sobota, 18 stycznia 2014

bo ja znam przekleństwa


Wczoraj mężulo przegrywał stare taśmy ze starej kamery na kompa. Archaiczne znaleziska o bezcennym znaczeniu.  I tak zerknęłam, a jak zerknęłam to stanęłam nie mogąc się od lecących obrazów oderwać. Wzruszenie spowodowało, ze łzy same poleciały ...hahaha, a jednak jest we mnie coś ludzkiego :P.

Pierwszy kadr. Moja córa, wówczas roczny brzdąc,  budziła się. Przeciągała się strzelając minki. Jej oczka uśmiechnięte, buziak łobuzicy, wyglądała przepysznie. Kamera przesunęła się lekko. Nad łóżkiem stał jej brat, wówczas 3-letni Starszy. Po minie było widać, że ma ochotę wyciąć jakiś numer Młodej.  Te ich oczy roześmiane......Drugie ujęcie: Młoda wspina się na bujaka śpiewając: lalalalalala. Sama rozkosz. W tym czasie wbiega Starszy. Wspina się na wyrko i zaczyna wygłupiać się strzelając minki....
Ujęcie trzecie. Muzyka leci, Starszy skacze w kuchni drąc się w wniebogłosy, przepraszam śpiewając, a Młoda w zapatrzona na brata skacze siedząc  w krzesełku  machając przy tym wesoło nóżkami.  Jakie to były maluchy! Rewelacja. Obiecałam Starszemu, ze wieczorkiem będziemy zakopywać się w wyrku i oglądać płyty.

Zatrzymać czasu się nie da, ale te obrazy wskrzesiły falę wspomnień ...warto nagrywać, warto zapisywać. Naprawdę! Zdjęcia to jednak nie wszystko.

Za parę miesięcy jedno dziecię skończy osiem lat, drugie pięć, a my ......szkoda gadać. Na taśmach został zatrzymany czas ....aż się łza kręci w oku...



Cześć siora :)

---------------------------------------------------------

Piątkowo

Wczoraj byłam taksówką dla syna.
Zwiozłam go na robotykę. Odebrałam.
Zawiozłam na karate. Odebrałam.
Córka w tym czasie zostawała sama w domu, przy bajkach. Nie boi się  - bajka jest, dziecka nie ma. Ja drżę, ale wyjścia nie miałam. .
Syn, zanim pojechał na zajęcia, sam z siebie odrobił zadania domowe, mówiąc, że potem nie będzie pamiętał. Więc on odrabiał zadania, a ja w tym czasie poszłam po Młodą do przedszkola.

 - W co mam Młodą ubrać na występ?
- W białe rajtuzki, a stroje będą nasze. Aha, i obuwie zmienne. Bo w kozakach nóżki przegrzeją się.
- A jak było na próbach?
- Młoda, jako jedyna z grupy, zawstydziła się i nie chciała powiedzieć wierszyka. Ale rok temu też tak było a potem dała piękny popis.
- O tak, hahahaha, znajomi mieli niezły ubaw z niej - zawładnęła sceną, hahahhaha

Tego niestety nie nakręciliśmy, ale w tym roku, ucząc się na błędach - biorę kamerę.

Rok temu dzieciaki wystawiały "jasełka" na deskach sceny domu kultury i Młoda po prostu rządziła. Była zabawna. Ustawiała dzieciaki robiąc sobie miejsce. I ten jej uśmiech ...i miny. Publiczność chichotała.
Jak będzie w rym roku? Zobaczę za tydzień.
Hahahahaha, genialne dzieci, naprawdę.
Tylko szkoda, że czasami im odbija.
Ale jak to mówią na wiosce - nobody is perfect.




--------------------------------------------------------------



Sobotowo




Weekend to cudny czas. Mimo, że nie pracuję to jednak mnie cieszy. Mogę czasami dłużej pospać niż do 6.20.
Ale gdzie tam...
Starszy wstał dzisiaj rano o godzinie siódmej.
- Nie o siódmej mamo tylko o szóstej pięćdziesiąt dziewięć - poprawił mnie syn.
Dobrze, obudził mnie minutę przed siódmą.
- Dziecko, czy ty nie masz ojca?! - zapytałam się przewrotnie.
- Ciebie kocham! 
Tulanko i walki rozbudziły mnie do końca.

- Wiesz mamo jednak kupię Lorda Vadera, jest lepszy niż zły Imperator ....
Bla, bla, bla o angry birds, star wars. Normalnie, zagadałby człowieka na śmierć.

 - Dobra, wstaję, idziesz ze mną na zakupy?
Syn wyrwał z wyra, ubrał się  i poszedł ze mną. Jejku jak fajnie, że znowu jest sobą.

Młody dzisiaj znowu miał zajęcia. Tym razem były z dziedziny chemii i geografii.

- Mamo coś wlaliśmy do mleka i ono zrobiło się fioletowe. Poszukiwaliśmy białek....

Nie pamięta co wlali, ale mówił, ze zajęcia były fajne. Pracowali w zespołach trzyosobowych. Było śmiesznie. Za miesiąc kolejne ćwiczenia. Chce iść na wszystko co jest.
-Ale i tak karate jest lepsze - tak to skwitował. Ku mojemu zdziwieniu.


Kiedy gotowałam obiad. Młoda rozwiązywała swoje zadania.  Starszy sam z siebie zaczął jej pomagać. Czytał polecenia.
" Po licz  i le jest  ba lo ni ków. Po ma luj  je".

- Policz to.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, tak? sześć, siedem,dobrze?, osiem, dziewięć i ...
- Dziesięć.
- Dziesięć.
- A teraz policz to-  powiedział syn zakrywając połowę baloników.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć
- A teraz to. - wskazał na odsłonięta część.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.
- Pięć dodać pięć to 10. Policz wszystko.
Młoda powtórzyła:
 - Pięć i pięć to 10.
- Dobrze. No to policz wszystko.
- Raz, dwa trzy, cztery, pięć, sześć, tak? siedem, osiem, dziewięć
Cisza.
- Dziesięć - powiedział Starszy - powtórz.
- Ale ja już nie chcę! Mamo!
 Hm, chyba tylko będzie jeden pasjonat matematyki. Syn w jej wieku liczył po rosyjsku  do 11. Ale przeszło. Tzn teraz liczy do 40, ale jakoś nie chce za nic w świecie iść na żadne zajęcia. Nauka języka, jakiegokolwiek, ograniczała się do liczb.

