Mówiłam Ci, że nie mogę nawet we śnie zdradzić cię. Wypełniasz mnie sobą. Dryfujesz w komórkach. Mówiłam. Mówiłam, że nie chcę nikogo poza tobą. Z nikim nie chcę dzielić ani słów ani jadalni ani sypialni.
Nie chcę dotykać innej skóry, pieścić innych palców, czuć na sobie innych ust. Twoje usta pełne miłości i rozkoszy doprowadzały mnie do obłędu. Mieszałaś moimi zmysłami jak chciałaś. Oddawałyśmy się sobie w harmonii wszechświata. To było tak niesamowite, piękne.
Ile razy ocierałam łzy po kryjomu..
Nie warto było wstydzić się tych chwil wzruszeń.
Nie trzeba było...
Mowa to jednak nie gesty. To nie odsuwanie niesfornych włosów z twarzy. To nie trzymanie za dłoń z pieszczotą palców, które przecież tak mnie wzruszały: delikatne a jakże silne. To nie pogłaskanie po plecach, po kręgach pełnych cudownych krzywizn. To nie złożenie na karku pocałunku, delikatnego, na samym końcu, jak strasznie to lubiłaś. To nie przytulenie, schowanie w ramionach z czułością.
To nie upajanie się zapachem twojej skóry.
Zabrakło dotyku, czułości, tych drobnych gestów nasyconych pragnieniem, ale nie zabrakło słów.
Pustych, głupich, bezsensownych.
Z mojej strony zabrakło wszystkiego.
Z twojej strony było wszystko. Wszystko, oprócz pustych słów.
Dlaczego nie zamykałaś mych ust pocałunkiem? Dlaczego nie patrzylaś jak potrafisz patrzeć, by zadrżała ziemia?
Dlaczego ja byłam taka mordercza dla nas?
Słowa.
Leciały ze mnie o mnie. Biegunka złości, pretensji.
Najczęściej.
Moje lęki, życie, strachy, fascynacje, frustracje.
Twój świat siedział grzeczny, z nogą na nodze, albo po turecku, zamknięty, milczący.
Zalałam go słowem. Sobą.
Słowopotok z rękami w kieszeniach.
Tego nikt by nie udźwignął.
Braku czułości nie można dźwigać.
Nie mam pretensji o odejście.
Czas pogardy skończył się.
Zaczyna się okres pokory.
Tylko tak ciężko w tym domu dźwigać się.
Patrzę na niego i płakać mi się chce. Ten człowiek.
Tak, wiele mu zawdzięczam, ale dławi mnie poczucie zmarnowanego życia.
Ale przyznanie się do słabości to pierwszy krok, prawda?
Byłam jak posąg z Wysp Wielkanocnych. Wielka, twarda, zimna.
Miłość to nie ocena, To akceptacja.
Tylko jak mam akceptować kogoś skoro nie akceptuję siebie?
Czas pogardy niech znika, niech zacznie się czas pokory.
Padam przed tobą, sobą, przepraszam nas za siebie, przepraszam.
Bądź szczęśliwa. Zasługujesz na to jak nikt inny.
On zapytał się o ciebie. Pierwszy raz wypowiedziałam to na głos:
- Moje kochanie, największe, odeszło .....wiesz jak to bywa z moim popierdoleniem.
Nic nie rzekł.
Wie, nie wie?
Przestaje mnie to interesować. Błąd.
Czas liczyć się z uczuciami innych ludzi.
Czas przestać postrzegać świat z punktu własnych doświadczeń.
Czas podjąć trud wejścia na czyjąś górkę i spojrzenia z człowieczej ławki.
Czas pogardy skończył się. Czas na pokorę.
Mogłam od ciebie uczyć się miłości zamiast tkwić w manii wyższości.
A miłość to nie palec wskazujący tylko wyciągnięta dłoń. Dłoń, która przytula
Dziękuję.
Tylko co ja ma do zaoferowania światu oprócz swej bezczelności i manii wielkości?
Nie chcę dotykać innej skóry, pieścić innych palców, czuć na sobie innych ust. Twoje usta pełne miłości i rozkoszy doprowadzały mnie do obłędu. Mieszałaś moimi zmysłami jak chciałaś. Oddawałyśmy się sobie w harmonii wszechświata. To było tak niesamowite, piękne.
Ile razy ocierałam łzy po kryjomu..
Nie warto było wstydzić się tych chwil wzruszeń.
Nie trzeba było...
Mowa to jednak nie gesty. To nie odsuwanie niesfornych włosów z twarzy. To nie trzymanie za dłoń z pieszczotą palców, które przecież tak mnie wzruszały: delikatne a jakże silne. To nie pogłaskanie po plecach, po kręgach pełnych cudownych krzywizn. To nie złożenie na karku pocałunku, delikatnego, na samym końcu, jak strasznie to lubiłaś. To nie przytulenie, schowanie w ramionach z czułością.
To nie upajanie się zapachem twojej skóry.
Zabrakło dotyku, czułości, tych drobnych gestów nasyconych pragnieniem, ale nie zabrakło słów.
Pustych, głupich, bezsensownych.
Z mojej strony zabrakło wszystkiego.
Z twojej strony było wszystko. Wszystko, oprócz pustych słów.
Dlaczego nie zamykałaś mych ust pocałunkiem? Dlaczego nie patrzylaś jak potrafisz patrzeć, by zadrżała ziemia?
Dlaczego ja byłam taka mordercza dla nas?
Słowa.
Leciały ze mnie o mnie. Biegunka złości, pretensji.
Najczęściej.
Moje lęki, życie, strachy, fascynacje, frustracje.
Twój świat siedział grzeczny, z nogą na nodze, albo po turecku, zamknięty, milczący.
Zalałam go słowem. Sobą.
Słowopotok z rękami w kieszeniach.
Tego nikt by nie udźwignął.
Braku czułości nie można dźwigać.
Nie mam pretensji o odejście.
Czas pogardy skończył się.
Zaczyna się okres pokory.
Tylko tak ciężko w tym domu dźwigać się.
Patrzę na niego i płakać mi się chce. Ten człowiek.
Tak, wiele mu zawdzięczam, ale dławi mnie poczucie zmarnowanego życia.
Ale przyznanie się do słabości to pierwszy krok, prawda?
Byłam jak posąg z Wysp Wielkanocnych. Wielka, twarda, zimna.
Miłość to nie ocena, To akceptacja.
Tylko jak mam akceptować kogoś skoro nie akceptuję siebie?
Czas pogardy niech znika, niech zacznie się czas pokory.
Padam przed tobą, sobą, przepraszam nas za siebie, przepraszam.
Bądź szczęśliwa. Zasługujesz na to jak nikt inny.
On zapytał się o ciebie. Pierwszy raz wypowiedziałam to na głos:
- Moje kochanie, największe, odeszło .....wiesz jak to bywa z moim popierdoleniem.
Nic nie rzekł.
Wie, nie wie?
Przestaje mnie to interesować. Błąd.
Czas liczyć się z uczuciami innych ludzi.
Czas przestać postrzegać świat z punktu własnych doświadczeń.
Czas podjąć trud wejścia na czyjąś górkę i spojrzenia z człowieczej ławki.
Czas pogardy skończył się. Czas na pokorę.
Mogłam od ciebie uczyć się miłości zamiast tkwić w manii wyższości.
A miłość to nie palec wskazujący tylko wyciągnięta dłoń. Dłoń, która przytula
Dziękuję.
Tylko co ja ma do zaoferowania światu oprócz swej bezczelności i manii wielkości?




