Trudno jest odnaleźć siebie. Nagle człowiek przestaje biec i okazuje się, że jest w gąszczu. Busz jest nie tylko w majtkach, ale i na zewnątrz.
Podarować potrafię światu nowe spojrzenie i siłę. A gdy nakarmię świat sobą zostaję porzucona, Opadając z sił zapadam w samotność. Taki mój los, los Geppetta.
Na nowo konstruuję siebie.
Wad się nie pozbędę. dodają mi uroku.
Za chwilę zabłysnę.
Za chwilę
Jeszcze chwila
Dostałam gorączki. Żar tropików normalnie. Znikąd, tak po prostu oblały mnie poty, a kaszel wyprzedzał mój krok. Przy upałach tych 40-sto stopniowych rozłożyło mnie.
Poszłam na motocykl. Zrobiłam ponad dwieście kilometrów. Użyłam wibratora.Wykończyłam go sobą. I nic, nic, nic, nie pomogło.
Poddałam się.
Poszłam do apteki. Oprócz medykamentów farmaceutka nakazała dużo pić. To piję.
Wczorajsza podróż była nieziemska. Pośród pól goniłam się z własnymi myślami. O tej porze roku zboża pachną wyjątkowo. Mocny, silny zapach uwodził mnie. Przypominał dzieciństwo spędzane w babcinej stodole. Droga wijąca się przez wioski jak z dawnych lat wzmagała poczucie szczęścia i wolności.
Zboża, góry i równa, prosta droga to przepiękne widoki, które przenikała ma dusza. Piękno tkwi w prostocie.
Goniłam zachód słońca, a słońce kładąc się coraz niżej swymi ramionami obejmowało ciepłym cieniem kłosy zbóż. Taniec odcieni pośród wiatru był swoistym teatrem pantominy. Nie mogłam oderwać oczu jak i nie mogłam przestać gnać.
Tylko pot ściekając mi po karku przypominał, że choroba łamie mnie coraz bardziej, a tęsknota, ze kocham bardzo.
W telefonie włączyłam dwie aplikacje: jedną do biegania, a drugą z muzyką. Wystartowałam. Muza niosła mnie, a ja machając rękami podnosiłam nogę za nogą. Biegłam, biegłam. Och, gdyby móc tak przebiec życie, niczym Forest Gump. Nie przestanę biec, oj nie. Pot zalał me czoło, ale co tam, w końcu jestem twarda. Biegłam nadal nieprzerwanie. Nie dam się, nie dam się. Bieeeegnęęęęęę...Minęłam kolejną ulicę, skrzyżowanie, zakład pogrzebowy, producenta nagrobków (swoją drogą jakieś sztampowe strasznie). Biegłam,a oddech rwał się coraz bardziej. Nie poddam się, oj nie. UUUaaaa uuuaaaa mogłabym robić za Vadera. Albo nie, już wiem, poczułam się niczym królowa astmatyków walcząca o życie. Normalnie moje płuca wybiegły przede mną prosząc o litość, a zębami wręcz szorowałam po płycie chodnikowej, walczyłam o życie, ale nie poddawałam się. Oj nie, biegnę, biegnę, będę maratończykiem! a co!!! a tu nagle edmondo, przerywając mi cudną muzykę, wprawdzie zagłuszaną moim oddechem, i oświadczyło mi do ucha, że przebiegłam kilometr............kilometr...tysiąc metrów......ja pierdolę..pięć minut,,,,..
Nie stanęłam jak wryta, oj nie, na sapie biegłam nadal przed siebie. Nieprzerwanie. Załamana.
Czwarty kilometr wpadł w moje jelita. A może to tak objawiło się szczęście, że jednak dałam radę sapać na kolejnych tysiącach metrów?
Kupa uratowała mnie przed zawałem serca.
Bywa i tak.
Nie zawsze gówno bywa złe.
- Ej, słuchaj co napisali w moim horoskopie, o tych co urodzili się 22 czerwca "Nie poddaje się on nigdy przeciwnościom losu i jeśli coś sobie postanowi, nawet nie przychodzi mu do głowy myśl, że mogłoby mu się to nie powieść. Może ponosić porażkę za porażką, a i tak ciągle ma dość sił i motywacji na to, by od nowa próbować robić swoje i nie poddaje się niemal nigdy."
