piątek, 10 stycznia 2014

odmiana


-  No odejdziesz od tego durnego kompa? Mieliśmy naleśniki robić!

-  Już, już ....momencik!


Syn rozpędził się do obsługi robota, przesiewania mąki i takich tam. Pod moim okiem oczywiście.

Fajnie coś razem robić. No fajnie i już. Ale o tym każdy wie, a ja się cieszę tym zawsze. Jak dziecko.

 A jak się nauczy gotować to może zdejmie ze mnie to brzemię?! To by było super! Hm....dobry plan.

Ale skąd ten zapał? Obsmarowałam ich wcześniej i proszę - dzieje się cud?! Cud przemiany.
Jezus był mistrzem wina, a ja sobie będę mistrzem słowa, buhahahahahahaha
Zaraz po winie.:P

Pomiędzy smażeniem i konsumpcją naleśników toczyliśmy sobie dziwne nasze rozmowy. Uwielbiam z tym kolesiem gadać, jak wydobywa z siebie coś więcej niż mruczenie.

- To kim zostaniesz jak będziesz dorosłym skoro wszystko jest takie.... takie....takie  nie fajne?
- Łapaczem much.


-Wiesz, czasami myślę sobie, że takie fajne dzieciaki mogły trafić na lepszą matkę....
Syn popatrzył, zamilkł
- Wiesz jesteś jaka jesteś ...co robić...
- Co?
Śmiech syna rozwalił mi nadgarstki.
Łobuz jeden, a gdzie te komplementy?! :P

- Tęsknię za tatą. Kocham go.
- Super, a ja to co?
- Nic- i chcichra
- Buuuuu- udaję płacz.
- Weź bekso, kocham cię....kto by ciebie nie kochał?

Hahahahahaha....no, no, no ...hashahaha




W ramach odrabiania zadań, Starszy narysował nasz portret rodzinny

Cudowna rodzinka, co?! :P


- Mamo, a wiesz, miałem trzy dni na odrobienie zadań, ale po co? Lepiej teraz, w tym samym dniu odrobić lekcje, bo się nie zapomni.

Wiem, wiem z wiekiem przejdzie zapał ...

Ale jak zabrał mi szmatkę, mówiąc:
- ja pościeram kurze,
a potem, poproszony,  wyciągnął odkurzacz i zaczął odkurzać (powiedzmy :D:P) to padłam.
A gdzie - nudzę się?!
Ten dzień nie był inny od innych dni.

Chyba, że to była rekompensata za dywanik ....
A może to magia słowa pisanego? Obsmarować, a słowa zostaną w bryle tekstu?!
Hm....może w końcu dobiorę się do rządu??!!!! :DDDDD


Wieczorem podziękowałam synowi za tak miłą odmianę.
- Wygrałeś czekoladę!
- Nie chcę, jest za późno. Wybieram tableta.
- Lajt, masz godzinę.

A Młoda? A Młoda po przedszkolu zasnęła. Wstała przed 18.00. I w bajkach zatonęła. z nastawieniem aspołecznym. Lepiej nie drażnić lwa. Więc niech ma, niech ogląda.




PUZZLOMANIA 

  zrodzona z nudy :)







A ponadto nasz cudowna choinka




dokonała żywotu



pozostawiając ducha świąt :P



gdzieś tam, bo wywiało wszystko.




:))))






bo i o co chodzi?! :p




Czasami jak słyszę:
- Mamo ..
jestem w szoku, ze to do mnie ktoś coś mówi i to w ten sposób.
Naprawdę.
Oglądam się.
Nie, no przestań wariatko, to do ciebie.
Wciąż nie mogę uwierzyć.
To się dzieje naprawdę. I choć syn stojąc koło mnie sięga już swoją głową do ....ojej, kiedy on urósł?...szok ... to jednak, pomimo upływu lat  nie dociera to do mnie.
Czas mija, a zdziwienie tkwi.
Tkwi, bo wryło się zmarszczkami na twarzy i w dołkach siedząc z wyciągniętymi nogami zaciera ręce.

Te dwie sztuki są moje?
Ze mnie wyszły?
A jednak ...
To nie sen. To dzieje się. Naprawdę dzieje się
Syn powoli przerasta moje cycki, a córa go goni.
Jeszcze trochę i znowu będę kurduplem rodzinnym.
Z elfa spadnę do rangi krasnala, co za życie ...

Dzieci zamiast kota, meżulo zamiast samotności, love zamiast pustki.
No niewiarygodne.....

Czasami boję się, że to tylko sen, że nagle przebudzę się w innej rzeczywistości.
Choć czasami  wydaje mi się, ze to właśnie ta rzeczywistość jest nie realna.
Jakby ktoś mną się bawił jak kotkiem.
Klik, klak - gdzie ja jestem? Klik, klak...
- Mamo?
Mamo sprowadza mnie na ziemię.

Na ziemię obiecaną?
Na ziemię psychozy?


Więc gdy wstaję, otwieram oczy, i słyszę:
- Mamo.......
mruczę sobie, że jeśli to jest sen to niech trwa, a jeśli to real to git, choć też mi w trudno w to uwierzyć.
Trudno jest uwierzyć w szczęście. Choć obejmuje mnie ramionami męża.

W szczęście, które samo przyszło i o którym  nie marzyłam.
Taki dar. Od losu.
Za co?
Za zawsze wyczyszczone buty?!



Może w końcu uwierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę i przestanę panikować, gdy los plącze mi nogi.
Po prostu przysiądę i poczekam. Podłubie w zębie.






Życie płynie nieubłaganie gdzieś do przodu czy jakiegoś raczej końca.
Staram się zatrzymać czas w tych chwilach wspólnej zabawy. Wspólnych chwil. Coraz bardziej doceniam ten czas. Nabrał wartości. Tak jak przy hamowaniu odczuwamy, że prędkość była jednak mega.

Z wiekiem odkrywa się coraz więcej smaków. I apetyt rośnie. Krok spowalnia się. W mijającym czasie jest wiele zakamarków, gdzie warto utkwić. Zaszyć się.
Nie trzeba biec.
To co ma być samo do nas dobiegnie.

Kadr - gra. Kadr na zabawę. Na czytanie. Rozmowę. Wygłupy. Bycie razem.
- Mamo, a podręczysz mnie?
Niech to będzie film jak najfajniejszy- nasz wspólny, rodzinny, ciepły.
Nie, ze każdy zajęty swoim życiem biegnie w swoim torze. Nie - razem trzeba coś robić albo być. Być razem to wiele. To sztuka. Klaps. Kolejny kadr.

Zachorowałam na zachłanność. Wirus przemijalności mnie dopadł.
Ha! czas najwyższy ....
Rozlałam się po mieszkaniu, wsiąkłam w panele - nigdzie już nie bywam.
Pewnie do wiosny....hahahaha.


Nikt nie jest idealny, a dzieciaki mając na głowie poznawanie świata muszą jakoś odreagować ten ciężar bodźców jakich na nie spada.

Ale ...

Ale dzieciakom, choć zimy  nie ma, zamroziło mózgi. I to totalnie.
Zahibernowało zwoje.
Do lodowych ludków dociera dopiero stukniecie młotkiem. Znaczy się głośnym słowem.


Patrzę, słucham i nie poznaję -to moje dzieciaki?!
Nie, teraz to dzieci mojego męża, hahahaha.

Bunt przemieszany z plemiennymi walkami.
Do tego dochodzi dziki wrzask i tekst "nudzi mi się".

Zachowują się tak, jakby się zapętliły w jakiejś przestrzeni dupkowatości nieskończonej.
Hm, albo przez ten brak zimy jakieś zarazki się odmroziły i zaatakowały układ nerwowy dzieciaków ....

