Siedzę zamyślona przy kolacji. Wpadła Młoda. Z impetem. Oto powrót laski z karate.
- Mamo a wiesz, że jeden chłopak się we mnie zakochał ..............chyba się zakochał...
- No i luz.
- Ale mamo...on dziwnie patrzy...
- No co? jesteś fajna, zabawna i śliczna...
Na córka stanowczym tonem przerwała mi:
- Ale nie do kochania!!!!!
I wyleciała z kuchni. Za kotką.
Nie do kochania. Cała moja córa. Klon. Po prostu klon.
- Młoda, może jednak wrócisz do kuchni i zjesz kolację, opowiesz jak było w szkole.....
- W szkole to ja narysowałam psa, tak mi się wydawało, że to pies, ale to był koń. Jak koń? Patrzę, ale to był pies, srający pies, więc dorysowałam gówno.
I wyleciała.
A ja?
Zjadłam parówkę. Włączyłam film. Tak będzie dobrze.
piątek, 3 listopada 2017
Alle Götter waren unsterblich!
Dusza ma zrodzona z przepaści, pewnego dnia będąc ciekawa świata, wzniosła się ponad krawędzie i uleciała do góry, do góry tak. Tak wysoko poniosło ją i nosi ją wszędzie, ale w głębi, gdzieś pod drugim żebrem, czując ból, wszechogarniający, zniewalający ból, wiedziała, że tęskno jej do domu. Na to dno. Do tej przepaści, z której zrodziła się, chce wrócić i przytulić swoje skrywane oblicze. Na początku i na końcu życia zawsze jest upadek człowieka. Wypada płód z pomiędzy nóg na podłogę, powije się powije, by wpaść metr siedemdziesiąt pod ziemię. Utkana z czarnych nici atomów pochłaniania wszystko. Wciąga inne dusze i piwo i pizzę. Wódkę też, ale zmrożoną bardzo. Odkaża szramy. Uczy się śmiechu. Kiedy taka dusza umiera nie leci do nieba. Nie leci do piekła. Staje się częścią czarnej dziury. Dupy wszechświata, która działa na odwrót. I nikt nie wie, gdzie sobą sra. Wszyscy ją widzą. Tylko nie ja. Ten kawałek czarnej dziury we mnie. Skręcam kolejnego papierosa patrząc w monitor laptopa. Prawdy objawione spływają nurtem jak woda z kranu PRL-u. Powoli. Słyszalnie. Jestem wkurwiona. Wychodzę na miasto. Wieczorne piwo w popularnej restauracji, by w tłumie się zagubić. Siadam przy jedynym stoliku wolnym. rozpinam kurtkę, nie wyciągam telefonu. Zamawiam. - Z pięćdziesiątką proszę, Biorę po marynarsku na te fale w duszy. - Cześć kobieto o szatańskich oczach...... Umrę. Umrę kiedyś naprawdę. Nie ma ucieczki. Albo napiszę romans. Nie, nie, historię prawdziwej miłości. Zrodzonej ze snów. - Mooniek, Moniek napiszę romans. - A rób co chcesz... Jak zwykle pomyślałam, a potem dziwi się ..ech... - A ty się choć raz tak zakochałeś szaleńczo, by stracić rozum? - Nie. - Ja też nie, ale jak sobie wyobrażę to musi być to fajne, takie wzdychanie no nie? - Astmę masz. Nie wystarczy ci? - Spadaj Gru. - Gru? - A co minionków nie widziałeś i siebie w lustrze? Zaczynam od sceny. -Szlag, jasny, czy tylko ja mam zmywać w tym domu? Nie, od tej sceny. - Kurwa, gdzie moje klucze!!! Od tej sceny też nie.! To parę lat później. Tzn. rok później po ślubie.
Spała. Poprawił jej kołdrę i pocałował lekko w czoło, muskając palcami palce. Patrząc na nie zalała go fala czułości. Schylił się, by je pocałować: jeden po drugim. Wyszedł po cichu do kuchni. Zamyślony oparł się o meble: " Jestem szczęśliwy, jestem szczęśliwy....." Uśmiechnął się i mrucząc pod nosem postanowił ugotować rosół dietetyczny, a kiedy zaczęło w garnku bulgotać sięgnął po książkę. Od czasu do czasu odrywał się od kartek oraz garnka i opierając się o framugę drzwi spoglądał jak słodko śpi i choć dłonie go świerzbiły nie chciał dotykiem zabierać jej snu. "Śnij spokojnie, śnij" -myślał patrząc na nią z rosnącym uczuciem pożądania, fascynacji i czułości.
