środa, 6 sierpnia 2014

dni...

Córka rozwinęła skrzydła towarzyskości. Jak pognała na podwórko tak znikła na parę godzin. Żyła radosną zabawą, które lepsze było niż obiad, picie.
Zastałam ją gdzieś pod blokiem w brudnych, rozdartych leginsach. No proszę, taka to się bawi. A Starszy pierwsze spodnie rozdarł parę miesięcy temu. Taki ułożony.
- Widzę, że bawisz się znakomicie. Młoda, chodź na obiad.
- Nie, nie jestem głodna.
I czmychnęła ubawiona do koleżanek.
Machnęłam ręką. Zresztą męczył mnie kac oprawca, po piątkowym oblewaniu GPSów, więc wolałam opanować tego "germańskiego najeźdźcę"niż walczyć ze zbuntowaną 5-latką.








Zgłodnieje to sama wyczuje kierunek do lodówki. W końcu dzieciaki nie dadzą sobie zrobić krzywdy.
Sama pamiętam jak gderanie o jedzeniu psuło zabawę. Zawsze najlepszą.
Obiad?! Nuuudaaa.
Syn za to, jako kanapowiec, tyłka z domu nie ruszył . Zaszył się w książkach i tyle go widziałam co przyleciał do mnie dopytując się o znaczenie wyczytanych słów. Zatem ja, jako inteligentna matka, nurkowałam co rusz w internecie.
W końcu Starszy oderwał się od książki tylko po to, by złoić mi tyłek w "Wojnie".  Jeśli ja przegrywam w karty to znak, że coś się dzieje...
Mało tego!, grając z mężulkiem dostałam manto w warcaby oraz w kółko i krzyżyk. Cholera, a tak chciałam sobie humor polepszyć ...
- Kobieto ty myślisz?
Zrobiłam minę głęboko upośledzonej istoty, której trochę śliny spływa z lewej strony ust i pokręciłam głową na głębokie NIE.
-Wariatka.
- Fuksiarz.

Zaszyłam się w kuchni walcząc z fasolka szparagową. Odmóżdżające zajęcie nie jest złym zajęciem.
- Weź tępy nóż.
 T. ledwo wszedł do kuchni a już zaczął się produkować niczym stara babka.
Spojrzałam na niego ...
- Co znowu mówię ci co masz robić? Wybacz, to silniejsze ode mnie.
Nie mając pod ręka kapcia na pacnięcie westchnęłam tylko, tak teatralnie ciężko westchnęłam, że normalnie kurtyna spadłaby w teatrze.
- EeeeeeCHHHH!
Westchnęłam właśnie tak, bo po co mam się strzępić.

Młoda wpadła na kolację, ale to był moment. Trzy ruchy widelcem.
- Nie jestem głodna wiesz?
I już była na klatce schodowej.

O godzinie 21.00 T. zwinął córkę z podwórka. Szła do domu, jak za karę, płacząc na pół miasta.
- Dlaczego? Chlip, chlip, chlip....JA NIEEEE CHCĘEEĘĘĘĘ!!!!!
Weszła do domu cała nieszczęśliwa.
- Nikt mnie nie lubi! nikt mnie nie kocha!!!! - wyśpiewała łkającym głosem swoją starą śpiewkę.
I w ten oto sposób staliśmy się rodzicami paskudami co psują zabawę.
- Jasne córuniu, a teraz sio do kąpieli.
A ta oczywiście posłuchała. Pognała jak dzik. Tyle, ze na balkon.
- Moje koleżanki się bawią, CHCĘ DO NICH!!! Buuuuu.....
Ten płacz....
Znowu sobie pomyślałam: - Może by tak kupić betoniarkę? hm....?

Dzieciaki zajęły się zabawą mając w nosie sen.  Syn przybiegł po 23.00 cały ucieszony.
- Mamo! napisałem opowiadanie! Przeczytać ci?
- Dawaj!
Opowieść była o smoku na którego spadła jaskinia. Jego strzępy rozniosły się po okolicy, a ludzie w miasteczku myśleli, że to była walka smoków.
- No synek. Czad!
- Fajne?
- Super! - wycałowałam syna.

W końcu zagoniłam towarzystwo do łózka.
- Ale podręcz nas!
Po serii zabójczych gilgotek przeczytałam Młodej nieśmiertelnego Czerwonego Kapturka, a synowi "Na szczęście mleko" Neila Gaimana.