Nie wiem, co się dzieje.

Pierdolec ich dopadł i tyle.
Już słyszę jak mężulo mówi: - Po mamusi, po mamusi...

- Maaamooo! - drze się Młoda - a Starszy nazwał mnie dzidziusiem!
- Bo jesteś - drze się Starszy.
Sceny jak z Koszmarnego Karolka.
Straszne, no nie?
Jak oni tak mogą?

Wiem, wiem, nie jest źle, bo zawsze może być gorzej.  W końcu Karolek Damianka nazywał larwą.

- Synu, weź wyluzuj, bo przejdziesz na stronę złej mocy. Jak Anakin. Twoja złość niszczy twoją dobrą stronę, słyszysz ten swój oddech? Yyyygh, yyyygh... -zaczynam charczeć (cholera, gdzie mój czarny nocnik?)
No ryję mózg synowi z brechtem, bo jak normalnie proszę i mówię:
-  Synku nie wolno tak, nie ładnie, bądź grzeczny...
etc, no ładnie proszę i mówię, mówię  o zranionych uczuciach i  tłumaczę to wylewka. Betonowa wylewka.
- No, mamo, no weź przestań tak gadać!
- A ty przestań dokuczać swojej siostrze, dobrze?!..............yghhhhrhhh, yyyyghhhyyyrr !
- MAMOOO......


Ale bywa i tak, ze syn kwituje wszystko jednym wyrażeniem:
- Bo ona mnie wkurwia!

Oddech się rwie.Co?! Wkurwia?!
Chciałoby się krzyknąć-Synu kto cię nauczył tak mówić?noż kurwa, ja pierdolę! nie wiesz, że nie wolno przeklinać? że to nie ładnie?
Ale ten słowny żart, kiepski żart, zostawiam sobie.
Wiec pozostaje wytrzeszcz oczny i tekst:
- Proszę, nie mów tak, to za ciężki kaliber na taki kręgosłup.
- Co?
- Synku za młody jesteś, denerwuje to lepsze słowo. Powtórz: denerwuje.






Ale ja czasami nie denerwuję się. Ja czasami wkurwiam się.

Wyprałam dywanik z łazienki, bo znowu był przystrojony pastą do zębów.Wyprany, czyściutki położyłam na kafelkach ciesząc się jego nieskalaną jasnością. Tylko przez wieczór....
Nadszedł poranek. syn wkroczył do łazienki. Rano minuty zamieniają się w sekundy. Robi się coraz później, a ten tam utkwił. Zęby powinno się szorować przez 2 minuty, a minęło chyba z pięć ...Młoda w tym czasie zaczęła skakać w butach, gotowa do wyjścia .....czas, czas, czas ....
- Mamo, znowu ubrudziłem dywanik pastą......
- A umyłeś chociaż zęby?
- Nie
I wtedy we mnie coś pęka i wycieka ZŁO. W takich chwilach rodzi się we mnie zło.
- Kurwa, synu, ty miałeś umyć swoje zęby, swoje, rozumiesz, nie zęby dywanika....... ja przepraszam, ja nie mogę ...chcesz niebieski dywanik? to powiedz ....
- Przepraszam.....
- Ja też, za przekleństwo, ale po prostu no nie mogę, nie mogę, ogarnij się, proszę...


Poranek, poranki - najcięższa chwila dnia ....





Matka to nie terminator, robocop,  matka to istota, co swój system nerwowy ma. Ale trudno czasami uzbroić się w cierpliwość, zwłaszcza jeśli w tej dziedzinie są wyraźne niedobory.
Branie potasu, magnezu i melisy nie pomaga. A czekolada tylko tuczy i tak tłustawy tyłek.
Zimowa porażka po prostu.

Dzień bez dzikich wrzasków dniem straconym. One wydobywają się przez szczelinę zajęć np. wspólny posiłek okazuje się niezłym polem do popisu.
Bo on coś powiedział, bo ona jakoś tam spojrzała, bo .......zawsze też można się wydrzeć:
- Za gorące, nie jem!
- Ona zawsze chce to co ja!
- A on mnie przedrzeźnia!
Akcja musi być.

Chciałoby się w takich chwilach wskrzesić słowa Felicjana
"A niech was wszyscy diabli"
ale to jeszcze nie ta chwila na takie działo :P
Zresztą, hola, hola  jakich was? MNIE!, mnie niech diabli wezmą!

Młoda wpadła nie tylko w okres buntu, ale i rozdrażnienia. Wyje o wszystko.
A przepraszam, ostatnio wyła słusznie, bo sok z mandarynki, którą obierała, zaatakował jej oko. Aż byłam mile zdziwiona, że jednak powód wycia był dobrym powodem do krzykopłaczu, a nie wyimaginowaną walką o wymyślone pierdy.
A jak nie wyje to śpi od 17.00 do ..... . I wieczorem zamiast spać bawi się w najlepsze.
I znowu zaczyna wyć, bo musi iść spać, a nie chce. No kto chodzi o 23.00 spać?!

Tja, oto z black dusz narodził się Wampirek, hehehehe. Emocjonalny. Zasysa dobry humor ryjkiem wyjącym.

Ostatnio w akcie desperacji puściłam córce kabaret. Zaglądam - nie śpi.
- I co córeczko?
- Leci druga część kabaretu - odpowiedziało moje dziecię. Rozumne nawet o tak późnej porze. El dupa znaczy się ze spaniem będzie skoro mózg trawi otoczenie. Grrrr......
- Aha - odparłam i naiwnie, aczkolwiek z pewną nadzieją zapytałam się - to może pójdziesz spać? Wiesz, jest 23.00.... Naprawdę jest już późno ...
- Nie chce mi się ......
Wiedziałam .....

Czytanie mnie uśpiło. Obudziłam się w środku nocy. Córka spała koło mnie. W porzo. Będę miała kolorowe sny. Zawsze takie mam, kiedy śpię z Młodą. Zasypiam w błogości ....

A potem nastąpi poranek. Upływające minuty poranka zakłócają obraz - to nie dzieci, słodkie dzieci, to potwory małe.....

Młoda wchodzi w okres buntu. Może to wycie jest jak trąba? Obwieszcza nadejście nowej ery? Buuuuuu równoznaczne z przesłaniem: I'm coming ?!
Młoda  ma w nosie to co pani mówi w przedszkolu. Robi to na co ma ochotę i tyle. Znaczy się nie będzie się ubierała ani rozbierała jeśli jej się nie chce. Nie będzie samodzielnie jadła. Nie da sobie włosów przejrzeć. Od towarzystwa woli układać puzzle. Zabawy wspólne? Phi tam, Młoda idzie do stolika i tam organizuje sobie czas.
Nie i koniec. Niezależny byt.
I nie ma dla świata zmiłowania żadnego.

W przedszkolu przeglądane są włosy ze względu na wszawicę. brrr....
Tłumaczę córce:
- Kochanie daj pani przejrzeć pani włoski, bo to jest ważne. Wiesz ja nawet nie wiem jak wszy wyglądają.
- A ja wiem
- Tak? Jak?
- To takie pomarańczowe. Małe. I mają skrzydła.
- To chyba małe smoki, a nie wszy? - chichoczę.
Mam nadzieję, że nie złapie, bo ....ble, nie myślę.
Oj, fuj .....robactwo mnie przerasta.

Siła argumentacji?

- Młoda, jak dzisiaj nie będziesz grzeczna w przedszkolu to zapomnij o Pingwinach. Masz jeść sama i się ubierać, rozumiesz?

Poskutkowało.
Okazało się, że Młoda potrafi założyć buty i kurtkę i rozebrać się i zjeść i to ładnie. Pani była zdziwiona taką miłą odmianą. A raczej powrotem do normalności. I do zabawy.
Na jak długo?
No cóż, kto wie.
Młoda jak się uprze to koniec. Nie to nie i basta.