Przy obiedzie wśród dyskusji wielu wyłonił się taki dialog:
- To będę mówił kurde mać
- Mówi się kurde mol i lepiej w ogóle tak nie mów.
- A wiecie, że znam tyle przekleństw, chyba z dwa tysiące, są tak ohydne, byście się normalnie zrzygali do tych swoich talerzy...
- Wiesz co, to nie mów brzydko, za to ładnie jedz....
- A i tak bym nie powiedział bo wy od razu byście zaczęli się drzeć- w tym momencie syn zaczął gestykulować zmieniając ton głosu - " Starszy, nieładnie się zachowujesz, masz już po tablecie i to na miesiąc!"
- To może mi powiedz na ucho - odezwała się babcia.
- Ehe, a ty zaraz powiesz to moim rodzicom i znowu będzie krzyk. " Starszy, jak ty mówisz. Masz miesiąc bez bajek!!!"
Hahahaha, tematu przekleństw nie drążyliśmy, bo i po co. Chodzi do szkoły ,więc ma zapewne niezłą edukację na przerwach :P

- Chcę grać na twoim telefonie - córka rzekła do swego ojca.
- Chcesz grać? - zaczął się z nią przekomarzać ojciec -Wiesz w co może zagrać?
Córka popatrzyła na tego ojca swego i z uśmieszkiem wypaliła:
- W pici polo?



Udane egzemplarze.I tak naprawdę nigdy nie sprawiały większych kłopotów. Czekają z tym pewnie na inny okres -hahahaha.
:P


czwartek, 16 stycznia 2014

pik, pik, pik.....




Czuję oddech na karku. Coś lezie za mną, zbliża się niespokojnie kołysząc się na boki. Idzie niezdarnym krokiem, choć pewnym. Coś..... pieprzone fatum....z zepsutym oddechem ...

Pik..pik.....pik...

- Jezu, co to jest? - aż siadłam z wrażenia w łóżku.
Pik, pik, pik ...
Oto nadciąga zombiak z rozrusznikiem serca? Kapitan Hak? Kłębisko myśli jak beton przygniotły mnie do prześcieradła.
- Nie wiem.....ciiiii ...- powiedział Mooniek. Zastygł.
Jak on zastygł to ja już się spociłam. On nigdy nie zastyga!
Zerknęłam na zegarek - 0.00. Północ, czas wyzerowania. Czas troli, duchów, strzyg .....pik, pik, pik ....
Serce oszalało.
Pik...pik...pik.......
- Czekaj, idę - mężulo poszedł w tą ciemność. Zagryzłam z niepokoju wargę ....nawet źle ogolona wagina (która zamieniał się w jeża) przestała swędzieć.

Wielka ciemna postać zaczęła się zbliżać. Cień cienia .........
-AAAAAAAAAAA!!!!!!!! -wrzasnęłam.
-Ty naprawdę jesteś stuknięta!  - rzekł mąż wchodząc do pokoju - To pika licznik w rowerze.
- To on żyje?
- Głupia to bateria! Młoda nie tak ustawiła pedały i się ocknął.
- Dwa dni mu to zajęło. Albo ktoś teraz pedałował. Tatuś? - zapytałam się mając na myśli swojego zmarłego ojca.
- Wariatka.
- Ślepiec. Ktoś musiał ruszyć pedałami, by licznik oszalał, prawda? więc kto? Młoda bawiła się dwa dni temu!
- Idź spać kobieto, nie marudź.
- W takich okolicznościach? never ....

Zaszyłam się w Infermo. Słowa koją ...
Ale słowa gubiły się w wywołanych obrazach Boscha, które nagle ożyły przede mną. Przestałam czytać ...
Hirek pochłonął mnie, pochłonął mnie od pierwszego wejrzenia. Jego dzieła są wpisane gdzieś w mą duszę ...Zresztą czego tam nie ma ...






Zasnęłam.
Z piekielnymi snami.
Budzik, który wyrwał mnie z tych czeluść okazał się zbawieniem. Nawet przez głowę nie przemknęła mi myśl o młotku...Radosna melodyjka okazała się wybawieniem.
Radosna melodyjka? Niebo? Zerwałam się. Ufff.......Jeszcze dane mi będzie wypić kawę!
Wlać smolę w ciało ....Kurde!, gdzie mleko? Trochę rozjaśnię tą wizję.

Gdy ubierałam spodnie to nagle guzik odskoczył. Potoczył się po podłodze.Znak jakiś czy co?
Znak, że czas się odchudzać, bo znowu będzie siara  chodzić  w stroju  po plaży jakiejś ...
Hm....tak się potoczył ...  fortuna kołem się toczy.

Dawno nic się nie stało .....
Poczułam mrowienie. Pod lewą łopatką. I na prawej kostce.

W końcu jest nowy rok i nowe wyzwania.

Trzynastka  oznacza podobno rebelię szatana, a robiąc przewrót to suma z 2014 równa jest 7.
Siedem jest liczbą boskiej perfekcji. Trzynastka wprawdzie minęła, ale doskonałości, i to boskiej, raczej nic nie umknie.
- Patrz Lucyfer jak to się robi!- krzyknął Bóg pozbawiając Arte życia. Perfekcyjnie.
W końcu rebelia to chaos, można się pogubić, a szatan to mało perfekcyjny stwór Boży, więc nic dziwnego, że chybił choć miał swoją szansę. Doskonały Bóg uwieńczył dzieło.




Czekaj, czekaj,  - zaczęłam sama mówić do siebie  -złe myśli pachną niesamowicie smacznie przyciągając tym swoim aromatem stada pechowych ptaków, które szponami łapiąc kawałki porywają do krainy mroku. I tam następuje uczta, piekielna uczta ...

Szybko zrobiłam to, co córka ostatnio zrobiła: stanęłam na jednej nodze i przechylając głowę na bok, postukałam się w nią. Łup, łup, łup ....