Potworki zasnęły. Nie wierzyłam, że to nastąpi, tym bardziej, ze w szeptanych planach słyszałam coś o trwaniu do rana. Dzieci to mają jakąś jazdę na punkcie bezsenności. Tyle, że, paradoksalnie, bezsenność sama przychodzi na jesień życia, gdy  starość zamienia się na podobieństwo dzieciństwa. Tak jakyśmy jeździli po zamkniętym torze. Gdzie start, tam meta.


Niedziela. Dzieciaki od rana walczyły z ciastoliną bawiąc się wyjątkowo zgodnie. Pogoda była zmienna:  raz kropiło, raz świeciło słońce.
- Młoda a ty wolisz iść na podwórko czy bawić się w gugu?
- Wolę bawić się w gugu.
- To na podwórko nie wyjdziesz?
- Wyjdę na podwórko. No co? od siedzenia w domu można dostać.....można dostać  ... kręćka.
- A co to jest gugu? - zapytałam się dzieciaków.
- To nasza zabawa- wyjaśnił syn - Młoda jest niemowlęciem, które mówi, a ja tatą. Siedzę na tronie i rozkazuję.
Na myśl o tronie dostałam ataku śmiechu. Noooo, tatusiowie to lubią siedzieć na tronach. I to czasami bardzo dłuuuugoooo....Aż domownicy skaczą pod drzwiami walcząc ze słabnącym pęcherzem.
Jestem tatą i rozkazuję - co to za model? Hm....Porozmawiam sobie, ale nie dzisiaj.

Pół dnia przesiedziałam w domu.
- KURWA- zaklęłam, bo znowu sobie poprzestawiałam coś w laptopie - Przepraszam, nic nie mówiłam.
- Ten komp zabiera ci całą energię - skwitował syn i  wyszedł z kuchni. I dobrze, bo jeszcze by mi sił starczyło na zabicie wzrokiem. W końcu wewnętrzny bazyliszek czuwa, czuwa...


Gdy przejaśniło się wyrzuciłam dzieciaki na podwórko, a sama poszłam pojeździć na rowerze. Ledwo wsiadłam na rower zaczęło kropić. Co tam letni deszczyk. Pojechałam do parku. Jednak to przejaśnienie było ciszą przed burzą.




Zaczęło grzmieć. Napływały chmury. Normalnie pazury obłoków zaczęły przejmować niebo. Pociemniało. Oj!
Postanowiłam szybko wrócić do domu. Zabrakło mi jednak pięciu szczęśliwych minut, by dotrzeć do chatki w stanie nie naruszonym.
Zerwał się taki wiatr  i taki deszcze, ze jadąc nic nie widziałam. Pedałowałam w ścianie kropli, a wielkie krople był tuż przy wielkich kroplach. Właściwie był to mega prysznic. Z masażem. Niesamowite uczucie, pędzić na rowerze mając ograniczone widzenie.
Zmokłam doszczętnie. Idąc po schodach zostawiałam mokre ślady.
- Mam mokre majty - krzyknęłam wchodząc do domu -Szkoda tylko, ze od deszczu....
- Głupek.

Zmokły mi nie tylko majtki, ale również skarpetki. Z koszulki, jak powiesiłam na kaloryferze, kapało równo. Ale jak ten wypad pozytywnie na mnie zadziałał to mało powiedziane. Czasami umoczenie dupska nie jest złym pomysłem. Nawet gdzieś słyszałam, że cierpienie jest ważniejsze od szczęścia. Ale jak cierpi ubranie, a ja się ciesze to co tam, mogę cierpieć, z radością.




- Siedzisz pól dnia w domu, a jak się ruszyłaś to prosto w burzę. Cała Arte ....
- Nie marudź tylko kawę mi zrób, przemarzłam normalnie.


Tak lało



Kapie mi z koszulki :)





widok z balkonu :)





Aż się chciało zaśpiewać....deszcze niespokojne.






Wieczorem dzieciaki zagrały w „wojnę”. T przyglądał się swoim pociechom, aż poczuł, że głowa leci mu do poduchy.
  • Tato, nie śpij, bo masz nam poczytać.
  • Yhy, nie śpię ….
  • To ja tobie poczytam – rzekł Starszy, po czym sięgnął po książkę „Kroniki Avanti”. Gdy ojciec usnął dzieciaki dokończyły partyjkę.

