poniedziałek, 18 listopada 2013

dzyń dzyń , zbliża się Miko

Syn wymyślił sobie, że pod poduchę chce otrzymać lego technic. Robocika.
Zanurkowałam w sieć i jak zobaczyłam cenę tak zbierałam oczy po podłodze, które z wielkim hukiem grzmotnęły o panele. Kurde, klocki, chyba pokryte platyną ...

- Synu, wiesz ile to kosztuje?
- Nie wiem, ale św. Mikołaja to przecież  nic nie będzie kosztować
- Aha, no tak......

No tak, fabryka, elfy i produkcja leci. Słusznie, słusznie ...

Chyba czas syna oświecić ...

A może kumple w szkole to zrobią?

Jezu, on ma siedem lat i w mikołaja wierzy...... .hahaha

Fajowo :DDDDDDD










A u Was jak jest? Było?!






niedziela, 17 listopada 2013

a kiedy swiatło zgłasło ....




Skończyliśmy oglądać film. Taki tam thriller, niezbyt ciekawy. Przysypialiśmy na nim. Mężulo poszedł do wyra, a ja jeszcze zostałam w łazience mrucząc pod nosem jakąś dziwną piosenkę.
Wyszłam do przedpokoju. Zgasiłam światło. Zapanowała ciemność w mieszkaniu. Spojrzałam w stronę sypialni i ......poczułam niepokój.  Coś mi nie grało. Nie zdążyłam się rozejrzeć. Nie zdążyłam zrobić kroku do przodu, gdy nagle przede mną zaczynała materializować się postać. Głowa, ramiona, czarny byt......czułam jak oddycha, jak wyciąga do mnie ręce. Przestałam oddychać. Ta czerń prawie wlewała się na mnie. Wchłaniała. Czułam, że zaraz coś powie, ze otworzy tą paszczę pełną ..... Wrzasnęłam okrutnie cofając się do tyłu  jednocześnie waląc ręką po ścianie, by trafić w kontakt. Gdzie jest to światło, gdzie? Nagle zleciała słuchawka domofonu robiąc jeszcze większy rumor, a ja czułam oddech tej istoty i .....jest, jest, trafiłam.zapaliłam światło. Jezu, co to było?!!!!! CO TO BYŁO???!?!!!!
Ryk męża zagłuszył mój niespokojny oddech - po prostu tarzał się ze śmiechu w pościeli mówiąc coś o ześwirowanej wariatce. Przestałam stać i dyszeć, rzuciłam się na łóżko krzycząc, że to wcale nie śmieszne, bo ktoś był.
- I see dead people ... - blaszanym głosem zaczął sobie żartować ...
- Weź, to nie jest śmieszne.
- Właśnie że jest, hahahahaha
- Kurde, wiesz, że nie panikuję z byle jakiego powodu......
- Wiem, wiem, krzyczysz tylko na widok - i tu zmieniając głos na głos zza grobu kontynuował - ty tylko krzyczysz widząc ....biedronki, pająka ......- nie dokończył jak dostała kuksańca w ramię:
- Przestań.




Długo to trwało zanim podniosłam się z wyra. Mężulo wciąż kpił zmieniając ton swojego głosu. W końcu wstałam  i podeszłam do szafy. Spojrzałam na nią  nieufnie. A jeśli otworzę i wypadnie jakaś głowa, albo ręka mnie wciągnie, albo zobaczę otchłań piekła?!
Odwróciłam głowę do męża. Ten rechotał w poduszkę.
- Boisz się? Nie wierzę aaaaahahahahaa 
- Nie, ale czuję dyskomfort, tam naprawdę coś było!
- Aha.hahhahaha