Kiedy Młoda łupiła swoją głowę zapytałam się zdziwiona:
- Co robisz?
- Nie chcę by rybki pływały w mojej głowie.

A ja nie chcę negatywnych myśli. Łup, łup, łup .....Wypadajcie uchem, sio.....


Dzieciaki zostały odstawione do instytucji. Wolność! Miałam chatę dla siebie. Mogłam gotować, prasować, mogłam bez żadnych przeszkód zaszaleć. Smolik wtaczał nuty w ciało me.

Tyle, że podczas prasowania żelazko zdechło.
Przestało grzać.
Stało się zimne.
Umarło.
Chyba z litości nade mną.
Nie tylko bowiem prasowałam, ale i gotowałam i robiłam pranie i do netu lukałam. Za dużo tego było, za dużo. Więc odeszło. Niech śpi w spokoju. Do powrotu męża. Mam nadzieję, że pogłaskanie po wnętrzach dokona cudu i żelazko stanie na stopkę.
A jak nie, to znowu czeka nas wydatek. Miesiąc bez nieoczekiwanych zakupów miesiącem straconym.

Poczułam zmęczenie. Jak na starą babę przystało. Zadzwoniłam do matki. Ha! strzał w 10-tkę:, chodziła po mieście.
- Odbierzesz Starszego ?
- Jasne.
- Dzięki.
Zasnęłam. Obudził mnie ból brzucha. Znowu ....ech, ta starość.

Pojechaliśmy na karate. Syn ćwiczył uderzenia nogami i rękoma, zaś córka ćwiczyła kciuka grając na komórce. Nie chciała się przejść. A ja nie miałam sił na walkę. Trudno. Chwila na grze w końcu nie zryje jej psychiki, prawda? A zresztą, niech nauczy się zabijać świnie. To warto opanować w życiu.


Zapakowałam dzieciaki do auta. Zapięłam Młodej pasy i obchodząc samochód stanęłam jak wryta. Facet wycofywał z miejsca parkingowego z naprzeciwka jadąc prosto na mój samochód. Kurde, taką małą puchą nie umie wycofać? Zamiast skręcić to jedzie prosto na wstecznym?! Na mnie? Co to jest?Co za koleś! Nie mogę. On stanął, a ja zaczęłam się śmiać. Ale przestałam, gdy koleś ruszył uderzając swoim tyłem w moje auto. Nie wierzyłam, że można być takim idiotą, myślałam, że wyhamuje i pojedzie w swoją drogę.  Wyhamował, tyle, że zamiast jedynki wrzucił wsteczny.....bum.
Zamurowało mnie.Stanęłam przy bagażniku oglądając blachę. Myślałam, że zajarzył, ze poczuł uderzenie, że mu się coś pomyliło, ale gdzie tam.
Nigdy nie wolno myśleć, że głupek umie myśleć.NIGDY!
On nie wysiadł, on podjechał trochę do przodu, i.......  i znowu  zaczął jechać do tyłu!!! Uskoczyłam, dzięki temu  przywalił w bagażnik,  a nie we mnie. Skoczyłam do jego bocznej szyby waląc w nią.
- Co robisz?!?!?!?!
Wyszedł wielki, spocony, stary, nieogarnięty.
- Odbiło panu? Co pan robi?  
- Ale nic się nie stało? Nie widziałem, przepraszam- był zaskoczony - jest ciemno.
- Kurde, człowieku, uważaj, na to co robisz.
 - Ale pani chyba przed chwila przyjechała.
- Od godziny tutaj stoję. Dobrze, że nic się nie stało, ale niech pan uważa. W aucie były dzieci, to nie są żarty.





Ech, niedawno sama wycofując auto wpadłam na inne auto, które nie wiadomo skąd się wzięło. Ale poczułam, ze w coś uderzyłam pomimo tego, ze to  było lekkie  uderzenie. Wyszłam, przeprosiłam. Wiem, ze takie rzeczy się zdarzają. Ale tak wycofywać? Albo facet nie ma wprawy, albo wyobraźni, albo, teraz mi przyszło na myśl, był "na gazie". Ten jego wygląd ...Oby nikogo nie zabił.

Jadę do domu. Ciemno jak przystało w Ciemnogrodzie.Warunki takie sobie. Noga sama schodzi z gazu, by nie walnąć jełopa. Jełop to przechodzień bez wyobraźni.
I jasna cholera! Wiedziałam!
Nagle na pasach znalazł się facet. W ciemnym ubraniu. Wyskoczył sobie, jak sarna z lasu. W końcu przejście jest dla pieszych.
- By cię szlag- warknęłam.

Choć miałam ochotę krzyknąć:
Człowieku masz mózg? To zacznij go używać!Czy to takie trudne?! Myślenie, kurwa, nie boli!!!!!!!!

Dlaczego ludzie są popieprzeni? Bo nie mają wyobraźni. Nie wiedzą, że jednak pole widzenia kierowcy nie jest takie jak przechodnia. Olewają to. Włażą na paski, bo to ich prawo. Nie rozejrzą się, albo się rozejrzą mając to i tak w dupie. Niech hamuje ...pewnie, a co tam.

Naprawdę - ciemnej postaci stojącej z boku nie zauważa się tak szybko.
Chyba, że ta postać jest w przedpokoju ...



Zaszyłam się w kuchni. Sos pieczarkowy. Wyzwanie mega. Ale byłam dzielna. Tylko raz zadzwoniłam do matki, gdy zwisłam podczas duszenia. Upewniłam się także, że jednak muszę iść do sklepu.

Poleciałam zostawiając dzieciaki same.  Sklep był jeszcze otwarty, produkt dostępny, a na oblicze wkradł się uśmiech satysfakcji. Sos będzie uratowany.