Zagoniłam łobuziaki do łóżka. Przeczytałam Królewnę Śnieżkę i dzieciaki zaliczyły odlot, choć Młoda stwierdziła, że spać nie chce, nie może, nie może...i zasnęła.

T wstał o północy wyspany . Wstał, kiedy ja się kładłam spać. No i było po śnie ….
W każdym bądź razie serial Salem nadal czeka na lepszą godzinę.


Rano budzik zatrąbił o szóstej. Zwlekłam się z łóżka. Kawa, łazienka. Wciągnęłam spodnie na tyłek. O jest pasek, ale gdzie szlufki? Nie dowidzę już tak masakrycznie? Fuck, założyłam spodnie na lewą stronę.

Popędziłam na rehabilitację na mężowskim dwukołowym rumaku. I znowu elektrostymulacja, laser i ćwiczenia. I ból w kolanie. To chyba będzie mój znak firmowy. Ech...

W drodze powrotnej zajechałam do przychodni, by zarejestrować syna. Może za drugim razem zapamiętam termin wizyty.
  • A syn jest chory, czy pani chce skierowanie?
  • Chcę skierowanie.
  • To proszę iść do gabinetu, teraz nikogo nie ma.
Pani doktor wypisała skierowanie do laryngologa.
A tak ludzie marudzą na lekarzy, a tu proszę - cyk i jest.
Gdy zeszłam na parter przychodni to przypomniało mi się, że w czerwcu miałam zarejestrować się na testy alergiczne. Oczywiście już na rok 2015. Podeszłam do okienka, gdzie pani uprzejmym tonem oświadczyła, że rejestracja na badania będzie pod koniec listopada. Aż zarżałam mało uroczo. Olga Lipińska nie wymyśliłabym lepszego kabaretu.

Ok, to teraz czas na przychodnię laryngologiczną.
  • Jutro wizyta.
  • Jutro?! - powtórzyłam zaskoczona. Myślałam, że się przesłyszałam, naprawdę. 

Na poczcie kumpela z okienka zarżała, kiedy wręczyłam jej wypisany dowód na list polecony.
  • Ale ty jesteś nadawcą, a nie odbiorcą hahahaha
  • Co? - nie zrozumiałam.
  • Arte, miej litość, spójrz ….hahahaha....
    No tak nie dość, że często nadaję takie listy to jestem po szkole pocztowej (tak tak, nie było tam chemii, a po pół roku edukacji zorientowałam się na jaką minę wpadłam, ech....) i taki zonk. Nadawca: Biuro obsługi klienta, a ja- odbiorca. Chyba wczoraj nieźle mózg przemoczyłam w tym deszczu....Jaki zresztą mózg.


Syn u laryngologa przeszedł sam siebie.
- A daleko będziesz mi to wkładać?
- A będzie mnie to bolało?
I tak, za każdą czynnością lekarki, był mniej więcej taki zestaw pytań i zastrzeżeń.
Migdałków nie dał sobie zbadać, znaczy się nie chciał dyszeć jak pies mając w jamie jakieś lusterko.

Badania wykazały, że wszystko jest w porządku. Nie ma problemu ze słuchem, tylko jest zakręcony, ufff.....
Kiedy wyszliśmy z gabinetu Starszy rzekł:
- No i co? Nie chciałem by mnie badała to mnie nie badała i co? - cieszył się z tego niebywale.
- I nic. To trochę nie ładnie synu, tu chodzi o twoje zdrowie ....


Dzieciaki bawiły się razem w domku. Młoda poleciała na balkon puścić "żurawia" czy są jej koleżanki.
- Mamo, idę na podwórko - krzyknęła córa i tyle jej było.
Za chwile zadzwonił domofon.
- Synu ... - niech uczy się swoich obowiązków.
- Proszę? - rzucił syn w słuchawkę....
- ..........
- Hahahaha, to chodź!

- I co? Kto to był?
- To Młoda, płakała bo zapomniała ubrać spodnie .....hahahahaha
I weszła taka płacząca do domu. W bluzce i w samych majtkach. Nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu, a ona od płaczu....

Płacz to nieodzowny element egzystencji córki. Gramy w memo. Młoda nie upolowała żadnej pary - płacz. Oczywiście później nas dogoniła, ale swoje musiała wypłakać.