Wyszedł z domu szybkim krokiem i udał się do kwiaciarni po różę.
Miał plan, gdy ona będzie budzić się, on będzie przebudzał ją kwiatem, będzie pieścił lekko jej ciało, od noska po paluszki u nóg. Na samą myśl nabrał mocno powietrza. Nie wiedział, że można tak tęsknić mając ukochaną tak blisko. Kiedy obudziła się przysiadł koło niej. Kwiatkiem pieścił jej ramiona, dekolt patrząc w jej oczy. - Co mi się tak kochanie przyglądasz? - Coraz mniej w twych oczach przepaści.......
Dla mnie… Byłam zadurzona w takim rodzaju miłości. ,.. Chyba byłam bardziej zakochana… no wiesz, w lataniu… nie wiem, w lądowaniu, w kawiarniach, w papierosach… w powiewie nowości, Tego nie ma. To idea miłości. Kochasz ideę bardziej niż ... Kochasz odległość. A kiedy odległość znika… Kiedy… kiedy nie trzeba już przemierzać oceanu, wszystko. co trzeba przemierzyć. to korytarz… W każdym razie wszystko skończone. Po prostu mi przeszło. Teraz to tylko złe wspomnienie. Jedno z wielu. Kiedy sobie przypomnę, co wyprawiałem, ...i myślę o tym wszystkim i jest mi cholernie wstyd… Zaczynam… śpiewać. Kurwa, śpiewać! Śpiewam w pokoju, pod prysznicem, przy zmywaniu. Śpiewam. Idea miłości. Idea polowania. Idea poszukiwania. Idea tworzenia. Idea przyczepności. Idea wolności. Szukania życia poza murem. Bo może jednak jest coś ponad. Spotkanie człowieka, który zasiada w kącie duszy i zaczyna być graniczy z cudem. Tak po prostu zasiada i bawi się oglądając z ciekawością ciężary. Niewinnie jak dziecko i pyta się: a to? a to? a to?Rozbraja sobą. I spostrzegawczością. Głaszcze szramy. Podchodzimy ze śmiechem do okna wyrzucając balasty. Własne.
Fałsz zagłusza się krzykiem. Słowami wielkimi. One niczego nie prostują. Nie lepią. Jak się pisze to tak nie jest, ale chce się by tak było. Prawdziwość nie potrzebuje dokumentacji. Jest zbyt wrażliwa na łapanki. I gapiów. Nie sprzedajna. Poza widzem. Poza murem. Fałsz lubi widzów. Myśli, że stojąc w świetle spojrzeń dojdzie do rozszczepienia i stanie się prawdą. Chowam swoją prawdę głęboką. Nie jest na sprzedaż. Frustracja i gniew owszem Spójrzcie na obrazy. Dzisiaj odkryłam Santiago Caruso. Wnikam w mrok. Ktoś wniknął w moją duszę. Poza murem.
ktoś ciągle wali cię w dupę i robi z ciebie kretyna.
- Kaja Kowalewska / Bóg strzelił gola
Litania do własnego serca
jestem własnym więźniem
ograniczam siebie na wszystkie sposoby, gdy moja dusza wyrywa się ku wolności
dychotomia ta zabija mnie
swoją manię wielkości mieszam ze swoim poczuciem bycia gównem
dychotomia ta zabija mnie
dystans do życia budowany z poczucia humoru zanika gdy z duszy wyłania się mrok
dychotomia ta zabija mnie
trzeźwość mieszana z pijanymi chwilami zapomnienia
dychotomia ta zabija mnie
radość życia z usilną potrzebą śmierci
dychotomia ta zabija mnie
wrażliwość mieszana z przekleństwem
dychotomia ta zabija mnie
delikatność z agresją
dychotomia ta zabija mnie
pragnienie z niechęcią
dychotomia ta zabija mnie
Twój dotyk scala mnie
nie biegnę
nie
nie uciekam
Jesteś mordercą
dychotomii mej.
Ale odejdę,
przecież wiesz
Mogę nawet rzec:
Jesteś moją komunią.
Gdy katolik klęcząc przed ołtarzem otwiera dziób daje sobie w tym momencie chwilę ułudy, spokoju. Zabija sumienie myśląc:
- Oto przyszedł Pan do mnie. Nie, nie jestem złym człowiekiem.