Ledwo otworzyłam drzwi mieszkania jak syn wpadł do przedpokoju:
- Mamo, a  Młoda powiedziała do mnie - " i co młotku?"
- Wcale, że nie!!!! - krzyknęła córka
- Słyszałem i jeszcze robiła miny, że niby to nie do mnie, a jej warga uśmiechała się ...o tak, patrz -  Starszy próbował przyjąć hultajski wyraz twarzy Młodej.
- Mówiłam do ściany! Nie do ciebie! -  powiedziała Młoda, ale w oczach kryła się iskierka łobuziary.
-Młoda, nie świruj, przeproś brata. Oboje macie wybór albo szaleństwo albo Pingwiny - przygwoździłam ich szantażem.
Przy kreskówce nadeszła chwila wytchnienia. Uwielbiam słuchać ich rechotu.

Odzyskałam spokój.......tyle, że nie duszy.Choć dusząc pieczarki chciałam udusić wszystko co złe.


Póki co wyginam śmiało ciało nie tylko przy garnkach, ale  i na myśl o duchach, pająkach i  przy z skrzynce z listami.
Biała koperta zabiera mi oddech. I porusza jelita.

Trwam w oczekiwaniu.

Pik...pik. ...pik..........

Czuję oddech na karku. Coś lezie za mną, zbliża się niespokojnie kołysząc się na boki. Idzie niezdarnym krokiem, choć pewnym. Coś..... pieprzone fatum....z zepsutym oddechem ...














wtorek, 14 stycznia 2014

sukces

Sukces?
Aby osiągnąć sukces trzeba ciezko pracować.
Pracować ciezko jak i cierpliwie.
Osiągnęłam sukces!!!
Maz po trzech latach posprzątał piwnice.

 

udko droidów





Syn wraz z klasą był na spektaklu teatralnym. 
Sztuka porwała klasę do sztuki plastycznej.
Zaczęli tworzyć.




- Patrzcie co zrobiłem  - syn pochwalił się swoim dziełem.






 Cudownie! :)



Rozbawiła mnie nie tylko pisownia Starszego.

Łudko?
A może  udko?
 Udko droidów brzmi pysznie, nieprawdaż?

Zabiła mnie ortografia,  a kula pirata zmiotła mnie z ziemi.

Dostałam ataku śmiechu na widok tej kuli.

Od kiedy piraci mają taki sprzęt?!

Widzieliście taką kulę?!!!!

A ja taką kulę widziałam.
Czerwoną kulę.


Więc teraz zadradzę sekret. To ja jestem  piratką! I to wielką! Mam taką kulę.
Ba!, nawet dwie.
Czekają na mnie w pokoju. Pod łóżkiem lezą ja wierne psy.

Powiem więcej. Od dwóch zimowych sezonów piratuję. Bo skoro nie mogę szusować na nartach.

Dwa lata temu złamałam pietę. Kule.
Rok temu poszło kolano. Kule.
W tym roku powtórka z kolana. Kule czekają.

Życie pirackie jak cholera, hahahahaha

Pirackie kule


Ha, ha, ha, niedługo nadejdzie ten czas, czas wypłynięcia na szerokie wody. Po skarb i przygodę :P


Mam nawet swoją piracką apaszkę, która na szyi powiewa niczym bandera.






Syn wpadł w piractwo na całego. Powiększył swoją armadę o parę statków, ale ten był najlepszy:)




A potem biedny siedział kując pisemnie słowo: łódka, łódka, łódka.
z matką na karku, która jak papuga powtarzała: łódka, łódka ....łódka re-be-lia-ntów...
Mam nadzieję, że dopłynie do brzegów poprawnej ortografii.





poniedziałek, 13 stycznia 2014

:PPP

Młoda wstała z fochem, a właściwie wstawać nie chciała troskliwie pielęgnując focha.
- Dobra, to powyciągaj się jeszcze, a ja będzie gotowe śniadanie to cię zawołam.......
- Yyyyyhyyyy....

Zrobiłam śniadanie. Parówkę. Bo co córa mogłaby zjeść innego?
Aha, jajecznicę z parówką.

Młodą, jak niemowlaka, musiałam zanieść do kuchni. No pieszczoch mega. A do tego foszek związał nóżki.

- Z ketchupem chcesz?
- Tak.

Otworzyłam butelkę, polałam.

Młoda w brecht.

-Hahahahaa, taki sam uśmiech jak twój, hahahahaa.......

Śmiech przegonił focha - odzyskałam dziecko.



Czasami tak niewiele potrzeba, by wzbudzić czyiś uśmiech. A zwłaszcza dziecka.





I Wam niekontrolowanego skurczu przepony życzę :)









niedziela, 12 stycznia 2014

kadry




 -Może zapiszę cię na kurs tańca? - zapytałam się Młodej.

- NIE! to jest głupie. I tam są same dziewczyny. I one się całują. Fuuuj..




- Starszy, patrz, będę mamę całować - powiedziała Młoda- no weź mamo, przekręć głowę. o tak...
- Kurde, ty nie mnie całuj tylko jakiegoś Karola upoluj, czy innego chłopaka, no weź...
- A my mamy Karola w przedszkolu - odrzekła Młoda, by po chwili dodać smutnym głosem - ale on jest przedszkolakiem ...dzieckiem małym.



Ledwo weszliśmy na mszę jak Młoda rozdarła japę:
- Po co mamy się modlić w tym głupim kościele . Ja nie chcę! Ja chcę jeść i pić ......
Udało się spacyfikować czorta. Stoimy. Nagle mężulo mnie szturcha szepcząc:
- Patrz, ale wysoki ministrant, albo diakon, co on ma na plecach?
- Nie wiem ...
- Eeee, chyba ministrant, oni wszyscy to mają.
Dojrzałam, faktycznie z tyłu mieli takie sznureczki jak czasami bywają przy dzwonkach.
Dzwonkach?
Zaczęłam chichotać.
- To jest po to by ksiądz mógł ich przyciągnąć na swoją klatę .....hahahaha
- Wiedziałem, że to powiesz - i oboje rechotaliśmy śmiechem zduszonym.
Uwielbiam chodzić na msze. Zawsze coś odkryję. Buhahahaha.........Miłość jakąś . Hahahahaha.




Dostałam ataku śmiechu jak syn zademonstrował goryla. Co za poza, hahahaha. Ta mina, te pięści, to wygięcie kręgosłupa, i tyłka......no po prostu padałam z brechtu. I pół dnia latałam za synem.
- Proszę, zrób goryla!
Robił. Buhahahahahahaha, zajebisty kolo. No wymiata! :)




ygh...