Otworzyłam drzwi. Nic. Wzięlam piżamę i szybko zamknęłam szafę odwracając się do niej tyłem.
- Przestań ze mnie się śmiać. 
- A ty wygłupiać.
- Człowieku, ja naprawdę wystraszyłam się ...tam coś
Nagle coś otarło się o moja łydkę, coś ześlizgiwało się, jakiś dźwięk wydobył się z dołu .....wydarłam się:
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!
i skokiem kangurzym wskoczyłam do wyra zakopując się pod kołdrę.
To coś było pod szafą, cwane cholerstwo wyciągnęło swoje paskudne łapska, chciało mnie wciągnąć w piekielną otchłań... tylko co to jest?!, rany ....ta czerń lejąca, koszmar ...co to jest?!! Serce waliło mi jak oszalałe, czułam, że jeszcze coś a odejdę od zdrowych zmysłów ...
Tego było za wiele....
Za wiele także dla mężula. On po prostu popłakał się ze śmiechu. Wysunęłam głowę spod kołdry i spojrzałam w stronę szafy. Pieprzona torebka z książką na wierzchu wydawała w dalszym ciągu kpić sobie ze mnie. To ona zaatakowała moją nogę ........
- Sześć, sześć,sześć ......- grobowy ton głosu męża używał sobie na mnie.
- PRZESTAŃ!
- Ty przestań!hahahaha
- JA dzisiaj śpię przy świetle i tyle.
- Wariatka.
- Niewrażliwiec!






piątek, 15 listopada 2013

tajemnica różańca


(bo to wzięło się z- notki Anki  -  http://calm-down.blog.pl/2013/11/14/jak-sie-popiesci-to-sie-zmiesci/)


Dawno dawno temu, pomiędzy synem a córką, jechaliśmy w górki na weekend. na spotkanie z ludźmi ze studium. Na weekend,  bo takie spotkanie z takimi ludźmi nie kończy się na herbacie. Po drodze zatrzymaliśmy się w pewnym malym miasteczku. Miasteczku, gdzie co roku bawimy sie na koncertach.
Z sentymentu wpadliśmy do "naszego" baru. Bar był mały z nieziemskim klimatem. Ściany do połowy są porysowane przez ekipe wbijającą na koncerty. Tam też wciąż jest mój wpis z 1999 roku.
Powyżej malunków znajdują się trofea myśliwskie, instrumenty, stare radia, kufle i co tylko może być. Mała zagracona przestrzeń, która ma w sobie coś surrealistycznego. Wchodząc tam z nasłonecznionego rynku ma się wrażenie, ze nasze ciało zostało teleportowane do dziwnego okresu. Okresu, kory wymyka się z rak.


czwartek, 14 listopada 2013

o nawiedzeniu ...









- Mamo, w niedzielę jedziemy na zakupy, i przy okazji do teatru. Dzieciaki dawno nie były na żadnej sztuce...

- W niedzielę?! W niedzielę to do kościoła trzeba iść, a nie włóczyć się. Starszy już tyle mszy opuścił ...

Uszami zastrzygłam i musiałam wyjść do wc, niby na siku po drodze porywając portfel. No kurde, patrząc w dowód, widzę, że już dawno skończyłam 18 lat. Nie chciałam podejmować dyskusji bo to nie ma sensu. Już  nawet bez emocji podchodzę do tych tekstów. Kościół, kościół, kościół ...jakby nie można w domu się pomodlić....powiedzieć, dzięki Stary, jesteś wielki ...

Katolicyzm zakorzenił się w genach matki przodków. Gdzieś po drodze nie lekkiego życia. Ale opowiem tylko jeden życiorys.

środa, 13 listopada 2013

Zakręcony koleś



Rano syn doznał olśnienia:
- Mamo! ja nie mam w szkole spodenek do ćwiczeń!
- Jak nie masz?!
- Noooo nie wiem, zgubiłem czy coś.

Dobrze, że w ogóle sobie przypomniał. Zanurkowałam w szafie, by poszukać brakującej garderoby, a w drodze do szkoły strzeliłam synowi pogawędkę o dbaniu o własne rzeczy.
- Tak, ja wiem, wiem ....

wtorek, 12 listopada 2013

PERFECT DAY



 Po ośmiu godzinach wygnania  wróciłam  do domu. Dzieci w kąciku bawią się razem i to zgodnie. Po wczorajszej dzikiej wojnie to cud normalnie.
Mężulo czekał już z obiadem. Fakt, że odgrzał, ale mógł tego nie robić, prawda?!
Posprzątane, poprane, dzieci zadowolone.
Siadam na kanapie. Mężulo obiad podaje, za chwilę drugie danie. Zmarzłam okrutnie to zeżrę. Wszystko zeżrę. Zimno źle na mnie działa.
- Kawę nastawiłem ci już w ekspresie, ale weź sobie, bo ja lecę, dobrze?
- Ok, dzięki, pa.
 - Aha i film mam i mam nadzieję, że wieczorkiem razem obejrzymy...
- Jasne ...