Nie, nie jesteś. W tym momencie jesteś jak święty. Pełen boskiej zajebistości i niewinności. Chwila poczucia własnej świętości daję siłę i wiarę w niezłomne własne zasady.
Idź człowieku, idź dalej i spuszczaj innym i sobie wpierdol. Werbalny, nie werbalny.
W niedzielę znowu oczyścisz sumienie.
Seks jest Styksem. Rzeką pomiędzy życiem a śmiercią. Chwilą zapomnienia, Ułudy. Oczyszczenia. Komunią.
W blasku świec zniczy, w ciszy, przerywanej szumem wiatru szeleszczącym opadłymi liśćmi może słychać czasami kroki umarłych, które wtapiają się w podmuch, a my pod murem cmentarnym w pragnieniu swych własnych ciał i życia i śmierci dajemy sobie ułamek radości, chwilę spokoju. Właśnie tu, gdzie łączy się życie i śmierć. Na granicy tej stajemy się jednością. Dusze łączą się splątane w dotyku. Pieprze cię życie, pieprze śmierć, ty pierzysz mnie, pierzę cię.
Trwamy złączeni w jedności dusz. Oplatam nogami jej nagie ciało. Dłonie lekko pieszczą piersi i plecy. Ten kręgoslup, jeden w swoim rodzaju. Każdy krąg niczym pierścienie obietnic. Chcę się tam wplatać jak bluszcz i pozostać. Wniknąć w nią. Palce lekko pieszcząc cicho przykucają na kręgach kręgosłupa. Sutkami drażnię jej sutka. Moje nogi oplatają jej ciało. nasze oczy tańczą w swoim rytmie narastającego pożądania. Ona zagryza usta, usta, których pożądam najbardziej. Oddech robi się coraz bardziej szybszy, a czoło przytulone do czoła rodzi w nas kosmiczną energię. Mięśnie napinają się do bólu ekstazy. Czuję na swoim łonie jak jej cipka pulsuje. Chwilo trwaj. I nie opuszczaj. Tak może wyglądać raj, wieczność. Nie chce inaczej. Chcę tylko czuć ja zawsze, zawsze tak blisko. Gdy nasze serca łączą się w jedno bicie. Nie opuszczaj mnie kochanie, nie opuszczaj....wypalam na swojej duszy nasze przeznaczenie. Kocham ją rozpaczliwie mocno Kochanie, czy czujesz jak nasze dusze tańczą ponad nami - szepcze jej do ucha, którego płatek lekko ssię. cudowny mój ... Zerkamy na siebie spod półprzymkniętych powiek, a we wnętrzu fala tsunami. Nasze usta łączą sie a dłonie .........zatapiamy się w sobie w niesamowitym pragnieniu posiadania siebie, czucia...
. Patrzymy sobie w oczy. Palce witają się w pieszczocie linii papilarnych, chcę być częścią Twego DNA, wpleść się w skórę i zostać. Uśmiech taki nieśmiały i apełen marzeń jak i niewiary gości na naszych twarzach. Pochylam się by ustami go skraść. Całuje lekko jej wargi. Dreszcz przeszedł przez nasze neurony, chwila wzajemnego doznania rozpaliła wnętrza serc. Odchylam głowę, by na nią spojrzeć. W naszych źrenicach: ogień pierwotnej siły. Rozbudzone pożądanie zamienia się w ucztę pełną zachłanności. Bierz mnie moja diablico, bierz. Jestem twoja kością. Chrupiesz. Kostkę za kostką. Dłonie zatapiam w jej burzy włosów.
A kiedy śpi wtulam się w nią, lekko pieszcząc linie jej ciała. Nowa forma doznania. Wciąż odkrywam zakamarki i cienie tajemnic. Zaułki rozkoszy. Całuję moją najdroższą lekko w czoło, w ramię, mruczę: "śpij moja mała" i otulam kocem. Siadam z książka blisko tak, że czuje jak jej ciało unosi się spokojnym oddechem, i czytam patrząc na nią czule. A myśli gorące hasają mi po głowie, w duszy, w sercu. Gorąco mi na wspomnienie naszych pieszczot. Nachylam się lekko całując w ucho. W czoło. W ramię. Znowu pożądam okropnie...