Przy tym wszystkim bywa taka słodka i rozkoszna. Ten jej śmiech. Teksty. Śpiewy. I skoki.I ręce zarzucone na szyję.
Złożona istota. No po prostu rasowa baba.
Każda minuta niesie niepewność - z czym zaraz Młoda wyskoczy?! 

Uf, buziak...sweet .....


- Mamusiu, jesteś najlepszą i najukochańszą mamusią pod słońcem- ostatnio codziennie słyszę ten tekst od córy. Aż mi dusza puchnie. Fajowo. Oby tylko nie odlecieć za bardzo.
Syn podłapał klimat dodając:
- Jesteś cudowną mamą, bo nie chodzi o to, ze spełniasz  wszystkie nasze zachcianki, ale jesteś miła i fajna i najukochańsza....kocham cię.

Taki odlot, że parę włosów zostawiłam na suficie.

E? Spełniam ich zachcianki? No zrobiłam dzisiaj pomidorową i tyle. Hm ....

- Synu jaką jutro zjesz zupę?
- Krupnik.
- A ja nie chcę chrupniku! - drze się Młoda. I prawie płacze......- ja chcę rosołek.

Chrupnik? Jakie chrup chrup? Kasza jest podobno super gumowata. Wg słowa syna mego.



Zajęta prasowaniem, wyłączyłam parę w żelazku jak i myślenie i co dotarło do moich uszów?

- Mama jest diabłem tasmańskim, bo tak się wścieka, hahahaha
- A wcale, że nie, mama jest kochana.

Ach te córki, słodkie córeczki. Zawsze są za mamusią. Do pewnego wieku.


- Mama to gapa.
- Mama jest śmieszna.


- Dziecko nie śmieszna, tylko zabawna!
- ha! śmieszna .....też coś ....może śmiesznie chodzę, może śmiesznie się ubieram, może śmiesznie mówię, ale NIE JESTEM ŚMIESZNA! HA! Zabawna też nie, ale to niech sami odkryją ...na śmieszność się nie zgadzam, a co!

 Swoją drogą albo niczyją to fajny obraz w oczach dzieci.

Gapa ...No tak, tak ...

Ostatnio wychodząc z kuchni wpadłam na suszarkę, która stała w przedpokoju.
Grrr......

- I co znowu coś się czaiło za zakrętem?! - mąż lejąc ze mnie odwiecznie też nie zostawia na mnie suchej nitki.



Poszłam kapać Młodą, a Starszy co?
- Nudzi mi się....
- To pozmywaj - rzuciłam i poszłam do łazienki. Nudzi mi sie ....jeszcze raz to usłyszę to ....no nie wiem co....

Wycieram ręcznikiem córkę jak wpada syn ubrechtany.
- Jestem mokry od tego zmywania, hahahaha
- Zmywałeś?!
- Noooo, ale woda mi się rozlała...
 - Aha - skwitowałam bojąc się wnikać gdzie, co, jak i ile.

Zajrzałam do kuchni z pewną nieśmiałością. Zamiast oczekiwanego na podłodze  oceanu zastałam  połowę naczyń pozmywanych.
Co za koleś, hahahahaha.
Naprawdę mu odbija. Dobrze, ze czasami pozytywnie, hahaha.

Czasami dziecko musi się ponudzić, bo nic tak nie wyzwala kreatywności jak nuda. Ale to facet więc jęczy....
- Nudzi mi się ...
- Nudzi mi się .....
- Nudzi mi się .....

Tak często to ostatnio słyszę, że mam wrażenie, że kiedy urodził się to ze słowami:
- nUUUUda
To nie był płacz: uuuuuuuuuuu
tylko

nUUUUUda.

Wczorajszej nocy wstałam o godzinie 2.34. Wstałam, bo męczył mnie kaszel. Przy okazji zajrzałam do pokoju dzieciaków. Syn wstał z łózka i przytulił się do mnie mówiąc:
- Mamo, nudzi się ....
po czym wparował do naszego wyra i zasnął.
A ja stałam jak walnięta rechocząc niesamowicie, aż do kolejnego ataku kaszlu.
Nudzi mi się? ahahahahahaha....
Nawet przez sen. Co za koleś, hahahaha.

No cały mój syn. Cały mój. Niewiarygodne. Zresztą córa też.
Efekt modlitw: - oby tylko do teściowej nie były podobne, oby tylko do teściowej nie były podobne

Ale na podobieństwo moje są i mam niezły orzech do zgryzienia.
A do zagryzienia jeden krok ...

Chciałam tylko powiedzieć, że strasznie je kocham i nie wiem czemu się tak wkurwiam.

Ten dywanik jest taki przykładowy.

Jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Szczegóły składają się na całość. I niech teraz każdy element będzie upierdzielony.

Obraz.

Surrealizm.

Życie.











czwartek, 9 stycznia 2014

ZAPINAJCIE PASY! Dość tragedii.......







 



Dasz radę utrzymać na rękach słonia? Taka masę będzie miało Twoje dziecko w chwili zderzenia. Twoje ramiona go nie ochronią.

Nie zapięty z tyłu kumpel siedzący za Tobą, w chwili zderzenia przełamie nie tylko oparcie Twojego fotela. Zmiażdży Cię.

Naprawdę masz siłę zmierzyć się z masą uderzeniową 3750 kg? To tylko 50km/h i 75 kg wagi pasażera.




ZAPNIJ PASY!!!!!!!!!!!!!!!!!!






Kiedyś pasów nie zapinałam.
Obowiązek?
A niech mnie w dupę pocałują ....se wymyślili, phiiii


Zrobiłam prawo jazdy i szanując swoją kasę zaczęłam pasy zapinać, by nie było.
Zapinałam, by nie płacić mandatów. Nie z przekonania, że chronią życie.


HISTORIA PIERWSZA

Pewnego dnia pas się zaciął. Powiesiłam się na tym cholerstwie a dziad nie drgnął. Wsiadłam do auta i pojechałam bez zapiętego pasa. Nie miałam wyjścia.
Auto, które za mną jechało też nie miało wyjścia - przypierdzieliło mi w bagażnik. Kierowca,  kiedy zauważył, że stoję, nie zdążył wyhamować.

BUUUUMMMMM

Prędkość?!
Prędkość gówniana, bo ok. 20-30 km na godzinę.

BBUUUUMMMMMMMM!!!!

Poleciałam jak bezwiedna marionetka do przodu. Poleciałam, tak po prostu......fiuuuuuuu, bach głową o kierownicę....

Szok!

Nie wiedziałam co się dzieje i dlaczego zatrzymałam się na kierownicy.

Mój kark... moje czoło ...moje ciało......AŁA!!!!!

Co to było?!

Byłam w szoku. Gdybym umarła nie wiedziałabym, że nie żyję. Jedno sekundowe przejście na drugą stronę.

Byłam  w szoku jak człowiek w jednej sekundzie zamienia się w wielką bezwolna masę.




Jezu- pomyślałam sobie - to co się dzieję z człowiekiem, kiedy dochodzi do wypadku przy
prędkościach 60 km/h?
a przy 140km/h?



Przeraziło mnie to.

Nie przeraziło mnie to, że auto wpadło na moje auto, ,że mam wgięty tył, nie, to mnie nie przeraziło.

Przeraziło mnie to co się dzieje, kiedy nie ma się pasów zapiętych!

Szok, naprawdę szok.

Człowiek w jednej sekundzie staję się bezwiedną masą pędzącą do przodu. Siła uderzenia przejmuje władzę nad ciałem. Ciało staje się pędzącą masą ...to straszne uczucie.....

