Porwałam dzieciaki na stadion. Zrobiliśmy wycieczkę rowerową w stronę sportu. Młoda wyrobiła na podwórku krzepę i nieźle pedałuje, wiec mogła w końcu z nami pojechać.
Jeszcze trochę, a będę mogła z młodymi śmigać po polach i okolicy. Cudnie! Wreszcie będę miała z kim pojeździć. Reszta niech siedzi w domu i marudzi na pojebane życie.
Bo tak łatwiej.
Mi też.
Więc chce wzbić się na sztukę maksymalnego sportu.
Zmęczone mięśnie nie pozwalając głowie myśleć, dają radochę. A nawet satysfakcję. Choćby z wyrabianych łydek.
Nad nami były dziwne chmury. Wiał wiatr, który pachniał usychającymi liśćmi. Drzewa mruczały pieśń krasnoludów. Jesiennie się zrobiło. Dzieciaki grały, a ja leżałam w trawie. Wpatrzona w niebo. Moje myśli, gdyby zmaterializowały się, byłyby jednak wesołymi balonikami. Pewnie każdy uśmiechałby się widząc tak kolorowe zjawisko.
Czasami niewiele potrzeba, by jednak poczuć radość.
Ale lepiej marudzić.
Leżąc na trawie czułam tą chwilę. Chwilę radości i wyciągnięcia. Spełnienia. Tylko tą chwilę co właśnie trwa. Ten wiatr. To niebo. Ten błogi spokój. Ten moment życia. Reszta była poza mną.
Zieleń, błękit...właściwie mogłabym być owcą ...właściwie to mam coś z owcy, i bynajmniej nie jest to futerko.
Tyle, że owca nie dostałaby z rana takiej niespodzianki. No chyba, że byłabym kozą,to koza mogłaby dostać, ale do zjedzenia, bo one wcinają wszystko. A ja dostałam z rana porcję lovewstrząsów.
Dzieciaki wpadły do łóżka i budząc mnie dostarczyły pocztę. A oto co było w kopercie.
Syn sam zrobił kopertę,
a rysunki wykonali razem.
Jestem królową- jakby ktoś nie wiedział :))) (rys. Starszy)
Ten rysunek powieszę na szafce, gdzie są czekolady, a kopie na lodówce -
bo mam coś z misia - jesień zwiększa mi się apetyt, na wszystko, o łoł :D - a tu psze, dobry wymiar
(rys. Starszy)
-
A tutaj wyprowadzam kota i psa. (rys. Młoda)
Interesujące są chmurki w wykonaniu Młodej. Bo one własnie takie są. Płaskie od strony ziemi.
Starszy znowu dał się zrobić w bambuko. Do mężula przyszedł sms - ding dong.
- Starszy otwórz drzwi. -krzyknął T mrugając do mnie.
Syn poleciał.
Ups, znowu żart.
Przyszedł do nas
- Znowu dałem zrobić się w konia.
Lecz tym razem zamiast nosa na kwintę, był uśmiech od ucha do ucha.
- No cóż, następnym razem może z nas zażartujesz?
- Przez życie trzeba przejść z godnym przymrużeniem oka, dając tym samym świadectwo nieznanemu stwórcy, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie, jaki uczynił, powołując nas na ten świat
- Stanisław Jerzy Lec






.jpg)