Całując ją lekko w usta wchodzę na teren krainy bajecznej. Oplata mnie ramionami, zanika, oddechy synchronizują się, wbija się we mnie mocno swoimi palcami, natarczywie, jak zdobywca. Szepczę jej do ucha, że pragnę ją, pożądam, nie przestawaj, poczuj to co ja czuję.... oddaję się jej na wszystkie sposoby...Gwiazdy zaglądają nam do alkowy. Dwa ciała splątane w akcie miłosnym wbijają się ponad wszechświat, gdy ziemia śpi. Nasze cipki łącza się w akcie rozkoszy. Piersi pieszczą a języki pieszczą się wzajemnie...Świat przestał istnieć. Niczego nie ma. Jest tylko emocja. Nasza ekstaza.
Niech miasto niech śpi, niech nie widzi, niech nie zazdrości, nie ma nas dla nich. Nasz świat zamknięty w spragnionym dotyku kurczy się do słów, które krążą pomiędzy spragnionymi siebie ustami. Świat nie musi wiedzieć, nie, nie mówmy mu nic. Przecież taka miłość to zbrodnia. Przestępstwo. Nie możemy przestać pieścić się, a ona patrzy na mnie spod przymrużonych powiek. Nie kochanie, to nie sen...Ssię dużego palca u jej nogi, śmieje się, lecz zmienia się barwa jejoczu, łapie mnie za ręce i przyciąga do siebie, zatapiamy sie w sobie, znowu.
Palcami pieszczę drżącą skórę. Całuje mnie do nieprzytomności, łaskocząc moje ciało oddechem, pieszcząc językiem tonie pomiędzy piersiami. Palcami pieści kręgi szyjne, wędruje po każdej część kręgosłupa. Zwijamy się we wzajemnych pieszczotach, nieustającym pieprzeniu, lubię zagryzać zęby na jej ramieniu, gdy wchodzi we mnie mocno i kocham śmiać się i kochać się nieustannie z nią, aż do świtu w oczach. I zapachu porannej kawy. A potem na blacie kuchennym. Przy kawie opowiada mi swój sen:
- Delikatnie pieprzę Cię.......ten rytm jak wiatr pośród maków....zatracamy się......zmysłowy taniec neuronów... .....całuję, pieprzę ,,,,dochodzisz.wiesz jak pięknie wyglądasz?.....wyglądasz tak, że krzyczy we mnie wszystko z rozkoszy ...całuję i przytulam Cię....jesteś, jesteś, .....kocham cię,,,,czule poprawiam Ci włosy, odgarniam te pukle z twarzy, całuje w nos rozkoszny, a Ty drżysz w moich ramionach..........płaczesz wzruszona......byłaś boska wiesz.......całuję Twoje łzy......i zaczynam od nowa kochać się z tobą tak Ciebie pożądam .......kocham najdroższa, kocham
Jak spędzić 11 listopada? Najlepiej na Targach Książki, które odbędą się w Katowicach.
Oczywiście można w tym dniu wywieść flagę, albo napisać wiersz. Ale czyż nie ma bardziej patriotycznego ruchu niż ruch własnego zadka w stronę polskich pisarzy, co krzewią naszą kulturę i dbają o nasz piękny polski język? :)
Może spotkam Żulczyka, albo Plebanek, a może Sapkowskiego, albo Gretkowską?