W domu zorientowałam się, że nie mam okularów. Leżały koło pedałów samochodowych.
Spadły mi z nosa przy uderzeniu.





HISTORIA DRUGA

Mój syn siedział z przodu samochodu. Gdy wyjeżdżaliśmy z bocznej uliczki musiałam nagle zahamować, bo nieoczekiwanie  za zakrętu wyjechało pędzące auto.

Pisk hamulca.....

BUUUUMMMM!

Syn wyskoczył z fotelika zatrzymując się na szybie. Uderzył głową w przednia szybę i to zdrowo. Zabrakło mi oddechu. Uderzył i się przykleił do niej.

Serce mi zamarło. Jezu, przecież mogłam Go zabić!!!! Zabić mojego mojego syna!!!!

Brak pasów uczynił z niego tylko glonojada.

Gdyby prędkość była większa brak pasów uczyniłby go trupem.

Nie zapiął pasów, bo zapominał, a ja zapomniałam mu przypomnieć....

Od tamtej pory syn pamięta o pasach, co więcej - sprawdza, czy siostra jego ma także zapięte pasy.

Otrzymaliśmy lekcje życia.

Uratowała nas mała prędkość.
Przy większej prędkości bylibyśmy już w Krainie Wiecznych Łowów.







Zapinajcie pasy, ludzie, naprawdę.





W necie można czytać takie słowa:

Samochód jadący z prędkością 50 kilometrów na godzinę w razie stłuczki powoduje dla nieodpowiednio zabezpieczonego dziecka skutki porównywalne z upadkiem z trzeciego piętra.



Pamiętajmy jednak, iż największą karą za brak odpowiedniego zabezpieczenia może być nie mandat, ale kalectwo lub śmierć  na skutek odniesionych obrażeń.



Można i czytać :

Pasy bezpieczeństwa są najbardziej efektywnym urządzeniem chroniącym pasażera podczas wypadku. Niestety okazuje się, że aż 60% osób siedzących z tyłu nadal nie zapina pasów. Tacy pasażerowie poza narażaniem własnego życia, stwarzają śmiertelne niebezpieczeństwo dla kierowcy. W sytuacji wypadku ciało uderza w fotel z siłą miażdżącą prowadzącego samochód.

http://superauto24.se.pl/auto-porady/pasazerowie-bez-pasow-smiertelnym-zagrozeniem-dla-kierowcy_350968.html



lub oglądać:

oto jak dziecko wypada z auta, kiedy jedzie bez fotelika, kiedy nie ma zapiętych pasów




Niezapięte pasy w aucie - crash test ADAC - zobaczcie jak kierowca i pasażer potrafią polecieć nie mając zapiętych pasów i to przy prędkości 30 km/h.





Bezmyślność kierowców obrazuje kolejny spot::





można wiele rzeczy czytać

i oglądać

ale na pewno warto zapamiętać

ZAPNIJ PASY!!!

dzięki nim, pasom bezpieczeństwa
można ocalić swoje życie lub najbliższych

wy wybierzcie bezpieczeństwo 

ZAPINAJCIE PASY!!!!!

dość tragedii.......





Inicjatorzy Akcji "Zapnij Pasy": Anka- Calm DownVan Furio
Projekt i wykonanie logo akcji: Van Furio




Poczytajcie, proszę:

http://calm-down.blog.pl/2014/01/08/przypnij-dusze-do-ciala/

http://kuradomowa.blogujaca.pl/2014/01/08/zapnij-pasy/

http://matkaagrafka.blog.pl/?p=1247

http://stampowo.blogspot.com/2014/01/pasy-gupcze.html?zx=175f37b8593dc8ab

http://ulicaidom.blogspot.com/2014/01/smierc-jezdzi-bez-pasow.html

http://koszmarnarodzinka.blog.pl/2014/01/09/smierc-jezdzi-bez-pasow/

http://tataszymona.blogujacy.pl/2014/01/09/przypnij-dusze-do-ciala/

http://niezdecydowanie-zdecydowana.blog.pl/2014/01/09/blogerzy-apeluja-zapnij-pasy/

http://furiacki.piszecomysle.pl/2014/01/09/smierc-jezdzi-bez-pasow-blogerzy-apeluja/

http://abstrakcyjny.blog.onet.pl/






Przyłączysz się?!

Uratujmy wspólnie czyjeś życie.

Albo swoje i najbliższych.





ZAPINAJMY PASY!!!!!!!!!!!!!








Zapięte pasy bezpieczeństwa podczas wypadku to bardzo często jedyna szansa na przeżycie.



W Polsce około 30% kierowców i blisko 53% pasażerów nie zapina pasów bezpieczeństwa. Wielu pasażerów tylnej kanapy podróżuje bez pasów, a wiele matek i ojców wozi swoje pociechy bez odpowiedniego fotelika.
Wielu z nas wierzy w opowieści o cudownych zdarzeniach, gdy niezapięty pas bezpieczeństwa uratował komuś życie lub pozwolił opuścić pojazd.

http://darek.jogger.pl/2012/10/21/pasy-bezpieczenstwa-naruszaja-godnosc-obywatela-i-powoduja-w/





ZMIEŃMY TO!!!!!

















wtorek, 7 stycznia 2014

tak se ......:PPP

A PERFECT DAY....


To była pewna niedziela. Idealna niedziela. Katolicka niedziela. Przyszła moja matka i wszyscy poszliśmy do kościoła.  Kto spadł z krzesła albo "opluł" z brechtu klawiaturę niech na dole napisze :P
W każdym bądź razie stoimy na mszy a moja matka szczęśliwa wyje jak nigdy dotąd. A ona jest z tych co głosem swym mury rozwalają, by dać dowód swej niezłomnej wiary. I fajowo. O ile koło niej nie stoję ...
- Może zaśpiewaj jeszcze głośniej? - rozbawiona zaszeptałam jej do ucha. Dostałam z łokcia pod żeberko, hehehehehe. No co tak będę stać? Też zaśpiewałam. Z tyłu słyszałam chichot męża. No wieśniak jeden, przecież się starałam ......:P

drewno






 Zygmunt wciąż żyje :))))


a dzieci zabrały cały mój świat: moje wyro i moją  komórkę :)))))


więc wylazłam do ludzi, lezę w wirtualny świat:
dzień dobry. :))))








Mam wiele niepozbieranych myśli, ale nie chce mi się schylać. Niech leżą. Zarosną. Znikną. Na omamy wzrokowe i zaburzenia myślowe wlewam w siebie wino. Domowe. 10-letnie. Co za bukiet. I siła. Mówię Wam....

sciągnięte  z Pinterest-u. 



Za to poskaczę sobie. Po życiu co minęło. Bo te chwile już nie wrócą. Więc zatrzymam część słowem.


Zbliżała się wigilia. Zakręcona  nie kupiłam prezentu dla mężula. Wzięłam syna i pognaliśmy do empiku.
- Wiesz synu, każdy dostanie coś od Gwiazdki więc, by tacie nie było przykro to bądźmy dla niego Gwiazdką, okej?
- Nooo, tato lubi książki.
 - Wiesz co mu kupimy?
- Kinga?
Ha! Mój syn ma moc. Jedi normalnie. Zawiesiłam się przy mistrzu grozy - hm.....cholera, no nie wiem, mamy to czy nie?!
- Mamo, tego nie macie.
- Nie?
- Pamiętam. Nie macie. Takiej okładki nie widziałem.
- Ok. Biorę na twoją odpowiedzialność.
Kupiłam książkę. Wyszliśmy i tak idziemy w ciszy swej ulicą.
- Mamo?
- Tak?
- A ten King to niezły jest. Rany, tyle napisać. Skąd on ma tyle pomysłów?
Ha! Dobre pytanie. Gdybym wiedziała sama zakradłabym się do tej studni, by złowić słowo. Bo słowo jest kluczem. A słów mi brak ostatnio. Ale alkohol wchodzi. Hm....Może wyjdzie słowem? :)

Ostatnio przeczytałam Chudszego. Gruby adwokat w momencie, kiedy żona robi mu loda w aucie, traci czujność i śmiertelnie potrąca starą Cygankę. Jej mąż rzuca na  niego przekleństwo. Facet chudnie ....

