piątek, 10 stycznia 2014

bo i o co chodzi?! :p




Czasami jak słyszę:
- Mamo ..
jestem w szoku, ze to do mnie ktoś coś mówi i to w ten sposób.
Naprawdę.
Oglądam się.
Nie, no przestań wariatko, to do ciebie.
Wciąż nie mogę uwierzyć.
To się dzieje naprawdę. I choć syn stojąc koło mnie sięga już swoją głową do ....ojej, kiedy on urósł?...szok ... to jednak, pomimo upływu lat  nie dociera to do mnie.
Czas mija, a zdziwienie tkwi.
Tkwi, bo wryło się zmarszczkami na twarzy i w dołkach siedząc z wyciągniętymi nogami zaciera ręce.

Te dwie sztuki są moje?
Ze mnie wyszły?
A jednak ...
To nie sen. To dzieje się. Naprawdę dzieje się
Syn powoli przerasta moje cycki, a córa go goni.
Jeszcze trochę i znowu będę kurduplem rodzinnym.
Z elfa spadnę do rangi krasnala, co za życie ...

Dzieci zamiast kota, meżulo zamiast samotności, love zamiast pustki.
No niewiarygodne.....

Czasami boję się, że to tylko sen, że nagle przebudzę się w innej rzeczywistości.
Choć czasami  wydaje mi się, ze to właśnie ta rzeczywistość jest nie realna.
Jakby ktoś mną się bawił jak kotkiem.
Klik, klak - gdzie ja jestem? Klik, klak...
- Mamo?
Mamo sprowadza mnie na ziemię.

Na ziemię obiecaną?
Na ziemię psychozy?


Więc gdy wstaję, otwieram oczy, i słyszę:
- Mamo.......
mruczę sobie, że jeśli to jest sen to niech trwa, a jeśli to real to git, choć też mi w trudno w to uwierzyć.
Trudno jest uwierzyć w szczęście. Choć obejmuje mnie ramionami męża.

W szczęście, które samo przyszło i o którym  nie marzyłam.
Taki dar. Od losu.
Za co?
Za zawsze wyczyszczone buty?!



Może w końcu uwierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę i przestanę panikować, gdy los plącze mi nogi.
Po prostu przysiądę i poczekam. Podłubie w zębie.






Życie płynie nieubłaganie gdzieś do przodu czy jakiegoś raczej końca.
Staram się zatrzymać czas w tych chwilach wspólnej zabawy. Wspólnych chwil. Coraz bardziej doceniam ten czas. Nabrał wartości. Tak jak przy hamowaniu odczuwamy, że prędkość była jednak mega.

Z wiekiem odkrywa się coraz więcej smaków. I apetyt rośnie. Krok spowalnia się. W mijającym czasie jest wiele zakamarków, gdzie warto utkwić. Zaszyć się.
Nie trzeba biec.
To co ma być samo do nas dobiegnie.

Kadr - gra. Kadr na zabawę. Na czytanie. Rozmowę. Wygłupy. Bycie razem.
- Mamo, a podręczysz mnie?
Niech to będzie film jak najfajniejszy- nasz wspólny, rodzinny, ciepły.
Nie, ze każdy zajęty swoim życiem biegnie w swoim torze. Nie - razem trzeba coś robić albo być. Być razem to wiele. To sztuka. Klaps. Kolejny kadr.

Zachorowałam na zachłanność. Wirus przemijalności mnie dopadł.
Ha! czas najwyższy ....
Rozlałam się po mieszkaniu, wsiąkłam w panele - nigdzie już nie bywam.
Pewnie do wiosny....hahahaha.


Nikt nie jest idealny, a dzieciaki mając na głowie poznawanie świata muszą jakoś odreagować ten ciężar bodźców jakich na nie spada.

Ale ...

Ale dzieciakom, choć zimy  nie ma, zamroziło mózgi. I to totalnie.
Zahibernowało zwoje.
Do lodowych ludków dociera dopiero stukniecie młotkiem. Znaczy się głośnym słowem.


Patrzę, słucham i nie poznaję -to moje dzieciaki?!
Nie, teraz to dzieci mojego męża, hahahaha.

Bunt przemieszany z plemiennymi walkami.
Do tego dochodzi dziki wrzask i tekst "nudzi mi się".

Zachowują się tak, jakby się zapętliły w jakiejś przestrzeni dupkowatości nieskończonej.
Hm, albo przez ten brak zimy jakieś zarazki się odmroziły i zaatakowały układ nerwowy dzieciaków ....

Nie wiem, co się dzieje.

Pierdolec ich dopadł i tyle.
Już słyszę jak mężulo mówi: - Po mamusi, po mamusi...