Nie ważne, ważne jest jedno
Na pewno spotkam Annę Sakowicz (hura!!!:D ),
która będzie promować bajkę dla dzieci
"Leniusiołki"
Anna Sakowicz, cytat z facebooka Na Śląskich Targach Książki w Katowicach będę podpisywać "Leniusiołki" w sobotę 11.11.2017 r. w godz. 12-13 przy stanowisku nr 60. Pierwsze 25 dzieci z książeczkami dostanie ode mnie na pamiątkę miniaturowego leniusiołka. Zapraszam
Historia "Leniusiołków" to historia książki zrodzonej z książki. Bohaterka Trylogii Kociewskiej, Joanna z przyczyn losowych oraz chytrego planu matki wywróciła swoje życie do góry nogami. Ta 40-letnia kobieta wraz z nastoletnia córka zamieszkały u wiekowej cioci Zosi, która rzekomo miała niedomagać. Splot zabawnych historii i sytuacji powoduje, ze czytelnikowi trudno jest się oderwać od lektury, a ciekawość ciągnie do następnego tomu trylogii. Poczucie humoru autorki oraz poruszanie trudnych tematów wyzwala w czytelniku gamę emocji. Są to po prostu książki życia, gdzie miłość przeplata się ze śmiercią, a czytelnik może dzięki tym pozycjom nabierze dystansu do życia oraz wiary, że warto czasami coś zmienić w swoim życiu i że warto mieć odwagę w swoich decyzjach. "Leniusiołki" powstały jako opowieść Joanny, która będąc wolontariuszką w hospicjum postanowiła napisać książkę, by w ten sposób wesprzeć aukcję charytatywną na rzecz młodych pacjentów. W Trylogii Kociewskiej poznajemy historię nastolatek, które zamiast cieszyć się życiem, pierwszą miłością, stanęły w obliczu walki z nowotworem. Bohaterka książki próbuje dać dziewczynom radosny promyk. "Leniusiołki" zamykają Trylogię Kociewską. Jak pisze Anna Sakowicz na swoim blogu:
„Leniusiołki” to bajka dla dzieci w wieku 6-9 lat (mniej więcej). Powstała dzięki Joannie – bohaterce trylogii kociewskiej. Pamiętacie? Joanna pisała bajki dla fundacji, pomagała dzieciakom w hospicjum. I gdy już się to wszystko zalęgło w mojej głowie, trzeba było dać słowom upust. Dzięki temu postawię piękną (piękniejszej nie mogłam sobie wymarzyć) kropkę nad historią kociewską. Cały mój dochód ze sprzedaży książeczki trafi bowiem do dzieciaków z Oddziału św. Mikołaja w Szczecinie, a dokładnie do Stowarzyszenia Rodziców Dzieci Chorych na Białaczkę i Inne Choroby Nowotworowe w Szczecinie (zaliczka przekazana). Jak wiecie w tym mieście zostało część mojego serducha, więc wybór uzasadniony. Kiedyś zresztą o tym pisałam, bo potrzebne były pieniądze na remont oddziału.
Już mogę zaprezentować Wam okładkę! Premiera książki przewidziana była na 10-13 listopada podczas Śląskich Targów Książki w Katowicach. Może jednak nastąpić lekkie obsunięcie terminu i wtedy w grę wejdą Targi Książki w Rzeszowie 25-26 listopada. Wiadomo, czym szybciej, tym lepiej, ale jeżeli będzie to później, płakać nie będę. Cieszę się tak bardzo, że serce wali mi jak oszalałe. To ważne wydarzenie, ważna pozycja w moim dorobku, bo spełnienie pragnienia bohaterki, której wiele zawdzięczam. Dzięki Joannie stałam się pisarką. Tak chyba mogę napisać, choć palce drżą przed wystukaniem na klawiaturze tak dumnie brzmiącego słowa.
Co tu dłużej pisać? Jestem po prostu szczęśliwa, że udało się to moje małe przedsięwzięcie! Mam nadzieję, że dzieciakom się spodoba.
Przeczytałam "Leniusiołk"i (dziękuję Ani, buziak wielki) i jadę po książkę ze swoją córką, która mając w sobie ogromnego leniuszka musi tą pozycję przeczytać. Koniecznie! Zresztą, jak mi Młoda zapowiedziała: - Jak trochę podrosnę to przeczytam wszystkie książki Ani. - I słusznie dziecko, słusznie. Jak zwykle dobry wybór.
Anna Sakowicz i jej książki, które polecam obiema rękami, sercem i głową :D
- Czy nie wiesz, ze artyści nie mogą mieszkać razem?
Zamknij dwóch artystów w jednym pokoju,
a po tygodniu popodrzynają sobie gardła szpachlami.
Pierre LaMure Moulin Rogue
O piątej trzydzieści zsynchronizowałyśmy z kotką własne potrzeby. Piąta trzydzieści to idealny czas na wspólne wyjście do kuwety. Ona do swojej, a ja do swojej. A potem, drepcząc do łazienki, poczułam się stara, zmęczona i nawpierdzielałam się naleśników. Nie, że w łazience, tylko w kuchni, po tym, jak już umyłam ręce. Przykładna dbałość o higienę, od zawsze. Nauczycielka w szkole cały czas nam tłukła: czyste ręce to zdrowie. Potem ksiądz dorzucił klauzulę o czystym sumieniu. A potem zrobiło się tak sterylnie, że chciało się jechać na wieś po gnojówkę, by wszędzie ją porozrzucać krzycząc, że brud to część życia. Musi być gówno i tyle. Tak też mawiają poszukiwacze pereł.