Spojrzałam na męża, który ma rozmiar z dwoma niewiadomymi, bo on nie wie od czego tak tyje, więc dlatego w swym rozmiarze ma potęgę zadania matematycznego, więc spojrzałam na niego żartując:
- Wiesz, co? może tak pierdyknę jakąś Cygankę, co?!

I wiecie co? Oby moje słowa w gówno się obróciły.

Jadę miachem i patrzę, a zakładu karnego wyszło stado wysoko postawionych funkcjonariuszy. Mówię wam - widok nie bywały. Te mundurki, czapki - tłum smerfów. Zerknęłam jeszcze raz na bok, na nich, brechtając się, że oto korupcja została uwolniona, gdy nagle dojrzałam, że wielkie gały są we mnie wlepione. Cyganka na przejściu!!!!! Fuck mać, King! To się nie dzieje, nie, ale mnie ściągnęła wzrokiem, o Jezusie .... Zahamowałam. Pisk opon, a ta stoi nadal jak wryta. Ufffff, jednak zatrzymałam się, zatrzymałam!, a Cyganka ruszyła dupsko. Przed siebie. Nie przybiegła, nie rzuciła przekleństwem. Gliniarze też nie rzucili się na mnie. Ufff.....
No pięknie byłoby, oj..... Z boku gliny, przede mną Cyganka a ja co? Masturbuję się wizjami....
Ogarnął mnie śmiech, cholera z Kingiem! By go chudy byk!

Ale King lubi zakradać się do mnie. Kiedy byłam w ciąży ze Starszym zaczytywałam się w Mrocznej Wieży. Ma ona 6 tomów, więc to był dobry czas na przełkniecie przygód ka-tet.
Ciąża zaawansowana i tomowo też mi poszło. Nagle wpadam na motyw: kobieta w ciąży, urodziła syna. Niemowlę zamieniło się w pająka ......Odpadłam. Ja pierdzielę. Popatrzyłam na brzuch. E?! Y?!
Zasnęłam w końcu zmęczona niewygodnymi wizjami. Kiedy wstałam na nodze miałam dwa ugryzienia i....... truchło pająka. Zamarłam. Moja chora wyobraźnia zaczęła dryfować w stronę okrutnych wizji ...
Dotknęłam brzucha jęcząc:
- Stary, nie ze mną takie numery! To się nie dzieje ....
Wiecie jaka była radocha, kiedy okazało się, ze syn ma dwie ręce i dwie nogi a nie osiem odnóży?! I jedynie co chce pożreć to mleko a nie personel medyczny :)

Jednak syn przesiąkł klimatem. Lubi niesamowite historie. Historie grozy i fantasy. Właśnie zakończyliśmy oglądanie wszystkich części Gwiezdnych Wojen. I byliśmy na Hobbicie 2. Syn siedział jak zaklęty. Ani drgnął, kiedy to ja jęknęłam przy pająkach i wylatujących nietoperzach. Bo głupio pisać, że podskoczyłam, więc tego nie napiszę.





czym skorupka za młodu ....lekturka :D:P Starszego w wieku 1,5 lat - hahahaha




Córka nie pojechała, bo za mała, aczkolwiek Star Wars oglądała, mówiąc:
 - Lubię dżedaj!
więc w ramach równości zapytałam się:

- Kino czy teatr? Młoda, gdzie chcesz jechać?
- Teatr. I na basen chcę iść.
Kobieta konkretna jest - ona naprawdę wie czego chce.

Gry słowne są zabawą, która syna wciągnęła. Gramy, gramy, zarzucając się słowami zwłaszcza podczas jazdy samochodem.
- Arbuz - rzekłam ja.
 - Zyyy....Zyyyy - syn myśląc intensywnie nad słowem na "zet" wreszcie wykrzyknął: - ZUS. 

Młoda też w to lubi grać. Tyle, że każda litera to :
- Kaczka?!

Pewnego dnia Młoda nas zaskoczyła.  Rzuciła nie kaczką, a:
- Piczka.
- Piczka? - powtórzył zdziwiony brat - a co to jest piczka?
- Nie wiesz? - odparła Młoda będąc jeszcze bardziej zdziwiona  - to cipka!

Syn popatrzył na nas zdumiony, a nam się coś stało - staliśmy zgięci w pół rechocząc okrutnie.
Okrutne mamy te dzieciaki.

Jak mam sobie nie przymrozić głowy, gdy w momencie kiedy grzebię w lodówce wpada syn krzycząc:
- Powiedz coś swojej córce, bo ja sprzątam a ona tylko bałagani!!!!

Powiedz coś swojej córce .....nie za młody jest na takie teksty?!

Gry planszowe też nas cieszą. Zagraliśmy w Malowanie. Miałam nie jasne uczucie, że jednak poprzekręcałam zasady, spojrzałam na syna, a on:
- Znowu zrumuniłaś!
- Co??!!!
- No zasady przekręciłaś, ty zawsze to robisz.....

A ponieważ, że faktycznie wszystko przekręcam tylko nie się, jeszcze, więc dzieciaki z ojcem swym złożyły szkielet.

Oto Stefan.
Starszy Stefanowi odczepił dłoń i zaczął mnie straszyć.
- Iiiiiiii- zapiszczałam - przestań wariacie.
 "Wariat" nie przestał- bawił się przednie, a ja piszczałam prawie doskonale, na co córka, patrząc na to wszystko z boku, skwitowała tonem całkowicie poważnym:
- Ten wariat to prawdziwy wariat!!!

Długi wolny czas był dla nas, a mężulo niestety musiał wracać do pracy Wieczorem tak sobie siedzimy w czwóreczkę i jest milusiowato. Ale to był ten wieczór z tym porankiem.....
- Ale wam fajnie, będziecie w domu siedzieć a ja muszę jutro jechać ....- rzekł mężulo smutnym głosem
na co syn odpalił:
- No cóż, takie życie jest, kochaniutki........

A życie jest wielką przemianą. Przemianą losów, charakterów, jedzenia....

- Młoda, wyjdź lepiej z pokoju, bo puściłem bąka - rzekł ojciec do córki swej.
- A ja nic nie czuję - odparła córa - Czuję tylko wiatr. ..........I smród ..........


Zjechałam ze śmiechu. Ale jakoś tak podwójnie. Zjechałam czując w tych słowach oddech Sapkowskiego.
Może jednak coś z tych dzieciaków wyrośnie?:) Jakieś ludzkie ludzie .....

Kocham swoją córę, która wpadając do wyra krzyczy:
- Cześć moja mordeczko!
A ostatnio ma fazę mówiąc mi, że jestem śliczna i najfajniejsza. Jestem najfajniejszą mamą pod słońcem. Ha! I śliczna, buhahahaha
- Słyszałeś? - pytam się mężula - ucz się.

A mój mąż co na to? Strzelił mi fotkę. Przy drzewie.Kwitując to słowami:
- Akt pierwszy: dwa drewna.







sobota, 4 stycznia 2014

spowiedź

Podobno zawsze byłam wyluzowana. Śrubki zawsze lekko odkręcone powodowały, że krok był elastyczny. Idąca tam gdzieś idąc, nieważne gdzie, idąc szłam niestrudzenie pogwizdując pod nosem znaczy się gwiżdżąc na wszystko. Nieważne czy to był krok do przodu, czy do tyłu, ważne, ze to był krok. A krok ten mówił: idziesz a idąc nie upadłaś i to było najważniejsze: trzymałam się na nogach. A wokól zadyma mogła sobie być. Co mi tam! Ja szłam. Nieważne gdzie, ale szłam.