Poleciał zanim hurtownię zamkną. I nie wiem gdzie jeszcze...

-  Jak tam w szkole?
- Mieliśmy się nauczyć wierszyka, i ja zapomniałem, ale inne dzieci odpowiadały to ja się nauczyłem i pani powiedziałem. 
- Serio? Ale z ciebie agent, hahahaha, super.

Syn to wymiatacz - wymiata równo, skubaniec.

Córa zaczyna wyglądać jak człowiek, jak normalny człowiek, a nie człowiek, który nie umiał otworzyć pojemnika z ketchupem.

Puściłam dzieciakom Pingwiny a sama wyciągam nogi: czy mi do szczęścia czegoś potrzeba?!  Hm...może lepiej nie drążyć tematu...


Któregoś dnia zapytałam się córki o czym marzy
- Żeby być pomarańczowym klockiem.
- CO?! hahahahaha

Przechodzę normalnie na mleko - uczy fantazji i minimalizmu.




psychoterror

Siedzę przy biurku popijając kawę, gdy nagle drzwi się otwierają i wpada gościu. Włos lichy, ale siłą wejścia  efektownie rozwiany. Rączka lewa na biodrze a prawe biodro do przodu wysunięte. Poza  Szekspira myślącego. Popijając kawę patrzę na to zjawisko mi nie znane.
- Noż ku..wa, przecież to nie możliwe ....
Hm, duch Himilsbacha a nie Szekspira  - sobie myślę, a facet zaczyna przemieszczać się tak aktorskim krokiem, że nie mogę, nie mogę ....
 - No tak wpierd..lić mi robotę...plany noż ku..wa, ku..wa ...- druga ręka przytrzymała czoło.
Dyplomatycznie ze śmiechu plunęłam łykiem kawy w kubek.Chlusnęło.
Facet się obejrzał.
- Przepraszam - powiedział po czym się przestawił.
I poddał się dalszemu szaleństwu słowa.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę, no nie mogę, noż ku..wa .....


Facet dostał mega szału. Ma silny charakter, więc wytrzyma. Jak mówi w końcu wybuchnie i nie da się, a kierownik dając mu nominację do wykończenia, tym razem źle trafił. W przeciągu paru miesięcy  trzech pracowników z zespołu poszło na zwolnienia lekarskie. Stres. Bo ile można wytrzymać deptania po piętach w celu wytykania najdrobniejszych błędów, otrzymywania wciąż dodatkowej pracy, odwiecznego tłumaczenia się ze wszystkiego, piętnowania i zastraszania naganą, zwolnieniem. Wykazywaniem braku profesjonalizmu, umniejszaniem wartości pracy.

Symbol naszych czasów - mobbing. Człowiek człowiekowi skurwielem. I to nieważne czy jest to biuro czy fabryka. Tam gdzie ludzie tam i gówno jest.

Przełożeni albo pracownicy gotują los "kozłowi ofiarnemu". Psychiczne dręczenie, z nakładaniem dziwnych obowiązków. Kto przeszedł ten wie co to za piekło. Kto nie przeszedł ten ma szczęście. A kto w tym bierze udział to ..oby kiedyś tego doznał na własnej skórze.

Nie wiem co kieruje ludźmi, by deptać innego człowieka. Bycie sadystą? Obrona siebie po przez atakowanie kogoś innego i wykazywanie, że właśnie tam leży słabe ogniwo?

Ataki dość często bywają ciche, może nawet zespół o tym nie wiedzieć. Strach przed utratą pracy wiąże usta. Zresztą współpracownikom dość często nie warto ufać. Donosicieli i lizodupów też nie brakuje.