Mooniek oderwał oczy od ekranu komputera, spojrzał na mnie, westchnął:
- Arte, Ty jesteś jedną wielką porażką....
Miał rację.
Ale i tak nie poddaje się.
Idę gdzie chcę. Robię co chcę.
Mówię co chcę.
Czuję, nie czuję.
Zrywam i niszczę wszystko, a na gruzach układam kolejne budowle. A potem je rozwalam.
Kiedyś zabraknie mi sił i zasnę pośród ruin.
Muszę zacząć biegać, muszę zacząć biegać, a kiedy wybrzmiewało "muszę" to na drugi dzień bębniąc o parapet, wybrzmiewał deszcz. Ale nadszedł ten dzień. Nadszedł ten dzień, kiedy przestało padać. Wyszło słońce. Nie miałam wyjścia. Rozpakowałam zamówione rzeczy. Założyłam. Dzielnie założyłam. Jednak co chwila odwracając głowę nasłuchiwałam, czy jednak "muszę" nie współgra się z bębnieniem. Nic z tego. Cisza w słońcu. Nowe buty, nowe spodnie, nowa koszulka, stare skarpetki i bieg.
Bieg, bieg, bieg.
Epicko musiałam wyglądać: wlekąca się, trzęsąca galareta, jakbym wypadła z kuchni i spieprzała przed szalonym kucharzem, tyle, że na jednej nodze. Zadyszałam się w hitach sezonu. Na drugi dzień znowu zaczął padać deszcz. Wniosek? Jak dla mnie to sport może być, ale tylko w łóżku.
Zatonęłam w pościeli. Sport? Wygięłam się! sięgając po czekoladę.
Ćwiczę.
Żuchwę ćwiczę. Wyciąganie rąk ćwiczę.
- Ale masz tłusty brzuch hahahahaha
- Brzuch nie jest tłusty, to tylko jelita pełne gówna.
- Jesteś obrzydliwa!
- Mam buźkę w czekoladzie?
Tak na marginesie, nie wiem czy tylko mi, ale po gównie czekolada jakoś dziwnie brzmi.
Wychodząc z toalety mam nieodparte wrażenie, że człowiek jest pełny gówna.
Potem włączam telewizor i zyskuję pewność własnej idei.
A właściwie błędność, bo gówno wszędzie leży.
Jak byłam dzieckiem kochałam lego. Miałam je pomimo nie sprzyjającego ustroju, w którym papier toaletowy bywał szczytem marzeń, a na półkach królował ocet. Wydarłam je płaczem z rąk wujka. On, Amerykanin w chuj bogaty, był zaślepiony dolarami i tylko to widział. Po latach opowiadano, że na Boże Narodzenie swojej żonie zawsze dawał ten sam prezent i jedyny prezent: kalendarzyk firmowy, choć dom miał w Buenos Aires, w Miami i gdzieś jeszcze w Afryce. Klocki były cudowne. Małe, kolorowe z milionami pomysłów na siebie. Można było zbudować dosłownie wszystko, dom, drzewa, zwierzęta, samochody. Najczęściej budowałam domy. Ciepłe, choć funkcyjne. A wokół nich stawiałam płoty. Znaczące. Do dzisiaj mi to zostało. Buduję, ale i burzę. Buduję i burzę, buduję i burzę. Ale płotów już nie stawiam. Żyję bez granic. Jeśli tylko mogę. Tyle, że świat w porównaniu do klocków, jest coraz mniej kolorowy. Może dlatego śmierć jest już tylko ciemną plamą?
W leniwym bicie lewitując patrzę na kolejne maile służbowe. Z maila przeskoczyłam na you tuba, Hm, po co mam tracić czas na mówienie do ściany, ściana i tak swoje wie...zaparzyłam kawę, leniwie zaczęlam rozpuszczać się w bitach. Przede mną leżał "Twardzioch". Szczepan, nie landrynka. Ballada o pewnej panience. Zatonęłam w lekturze odurzając się słowami. Telefon zaterkotał.