- A jaki kod choroby? -pielęgniarka zapytała się lekarza.
- No jaki kod choroby? - powtórzył lekarz ewidentnie pytając mnie.
Zbaraniałam.
- Ee.....to ja mam wiedzieć? -zapytałam zdziwiona.
- No powinnaś, oj Arte ......... - szybko przeszedł na ty, hm...ciekawe czy ja też mogę?! :)
- Nie wiem, skąd mam wiedzieć? 
Zaczęła się debata na temat klasyfikacji jednostki chorobowej. I poszukiwanie poprzedniego zwolnienia w książeczce. Wymamrotałam jeden symbol, ale lekarz orzekł, że na to składa się zbyt wiele rzeczy, więc to nie jest to.
- To by się zgadzało - odparłam.
- Nie, no Arte, pomyśl ... -  i lekarz zrobił mi mini wykład podczas, którego olśniło mnie i wyciągnęłam skierowanie do szpitala. Był tam symbol, który podałam.
Ale ze mnie jest przypadek złożony.

Jednak co do czego przyszło to  kod nie został wpisany. Odkryłam to będąc już w domu. Oddałam zwolnienie bez niego. Nie chciało mi się wracać. Po prostu opadłam. Złożyło mnie w niechęć.
Niewiarygodne.
Czy ja nie mogę trafić na normalność? Nie mówiąc już o profesjonalizmie.

Pewnie dostanę zwrotkę zwolnienia z nakazem uzupełnienia. Oby. Oby tylko na tym się skończyło.

Biała koperta w skrzynce znowu przyprawi mnie o odruch wymiotny, tak jak dzwonek do drzwi i :
- Mam do pani polecony .......
Nie mogę posiedzieć spokojnie w domu. Taki komfort psychiczny mi się marzy - nicość, nie a spraw, a jedyny dylemat to ten co na obiad zrobić.
Że też zawsze coś musi być na rzeczy. A to dopiero początek.
Zmulona jestem rokiem poprzednim, tak zamulona, ze teraz po prostu wysiadam .....

 I tak się zastanawiam, czy w tym zamotaniu  zamotany lekarz nie obetnie mi nogi? I to tej zdrowej. Bo i tak bywa.
W końcu nastał 2014 - czas na nowe przygody.

Zamykam więc oczy mając nadzieję, że jak je otworzę to znajdę się w 2015, ale nic się nie dzieje, czas ciągnie się jak guma do żucia.
Czas oczekiwania wydłuża minuty. Jeszcze ponad 30 dni zawieszenia.


17-ty to taka data, czarna data w mej rodzinie. Na 17-tego mam wyznaczony zabieg.

17-go umarł mój dziadek. Po 17 latach siedemnastego umarł mój ojciec.
Czyżby była kolej na mnie? To by było. Matematyczny zgon według szatańskiej arytmetyki.

- Cześc tato! Kurde, ale czadersko wyglądasz, no no no .... Opowiadaj gdzie, co i jak?

I znowu stanie się moim przewodnikiem życiowym.

Ale póki co poszłam na cmentarz zapalić znicz przemawiając do granitowej płyty.
- Tato, wszystkiego naj z okazji urodzin! :) Bywaj szczęśliwy w tych zaświatach! :)

Fajny z niego facet był, ale ja to czasami bywa, a nawet dość często, że za fajni ludzie zbyt długo nie żyją. Nie wiem czy to jest boskie zapotrzebowanie na miłe towarzystwo? Hm...widocznie anioły bielą przytłaczają. ....





winnie :)




- No i jak tam córeczko?

- Do dupy!

Matka wie co dziecku w danym momencie potrzeba.
Wie i już.

Wypiliśmy wino z Włoch, Grecji, Francji, Hiszpani i Kany Galilejskiej.

Ta bateria  czekała na tą chwilę obsuwy życiowej.

Barek został opróżniony.

Nie pozostało nic innego jak znowu zacząć przecierać chodniki europejskie.

Mamo, bywaj :)



piątek, 10 stycznia 2014

odmiana


-  No odejdziesz od tego durnego kompa? Mieliśmy naleśniki robić!

-  Już, już ....momencik!


Syn rozpędził się do obsługi robota, przesiewania mąki i takich tam. Pod moim okiem oczywiście.

Fajnie coś razem robić. No fajnie i już. Ale o tym każdy wie, a ja się cieszę tym zawsze. Jak dziecko.

 A jak się nauczy gotować to może zdejmie ze mnie to brzemię?! To by było super! Hm....dobry plan.

Ale skąd ten zapał? Obsmarowałam ich wcześniej i proszę - dzieje się cud?! Cud przemiany.
Jezus był mistrzem wina, a ja sobie będę mistrzem słowa, buhahahahahahaha
Zaraz po winie.:P

Pomiędzy smażeniem i konsumpcją naleśników toczyliśmy sobie dziwne nasze rozmowy. Uwielbiam z tym kolesiem gadać, jak wydobywa z siebie coś więcej niż mruczenie.

- To kim zostaniesz jak będziesz dorosłym skoro wszystko jest takie.... takie....takie  nie fajne?
- Łapaczem much.


-Wiesz, czasami myślę sobie, że takie fajne dzieciaki mogły trafić na lepszą matkę....
Syn popatrzył, zamilkł
- Wiesz jesteś jaka jesteś ...co robić...
- Co?
Śmiech syna rozwalił mi nadgarstki.
Łobuz jeden, a gdzie te komplementy?! :P

- Tęsknię za tatą. Kocham go.
- Super, a ja to co?
- Nic- i chcichra
- Buuuuu- udaję płacz.
- Weź bekso, kocham cię....kto by ciebie nie kochał?

Hahahahahaha....no, no, no ...hashahaha




W ramach odrabiania zadań, Starszy narysował nasz portret rodzinny

Cudowna rodzinka, co?! :P


- Mamo, a wiesz, miałem trzy dni na odrobienie zadań, ale po co? Lepiej teraz, w tym samym dniu odrobić lekcje, bo się nie zapomni.

