Była zima. Zaczął się sezon narciarski. Pojechaliśmy do Szklarskiej na narty. Mieliśmy przy Skwerze Trójki wynajęty pokój w mieszkaniu. Mieszkanie to miało ponadto jeszcze trzy pokoje oraz salon i każda ta część należała do ludzi wynajmujących. Byli to sami młodzi ludzie. Zabawni, głośni weseli. tylko my jak starsze małżeństwo:
- Gośka, tak nie wolno
- Gośka, uspokój się
- Gośka!!!
Wciąż instrukcje, upomnienia.
Jakbym nadal żyła z matką.
My też byliśmy młodzi, jeszcze przed trzydziestką, w trzecim miesiącu związku. Istne świeżaki. Zakochane, lecz to nie była miłość. To nie było szaleństwo. To była moja samotna rozpacz.
Tak bardzo chciałam, by mnie ktoś kochał, śmiać się razem, wygłupiać, pieprzyć, całować bez pamięci.
W kuchni gotowaliśmy pierogi. Jedzenie w tym związku było naczelnym tematem i obowiązkowym jak ciastka do kawy. Koszmar, istny.
Pierogi nie chciały się ugotować. Dziwne były. Siedzieliśmy zatem przy stole nie licząc na żaden cud, a ja wysłuchiwałam jego utyskiwania na temat tego produktu. Ja nie liczyłam na miłość, a on nie liczył na pierogi.
Powinnam wylać je do kosza, wstać, spakować się i wyjechać.
Odeszłam od stołu przepraszając na chwilę.
W salonie para całowała się i śmiejąc na przemiennie.
Tak właśnie powinni wyglądać zakochani.
Wtuleni, palce plączące się w sobie..
Popatrzyłam z lekkim uczuciem zazdrości. Tak właśnie powinno być, a nie ..
Powinnam spakować się i wyjechać bez słowa.
Zostałam w pokoju z uczuciem jakiegoś osamotnienia i chłodu.
Wszedł do pokoju. On duży, niezgrabny, a pokój były taki mały i zamiast stać się gniazdkiem romantycznym zamienił się w klatkę. Czułam jak duszę się. Zrezygnowana siedziałam na fotelu.
Zdjął spodnie, kalesony, majtki, zdjął mi spodnie, majtki, wsadził fiuta, podyszał i koniec.
Powinnam wstać, spakować się i odejść.
Seks zakochanych, czułe słowa, pieszczenie skóry oddechem, dotykiem, zachwyt nad ciałem, pragnienie, namiętność, zagubienie, połączone oddechy...
Ile to razy, gdy leciał fajny utwór mówiłam:
- Proszę zatańcz ze mną
- W głowie ci się przewraca.
O tak. Mam trudny charakter, nic nie potrafię jestem jebnięta, kto będzie mnie chciał.
Zostałam.
I tak było przez całe małżeństwo albo w głowie mi się przewracało albo miałam spierdalać. Wkładał fiuta, jęczał, a w czasie zmiany jego pozycji zasypiałam, bo taki był nieporadny w tej swojej otyłości. Smutne i ohydne.
Mechanika bez uczucia.
Samotność rozpoczęta w Szklarskiej toczyła się przez cale małżeństwo.
Czytałam książki nie wierząc, że można jednak bez pamięci kochać, że taki może być seks pełen pragnienia i namiętności.
A mógł być.
Zostałam lesbą. Czułość kobiet ponad wszystko, bo kto lepiej zna ciało kobiety od kobiety? Ja swojego ciała nie znałam. Kiedy miałam poznać działanie i rozkosz waginy? Kiedy na wpół zdechniętego fiuta wpychał we mnie? Nawet słów miłych nie mówił, a czasami wręcz zawstydzał.
Ponadto religijny światopogląd wlewany mi do posiłku każdego dnia zrobił mi spustoszenie w głowie. Wstyd i skrępowanie uczynił mnie żoną tego faceta.
"Ty na nic nie zasługujesz" została z czasem mantrą: "na nic nie zasługuję". Cieszyłam się jak pies z ochłapów. Ale radość z byle czego przydała się zamieniając się w tarczę obronną przed życiem.
Parę lat później....
Było lato. Do Szklarskiej pojechałam z kochanką. Byłam pod urokiem jej oczu i myśli. Ona nie była pod żadnym urokiem, ale czasami była miła. Milsza od niego. To chyba wystarczyło.
Nie wiem dlaczego ze mną była, ale ja czułam się szczęśliwa. Chciałam jej pokazać jak można kochać.
Tyle, że co ja wiedziałam o miłości?
Chciałam tylko czuć rękę w dłoni, szeptać czule, całować się, oddając ciało i duszę.
Kiedy weszłyśmy do wynajętego pokoju w pensjonacie chciała iść pozwiedzać okolice, chciała iść na wodospady, ale nie chciała wypuszczać nas z łózka. Było głośno, mokro, namiętne, cudownie i wciąż mało. Tak seks powinien wyglądać, ale dusza wciąż czuła samotność.Nic nie zdradza zakłamania jak łóżko.
Po upojnym kolejnym razie (mechanika ciał), kiedy już wyszła spod prysznica (też seks mi się taki marzył, ale i z nią było to możliwe):
- Jak chcesz, to proszę, chodź na lampkę wina, na wodospady.
Zrobiła mi kolejną awanturę o nic, ale poszła. Zła, pochmurna, obrażona. Nigdy nie trzymała mnie za rękę choć tego pragnęłam. Nigdy nie całowała pod drzewem w szyję. Nigdy nie zerwała kwiatka. Ja za to nie unikałam tych drobnych gestów romantycznych; Uśmiechała się i fuczała. Jak mąż.
- Jesteście z Tomkiem tacy podobni do siebie - mówiłam.
Powinnam wrócić, spakować się i wyjechać.
Nie zrobiłam tego.
Z czasem było coraz gorzej. Nie było seksu za to były pretensje. O wszystko.
Poczułam się nawet głupio, że żyję.
Zamiast podwójnego dildo trafił mi się podwójny toksyczny związek.
Samotność rozpoczęta w Szklarskiej toczyła się dalej,
Kiedy trafiłam na świetną dziewczynę, która dawała mi wszystko to jej nie doceniłam. A dawała mi wszystko o czym marzyłam, tylko ja nie dawałam jej tego o czym ona marzyła i o czym ja marzyłam, a miałyśmy takie same marzenia jak i pragnienia. Dawała całusy, kwiatki, pisała. A ja zachowywałam się jak mąż, jak była kochanka.
Smutne to wszystko.
W końcu toksyczny jad w podwójnej dawce zabił nas.
Mnie przecież nie można kochać.
Mnie się wszystko należy.
Jestem beznadziejna.
Jestem boska.
Kocham.
krzyczę.
Wychwalam.
Gardzę.
Byłam katem naszych uczuć, które pomimo złej aury wzrastały.
Wysiadła w końcu z tej huśtawki.
Odeszła do innej kobiety. Kobiety, która mieszka w Szklarskiej.
Żart losu. Idealne zakończenie wszystkich miłości. Klamra spinąjąca.
Czy to będzie przekleństwo czy jednak odczarowanie?
Niech ta moja samotność i niekochanie w tej Szklarskiej zostanie.