Zadzwoniła kumpela - Co tam? - zapytałam się rozleniwionym głosem. I zalały mnie słowa - Ty wiesz, że jadąc autem zatrzymałam się przed pasami puszczając przechodnia. Facet chwiał się, więc pomyślałam, że niech lepiej przejdzie bezpiecznie. Spojrzałam na niego. To przecież była moja niedościgniona miłość, ty wiesz jak on podobał mi się jak chodziłam do podstawówki.No głowa mała. Ech, ale cwaniak skończył licho. Ty wiesz, że jest to któryś z kolei przypadek, że facet, który podobał mi się, skończył w szponach alkoholizmu. Ale żaden z nich nie okazał być się Markiem Hłasko.To tez tłumaczy mój wybór: kobiety, wprawdzie nie mają talentu, ale mniej piją ode mnie. - Hahahaha i mówisz, ze idziemy na wódkę czy do łóżka, bo wiesz zgubiłam wątek. - Głupia jesteś jak zwykle. Daj mi odpocząć. Idziemy na wódkę.
- Wreszcie jakaś pozytywna wiadomość tego dziwnego dnia.
- To do wieczora.
- Pa.
Chwilę później przyszedł sms:
"Zmrożę wódkę".
"Dwie" -odpisałam
Steve był niewidomy z natury, a ja jestem ślepa z głupoty. A swoją drogą, czy tam popierdoloną, kto teraz słucha Wondera??? A kto pije zimną wódkę w tygodniu? Ten, komu już nic w życiu nie zostało. Poza koncertami, wędrówkami i miłością :D
"Och przelizałabym każdy kawałek twojej skóry, twojej duszy, zaszyła się pod twą tkanką, by wiecznie czuć twój zapach i bicie serca, odurzać się ciepłem twym...." Może zacznę pisać pieprzne książki dla domorosłych zahukanych małomiasteczkowych jednostek?
czwartek, 11 kwietnia 2019
Każda kobieta w poważnym wieku dla utrzymania hormonów w równowadze powinna mieć wibrator, masażer oraz inne gadżety, które będą rozdzierać ciszę nocną.
Nadszedł czas swobody i nie krzyczenia w poduszkę.
Czterdziestka plus to nie program rządowy, ale hormonalnych potrzeb.
Ponieważ każda kobieta powinna mieć erotyczny sprzęt zatem i ja kupiłam co trzeba.
Za namową znajomej zakupu dokonałam na chińskiej stronie, ponieważ chinole mają w dupie europejskie standardy. Po tym wibratorze jest już chyba tylko młot pneumatyczny.
Zachęcona odpaliłam różowe cudo i zaczęłam przemierzać swoją cipkę niczym kajakiem Missisipi.
Ugotowałam się sama sobą. Nawet nie wiedziałam, że mam tyle mięśni i że one działają. Poczułam się diabelsko.Naprawdę. Fala gorąca zalała mnie. Ciało samo się uniosło, najpierw tułów, potem nogi. Scyzoryk scyzork tak na mnie wołają, ja pierdolę, kosa ze mnie, a nie diabelska bestia!
Krzyk rozdarł niebo. Byłam dla siebie niczym Hera.
Drżenie rąk od drżenia wibratora oraz doznań utrzymywał się na długo. Slow, flow i chuj mnie wszystko obchodzi stało się piękną wizją.
Zamiast nervosolka użyj wibratorka.
Właściwie powinnam chodzić z nim w majtkach cały czas. Najlepsze lekarstwo na moją nerwicę, ale cóż na to powiedzą ludzie?
Co ci tak w jelitach jęczy?
Warczysz odbytem?
Ale fuj, co wy mówicie, to tylko dźwięk motoru, który odpada od mojej skóry.
Wsiadłam na motor. Rozpędziłam się i jadę na odkręconej do końca manetce, zapierdalam po prostu. Motor drży. Ręce też. Och, nie. Ręce drżą...Pooooszło. Majty mokre. Przekaźnik neuronowy nie zwiódł. Szybka gra w skojarzenia i dobra odpowiedź organizmu. Bo kiedy ręce drżą? Gdy wibrator przemierza cipkę.
Umrę z orgazmem.
I niech jeszcze trafi mi się parkinson. Odwieczny orgazm.
Uważajcie więc na chińskie zabawki. Bo nie tylko piwo można wylać ...