Wiem, wiem z wiekiem przejdzie zapał ...

Ale jak zabrał mi szmatkę, mówiąc:
- ja pościeram kurze,
a potem, poproszony,  wyciągnął odkurzacz i zaczął odkurzać (powiedzmy :D:P) to padłam.
A gdzie - nudzę się?!
Ten dzień nie był inny od innych dni.

Chyba, że to była rekompensata za dywanik ....
A może to magia słowa pisanego? Obsmarować, a słowa zostaną w bryle tekstu?!
Hm....może w końcu dobiorę się do rządu??!!!! :DDDDD


Wieczorem podziękowałam synowi za tak miłą odmianę.
- Wygrałeś czekoladę!
- Nie chcę, jest za późno. Wybieram tableta.
- Lajt, masz godzinę.

A Młoda? A Młoda po przedszkolu zasnęła. Wstała przed 18.00. I w bajkach zatonęła. z nastawieniem aspołecznym. Lepiej nie drażnić lwa. Więc niech ma, niech ogląda.




PUZZLOMANIA 

  zrodzona z nudy :)







A ponadto nasz cudowna choinka




dokonała żywotu



pozostawiając ducha świąt :P



gdzieś tam, bo wywiało wszystko.




:))))






bo i o co chodzi?! :p




Czasami jak słyszę:
- Mamo ..
jestem w szoku, ze to do mnie ktoś coś mówi i to w ten sposób.
Naprawdę.
Oglądam się.
Nie, no przestań wariatko, to do ciebie.
Wciąż nie mogę uwierzyć.
To się dzieje naprawdę. I choć syn stojąc koło mnie sięga już swoją głową do ....ojej, kiedy on urósł?...szok ... to jednak, pomimo upływu lat  nie dociera to do mnie.
Czas mija, a zdziwienie tkwi.
Tkwi, bo wryło się zmarszczkami na twarzy i w dołkach siedząc z wyciągniętymi nogami zaciera ręce.

Te dwie sztuki są moje?
Ze mnie wyszły?
A jednak ...
To nie sen. To dzieje się. Naprawdę dzieje się
Syn powoli przerasta moje cycki, a córa go goni.
Jeszcze trochę i znowu będę kurduplem rodzinnym.
Z elfa spadnę do rangi krasnala, co za życie ...

Dzieci zamiast kota, meżulo zamiast samotności, love zamiast pustki.
No niewiarygodne.....

Czasami boję się, że to tylko sen, że nagle przebudzę się w innej rzeczywistości.
Choć czasami  wydaje mi się, ze to właśnie ta rzeczywistość jest nie realna.
Jakby ktoś mną się bawił jak kotkiem.
Klik, klak - gdzie ja jestem? Klik, klak...
- Mamo?
Mamo sprowadza mnie na ziemię.

Na ziemię obiecaną?
Na ziemię psychozy?


Więc gdy wstaję, otwieram oczy, i słyszę:
- Mamo.......
mruczę sobie, że jeśli to jest sen to niech trwa, a jeśli to real to git, choć też mi w trudno w to uwierzyć.
Trudno jest uwierzyć w szczęście. Choć obejmuje mnie ramionami męża.

W szczęście, które samo przyszło i o którym  nie marzyłam.
Taki dar. Od losu.
Za co?
Za zawsze wyczyszczone buty?!



Może w końcu uwierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę i przestanę panikować, gdy los plącze mi nogi.
Po prostu przysiądę i poczekam. Podłubie w zębie.






Życie płynie nieubłaganie gdzieś do przodu czy jakiegoś raczej końca.
Staram się zatrzymać czas w tych chwilach wspólnej zabawy. Wspólnych chwil. Coraz bardziej doceniam ten czas. Nabrał wartości. Tak jak przy hamowaniu odczuwamy, że prędkość była jednak mega.

Z wiekiem odkrywa się coraz więcej smaków. I apetyt rośnie. Krok spowalnia się. W mijającym czasie jest wiele zakamarków, gdzie warto utkwić. Zaszyć się.
Nie trzeba biec.
To co ma być samo do nas dobiegnie.

Kadr - gra. Kadr na zabawę. Na czytanie. Rozmowę. Wygłupy. Bycie razem.
- Mamo, a podręczysz mnie?
Niech to będzie film jak najfajniejszy- nasz wspólny, rodzinny, ciepły.
Nie, ze każdy zajęty swoim życiem biegnie w swoim torze. Nie - razem trzeba coś robić albo być. Być razem to wiele. To sztuka. Klaps. Kolejny kadr.

Zachorowałam na zachłanność. Wirus przemijalności mnie dopadł.
Ha! czas najwyższy ....
Rozlałam się po mieszkaniu, wsiąkłam w panele - nigdzie już nie bywam.
Pewnie do wiosny....hahahaha.


Nikt nie jest idealny, a dzieciaki mając na głowie poznawanie świata muszą jakoś odreagować ten ciężar bodźców jakich na nie spada.

Ale ...

Ale dzieciakom, choć zimy  nie ma, zamroziło mózgi. I to totalnie.
Zahibernowało zwoje.
Do lodowych ludków dociera dopiero stukniecie młotkiem. Znaczy się głośnym słowem.


Patrzę, słucham i nie poznaję -to moje dzieciaki?!
Nie, teraz to dzieci mojego męża, hahahaha.

Bunt przemieszany z plemiennymi walkami.
Do tego dochodzi dziki wrzask i tekst "nudzi mi się".

Zachowują się tak, jakby się zapętliły w jakiejś przestrzeni dupkowatości nieskończonej.
Hm, albo przez ten brak zimy jakieś zarazki się odmroziły i zaatakowały układ nerwowy dzieciaków ....

Nie wiem, co się dzieje.

Pierdolec ich dopadł i tyle.
Już słyszę jak mężulo mówi: - Po mamusi, po mamusi...

- Maaamooo! - drze się Młoda - a Starszy nazwał mnie dzidziusiem!
- Bo jesteś - drze się Starszy.
Sceny jak z Koszmarnego Karolka.
Straszne, no nie?
Jak oni tak mogą?