- Maaamooo! - drze się Młoda - a Starszy nazwał mnie dzidziusiem!
- Bo jesteś - drze się Starszy.
Sceny jak z Koszmarnego Karolka.
Straszne, no nie?
Jak oni tak mogą?

Wiem, wiem, nie jest źle, bo zawsze może być gorzej.  W końcu Karolek Damianka nazywał larwą.

- Synu, weź wyluzuj, bo przejdziesz na stronę złej mocy. Jak Anakin. Twoja złość niszczy twoją dobrą stronę, słyszysz ten swój oddech? Yyyygh, yyyygh... -zaczynam charczeć (cholera, gdzie mój czarny nocnik?)
No ryję mózg synowi z brechtem, bo jak normalnie proszę i mówię:
-  Synku nie wolno tak, nie ładnie, bądź grzeczny...
etc, no ładnie proszę i mówię, mówię  o zranionych uczuciach i  tłumaczę to wylewka. Betonowa wylewka.
- No, mamo, no weź przestań tak gadać!
- A ty przestań dokuczać swojej siostrze, dobrze?!..............yghhhhrhhh, yyyyghhhyyyrr !
- MAMOOO......


Ale bywa i tak, ze syn kwituje wszystko jednym wyrażeniem:
- Bo ona mnie wkurwia!

Oddech się rwie.Co?! Wkurwia?!
Chciałoby się krzyknąć-Synu kto cię nauczył tak mówić?noż kurwa, ja pierdolę! nie wiesz, że nie wolno przeklinać? że to nie ładnie?
Ale ten słowny żart, kiepski żart, zostawiam sobie.
Wiec pozostaje wytrzeszcz oczny i tekst:
- Proszę, nie mów tak, to za ciężki kaliber na taki kręgosłup.
- Co?
- Synku za młody jesteś, denerwuje to lepsze słowo. Powtórz: denerwuje.






Ale ja czasami nie denerwuję się. Ja czasami wkurwiam się.

Wyprałam dywanik z łazienki, bo znowu był przystrojony pastą do zębów.Wyprany, czyściutki położyłam na kafelkach ciesząc się jego nieskalaną jasnością. Tylko przez wieczór....
Nadszedł poranek. syn wkroczył do łazienki. Rano minuty zamieniają się w sekundy. Robi się coraz później, a ten tam utkwił. Zęby powinno się szorować przez 2 minuty, a minęło chyba z pięć ...Młoda w tym czasie zaczęła skakać w butach, gotowa do wyjścia .....czas, czas, czas ....
- Mamo, znowu ubrudziłem dywanik pastą......
- A umyłeś chociaż zęby?
- Nie
I wtedy we mnie coś pęka i wycieka ZŁO. W takich chwilach rodzi się we mnie zło.
- Kurwa, synu, ty miałeś umyć swoje zęby, swoje, rozumiesz, nie zęby dywanika....... ja przepraszam, ja nie mogę ...chcesz niebieski dywanik? to powiedz ....
- Przepraszam.....
- Ja też, za przekleństwo, ale po prostu no nie mogę, nie mogę, ogarnij się, proszę...


Poranek, poranki - najcięższa chwila dnia ....





Matka to nie terminator, robocop,  matka to istota, co swój system nerwowy ma. Ale trudno czasami uzbroić się w cierpliwość, zwłaszcza jeśli w tej dziedzinie są wyraźne niedobory.
Branie potasu, magnezu i melisy nie pomaga. A czekolada tylko tuczy i tak tłustawy tyłek.
Zimowa porażka po prostu.

Dzień bez dzikich wrzasków dniem straconym. One wydobywają się przez szczelinę zajęć np. wspólny posiłek okazuje się niezłym polem do popisu.
Bo on coś powiedział, bo ona jakoś tam spojrzała, bo .......zawsze też można się wydrzeć:
- Za gorące, nie jem!
- Ona zawsze chce to co ja!
- A on mnie przedrzeźnia!
Akcja musi być.

Chciałoby się w takich chwilach wskrzesić słowa Felicjana
"A niech was wszyscy diabli"
ale to jeszcze nie ta chwila na takie działo :P
Zresztą, hola, hola  jakich was? MNIE!, mnie niech diabli wezmą!

Młoda wpadła nie tylko w okres buntu, ale i rozdrażnienia. Wyje o wszystko.
A przepraszam, ostatnio wyła słusznie, bo sok z mandarynki, którą obierała, zaatakował jej oko. Aż byłam mile zdziwiona, że jednak powód wycia był dobrym powodem do krzykopłaczu, a nie wyimaginowaną walką o wymyślone pierdy.
A jak nie wyje to śpi od 17.00 do ..... . I wieczorem zamiast spać bawi się w najlepsze.
I znowu zaczyna wyć, bo musi iść spać, a nie chce. No kto chodzi o 23.00 spać?!