- Zróbcie porządek w pokoju.
- Dobra - syn wziął się za bałagan. A córka? A córka w płacz, bo ją paluszek boli. I nie sprzątała dopóki, nie dostała klapsa. Bo ile mogę mówić, prosić, tłumaczyć, tulić....
Płacz po chwili przeszedł, jak i ból paluszka. Posprzątała genialnie.
A potem znowu z córką rozmawiałam i rozmawiałam ....
 -Mamo, kochasz mnie?
- Kocham cię
- Nie tak, powiedz: No pewnie!
- No pewnie!
- Ja ciebie też.

- Ubierajcie się ... - powiedziałam do dzieci, kiedy kończyły jeść śniadanie.
- Nie, bo się boimy.
- Czego? W dzień?! Czego w dzień się boicie?
- A Starszy opowiedział mi o zombie i boję się.
- No zombiaki wychodzą z ziemi - syn padł na kolana i wykrzywiając twarz rzucił się w stronę siostry - AAAA!!! Wypiję twoja krew ....
- AAAAAAAA ......
Polecieli. Do pokoju. Stukanie drzwiczkami od szafy oraz szufladami świadczyło, ze dzieciaki wybierają odzież.

Młoda wyleciała na podwórko, a syn zajął się sudoku. Osłabia mnie ten gościu ... ale co tam. Po godzinie córa wróciła drąc się zaspana:
- Koleżanki mnie gonią, one chciały coś powiedzieć ,ale nie wiem co...
- Co chciały ci powiedzieć? - zaczął dopytywać się brat.
- Chyba to, że mnie nie lubią ...
- To są głupie koleżanki - stwierdził Starszy - nie idź do nich, zostań ze mną.


Poszliśmy do matki na kawkę. Matka zaczęła pakowanie.
- Wiesz kupiłam więcej kun. W końcu muszę swojej córci przywieźć tequilę.
- Tak? - ucieszyłam się - Koniecznie.

Matka wie, co córcia lubi.
Alkohol alkoholem, jednak nawet w walce polityczniej nie sięgnę po jabola. Zresztą wciąż ten smak, smak młodości odbija mi się wciąż w ciszy nocnej dziwnymi snami i treściami, i też prawie żołądkowymi. Zatem  upiekłam  ciasto z jabłkami. A jak.







Prosty wypiek. Co się będę starać skoro zaraz krzykną: Z ciachem na Kreml!




Wpadł kuzyn. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Poszedł.
- Zapomniałam dać mu flaszkę -  krzyknęła matka wybiegając z domu.
- A o to jest flaszka? - zapytał syn.
- Wódka - odpowiedziałam.
- A co to jest wódka?
- Alkohol. - zdziwiona zapytałam się - Nigdy nie widziałeś?
- Nie.
- Nie??!
- Nie.

Opadłam. Imprezy w domku są, a on nie wie co to flaszka. Potem opadłam drugi raz. Facet widmo, znaczy się facet od szafy miał być o godzinie 13.00. Zadzwonił przed siedemnastą informując  mnie, że lustro stłukło się, więc drugi razy wycinali. Będzie za godzinę, dwie.
 Godzinę? Dwie?
Chyba nigdy .....

Muzyka na luz.......












10 komentarzy:

  1. Arte, Ty upiekłaś ciasto? Ty pieczesz tak w ogóle? ;) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no przecież Twój post mnie zmotywował, obudził patriotyzm :D

      http://kuradomowa.blogujaca.pl/2014/08/04/jecie-jablka/

      :)

      Usuń
  2. Przypomniały mi się moje zabawy na podwórku w dzieciństwie.. ach ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie no, ale ten Mikołejko?! Nie cierpię dziada, normalnie mi się obiad wczorajszy odbija na jego widok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahahaha, specjalnie go wrzuciłam, mi się powieki zrolowały :)

      Usuń
  4. Kto nie ma szczescia w karty,ten ma... :-D Pieknie zmoklas,pieknie! Podrecznikowo! Tez tak chce,ale jak na romantycznych filmach w objeciach ukochanego :-D nie ma co marzyc,nie? :-D

    OdpowiedzUsuń
  5. I co? Mm tego ukochanego pod zraszać ciągnąć? :D

    OdpowiedzUsuń