Wiem, wiem, nie jest źle, bo zawsze może być gorzej.  W końcu Karolek Damianka nazywał larwą.

- Synu, weź wyluzuj, bo przejdziesz na stronę złej mocy. Jak Anakin. Twoja złość niszczy twoją dobrą stronę, słyszysz ten swój oddech? Yyyygh, yyyygh... -zaczynam charczeć (cholera, gdzie mój czarny nocnik?)
No ryję mózg synowi z brechtem, bo jak normalnie proszę i mówię:
-  Synku nie wolno tak, nie ładnie, bądź grzeczny...
etc, no ładnie proszę i mówię, mówię  o zranionych uczuciach i  tłumaczę to wylewka. Betonowa wylewka.
- No, mamo, no weź przestań tak gadać!
- A ty przestań dokuczać swojej siostrze, dobrze?!..............yghhhhrhhh, yyyyghhhyyyrr !
- MAMOOO......


Ale bywa i tak, ze syn kwituje wszystko jednym wyrażeniem:
- Bo ona mnie wkurwia!

Oddech się rwie.Co?! Wkurwia?!
Chciałoby się krzyknąć-Synu kto cię nauczył tak mówić?noż kurwa, ja pierdolę! nie wiesz, że nie wolno przeklinać? że to nie ładnie?
Ale ten słowny żart, kiepski żart, zostawiam sobie.
Wiec pozostaje wytrzeszcz oczny i tekst:
- Proszę, nie mów tak, to za ciężki kaliber na taki kręgosłup.
- Co?
- Synku za młody jesteś, denerwuje to lepsze słowo. Powtórz: denerwuje.






Ale ja czasami nie denerwuję się. Ja czasami wkurwiam się.

Wyprałam dywanik z łazienki, bo znowu był przystrojony pastą do zębów.Wyprany, czyściutki położyłam na kafelkach ciesząc się jego nieskalaną jasnością. Tylko przez wieczór....
Nadszedł poranek. syn wkroczył do łazienki. Rano minuty zamieniają się w sekundy. Robi się coraz później, a ten tam utkwił. Zęby powinno się szorować przez 2 minuty, a minęło chyba z pięć ...Młoda w tym czasie zaczęła skakać w butach, gotowa do wyjścia .....czas, czas, czas ....
- Mamo, znowu ubrudziłem dywanik pastą......
- A umyłeś chociaż zęby?
- Nie
I wtedy we mnie coś pęka i wycieka ZŁO. W takich chwilach rodzi się we mnie zło.
- Kurwa, synu, ty miałeś umyć swoje zęby, swoje, rozumiesz, nie zęby dywanika....... ja przepraszam, ja nie mogę ...chcesz niebieski dywanik? to powiedz ....
- Przepraszam.....
- Ja też, za przekleństwo, ale po prostu no nie mogę, nie mogę, ogarnij się, proszę...


Poranek, poranki - najcięższa chwila dnia ....





Matka to nie terminator, robocop,  matka to istota, co swój system nerwowy ma. Ale trudno czasami uzbroić się w cierpliwość, zwłaszcza jeśli w tej dziedzinie są wyraźne niedobory.
Branie potasu, magnezu i melisy nie pomaga. A czekolada tylko tuczy i tak tłustawy tyłek.
Zimowa porażka po prostu.

Dzień bez dzikich wrzasków dniem straconym. One wydobywają się przez szczelinę zajęć np. wspólny posiłek okazuje się niezłym polem do popisu.
Bo on coś powiedział, bo ona jakoś tam spojrzała, bo .......zawsze też można się wydrzeć:
- Za gorące, nie jem!
- Ona zawsze chce to co ja!
- A on mnie przedrzeźnia!
Akcja musi być.

Chciałoby się w takich chwilach wskrzesić słowa Felicjana
"A niech was wszyscy diabli"
ale to jeszcze nie ta chwila na takie działo :P
Zresztą, hola, hola  jakich was? MNIE!, mnie niech diabli wezmą!

Młoda wpadła nie tylko w okres buntu, ale i rozdrażnienia. Wyje o wszystko.
A przepraszam, ostatnio wyła słusznie, bo sok z mandarynki, którą obierała, zaatakował jej oko. Aż byłam mile zdziwiona, że jednak powód wycia był dobrym powodem do krzykopłaczu, a nie wyimaginowaną walką o wymyślone pierdy.
A jak nie wyje to śpi od 17.00 do ..... . I wieczorem zamiast spać bawi się w najlepsze.
I znowu zaczyna wyć, bo musi iść spać, a nie chce. No kto chodzi o 23.00 spać?!

Tja, oto z black dusz narodził się Wampirek, hehehehe. Emocjonalny. Zasysa dobry humor ryjkiem wyjącym.

Ostatnio w akcie desperacji puściłam córce kabaret. Zaglądam - nie śpi.
- I co córeczko?
- Leci druga część kabaretu - odpowiedziało moje dziecię. Rozumne nawet o tak późnej porze. El dupa znaczy się ze spaniem będzie skoro mózg trawi otoczenie. Grrrr......
- Aha - odparłam i naiwnie, aczkolwiek z pewną nadzieją zapytałam się - to może pójdziesz spać? Wiesz, jest 23.00.... Naprawdę jest już późno ...
- Nie chce mi się ......
Wiedziałam .....

Czytanie mnie uśpiło. Obudziłam się w środku nocy. Córka spała koło mnie. W porzo. Będę miała kolorowe sny. Zawsze takie mam, kiedy śpię z Młodą. Zasypiam w błogości ....

A potem nastąpi poranek. Upływające minuty poranka zakłócają obraz - to nie dzieci, słodkie dzieci, to potwory małe.....

Młoda wchodzi w okres buntu. Może to wycie jest jak trąba? Obwieszcza nadejście nowej ery? Buuuuuu równoznaczne z przesłaniem: I'm coming ?!
Młoda  ma w nosie to co pani mówi w przedszkolu. Robi to na co ma ochotę i tyle. Znaczy się nie będzie się ubierała ani rozbierała jeśli jej się nie chce. Nie będzie samodzielnie jadła. Nie da sobie włosów przejrzeć. Od towarzystwa woli układać puzzle. Zabawy wspólne? Phi tam, Młoda idzie do stolika i tam organizuje sobie czas.
Nie i koniec. Niezależny byt.
I nie ma dla świata zmiłowania żadnego.