Czasami w pracy jest zawiązana klika kolesiowska. Przełożony i jego świta. Świętość nie do ruszenia. Reszta dostaje przydział roboty niechcianej. Reszta jest wykluczona. Obgadywana. Prześmiewania. Zastraszana. Jedna zostaje ofiarą.
Kiedy ofiara wchodzi do pokoju nastaje cisza. Cisza, która trwa dopóki ofiara jest ....Albo cisza przerywana słowami, których być nie powinno.
Zastraszanie i grożenie utratą pracy, wykazywanie nieudolności pracownika, obniżanie jego wartości.
Wszystko to tkane cieniutką, niewidzialna nitką ...
Trudno jest udowodnić mobbing. Ofiara ma dość - wypalona energetycznie, zazwyczaj wycofuje się ze wszystkiego. A czasami staje przed sadem walcząc o godność i dobre imię, które zostało zszargane. Walcząc o prawdę i zadośćuczynienie.
Wszystko to obciąża system nerwowy, a stres potrafi zabić.

Bezrobocie pozwala na szykany. Bo przecież na twoje miejsce wielu czeka ...
Ludzie boją sie stracić pracę, bo jej nie ma.
Ilu by rzuciło dotychczasaową pracę i poszukało przyjanej firmy?
Wielu, ale rynek pracy nie pozostawia dość często wyboru.

Pracodawcy są zobowiązani do prowadzenia polityki antymobbingowej, tyle, ze przy dużych firmach ciężko trzymać rękę na pulsie.
Prawo prawem, a życie życiem.

Sama to przeżyłam Wyrzucanie biurka z pokoju, dokładanie projektów i zadań, ciszę, obgadywanie, odwieczne tłumaczenie się z tego co w pracy robię. Wytykanie błędów najdrobniejszych, choć nie moich.  Miałam dość. Atmosfera zaczynała być ciężka. Karano mnie brakiem premii. Przecież nagle przestałam dobrze pracować. I przestałam w końcu, bo co nie zrobiłam i tak było nie tak, było źle,  więc odpuszczałam... Dzwonić do "góry" na skargi? Czułam się bezbronna, bezsilna, zresztą...co miałam powiedzieć i jak to udowodnić? Jeden głos przeciwko wielu.....

Zaszłam w ciąże. Dziecko dodało mi sił, bo nie było nic ważniejszego od Bąbla.
Doszło do tego, ze cała sytuacja zaczęła mnie śmieszyć. Musiałam to obrócić w coś, by nie zwariować.
A mój śmiech jeszcze bardziej ich wkurzał. Było mnie na to stać, bo wiedziałam, ze lada moment odejdę na zwolnienie i długo, długo mnie nie będzie.
Kolega po cichu mówił, ze do mnie nic nie ma, ale wiesz, nie mogę się wyłamać, więc przepraszam że z tobą nie rozmawiam. I chętni by mnie podrzucił autem, jak zwykle to bywało,  ale wiesz jak oni to zobaczą ...no nie obraź się, nie mogę.

Przestałam z kimkolwiek w pracy rozmawiać. Zresztą nawet na dzień dobry mało kto odpowiadał ...

- Ach wiesz moja córka powiedziała do mnie" Mamo ty się tak fajnie ubierasz, ze mogłabyś być na pierwszej stronie gazet z modą ...
- O tak, tak, zawsze fajnie masz wyczucie stylu - tja lizodup jęzorem oczyścił rów.
- A ja myślę, ze twoje miejsce  jest Glosie rolnika jako rasowej świnii - odparowałam. Tyle mojego.

Nie było nikogo, kto by przeciwstawił się mówiąć - odpuście. Lepiej było cicho siedzieć, by samemu nie zostać kozłem ofiarnym.
Odeszłam.

Po paru miesiącach wróciłam i nagle stał się cud niepamięci: złe emocje zniknęły. Znowu byłam kreatywnym, wartościowym pracownikiem.  

Mobbing tak naprawdę uderza w dobro zakładu - zaburza jego rytm działania, obniża efektywność pracy. Warto starać się o dobrą atmosferę, bo wówczas pracownik ma lepsze podłoże i motywację do dzialania.
Nie ma co się dawać zdeptać - bo potem z człowieka zostaje wrak i rodzina cierpi. A ona jest najważniejsza.

Warto spojrzeć na relacje ludzkie i zareagować, póki nie jest za późno ......

Z ludźmi powinno byc jak z trawnikiem - NIE DEPCZ. SZANUJ.

Więc żyjmy pozwalając żyć innym....




czwartek, 7 listopada 2013

se se se

Słowo kocham mnie powaliło. To, że miłość leży na bliskiej granicy z nienawiścią wiedziałam. To, że miłość bywa dziwna też wiedziałam. ale rozłożył mi syn słowo na czynniki pierwsze i na oczy przejrzałam.
I zawisnąwszy nad słowem można rzec:
 -Ko... ko.... ko... ko... cham.
Ha, ha, ha, ha
Ale czyż tak nie jest? Najpierw tokowanie, a potem .......odsłona mało miła. Bywa tak czasami, oj bywa ....


- Postawię sobie pomnik za cierpliwość...
- Hehehe, lepiej rozumu poszukaj...
- Jak znajdę nie będę mógł być z tobą ...
- Chetnie ci pomogę w poszukiwaniach...
- Dobra, nie truj kobieto, mam fajny film z Aniston. Idziesz?!

I tak to trwa trzynaście lat ....


Ostatnio mężulo mnie wpienił. Nie wiem czym, ale mnie wpienił. Wpienił mnie tak makabrycznie, że po kuchni miotałam się miotając słowem pod nosem.
- On jest....on jest....on jest....
- Gnojkiem? - zapytała córka patrząc na mnie tymi swoimi radosnymi oczkami.
-O!o!O! właśnie! gnojkiem - chwila opamiętania: kurde! co ja mówię! - nie, no co ja mówię, co ty mówisz,no dziecko!, twój tatuś jest cudownym człowiekiem, wiesz, tylko tak inaczej ......

Kazałam mężulowi drzwi z kuchni wyrzucić, by mi się jaśniej zrobiło.
Nie pomogło.
Nie pomogło mojej głowie, ale mieszkaniu owszem.
Czuję jednak opętanie.
PSM dusi mnie więc miotam się w drgawkach agonalnych warcząc okrutnie.
Obnażona bateria wina domowego,stojąca za drzwiami, których już nie ma -uśmiecha się bezczelnie.
Kiedyś mu się przeleje ....Niech tylko na dupsko klapnę, bo ostatnio tak jakoś nie mogę. Rano musze być kierowcą i dupa blada.

A mruczę za kierownicą zwłaszcza wieczorem. Piesi potrafią wyskakiwać na pasy- a co tam, ze ciemno, ze pada - niech kierowca ma refleks i hamuje. Ostatnio facet tak kolesiowi wyleciał ze dziwie się, ze kierowca nie dokonał mordu. Albo bezmyślne matki, kóre pchają wózki na pasy nie oceniając sytuacji na drodze. W końcu na pasach jest, no nie?!


W nocy syn się przebudził:
- O jest trzecia ... i budząc mnie opowiedział swój sen o Pingwinach z Madagaskaru.
Zasnęłam ubrechtana myśląc - kurde może będzie opowiadał dalsze historie mieszkańców zoo.
Szkoda tylko, że rano nie pamiętałam tego co mówił, a autor tym bardziej, niestety. . . .
Za to uczucie genialności syna nie prysło :)

Nie prysło do czasu, kiedy zaczął się ubierać.

-Gdzie są moje skarpetki ?!! Nie dałaś mi ich!!!

Oooooooo kurde....zagotowałam się. Nie dałaś ich?! I co, może mam przeprosić, powiedzieć - ojej no widzisz, i może rzucić słowem o zamotanej mamie? i pognać po nie? O! NIE! HA!

- A wiesz gdzie jest twoja szafa?
- No tam...
- A co w niej jest?
- Skarpetki
- Dokładnie, więc szoruj po nie.....

Skończyło się - wprowadzam nowy rytuał : wieczorne przygotowanie rzeczy na jutro. O!
Nie będzie mi rósł na rozkapryszonego wafla. Oj, nie, nie, nie.
Bo najpierw dzieci rozpieszczamy mega, a potem te słodkie misiaki zamieniają się w potworne dzieciaki.
Kochany syneczku, przykro mi bardzo, ale na żądanie to może być przystanek autobusowy! No i ewentualnie budyń, hehehe

Mam jakieś dziwne wrażenie, że chaos w życie się wkradł....może przez tą ospę ...albo listopadowy czas ...

Za to córce uśmiech wrócił jak i chęć do rozrabiania.
- Podręczysz mnie?
- Z chęcią tylko niech te syfki znikną, dobrze?

Dręczenie to rytuał zabaw naszych codziennych. Gilgotanie masakryczne. Z podjadaniem pięt włącznie.