środa, 10 kwietnia 2019
Przekonaj, przekonaj mnie, że kochasz mnie wciąż, że chcesz mnie, pożądasz. Przekonaj mnie, że chcesz ze mną być, żyć, chcesz patrzeć jak się rozlatuję, jak rozlatuje się moje ja i mój świat, jak rysy twarzy zacierają się w drżących rękach, jak zatracam się z czasem w czasie, rozpuszczam się w zgarbioną bryłę, która przenika do płyty chodnikowej coraz bardziej człapiąc, a ty wciąż chcesz mnie, chcesz trzymać mnie za rękę, całując skroń, szepcząc, że jestem dla ciebie naj. Bądź i przekonaj mnie, że serce me ma milion powód, by walczyć o krążenie. Krąż we mnie, nasycaj sobą, bądź powietrzem mym. Sensem. Miłością. Duszą. Niech krew kojarzy mi się z życiem, z tobą. Nadzieją, na lepsze dziś i jutro.
Ręka zatrzymała się.
Samotność zgęstniała.
Czy można kochać tak, że aż chce się być tasiemcem w jelitach, by być blisko tak, że aż strach?
Znowu kaszlę. Kolejne przeziębienie. Od września licząc to chyba szóste. Wypluwam krew. Połykam coraz więcej tabletek. Przejdzie, za chwilę przejdzie. Wszystko przechodzi. Jak Polska podniosła się po latach rozbiorów, a mnie przecież nikt nie rozebrał, to tym bardziej szybko podniosę się. Nie mam czasu, by się kłaść i leżeć. W biegu czytam Bastę, lecę na treningi, gotuję, piorę, gram, słucham muzyki. Z niesamowitą chciwością cieszę się chwilą chłonąc każdą sekundę. Napełniam siebie słowem, obrazami, emocjami. Kolekcjonuję fragmenty życia.
I och, Boże, niczego mi nie brak w życiu mym.
wtorek, 9 kwietnia 2019
Nie myśleć... Nie chcę myśleć... Myślę, że nie chcę myśleć. Nie powinienem myśleć, że nie chcę myśleć. Bo to także jest myślą." Czy nigdy nie będzie temu końca? Moja myśl to ja: oto dlaczego nie mogę się zatrzymać. Istnieję, ponieważ myślę... i nie mogę powstrzymać się od myślenia. W tej samej chwili - to obrzydliwe - jeśli istnieję, to tylko dlatego że brzydzę się istnieniem. To ja, to ja sam wyciągam się z nicości, do której pragnę podążyć: nienawiść, niesmak istnienia, to są także sposoby, abym istniał, abym zagłębił się w istnieniu.j
Schmerz. Ból. Po polsku brzmi niczym śmierć. A może szmelc.
Weltschmerz - znużenie światem.
Totalna rozpierducha w gonitwie za ideałem miłości i poczuciem bezcelowości życia.
Pain. Ból. Doda się T i powstaje paint- barwa. Ból potrafi przynieść paletę doznań.
Najważniejsze by czuć, wciąż czuć, czuć. W tej gonitwie wciąż się goni nowe bodźce. Defibrylatory czucia. Łapania haustu powietrza. Do bólu tak. Do znużenia.
Egon Schiele, jeden z tych, którzy żyli krótko, ale intensywnie. Jeden z tych, których sztuka wciąż zadziwia. Odważna jak na swoje czasy, pozostaje w kanonie nieprzemijającej sztuki. Ale czy jakakolwiek prawdziwa sztuka potrafi przeminąć?
Miłość jest sztuką. Odpadają z niej fragmenty cudów (w tym i chemicznych) i pozostaje sama czysta forma.
Uwielbiam sprzeczności - mawiał Egon.
Współistnienie życia i śmierci.
Przenikanie dramatu i lubieżności, znudzenia z pragnieniem.
Nie osiądę na miejscu, na żadnej mieliźnie, nie rozbiję się o skały. Egon malował, Osiecka pisała, ja piję piwo. Wiwisekcje pędzlem, piórem, szkłem- obnażanie się przed światem, zrzucanie ubrań, emocji na stertę narcyzmu przy jednoczesnym chowaniu tego co na dnie duszy. Nie do osiągnięcia.
Schiele powiedział kiedyś, że „wszystko jest żyjącą śmiercią” Weltschmerz Pain Odwieczna droga poszukiwań drzwi do wyjścia. Czyż miłość, niczym śmierć, nie jest ucieczką do innego wymiaru?