Tja, oto z black dusz narodził się Wampirek, hehehehe. Emocjonalny. Zasysa dobry humor ryjkiem wyjącym.

Ostatnio w akcie desperacji puściłam córce kabaret. Zaglądam - nie śpi.
- I co córeczko?
- Leci druga część kabaretu - odpowiedziało moje dziecię. Rozumne nawet o tak późnej porze. El dupa znaczy się ze spaniem będzie skoro mózg trawi otoczenie. Grrrr......
- Aha - odparłam i naiwnie, aczkolwiek z pewną nadzieją zapytałam się - to może pójdziesz spać? Wiesz, jest 23.00.... Naprawdę jest już późno ...
- Nie chce mi się ......
Wiedziałam .....

Czytanie mnie uśpiło. Obudziłam się w środku nocy. Córka spała koło mnie. W porzo. Będę miała kolorowe sny. Zawsze takie mam, kiedy śpię z Młodą. Zasypiam w błogości ....

A potem nastąpi poranek. Upływające minuty poranka zakłócają obraz - to nie dzieci, słodkie dzieci, to potwory małe.....

Młoda wchodzi w okres buntu. Może to wycie jest jak trąba? Obwieszcza nadejście nowej ery? Buuuuuu równoznaczne z przesłaniem: I'm coming ?!
Młoda  ma w nosie to co pani mówi w przedszkolu. Robi to na co ma ochotę i tyle. Znaczy się nie będzie się ubierała ani rozbierała jeśli jej się nie chce. Nie będzie samodzielnie jadła. Nie da sobie włosów przejrzeć. Od towarzystwa woli układać puzzle. Zabawy wspólne? Phi tam, Młoda idzie do stolika i tam organizuje sobie czas.
Nie i koniec. Niezależny byt.
I nie ma dla świata zmiłowania żadnego.

W przedszkolu przeglądane są włosy ze względu na wszawicę. brrr....
Tłumaczę córce:
- Kochanie daj pani przejrzeć pani włoski, bo to jest ważne. Wiesz ja nawet nie wiem jak wszy wyglądają.
- A ja wiem
- Tak? Jak?
- To takie pomarańczowe. Małe. I mają skrzydła.
- To chyba małe smoki, a nie wszy? - chichoczę.
Mam nadzieję, że nie złapie, bo ....ble, nie myślę.
Oj, fuj .....robactwo mnie przerasta.

Siła argumentacji?

- Młoda, jak dzisiaj nie będziesz grzeczna w przedszkolu to zapomnij o Pingwinach. Masz jeść sama i się ubierać, rozumiesz?

Poskutkowało.
Okazało się, że Młoda potrafi założyć buty i kurtkę i rozebrać się i zjeść i to ładnie. Pani była zdziwiona taką miłą odmianą. A raczej powrotem do normalności. I do zabawy.
Na jak długo?
No cóż, kto wie.
Młoda jak się uprze to koniec. Nie to nie i basta.

Przy tym wszystkim bywa taka słodka i rozkoszna. Ten jej śmiech. Teksty. Śpiewy. I skoki.I ręce zarzucone na szyję.
Złożona istota. No po prostu rasowa baba.
Każda minuta niesie niepewność - z czym zaraz Młoda wyskoczy?! 

Uf, buziak...sweet .....


- Mamusiu, jesteś najlepszą i najukochańszą mamusią pod słońcem- ostatnio codziennie słyszę ten tekst od córy. Aż mi dusza puchnie. Fajowo. Oby tylko nie odlecieć za bardzo.
Syn podłapał klimat dodając:
- Jesteś cudowną mamą, bo nie chodzi o to, ze spełniasz  wszystkie nasze zachcianki, ale jesteś miła i fajna i najukochańsza....kocham cię.

Taki odlot, że parę włosów zostawiłam na suficie.

E? Spełniam ich zachcianki? No zrobiłam dzisiaj pomidorową i tyle. Hm ....

- Synu jaką jutro zjesz zupę?
- Krupnik.
- A ja nie chcę chrupniku! - drze się Młoda. I prawie płacze......- ja chcę rosołek.

Chrupnik? Jakie chrup chrup? Kasza jest podobno super gumowata. Wg słowa syna mego.



Zajęta prasowaniem, wyłączyłam parę w żelazku jak i myślenie i co dotarło do moich uszów?

- Mama jest diabłem tasmańskim, bo tak się wścieka, hahahaha
- A wcale, że nie, mama jest kochana.

Ach te córki, słodkie córeczki. Zawsze są za mamusią. Do pewnego wieku.


- Mama to gapa.
- Mama jest śmieszna.


- Dziecko nie śmieszna, tylko zabawna!
- ha! śmieszna .....też coś ....może śmiesznie chodzę, może śmiesznie się ubieram, może śmiesznie mówię, ale NIE JESTEM ŚMIESZNA! HA! Zabawna też nie, ale to niech sami odkryją ...na śmieszność się nie zgadzam, a co!

