,,..
Nie stanęłam jak wryta, oj nie, na sapie biegłam nadal przed siebie. Nieprzerwanie. Załamana.
Czwarty kilometr wpadł w moje jelita. A może to tak objawiło się szczęście, że jednak dałam radę sapać na kolejnych tysiącach metrów?
Kupa uratowała mnie przed zawałem serca.
Bywa i tak.
Nie zawsze gówno bywa złe.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz