piątek, 7 lutego 2014

chipsy to gówno




Rano Młoda powitała dzień kaszlem. Aha! A jednak. Wczoraj jak przebierałam ją w przedszkolu to zastanawiałam się gdzie jestem. Kaszel dzieci wskazywał raczej na poczekalnię przychodni lekarskiej niż na przedszkole. I proszę, długo nie musiałam czekać.
Szlag trafił moje plany. Dobrze, że do ostatecznego terminu jest parę dni. A zresztą nadgorliwość jest gorsza od komunizmu. Ostateczne chwile bywają cenniejszymi. Może jeszcze coś mi się przypomni? No właśnie i luz. Zdążę.

Miałam też zająć się swoimi nogami. W końcu  położą mnie na stół, więc gdzie do ludzi z takimi piętami?
Jejku, i znowu dostanę strzał w kręgosłup. To mnie najbardziej mrozi, by nie zostać tym procentem wypadków nieszczęśliwych. A ja, po tych trzech razach, wciąż czuję, gdzie były ukłucia ...bleh. Teraz czwarty, a ja tak nie cierpię igieł! Wyrzucam z pamięci - jeszcze parę dni, nie myślę, nie, nie, nie ...

Zostawiłam Młodą samą w domu:
- Proszę, spij kochanie, zaraz będę.
- Dobrze.
i odwiozłam Starszego do szkoły.
Ochroniarz szkolny znowu sobie zażartował.  Tym razem zapytał się mnie, ile mam dzisiaj lekcji. Powiedziałam mu, że trzy, bo mam w planach wagary.
- Idzie pan ze mną?!
 Żart za żart.

Przypomniałam Starszemu o co ma się zapytać wychowawczyni.
- Ale nie zapytam się, bo zapomnę.
- Nie zapomnisz.
- Ja ....nie będę się pytał, bo nie.
Odnotowałam w głowie: opór wobec kontaktu z ciałem pedagogicznym. Dziedziczne.
Nie to nie. Rozumiem.

Wpadłam na ochroniarza, który pojawił się na korytarzu.
- O, a może pan mi pomoże? Syn zostawił czapkę i rękawice na korekcyjnej i nie za bardzo wiem gdzie się udać na poszukiwanie zgub.
- Wczoraj to było? To będzie u sprzątaczek, Proszę za mną.
Poszliśmy. W pokoju była skrzynka pełna różnych części garderoby. Czapka i rękawiczki zgubione wczoraj przez syna też były.
Podziękowałam za pomoc.

Wróciłam do domu, a Młoda zamiast smacznie chrapać w łóżeczku w sypialni to czaiła się przy pilotach w salonie.
- Co robisz?
- Śpię
Dostałam ataku śmiechu. Cwaniara, no nie mogę ....Śpię, hahahahaha.
- Młoda, pytam się jeszcze raz - co robisz?
 Cisza. Tok myślenia włączony.
- Szukałam kapci. Patrz! -  i podbiegła do mnie pokazując na stopy.
- Młoda, weź nie ściemniaj mi tu matki, tylko mów- bajkę chciałaś sobie puścić, co?
- A puścisz mi?
- No nie, masz się położyć. Potem zobaczymy.
Młoda rozpłakała się przez łzy dukając, że mama jej nie kocha.
Utuliłam, wytłumaczyłam,..
- Ale ty śpisz ze mną ...
i położyłyśmy się spać.Dobrze, że budzik nastawiłam, bo ścięło mnie szybciej niż córkę.
A potem kuchnia - moje piekło, ale obiad trzeba było zrobić.
Muza, plątanina na zmniejszenie bóli. Bo muza ma w sobie siłę. I to słońce za oknem. Wiosna idzie ...Młoda wstała i pląsała ze mną. Mam niezłą kumpelę do wygłupów.


- Dobra puszczam wam film, zostawiam telefon do grania, będę za godzinę. Jakby co Starszy lecisz do sąsiadów albo drzesz się na klatce ok?
- Okej.
Wyszłam na wywiadówkę zostawiając dzieci same w domu.
Nie miałam wyjścia.
Ale kiedyś trzeba przełamać strach. Zaufać, ze dadzą radę. Wyjść.

Na wywiadówce poruszono wiele kwestii. Jedną z nich był sklepik szkolny. Dzieci biegają do niego spóźniając się na lekcje, jedzą chipsy na potęgę, żują gumy i oblepiają się tatuażami. Niektórzy rodzice mówili, ze dzieci przychodzą do domu i wręcz żądają pieniędzy, bo inne dzieci mają, więc nie chcą się czuć jako gorsi, biedniejsi.
Zdziwiłam się. Starszy nigdy nie chciał kasy. Czasami nawet pytałam się, czy nie chce piątaka na picie. Nie chciał.

Chipsy - kurde, jak można jeść to paskudztwo? Jak można kupować to dziecku? Bo gdzieś się dziecko nauczyło to jeść. Nie mówiąc już o obrazkach z ulicy - maluch w wózku zapycha się chipsami. 
Badania mówią jedno - niezdrowe, źle wpływające na cały organizm, tuczące, i podobno obniżają inteligencję. Można poczytać na ten temat. Warto poczytać. Serce, nerki - wszystko obciążone. Nie mówiąc już o zagrożeniu otyłością. I nowotworami....


Wróciłam do domu. Dumna z syna. Wyniki -znakomicie i w normie. Znaczy się daje radę. Zachowanie super. Bardzo cichy i spokojny. Kulturalny wobec rówieśników. Przestrzega zasady, dba o własność swoją i rówieśników. No tak, pani coś musiała napisać. W każdym bądź razie syna nie ma na arenie klasy. Nie wrzeszczy, nie gada, nie piszczy.  Jak dla mnie zrównoważony facet z wycofaniem. Nie istnieje w klasie, choć istnieje dla rówieśników: w końcu często zapraszają go na urodzinkowe imprezy ...

Kultura ...ha!, a w domu bywają i takie dni ...
- Starszy to ty to zbudowałeś? - Młoda trzymając w rękach budowlę z klocków ponawia pytanie do brata.
- Noooooooodwal się.
Nooooo, kulturalna odpowiedź. Bardzo fajna taka.
- Synu!
- No bo odrabiam lekcje a ona mi przeszkadza.
- Nie ona tylko Młoda. Przeproś siostrę. Zawsze możesz powiedzieć,  proszę nie przeszkadzaj mi bo odrabiam lekcję, później pobawimy się, prawda? Przeproś siostrę.
- Przepraszam - padło, ale z niechęcią. Trudno. Niech myśli. A jak nie pomyśli to i tak do tego wrócę.

W końcu co innego obce środowisko a co innego dom. Dom daje bezpieczeństwo, więc można rogi wystawić. A tu gucio - nie można. Zresztą zawsze może być gorzej.  Ale póki co, jak do tej pory, nie było między nimi żadnych walk ręcznych. Aż dziwne ...
Ja swojego braciszka dręczyłam, oj, tłukliśmy się niesamowicie. Moja ulubiona zabawka.

- Synu, a dlaczego nie chcesz pieniędzy do szkoły? 
- Nie. A po co? 
- No do sklepiku.
- Tam gówno jest. Szkoda kasy.
Inni to inni, a on to on.Nie ma w sobie owcy.
A to do tego dobrze mówi.

Pochwaliłam syna za wyniki, za pracę. Powiedziałam, że jestem dumna. Super. Dzięki!
Nie ma co oszczędzać na dobrych słowach zwłaszcza wobec kogoś, kto na to zasługuje. Zresztą miłe słowo nieźle mobilizuje.

Początek niezły, a jak będzie dalej czas pokaże. Byle do przodu, ot co.

Teraz biorę azymut na Młodą - rysowanie, szlaczkowanie, wszystko dla wyrobienia ręki. Choć z nią to jest inna para kaloszy....Aż się uśmiechnęłam. Nie będzie tak lekko. Ale i ze mnie jest uparty osioł.


 Młoda :))))












środa, 5 lutego 2014

jeden dzień, zwykły dzień



Siła magii leży w słowach i czynach, znaczy się w rękach, co czynią. Bo jeden mały cudowny gest zamienia klimat swojski w coś niezwykłego.
Słowa bez czynów są tylko słowami. A czyny bez słów? Czynami mniej doskonałymi. Bo uszy lubią pieszczotę.

Poszłam zatem  kupić coś fajnego mężulkowi. Nie, nie jogurt z cukierkami. Ale pierdołkę - niech cieszy serce. Bo czy musi być jakaś okazja? Nie musi ...

Zresztą gotować nie umiem, więc muszę chodzić innymi drogami niż przełyk.

Ha, zawsze można  na swym tyłku napisać :kocham cię- to dopiero jest dla faceta odkrycie. Albo na stopie narysować małe serduszko. Albo karteczkę włożyć do kieszeni kurtki.

Czarować trzeba, oj trzeba.

A poza tym miłość jest jak szczenię - lubi figle i pieszczoty.

Czary mary...czary mary...

Na magię długo nie czekałam, bo magia pojawia się na wielu płaszczyznach.

Syn zaczarował. Abrakadabra- wracam do domu w kapturze. Innymi słowy zgubił czapkę i rękawiczki. Nie ma. Zostały gdzieś w szatni. Poleciał. Zamknięta. Nie chciało mi się szukać nauczycielki. Wyszliśmy ze szkoły. Jutro zapytam się. Sorki - syn będzie się pytał w moim towarzystwie o swoją zgubę.
- Ale mi przypomnisz?
-A dlaczego? Masz pamiętać.
Pewnie i tak będę musiała mu przypomnieć.

- Wymyślę ci karę. Abyś zapamiętał, że masz pamiętać o swoich rzeczach.
- Klaps?
- Klaps? Daj mi spokój. To nie kara to bicie. Już ja coś wymyślę.

Weszłam do pokoju.Syn pakował tornister na jutro, wiec strzeliłam go leciutko w tyłek mówiąc:
- Chodź na obiad.
- To była kara! 
- Co?
- To był klaps.
- Jezu, co tobie dzisiaj...
- Wiem daj mi 50 klapsów.
- Żebym się spociła? Mnie litość ...Co ty masz z tym klapsem?
- Wole klapsa niż obdarcie ze skóry.
- Co?
-To jest lżejsza kara.

Łyknęłam kawę, by ogarnąć tą przestrzeń. Co on mówi? Siadłam. Poprawiłam niesforne włosy. Właża mi do oczów, tańczą na głowie, żyją własnym życiem. Nie do wiary, że rok temu miałam boki wygolone do skóry. A teraz? Jeszcze trochę i może coś będzie. Albo się wkurzę i znowu się wygolę.Hm...
Syn wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
Rozmowa zeszła na kary. No właśnie, kiedy syn dostał karę? Starszy nie pamięta kiedy i czy ogóle był karany. Ja też nie. Hm ...nieważne. A nie -kiedyś odsyłałam go do łóżka na dwuminutowe rozmyślania o życiu. Ale kiedy to było ...

Dzisiaj rano zastosowałam tylko szantaż. Starszy znowu chciał zjeść mleko z płatkami.
- Jak zjesz te dwie kromki to będziesz grał, a jak nie zjesz nie będziesz grał. 
 - Dobra! - odparł ucieszony i przez 20 minut męczył te kromki. Ale zjadł.
A potem był poranny bieg - toaleta, ubranie się. Bo Młoda to w ogóle nie chciała wstać. Zimno, spać, zimno. W końcu jak wstała to też chciała jeść. Boże, ratuj mnie.
Moja mantra - luz, nie wkurwiaj się, luz, spokojnie. Mówiłam do siebie jak do wściekłego psa, by nie powiedzieć suki. I nie wydarłam się. Rzekłam mocniejszym tonem - A teraz ruchy, bo spóźnimy się!!!!

Wsiedliśmy do auta. Szyby białe. Trzeba skrobać. Chyba umrę.
Otworzyłam drzwi złomu, a moja skrobaczka leżała na ziemi. Co ona tam robiła? Ile tam leżała? Nie wiem. Czary? Na pewno nie wypadła jak wsiadałam. Czasami sama siebie osłabiam, ale co tam, trudno.Szybko wzięłam się za szyby - ufff, nie przymarzło, ale łapki mi zmarzły.

- Ty jesteś ponura a ja ciekawy świata. - wyparował syn.
- Ze co? Co ty mówisz? Jak?
"Trójka, czwórka 70-tka, fuck, co za pacan wyjechał. Wyjechałeś dziadu to dawaj gazu!- ja pier....."
- Że co ty powiedziałeś? -wróciłam do rozmowy z synem.
- No bo ty nie chcesz szukać złotych jaj
- Złotych jaj? O Jezu, synu, weź, prowadzę... - no będzie mi o grze nawijał jak tu muszę uważać na swoją blachę.
No dupa jasna, kolejny pacan- najpierw stanął nieoczekiwanie w miejscu, a później włączył kierunkowskaz.
Wyhamowałam, bo nie trzymam się tyłka. Albo głupek albo liczył na stłuczkę. Grrrr.....Dupek!

Dzień robi się coraz dłuższy.Zauważyłam to dzisiaj jadąc na trening. No moje postrzeganie świata jest trochę takie.....takie ....takie artrowskie. Dociera, ale z mega opóźnieniem.
Młoda z nami wybrała się i to sama z siebie. Przedtem nie chciała jeździć, bo było ciemno.
Ledwo ruszyłam z parkingu córka rozpłakała się tak jakby krokodyl odgryzł jej rękę.
- Co się stało? - zatrzymałam auto. Tylko spokojnie, tylko spokojnie, oddychaj, to twoje kochane dziecię...
- Moooojaaaa  laaaalkaaaa.......ja chcęeeeeee lalkęęęęę.
Zagryzłam zęby. Nie powiedziałam nic poza- Nie płacz. Pójdę. Poszłam do domu.
- Dziękuję mamo.
- Proszę, dla ciebie wszystko.
Pojechaliśmy. Syn wleciał na salę, a my poszłyśmy do parku i odwiedziliśmy bibliotekę. Piotruś Pan, Mikołajek i Kubuś Puchatek wleciały nam do plecaka.

- Mamo, mamo tam jeszcze jest lód. Zrobię sałatkę z lodu.


- Mamo a co to znaczy szwankować? - zapytał się Starszy.
- Szwankować? To znaczy, że coś się psuje, działa tak jak nie trzeba, jest po psute. A co?
- Mamo ty szwankujesz! - odparł syn i zaśmiał się.
No śmieszne, dziękuję.
Nie ma to jak strzał znikąd.

Nie odgryzłam głowy, bo przyszła paczka. Wypakowałam. Każda sztuka złowiona za 9,90 zł.
Jak przepadnę to wiadomo gdzie. Zaczęłam wertować,wąchać...wpadłam na całego,


a z tej przepaści wyrwał mnie krzyk.
- Mamo pająk!!!
- Nie dam się nabrać!
- No ale jest tam, patrz.
Wstałam. Weszłam do pokoju. Był w rogu. Wielki wstrętny obrzydliwy. Ale się wypasł.
- Zabiję go - powiedziałam dzielnie. Hm tylko czym? Kapciem nie tknę, bo spadnie na mnie, na gardło się rzuci...
- Nie wolno zabijać - odparł syn.
Zawarczałam.
- Nie wolno, ale chcesz by wszedł ci pod kołdrę?
Tralalalala....
- Mamo zabij go!
- Szybko zmieniasz zdanie. Wciągnę go odkurzaczem. Ha!
Dzieci dostały ataku śmiechu. Sadyściątka. Po matce. Ale żaden pająk nie będzie mnie w nocy żarł. Bo pająki mnie gryzą.
Jeden problem znikł, to pojawił się drugi.
Jutro jest wywiadówka. Trzeba pójść, a nie mam z kim dzieciaków zostawić.

- Młodej puścisz bajki, mi dasz swój telefon i damy radę. Nie musisz się martwić.

Genialne wyjście. Przecież to takie proste.Synu, jesteś wielki.

A co najgorsze to chyba będę musiała tak zrobić ....
Kiedyś osiwieję, może jednak ogolę się na łyso?






poniedziałek, 3 lutego 2014

Radocha :)



Starszy przeciągnął się leniwie schowany pod kołdrą.
- Dzień dobry kochanie
- Yyyykhhmmm
- Co mruczysz?
- Nie lubię poniedziałków - wyjęczała głowa. Za głową postrzelały kości - syn wstawał.
Wycieczka dzisiaj! - pozbierał się w dobrym tempie.

- Nie chcę bułki, nie będę jadł. - syn stanowczo zaoponował na wieść o drugim śniadaniu.
- To przywieziesz ją z powrotem, w czym problem? - no co ja będę rozdrabniać się, no weź, zjesz i takie tam marudzenie - daję: zje to zje, nie zje to nie. W nosie to mam. Dziecko sobie krzywdy nie da zrobić.
Bułka z dżemem wylądowała w plecaku, plecak w ręku - syn pojechał.
Na jeden dzień. Polepić z gliny.

W czerwcu pojedzie na obóz treningowy. Dał się przekonać. Chce. Na 7 dni. Rozpiera nas duma. Radocha.
Naprawdę chce jechać. Bo jakby się uparł to moglibyśmy się w nos pocałować.
Dorasta. Powoli.
Nawet wszystkie dwójki ruszyły z kopyta - zaczęły ruszać się. Będzie się działo - nitka, klamka, dentystka.

Młoda odprowadziłam do przedszkola. Poranny leniwy spacer, przecięty przez dwa czarne koty.


Dom. Cisza. W tle muzyka. Kawa.

- Popatrz co dla nas wywróżyłem z fusów.
- Co?
Spojrzałam do kubka.
 I oto co zobaczyłam.









niedziela, 2 lutego 2014

Niedzielne słowo



- Gdzie jesteś? - krzyknął mąż  szukając mnie po "salonach" naszych.
- Tato, mama siedzi w kibelku, pewnie sudoku rozwiązuje.
Ca za kabel! Już ja go dorwę!!!
 - Nie ma mnie - ryknęłam ze świętego miejsca. Cieszę się, że mogę drzwi zamykać od wc. A nie jak rok temu ...(klik, link)

sobota, 1 lutego 2014

a teraz Młoda :)



Wczoraj córa uznała, że chce spać u babci. Chce, bo dawno nie spała.

- To się pakuj Młoda, wiesz gdzie są reklamówki.


I spakowała się sama. Poradziła sobie. Z piżamką włącznie. I zabawkami. I ciuchami na zmianę.

czwartek, 30 stycznia 2014

Babski świat ....i nie tylko




Wkurzyłam się. Polazłam na zakupy. Kupiłam sobie parę ciuchów. Potem fryzjer i nie wiem co jeszcze.

W domu przymierzyłam.

No, no, no ...no tchu zabrakło.

O! JEJ!

środa, 29 stycznia 2014

Pierwszy podryw.






Kiedyś imprezowano na potęgę. Imieniny? Pól klatki i pół zakładu w padało z flaszką i goździkami.
Wpadali z dziećmi.
Było głośno i wesoło.
Mieszanka ludzka.

Pamiętam pewien wieczór ...
Graliśmy w chińczyka. Moja rówieśnica znudziła się grą planszową. Znudziła się, bo słabo jej szło liczenie. Opanowanie kostki do  gry chyba jednak nie wymaga zajebistego IQ. Znudzona krzyknęła:
- Chodź idziemy po przymierzać buty mam.
Poszłam.
Ona dreptała w tych szpilkach mając ubaw. No zabawnie nogi się jej wyginały. I tyle. W końcu poszłam sobie znudzona.
Jakoś włażenie w obuwie damskie i dreptanie w tym nie rajcowało mnie.
Gra planszowa dostarczała większych emocji.

I tak mi pozostało do dzisiaj. Nie nosze szpilek i nie pcham nóg, tam gdzie teren nie jest mój. A ze smrodu wszelkiego wybieram swój.

Za to modliłam się, jak się córka trafi, by nie wdała się w matkę swą. Bo ja to tak jakoś.....tyle, że zabawna bywam, hahahaha, czasami. I mam fajne cycki. :P

Młoda, któregoś dnia poprosiła o "takie coś do ust". To kupiłam jej błyszczyk dla dzieci. W końcu za oknem mróz, niech dba o siebie.
Dziecko z radochy wzniosło się prawie pod sufit. No mała kobieta, po prostu.

Rano przyszedł do nas kolega Starszego. Chłopcy mieli razem jechać do szkoły. Młoda zapytała się mnie, ciągnąc za rękaw, cichutko, wręcz konspiracyjnym tonem:
- Gdzie jest to moje do ust?
- W kurtce, w kieszeni.

Znalazła, użyła, odwróciła się do kolego Starszego i powiedziała:
- Cześć.
- Cześć - odpowiedział chłopak.

Chłopcy wyszli, a Młoda:
- Wiesz, ja go lubię.
- Aha- tylko tyle byłam w stanie wykrztusić, by nie parsknąć śmiechem.



W końcu zima :)))






Ale o babskim świecie, w który Młoda wkracza napiszę nextem.





sobota, 25 stycznia 2014

jak nabiłam guza na czole ....

Syn wpadł do domu machając czerwonym grzebieniem znalezionym w aucie.

- No Mooniek, opowiadaj o tej kobiecie co zgubiła grzebień - z uśmieszkiem zwróciłam się do męża, który wszedł do przedpokoju -no, jak to jest? Masz inną kobietę?

Na co syn wyparował:

- Tjaaaa jasne, tato ma jedną kochankę! CIEBIE!


Szafa była moja ..........czołobitnie ze śmiechu.










przeskok myślowy



Młoda z rykiem przyleciała do mnie.
- Mamo, chodź zagrać ze mną!
- A dlaczego już nie chcesz grać z tatą?
- Bo on - chlip, chlip- wyyyygrywaaa.

Super. Jeszcze raz trzeba będzie przejść przez naukę, że nie zawsze liczy się zwycięstwo tylko wspólna zabawa.
A przegrywać to przegrywam grając z  Młodą w memo.
Niezwykłe memo.
 Memo " Barbie"
Nie ogarniam tej różowości.
 Nie ogarniam i już!
Toż się w oczach pierdzieli.



I kuchni też nie ogarnęłam.

Pieczona  łopatka :)))




Ale wczorajszy dzień ogarnęłam. Pomimo rozjazdu płatów mózgowych. Rano padłam w wyro. Nie zdążyłam zasnąć. Ostatnia myśl otworzyła mi powieki:
- A zupa dla syna?!
Polazłam do kuchni, gdzie oddałam się pasji mieszania, i aby nie paść gdzieś, nie zasnąć, to w między czasie prasowałam. Fascynujące życie teraz mam. Naprawdę.
Nic dziwnego, ze drę się szczęśliwa jak udaje mi się rozwalić sudoku. Znaczy się, że nie wszystko we mnie umarło.
Hahahahaha....


A potem zaczęło się późne popołudnie.

Zawiozłam syna na zajęcia. Szybko wróciłam po Młodą i matkę. Pojechaliśmy do domu kultury. Babcia zajęła miejsca na widowni, a ja poleciałam z  Młodą do przebieralni.
Córa szybko wskoczyła w strój i poszłyśmy na scenę. Na szczęście pierwsze maluchy już tam siedziały.
- Młoda pamiętam za super występ masz wieczór bajek.
- Dobra, dobra - odparło me dziecię.
- Proszę pani - odezwała się dziewczynka- to może Młoda zatańczy, bo ona nie chce się słuchać pani.
- Hahahahaha, Młoda, ja cię proszę, bądź grzeczna. Bawcie się dobrze. Pa!

Poleciałam po syna na zajęcia. Nie chcąc spóźnić się na przedstawienie skróciłam mu zajęcia o kwadrans. Chyba niepotrzebnie, ale już mi się w tyłku paliło.
Zapisałam w głowie - zwolnij. Spóźnienia czasami nie bolą.

Widownia wypełniona była do ostatniego krzesełka. Ludzie stali pod ścianami. Dom kultury dawno nie miał takiego najazdu.
Dzieciaki występowały z okazji Dnia Babci i Dziadka.
Muzyka, tańce, wiersze.
Niektorzy mali artyści płakali, niektórzy świetni się bawili.
Publiczność klaskała. Mały człowiek na scenie zawsze zachwyca.

Młoda siedziała w pierwszym rzędzie. Pomimo, ze inna grupa tańczyła na scenie, ona tyłka na ławce nie zagrzała - tańczyła sobie, czasami machając do nas łapką. albo wystawiając język. Tak, tak, cała mamusia, hahahaha.

W końcu jej grupa wyszła na środek sceny. Młoda miała wszystko w nosie. Swędzi tyłek? No to trzeba się podrapać! :).

Nagrywałam wszystko. Dla potomności i mężusia.

Kiedy przedstawienie się skończyło szybko odebrałam Młodą i w  pędzie polecieliśmy do auta, zaś babcia na imprezkę do ratusza.
W ostatniej chwili wpadliśmy na trening.. A Młoda spała w aucie.

Zaniosłam córkę do domu. Położyłam na łóżku. Rozebrałam. A jak rozebrałam to Młoda siadła z uśmiechem.
- A gdzie moje jajko niespodzianka?!

Mistrzostwo po prostu, a przecież spała jak kamień!