Jednak ostatni rok zrobił mi młockę w zwojach mózgowych. Wymiana korków na inne modele spokoju kończyły się spięciem. Wiecznie coś mi wywalało wywalając mnie w kosmos obłędu.
W klatce zamieszkał strach. Siedzi taki gnojek i się lampi i mruczy i spala kabelki. Nieoswojony wciąż. Dziki, rzuca się z kąta w kąt. Z pazurami wyskakuje paraliżując rozsądek. Panika zaś oślepia. Łatwo jest wtedy wpierdzielić się na coś albo zawisnąć nad czymś i to mielić i mielić i mielić. Dopóki ktoś nie pacnie w plecy. Albo zdrowo nie przywali w główkę. Tyle, że z czasem od tego poklepywania zamiast otrzeźwienia przychodzi otępienie.

Minął rok. Dzieci urosły, mąż się postarzał, a ja siedzę w punkcie wyjścia. By nie rzec w czarnej dupie.
Rok temu mieliśmy jechać na narty, miało być bosko.
I co?
Bosko wpierdzieliłam się w dół i dołowania rok minął.
I co?
Więc rok minął i mieliśmy pojechać na narty.
I co?
I przede mną powtórka z rozrywki. To samo. Znowu to samo! Ta sama rola tyle, że w innej scenerii.
Przede mną znowu operacja kolana, znowu kule, znowu rehabilitacja, znowu lekarze i ZUS.
Zajebista wizja?! Wypas taki jak łąki zielone w Nowej Zelandii. Soczysty.Tyle, ze zamiast mowy trawy toczą się przeze mnie soczyste kilogramy "mięsa".
Nie mówiąc już o tym, że kiedy lekarz mi powiedział, że nie wie czy starczy mu 10 miesięcy na postawienie mnie na nogi to straciłam oddech. Zatkało mnie. Dlatego przepraszam za milczenie. Bo to taki sezon na misie zaczyna się. Zaczyna mi się odechciewać wszystkiego. Jak mi się przypomni....A mi się nie chce nic....

Nie będę wdawać się w szczegóły całej akcji, powiem tylko, że jak w tym roku nie osiwieję to będzie cud. Że melisa to za mało. Że czasami mam ochotę rzucać mięsem przegniłym. Że nie mam ochoty wstawać z łózka. Że nie widzę siebie po zabiegu, jakbym miała nie przetrwać. Że panika rozpierdziela mi dokładnie moją zbroję. Zbroję, którą tkałam igłą cynizmu.

Wciąż nie mogę zapomnieć jak dzieci biły się o moją rękę, która stała się wolna, bo mogłam poruszać się już o jednej kuli i każde z nich chciało mnie trzymać za dłoń. Jak córcia, kiedy w nocy chciała pić, musiała dreptać do kuchni, bo nie miałam jak przynieść do łóżka szklanki z wodą. Jak syn, który odwiedził mnie w szpitalu rozpłakał się mówiąc ze dom beze mnie nie jest tym samym domem. A potem parę tygodni później wyjechałam do sanatorium.....ech, szkoda słów. Ból wraca. I ta niemoc.

Może tym razem tak nie będzie, może tym razem będzie inaczej, może nie wykracza poza operację, jakbym potem miało nie być.

Ostatnio siedząc na kanapie i pijąc swoją gównianą kawę, bo mlekiem polaną, postrzegam swoje życie jak  komiks. Czuję się jak rysunkowa postać, której autor kreseczkami rzuca nowe schody do przejścia.
- Acha- tu wlazłaś, z tym sobie poradziłaś to masz!
I pierdud nowe jeb.
Taki japoński komiks.
Z dodatkiem mega ilości gówna.

I są chwile, kiedy czyszczę strudzone patrzeniem swoje okulary i dociera do mnie jak grube są szkła. Wydawałoby się, ze wzrok tracę, ale paradoksalnie dostrzegam coraz więcej. Ha! z wiekiem zamieniam się w wiedźmina. On wprawdzie miał genetycznie zmienione oczy tudzież jakimiś eliksirami podrasowane, ale widzimy to samo: dostrzegamy potwory. Bynajmniej nie chodzi o nocne zmory, ale o ludzi. W ludziach dostrzegam potwory. Naprawdę. Zaczynam chorować na ludziowstręta. Dlaczego? Pominę milczeniem. Zatem wolałam się zamknąć w swoim domku ciesząc się rodzina. I książką. Bo w takowe obrodziłam. Niż iść w potworny świat. Aczkolwiek dwie imprezy zrobiłam. Ha! Potwornie nudne, o! By nie było. Bom nudziara ...
Choć nie powiem, choć powiem przyznając się szczerze: niektóre rzeczy zabijam mając dość. Bez sentymentu. W końcu wszystko przemija. Zamieniam się w wilka. A człowiek człowiekowi wilkiem jest.
Więc uważajcie- będę gryźć! Albo zatykać się milczeniem.
Jak mi się zechce.
Zechce cokolwiek.

Aczkolwiek wczoraj zrobiłam ciasto z jabłkami. I to jest tragedia. Znaczy się wyszło o dziwo super, ale tragiczny jest fakt samej mej działalności kuchennej. To nie wróży dobrze ......i bynajmniej nie chodzi mi o kilogramy.

Chciałoby się krzyknąć do dupy z tym wszystkim i trzasnąć ostatni raz drzwiami, ale ......idę poszukać igły, by pozszywać popękaną zbroję. O ile zechce mi się. Mi się cokolwiek.









poniedziałek, 23 grudnia 2013

Radosnych Świąt !!! :))))


Niech magiczna noc Wigilijnego Wieczoru

Przyniesie Wam spokój i przyjemność.

Niech każda chwila Świąt Bożego Narodzenia

Żyje własnym pięknem,

 A Nowy Rok obdaruje Was

Pomyślnością i szczęściem.

Najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia

Niech spełniają się wszelkie Wasze marzenia.





















niedziela, 22 grudnia 2013

Chłopaki - dziękuję : :)))




Dostałam dwie nominację. Chłopaki, dzięki. :)) Fajny prezent na święta. :))) I to jeszcze od TAKICH KOLESI!!! - WOW!!!!
Poprzednio nominował mnie też super kolo - Ulica :PPPP :D.

A jednak ktoś czasami tutaj zagląda - to miłe :)))))) To niezły kop, dzięki :)
A ja Wam polecam ich blogi, nie są tak mulaste jak mój :)))






Van Furio - odpowiadam na Twoje pytania :))) 

1. Moim niedoścignionym wzorem jest (uzasadnij !) ….
Myślę i myślę i myślę, ze chyba jednak nie mam wzorów :)

 2. O czym marzysz od zawsze, wiedząc że nigdy tego nie zdobędziesz?
O seksie grupowym :PPPP
A tak na serio -poleciałabym w kosmos, chciałabym to przeżyć, zobaczyć, poczuć.

 3. Za 72 godziny świat ulegnie całkowitej zagładzie. Co zrobisz przez ten czas?
Tankuję auto i robię jazdę po Polsce, by spotkać ludzi z blogów i fb :D:P.
Zabieram rodzinkę w góry - w ukochanych górach mych z mymi misiaczkami ....piękna smierć :)P

 4. Wygrywasz 8.000.0000 w totolotka. Co zrobisz z taką forsą?
Podróżuję z rodzinką, inwestuję i wpłacam na cele charytatywne, fajnie jest pomagać. Kurczę i kupiłabym sobie motor :)))

5. Najbardziej ekstremalnym przeżyciem w Twoim życiu było…
Jednym z wielu np. wieszanie mokrego pokrowca z materaca, gdzie o mało nie wyleciałam przez balkon. Ponad to uścisk i całus od Teściowej. Albo jak zjeżdżam  na dupie złażąc z Rysów i cholerny czekan nie chciał się w bić w śnieg. Albo jak auto przestało mnie słuchać i po lodowej ulicy jechało wprost na inne. Albo jak wpadłam do kanału, - całe moje życie to takie ekstremalne przeżycie. Jest w czym wybierać, hahahaha.
Jak przestanie się dzaić, znaczy się, że trupem jestem :)

6. Oddałabym/oddałbym wszystko by przeżyć to jeszcze raz lub choć raz…
Nie, już nic nie chcę przeżywać - dobrze jest jak jest :)

7. Twoje 3 żelazne zasady, których nigdy nie złamiesz….
Nie zdradzić swoich zasad.
 8. Ulubiony film, który mogę oglądać milion razy to…
Za dużo tego by wymieniać :) Uwielbiam Tarantino, Luca Bessona, Woody Alena filmy z Shirley MacLaine, Woody Harrelsonem, Jackiem Nicholsonem, o jejku no też długo by wymieniać :)

 9. Wolność to dla Ciebie…
Brak granic we wszelkich przestrzeniach.

10. Co wywołuje w Tobie największy lęk?
Życie? Taniec cieni w nocy? Głupota ludzka chyba jednak najbardziej.
  1. Uwalniasz dżina z butelki, masz jedno życzenie. Jakie?                                                                              By wszyscy ludzie byli zdrowi i szczęśliwi.
Czego Wam wszystkim życzę :)))))

Garibaldi - odpowiadam :)))

1. Dlaczego prowadzisz bloga?
Bo jak umrę to choć słowo zostanie hahahaha.

2. Kim chciałabyś być gdybyś nie był/była sobą?
Nie wyobrażam sobie by być kimś innym :)

3. Twoje największe marzenie?
Himalaje - wejść na jeden ze szczytów:)

4. Miłość, Pieniądze, czy Siła?
Siła, bo trzeba mieć siłę by kochać i robić kasę :D

5. Masz pistolet z jednym nabojem. Przed tobą typowy Gimbus i „lalka Barbie” – Kogo wybierasz?
Siebie :P)

6. Lubisz Krzysia Ibisza? (Zastanów się, on prowadzi galę!)
Zdecydowanie nie :) (i dobrze, że mu nie zapłaciłeś :P)

7. Czy ktoś z rodziny/przyjaciół wie, że prowadzisz bloga?
Tak. 

8. Nie ma prądu przez tydzień. Co zrobisz?
Przy świeczce gram w "tysiąca" :P

9. Skarpetki z Sandałami. Hot or Not?
Zależy od temperatury, ahahahaha

10. Jaki styl wolisz – Nieśmiałego faceta, czy Klubowego Macho? A do panów : Nieśmiała Dziewczyna, czy „Otwarta Bezpośrednia” ?
Ani jednego ani drugiego - facet to ma być facet :)
  1. Jesteś w toalecie. Nie masz papieru. Co robisz?                                                                      Dzwonię do przyjaciela (znaczy się męża:P ) :D


Przepraszam Nieanielica., że choć przyjęłam zabawę to ona gdzieś zawisła. Miałam wymienić 7 rzeczy o których nie pisałam na blogu. Hahahaah, nie napiszę o nich, bo o tym nie piszę. :)))))




A poza tym dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście.

:)))))))))))))))))))









czwartek, 19 grudnia 2013

luzowanie gumek od majt :)



Poszliśmy po Młoda do przedszkola. Pani powiedziała, że Młoda nie chce się sama rozbierać ani ubierać ani jeść. Siedzi w tym swoim uporze i palcem nie ruszy. Młoda posłała pani uśmiech mega, który mówił jedno    " no i co?". Dla niej to ubaw.
W szatni pytam się tej córy mojej o co chodzi. Władzę w rączkach straciła czy co?
- Bo nie!
"Bo nie" to odpowiedź na wszystko. "Bo nie" i koniec. I odmówiła ubrania się.
- Ty mnie ubierz.
Ubrałam, bo nie miałam czasu ani ochoty na przepychanki. Córka mając ubrać rękawiczki rzuciła je na środek korytarza.
- Ale tobie to co? Mózg się przegrzał? Rękawiczki to nie piłka. 
Dziecię na mnie popatrzyło. Zobaczyłam w jej oczach to coś, oj miotały maleństwem sprzeczne emocje. Od zmęczenia po złość, po nie wiadomo co, bo kto wie co tak naprawdę gra w duszy czterolatka. Oho ho ho - pomyślałam - będzie ciężko.
Młoda podniosła rękawiczki mówiąc:
- Ale nie ubiorę!
- Trudno, jak w łapki zarzniesz to może zmienisz zdanie .....
Wyszliśmy. Dzieciaki zaczęły się przedrzeźniać. Co Młoda powiedziała to Starszy powtarzał. Córa zaczęła fuczeć, a syn wpadał w obłąkańczy śmiech. Zaczynało się robić małe piekiełko. I darcie się na całą ulicę.
W końcu Młoda zamilkła i stanęła. Nie będzie szła, bo będzie zakładać rękawiczki.
-Czekajcie na mnie!
No to czekamy. Pięć minut ......i nic nie zmienia się. Młoda stoi i lampi się w rękawiczki trzymane w dłoniach.
- Zakładasz czy idziemy?
- Zakładam - warknęła Młoda po czym znowu rzuciła rękawiczkami na chodnik mówiąc, że są głupie.
Dobrze, że był lekki mrozik, który zmroził mi neurony, bo nawet mały obłoczek pary uchem mi nie poszedł.
- Słuchaj Młoda, bierz rękawiczki, tyłek w troki i idziemy. 
- Nie! Ty mi załóż!
- Przesadzasz Maleńka, oj ...
Pomogłam córce założyć rękawiczki, Młodej humor poprawił się i zaczęła biec. A nawet śmiać się. Brat jej towarzyszył i nie było kwachu. Uf, będzie dzień do przeżycia. Chyba ...Bo to wiadomo co dziecku w główce się porobi?!

Po drodze wpadliśmy nad stawik. Walka z lodem zainspirowała młodych do niezłych zabaw. Ostrożnie próbowali wejść na tafle lodową, ale lód łamał się, wiec dorwali gałęzie i oddali się potężnej sile niszczenia pokrywy lodowej.

Dom. Dzieciaki rozsiadły się w kuchni i zaczęły jeść pączki kupione po drodze. Takie z dziurką oblane czekolada. Po prostu pycha. Dali mi po gryzie to wiem. Fajne są te moje szkraby.
Nagle Młodej zaszkliły się oczka. O jej pomyślałam, ale musi jej smakować.
- Prosiaczka zostawiałam w przedszkolu. A ja ....go chcę!!!
I rozpłakała się na całego. Buuuuuuuuuuuuuuu.........
- Kochanie, nie płacz, Prosiaczek niech pobawi się w przedszkolu, a jutro go zabierzmy, co?
- NIE! Bo ja go kocham i tęsknię! Buuuuuu......
Taki żal i taki płacz, ze nie miałam innego wyjścia jak pojechać do przedszkola po zgubę.