W przedszkolu przeglądane są włosy ze względu na wszawicę. brrr....
Tłumaczę córce:
- Kochanie daj pani przejrzeć pani włoski, bo to jest ważne. Wiesz ja nawet nie wiem jak wszy wyglądają.
- A ja wiem
- Tak? Jak?
- To takie pomarańczowe. Małe. I mają skrzydła.
- To chyba małe smoki, a nie wszy? - chichoczę.
Mam nadzieję, że nie złapie, bo ....ble, nie myślę.
Oj, fuj .....robactwo mnie przerasta.

Siła argumentacji?

- Młoda, jak dzisiaj nie będziesz grzeczna w przedszkolu to zapomnij o Pingwinach. Masz jeść sama i się ubierać, rozumiesz?

Poskutkowało.
Okazało się, że Młoda potrafi założyć buty i kurtkę i rozebrać się i zjeść i to ładnie. Pani była zdziwiona taką miłą odmianą. A raczej powrotem do normalności. I do zabawy.
Na jak długo?
No cóż, kto wie.
Młoda jak się uprze to koniec. Nie to nie i basta.

Przy tym wszystkim bywa taka słodka i rozkoszna. Ten jej śmiech. Teksty. Śpiewy. I skoki.I ręce zarzucone na szyję.
Złożona istota. No po prostu rasowa baba.
Każda minuta niesie niepewność - z czym zaraz Młoda wyskoczy?! 

Uf, buziak...sweet .....


- Mamusiu, jesteś najlepszą i najukochańszą mamusią pod słońcem- ostatnio codziennie słyszę ten tekst od córy. Aż mi dusza puchnie. Fajowo. Oby tylko nie odlecieć za bardzo.
Syn podłapał klimat dodając:
- Jesteś cudowną mamą, bo nie chodzi o to, ze spełniasz  wszystkie nasze zachcianki, ale jesteś miła i fajna i najukochańsza....kocham cię.

Taki odlot, że parę włosów zostawiłam na suficie.

E? Spełniam ich zachcianki? No zrobiłam dzisiaj pomidorową i tyle. Hm ....

- Synu jaką jutro zjesz zupę?
- Krupnik.
- A ja nie chcę chrupniku! - drze się Młoda. I prawie płacze......- ja chcę rosołek.

Chrupnik? Jakie chrup chrup? Kasza jest podobno super gumowata. Wg słowa syna mego.



Zajęta prasowaniem, wyłączyłam parę w żelazku jak i myślenie i co dotarło do moich uszów?

- Mama jest diabłem tasmańskim, bo tak się wścieka, hahahaha
- A wcale, że nie, mama jest kochana.

Ach te córki, słodkie córeczki. Zawsze są za mamusią. Do pewnego wieku.


- Mama to gapa.
- Mama jest śmieszna.


- Dziecko nie śmieszna, tylko zabawna!
- ha! śmieszna .....też coś ....może śmiesznie chodzę, może śmiesznie się ubieram, może śmiesznie mówię, ale NIE JESTEM ŚMIESZNA! HA! Zabawna też nie, ale to niech sami odkryją ...na śmieszność się nie zgadzam, a co!

 Swoją drogą albo niczyją to fajny obraz w oczach dzieci.

Gapa ...No tak, tak ...

Ostatnio wychodząc z kuchni wpadłam na suszarkę, która stała w przedpokoju.
Grrr......

- I co znowu coś się czaiło za zakrętem?! - mąż lejąc ze mnie odwiecznie też nie zostawia na mnie suchej nitki.



Poszłam kapać Młodą, a Starszy co?
- Nudzi mi się....
- To pozmywaj - rzuciłam i poszłam do łazienki. Nudzi mi sie ....jeszcze raz to usłyszę to ....no nie wiem co....

Wycieram ręcznikiem córkę jak wpada syn ubrechtany.
- Jestem mokry od tego zmywania, hahahaha
- Zmywałeś?!
- Noooo, ale woda mi się rozlała...
 - Aha - skwitowałam bojąc się wnikać gdzie, co, jak i ile.

Zajrzałam do kuchni z pewną nieśmiałością. Zamiast oczekiwanego na podłodze  oceanu zastałam  połowę naczyń pozmywanych.
Co za koleś, hahahahaha.
Naprawdę mu odbija. Dobrze, ze czasami pozytywnie, hahaha.

Czasami dziecko musi się ponudzić, bo nic tak nie wyzwala kreatywności jak nuda. Ale to facet więc jęczy....
- Nudzi mi się ...
- Nudzi mi się .....
- Nudzi mi się .....

Tak często to ostatnio słyszę, że mam wrażenie, że kiedy urodził się to ze słowami:
- nUUUUda
To nie był płacz: uuuuuuuuuuu
tylko

nUUUUUda.

Wczorajszej nocy wstałam o godzinie 2.34. Wstałam, bo męczył mnie kaszel. Przy okazji zajrzałam do pokoju dzieciaków. Syn wstał z łózka i przytulił się do mnie mówiąc:
- Mamo, nudzi się ....
po czym wparował do naszego wyra i zasnął.
A ja stałam jak walnięta rechocząc niesamowicie, aż do kolejnego ataku kaszlu.
Nudzi mi się? ahahahahahaha....
Nawet przez sen. Co za koleś, hahahaha.

No cały mój syn. Cały mój. Niewiarygodne. Zresztą córa też.
Efekt modlitw: - oby tylko do teściowej nie były podobne, oby tylko do teściowej nie były podobne

Ale na podobieństwo moje są i mam niezły orzech do zgryzienia.
A do zagryzienia jeden krok ...

Chciałam tylko powiedzieć, że strasznie je kocham i nie wiem czemu się tak wkurwiam.

Ten dywanik jest taki przykładowy.

Jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Szczegóły składają się na całość. I niech teraz każdy element będzie upierdzielony.

Obraz.

Surrealizm.

Życie.