Czy szósta rano, jest dobrym momentem na otwarcie wina? A czy kiedykolwiek jest dobry moment na cokolwiek? Zaparzyłam kawę. Zresztą nawet nie mam wina. Ani żadnej butelki. Ani ochoty. Przynajmniej do dziesiątej. Ekspres zabulgotał. jak we wszystkich książkach.
Poszukiwacze pereł. Dominikanie mówią: idź drogą Chrystusa, Droga męki pokazuje co jest ważne a co nie, co jest do ogarnięcia w życiu a czego nie da się ogarnąć, bo jest poza zmysłami. Wiara- opium dla ludu, prawda panie Marksie? Bo książka, która miała być odkryciem własnej tożsamości, własnej drogi prowadzi do boskiego haremu. Jakby inaczej. Przecież pisali ją Dominikanie. Twórcy inkwizycji. Domini canes. Hau, hau, hau... Nie ma to jak ślepo cytując frazesy ścinać głowy. To nie mord to akt wiary. Kaci z Oświęcimia też tak mogli powiedzieć. Bo jak jest różnica? W zaroście idola?
Zadziwiające jak łatwo jest się wyzwolić ze wszystkiego, powiedzieć to kwestia wiary i wypiąć się na wszystko.
Jak łatwo jest wszystko sklasyfikować i po dopinać do systemu, jaśnie panującego nam w głowie.
- Wiesz co? chcę kogoś spotkać na żywca, zachłysnąć się gestem, spojrzeniem, słowem i pierdolnąć na kolana, ale coś czuję, ze prędzej przed śmiercią się wypierdolę,..
Radosny telefon kumpeli zrzucił mnie z niesławnych kart historii ludzkiej.
- Na kolana przed śmiercią? A co ty chcesz jej ciągnąć?
- Głupia. Właśnie, ze nie chcę umierać, a ciągnąć to ja ciebie chcę, ale na wieczorne wizytowanie knajp, bo inaczej nie pierdolnę.
- Wizytowanie czy łowy?
- Będę po 20stej.
Rozłączyła się.
Godziny minęły.
Nadszedł czas pierdolnięcia.
- Lepiej szykuj kolana....
gueule de bois - Henri de Toulouse Lautrec
(będzie też w Poznaniu, na ul. Wielkiej, gdzie można zobaczyć jeszcze Daliego i Chagalla no i oczyiście do stycznia jest Kahlo - Poznań, zamek :))
Historia obrazu jest życiowa. Henri nagle ocknął się w jakimś podrzędnym barze, nie wiedząc w jakiej jest części Paryża. Zamówił koniak, który oczyszczał go ze wszystkiego i przywracał zdolności myślenia. Barman mu podał po czym podszedł do stolika, przy którym chrapała kobieta, Potrząsnął ją za ramię po czym uderzył ją w twarz z otwartej ręki krzycząc, że to porządny lokal i tu się nie chrapie po czym odszedł. Henri był zdumiony atakiem agresji, ale cóż mógł zrobić? Był tylko karłem. Przebudzona kobieta była w szoku. Rozcierała policzek patrząc się tępym wzrokiem w butelkę. Ten moment Henri uchwycił w szkicu. A potem powstał ten obraz.
Uciekam przed światem. Zamykam się w stronach książek. Bo co ma świat do powiedzenia? A ja co mam? Milczenie przerywa szelest przewracanych kartek. Litery wprasowuję w duszę. Aaaa, beee, ceee. Tego też nie rozumiem. Nic już nie rozumiem.
Wczoraj znowu uciekłam na motor chcąc zostawić za sobą wszystko. Droga i ja. I prędkość, która nie jest już prędkością. Nuda. Jadę trzymając kierownicę jedną ręką. Próbuję jechać bez trzymanki.
Kombinuję. Bawię się. Oswajam siebie i swój strach.
Przede mną jechały dwa samochody. Postanowiłam wyprzedzić, choć nie mam za bardzo czym. Ale co tam. Przyśpieszyłam, pomimo, ze widziałam auto jadące z naprzeciwka, ale co tam: motor to motor. Okazało się, że auta które mijałam wlekły się przez jadące przed nimi auto. Nie zdążyłam się schować. Jazda między autami, na trzeciego, okazała się być strzałem adrenaliny w serce. Moja dusza wskoczyłam na wyższy level i zamarła. Poczułam jak zmienia mi się kąt postrzegania świat. Poczułam w sobie siłę i nieśmiertelność.
- Arte, jesteś nie do zayebania, nie do zajebania.