 Swoją drogą albo niczyją to fajny obraz w oczach dzieci.

Gapa ...No tak, tak ...

Ostatnio wychodząc z kuchni wpadłam na suszarkę, która stała w przedpokoju.
Grrr......

- I co znowu coś się czaiło za zakrętem?! - mąż lejąc ze mnie odwiecznie też nie zostawia na mnie suchej nitki.



Poszłam kapać Młodą, a Starszy co?
- Nudzi mi się....
- To pozmywaj - rzuciłam i poszłam do łazienki. Nudzi mi sie ....jeszcze raz to usłyszę to ....no nie wiem co....

Wycieram ręcznikiem córkę jak wpada syn ubrechtany.
- Jestem mokry od tego zmywania, hahahaha
- Zmywałeś?!
- Noooo, ale woda mi się rozlała...
 - Aha - skwitowałam bojąc się wnikać gdzie, co, jak i ile.

Zajrzałam do kuchni z pewną nieśmiałością. Zamiast oczekiwanego na podłodze  oceanu zastałam  połowę naczyń pozmywanych.
Co za koleś, hahahahaha.
Naprawdę mu odbija. Dobrze, ze czasami pozytywnie, hahaha.

Czasami dziecko musi się ponudzić, bo nic tak nie wyzwala kreatywności jak nuda. Ale to facet więc jęczy....
- Nudzi mi się ...
- Nudzi mi się .....
- Nudzi mi się .....

Tak często to ostatnio słyszę, że mam wrażenie, że kiedy urodził się to ze słowami:
- nUUUUda
To nie był płacz: uuuuuuuuuuu
tylko

nUUUUUda.

Wczorajszej nocy wstałam o godzinie 2.34. Wstałam, bo męczył mnie kaszel. Przy okazji zajrzałam do pokoju dzieciaków. Syn wstał z łózka i przytulił się do mnie mówiąc:
- Mamo, nudzi się ....
po czym wparował do naszego wyra i zasnął.
A ja stałam jak walnięta rechocząc niesamowicie, aż do kolejnego ataku kaszlu.
Nudzi mi się? ahahahahahaha....
Nawet przez sen. Co za koleś, hahahaha.

No cały mój syn. Cały mój. Niewiarygodne. Zresztą córa też.
Efekt modlitw: - oby tylko do teściowej nie były podobne, oby tylko do teściowej nie były podobne

Ale na podobieństwo moje są i mam niezły orzech do zgryzienia.
A do zagryzienia jeden krok ...

Chciałam tylko powiedzieć, że strasznie je kocham i nie wiem czemu się tak wkurwiam.

Ten dywanik jest taki przykładowy.

Jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Szczegóły składają się na całość. I niech teraz każdy element będzie upierdzielony.

Obraz.

Surrealizm.

Życie.











4 komentarze:

  1. I tak się ciesz, ze się nie biją. Moje chłopaczyska nie są w stanie siedzieć koło siebie, bo im rączki latają, ba, w jednym pomieszczeniu jest problem. Powtarzam sobie, że jeszcze tylko trochę i na studia pójdą, najlepiej do Gdańska ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wieć jak masz wprawę to wyślę ich do Ciebie :))))

      Nawet mnie nie strasz, bo z wiekiem może i to wejść w kanon codziennych rytuałów, a wtedy zamieszkam w piekarniku normalnie....

      :)

      Usuń
  2. Jak to czytam, to jakbym siebie widziała sprzed kilkunastu lat, tyle, że był jeszcze do kompletu kot, potem doszedł pies przybłęda, a wcześniej zniknął tatuś/mąż. Miałam zatem "zabawę na cztery zwierzaki" nie tylko w kolejce do łazienki, kłótniami córki z synem, ale i z porannym wyprowadzaniem psa i nikogo do pomocy w ogarnięciu tego zwierzyńca. Na szczęście kot był nieabsorbujący przynajmniej rano. I chociaż czasami myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, to z perspektywy czasu wspominam z sentymentem te razem spędzone poranki, dni, wieczory. Dobrze jest mieć rodzinę, choć bywa uciążliwa.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, u nas też byłby zwierzyniec, gdyby nie mężulo. Ale on wie, że sam wyprowadzałby psiaka na spacer, hahahaha. Ale kotek? Przecież nie trzeba wyprowadzać Liczę, po cichu, ze dzieciaki może znajdą znajdę i weźmiemy do siebie :))).

      Rodzina to wulkan emocji. Podróż nie wiadomo gdzie. Rewelacja.

      Ale czasami trzeba sobie pomarudzić, prawda?

      Pozdrawiam :)

      Oj dobrze mieć, to jest niesamowite

      Usuń