Włączyłam dzieciakom bajki. Bajka to lek na wszystko. Prawie na wszystko. Mloda wprawdzie przestała płakać, ale za to chlipała z tęsknoty. No to pojechałam do przedszkola. Odnalazłam różowego pluszaka i pognałam z powrotem do domu. Radość córki była wielka.
- Dziękuję mamusiu.
Czy trzeba czegoś więcej?! Prosiaczek wywiał wszelkie muchy z nosa córki. Stała się słodka, a rączki odzyskały władzę.



Zresztą sama ucieszyłam się ze znalezionej zguby. Wieczorem padłam do wyra. Padłam z bólem brzucha. Jakby mi było mało wrażeń to jeszcze kichy zbuntowały się. Leżałam złożona jak leżak, gdy nagle poczułam ukłucie. Ukłucie jednego kolczyka w głowę mą. Jednego? Ręką zaczęła szperać po drugim uchu. NIE MA !!! nie ma .........buuuuuuuu......nie ma .....Chciałam się ubierać i w tą noc z latarką gnać, ale nie miałam sił, by machnąć nogą. Ani wyprostować się.
Mój kloczyk ....buuuu. To naprawdę był fajny komplet. Pewnie zgubiłam gdzieś na ulicy jak niosłam śpiącą córę. Ech.....Buuuuuu....... Zasnęłam smutna z wizją, że a nuż może koło ławki przed klatką leży?!
Rano kiedy ścieliłam dzieciakom łóżka  wlazłam na coś lewą nogą. Pieprzone lego - pomyślałam. Schyliłam się i........nie wierzyłam swemu szczęściu. To był kolczyk! Mój kochany kolczyk! Życie cudem jest.


 Tak więc z całej radochy Zygmunt dostał swoją choinkę. A co tam. Idą święta - magiczny czas, więc niech magia trwa.

Choinkę przystroił syn -sam!:)


A poza tym nie mogłam się oprzeć i kupiłam w dronce świecące cosiki :) 

 Na półkach wyglądają radośnie i barwę zmieniają :)))


I bałwanka mam i gwiazdkę i totalnego pozytywnego zajoba. Aż micha mi sie cieszy.

A atmosferę podgrzewa fakt, że zamówiliśmy bilety na Hobbita i porywamy syna do kina. 

Czuję, mówię Wam, że nadchodzi zajebisty czas!!!!!!!!

:DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD





Na tyle zajebisty, że pieprzonych kierowców, innych kierowców będę bić słowem po Nowym Roku :PPPP


wtorek, 17 grudnia 2013

o Bieszczadach mych ....









Takie cudo zrobiła córa na zajęciach przedszkolnych z plastyki. Oczywiście nie sama, bo aż tak zdolna nie jest. Patrzę na sowę i sama mam ochotę wziąć kozik w ręce i podłubać. Artystyczne poszukiwanie spokoju. Rycie dłutem jak poszukiwanie drogi życiowej. Jedno życie, a tyle wyborów i przypadków, które wszystko burzą. Albo budują.
Drewniane rzeźby kojarzą mi się z Bieszczadami.  Bieszczady, ten kawałek ziemi, który niesie coś z sobą niesamowitego. Dzika przyroda, dzikie dusze. Miejsce ucieczki. Stachura, Hłasko (wiem, wiem, ze Bieszczady są mu tylko przypisywane), miejsce buntowników, miejsce tych którzy chcą żyć inaczej. Coś zgubić, coś znaleźć....Siedzieć przed chałupą i dłubać z dala od cywilizacji. Od tłumu, instytucji. Przyjemna forma niebytu. Dłubać w drewnie, w nosie, w ziemi, w duszy ....
Zresztą uciekłam w te swoje Bieszczady....
Uciekłam z kolesiem poznanym przez ogłoszenie w gazecie. Miałam 17 lat. Siedziałam w filozofii, w religiach, poszukiwałam sama nie wiedząc czego. Egzystencjalizm wraz z Buddą mieszały mi w duszy. Filozofia hinduska z materializmem odciskały swoje piętno. W poszukiwaniach swych odnalazłam jednak ułudę miłości.
Wsiadłam do pociągu i pojechałam. Rodzicom powiedziałam - jadę z koleżankami. Ha! uwierzyli, bo obarczyli mnie czymś strasznym - zaufaniem. Nigdy jakoś nie zawiodłam. Nigdy zaczęło być nudne.
 A jak nigdy jest nudne to nadchodzi czas zmian.
On miał wsiąść po drodze. Tyle, że przy kontroli biletów okazało się, że jednak muszę z tego pociągu wysiąść. Więc na najbliższej stacji opuściłam wagon. Obce miasto i ja. I pociąg za dwie godziny. Poszłam do budki i zadzwoniłam do niego, by powiedzieć, że jadę następnym, ale jego  już dawno nie było w domu.  Wyszedł na dworzec. Zonk.
Samotne wakacje? Czemu nie. Zew przygody. Zresztą głupio do domu wracać. Wsiadłam do pociągu: kierunek Bieszczady. Z paroma złotymi w kieszeni, bez namiotu, za to z paczka papierosów. Nie będzie źle.
Kiedy  pociąg hamował na jego stacji, wychyliłam się przez okno krzycząc:
- Grzegorz.
Bez wiary, że się odnajdziemy. Dostałam pstryczka w nos -trzeba wierzyć. Był. Poznałam faceta ze zdjęcia.
On nie wiedział jak ja wyglądam. Ha! Taki numer. I znaleźliśmy się.
To że odnaleźliśmy się powaliło mnie na kolana, jego powaliłam ja, a  iskra cudu zamieniła to wydarzenie w coś mistycznego.  Dwa tygodnie włóczenia się po górach. Włażenia w doliny, na połoniny i na szczyty nie tylko górskie. Świat przestał istnieć.  Eksplozja zatracenia, a jednak odnalezienia czegoś ważnego. Odkrycie, że miłość jest tym wszystkim co każe nam żyć, być, nakręca. I ta duchowa, i ta zmysłowa  jest turbiną dla pozytywnego istnienia. A takie istnienie przezwycięża uczucie osamotnienia, zagubienia w poszukiwaniach. Odnalazłam sens istnienia i siłę życia.

Grzesiu później do mnie przyjechał. Przyjechał w sobotę. A sobota u mnie był dniem udręczenia. Matka sprzątała jakby to była misja życia. Sobota była masakrycznym dniem. Naszą miłość wciągnął odkurzacz.
Grzegorz odszedł, ale ja miałam Fromma. To lepsza pamiątka niż Grzesiu Junior. Jednym słowem miłość trwała, zmienił się tylko obiekt.

Parę miesięcy później jednak zawisłam nad życiem i zleciałam w dół. Trafiałam do szpitala ....Ale to inna historia.

Jednak Bieszczady z tą moją duszą szepczą mi, by kiedyś jednak kupić tam chałupę i żyć na uboczu świata. Żyć w zgodzie z naturą. Odnaleźć prawdziwego człowieka choćby przy szklance wódki. Tak siąść, wyciągnąć nogi i gwizdać pod nosem. Odnaleźć wolność istnienia nie obarczoną niczym poza chęcią  życia.
.
A póki co dałam się uwieść historiom o Bieszczadzkich Zakapiorach*. Cudowna opowieść o ludziach, którzy istnieją. Ich historie były niesamowite. Rzucić wszystko i uciec. W tchórzostwie odnaleźć odwagę, czy w odwadze jednak wskoczyć w tchórzostwo. To kolorowe ptaki, które fruwając nad górami nadają im magię. Takie są właśnie Bieszczady.W mojej duszy.
Kiedyś tam się zagubię, by się odnaleźć na nowo. Z koza pasącą się przy lawie, na której będę siedzieć i dłubać w kawałku drewna.











* http://lubimyczytac.pl/ksiazka/62785/majster-bieda-czyli-zakapiorskie-bieszczady