Rozlałam się kanapie szczęśliwa, że czasowo wszystko się zgrało. Że to był dobry dzień.
Jeszcze tylko odebrać Starszego i wino. Kwartet ułomności domagał się znieczulenia. Moja głowa, gardło, nos i kolano.

Tyle, że zamiast wina dostałam sms.

- Odbierzesz mnie po 23? 

 Matka.
Bo u nas to nie ma taksówek...

Ale co tam. W końcu ona też jest, kiedy ją potrzebuję, a przecież mogę wynająć opiekunkę, no nie?

- Będę.


Z pracy wrócił mężulo. W jeszcze gorszym stanie był niż ja. Położył się. I faceta nie było.
W nocy się odnalazł. Zastosował terapię na złe samopoczucie. Było miło i się nawet polepszyło :P.


Odebrałam matkę. Wzięłam jej kumpele.
W sumie zajebiście się jeździ po pustych ulicach.
Jest taki klimacik.
Umarłe miasto. Nienaturalny spokój.
Wypatruj zombie.
Ale zamiast nich śmigało czasami taxi.


Są takie dni, kiedy muszę ogarniać wszystko. Kiedy cieszę się, że mam prawko i auto. Bo bez tego to ciężko byłoby.

A co będzie po artroskopii?
Kto to ogarnie?

Ja? No tak, w końcu będę miała cztery nogi, hahahaha...

Życie zostanie przewrócone. Życie matki. Ta kobieta nie ma czasu by się starzeć.

Ja z tego wyjdę, ale co mają powiedzieć ludzie, którzy ulegli wypadkowi lądując w łóżku?
To jest dopiero niesprawiedliwość! Przemiana w roślinkę....Niewyobrażalne.

Człowiek powinien żyć, powiedzmy do 80-tki czy tam 100-tki, bez chorób, wypadków. Każdy ma prawo do szczęścia. A potem z uśmiechem odejść we śnie.

Ale tak nie ma.

Człowieka dopadają choroby, nieszczęścia i różne inne historie.
Nie możną czasami spokojnie spocząć w fotelu.

Jutro kogoś może nie być.

Więc czasami pytam się siebie po co się wkurzam, kiedy to wszystko jest nieistotne?!
Choć istotne, bo to dzieje się tu i teraz.
Ile razy można za kimś wynosić kubek?
Prosić o posprzątanie klocków, bo nieoczekiwanie atakują stopy.
Nieistotne bywają rzeczy w obliczu tragedii, śmierci. Ale czy pamiętamy o ulotności zdrowia i życia?
Wyparcie czyni nas w danej chwili   nieśmiertelnymi.  Mocarze życia. I gniewu.
Więc robimy jazdy innym z powodów pierdów.
A potem niech nastąpi krach ....
Gniew prowadzi na manowce. A tam tylko pustka. Z napisem- "witaj głupcze". O ile będąc w gniewie jesteśmy to w stanie przeczytać. Przecież racja jest po naszej stronie, no nie? hehehehe....

Trzeba otworzyć serce, mózg i płynąć na fali radości, czerpiąc energię z tego co się ma.
Luz i uśmiech - to jedyny cel w moim życiu.
W końcu mam o kogo się oprzeć, o kogoś kto mnie gila, hahahha.

Ludzie czasami siebie samych  skazują na nieszczęście ścigając się na polu posiadania, awansów, kariery.
Wysiłek zakłóca wzrok. Pole widzenia zawęża się. Pierdu w bagno. I może zabraknąć ręki, która wyciągnie...
Równowaga to złoty środek na życie.

Nie warto tracić tego, co istotne.
A istotny jest człowiek. Ten co jest koło nas.

Wyciągam nogi na kanapie oddając się aromatowi kawy. Lecące płatki za oknem wywołują uśmiech.
Mam wszystko w życiu. Wszystko to co jest istotne.
I nic więcej nie chcę.
Jestem szczęśliwa.



I niech mnie szlag jasny trafi jak się wydrę bezsensu na kogoś z rodzinki.







z netu:










 Mężulo obejrzał moje nagranie z występu Młodej:
- Dość awangardowe podejście. Takie nowatorskie, ale wiesz ...- tu dostałam wykład o sztuce filmowania.
Z tego wszystkiego kolo zadzwonił do pracy, by załatwić sobie wolne na dzień, kiedy syn będzie miał egzamin z karate. No bo jak ja znowu tak nagram.....hahahaha, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.