Córka zasnęła wczoraj bez jęków i marudzenia. Poszła spać po prostu. Jaka ulga. Tylko te wykwity nie wyglądają miło. Zwłaszcza na buzi. Mam  nadzieję, ze odejdą bez śladu. Choć pewnie to potrwa zanim znikną.

Ale cieszę się niesamowicie, że córce humor wraca. Bo Młoda nie ma życiowego kwachu -jest radosnym dzieciakiem. I to jej cierpienie i smutek z nóg zwalało.

A propos chorób i lekarzy ...

Zadzwoniłam do ortodonty.
- Dzień dobry, chciałabym dziecko zarejestrować ....
- Niestety, proszę dzwonić w grudniu, by umówić wizytę po nowym roku ....

Zadzwoniłam do innego ortodonty w mojej osadzie i wokół osady. Wszędzie to samo - już nie przyjmują.

Zadzwoniłam do Wielkiego Miasta.
- Oczywiście, czy będzie odpowiadać wizyta w dniu  .....

Czas oczekiwania - dwa tygodnie.

Pojechaliśmy. Fajna mała przychodnia z super obsługą. Weszliśmy o umówinym czasie.
- Aparat będzie potrzebny, już zapisujemy w kolejce oczekujących.
Zrobili synowi zdjęcie panoramiczne szczęki zapraszając na wizytę na wiosnę, kiedy powinny wyjść już dwójki. A nam opadły szczęki. Można?! Można! i wszystko w ramach tego samego NFZ.

Tyle, ze wciąż nie rozumiem polityki limitów punktowych. Ktoś w ministerstwie zakłada, że ileś osób bedzie chorych, reszta nie lapie się i koniec. Bzdura, ale cóż, na złodzieju czapa gore ...



wtorek, 5 listopada 2013

patchwork





Syn wciąż ma wielką niechęć do jazdy samochodem. Każda podróż trwa za długo.
- Pojedziemy do cioci.
- A ile będziemy jechać?!
- Tyle ile trzeba.
- Nieeeeeee, ja nie chcę.
Za chwilę dodał tonem ugodowym:
- Pojedziemy pod warunkiem, że wy rozsiądziecie się na kawce, a my będziemy oglądać bajki.

Ufff, dobrze, ze na kawce, a nie na winku :P



Opowiadam dzieciakom jak chomik rzucił się na muchę.
- ... i  normalnie Zygmunt wypadł z  klatki hahahaha
- Rzucił się na muchę jak ty synu na tablet - dodał tato na co Młoda odparowała:
- I jak ja na telewizję.


Gram z Młoda w Zgaduj Zgadulę.
- Jest niewielka, a więc łatwo mieści się w piórniku. Możesz nią naostrzyć kredki, mały rysowniku.
Córka siedzi i nic. Mruga.
- No? Kochanie?
Na co Młoda oburzona:
- No przecież wymrugałam : strugaczka!

W poniedziałek nastąpił niezły zonk. Budzę rano maleństwa i co? Obudziłam syna i biedronkę. Córka była cała w kropkach.
Hm....
Alergia na matkę?
Zadzwoniłam rano do pracy, że mam awarię w zdrowiu dziecka i poleciałyśmy do przychodni.
- Ospa wietrzna.
- Co?! 
Lekarka powiedziała jak należy postępować. Młoda była jeszcze sobą ....a ja nie spodziewałam się masakry.


Córkę musiałam zostawić pod opieką babci i poleciałam do pracy. Jak to dobrze mieć babcię i auto. Gnałam na samych żółtych światłach.
Jak zwykle jazda bez zahamowań :P
W drodze powrotnej światła mi sprzyjały.
Hm...
Oby zawsze mi światła sprzyjały w drodze w powrotnej :P

Odebrałam syna ze szkoły.
 - Młoda jest chora. Ma ospę wietrzną
 - Ospa wieczna?
 - Wietrzna
 - Wieczna?

 - Oj synu, nie wieczna! Wietrzna jak wiatr a nie wieczna jak wieczne odpoczywanie daj panie…

Syn zaczął rechotać: wieczne odpoczywanie, wieczne odpoczywanie.....
Wpadł do domu i zaryczał:
- Młoda ma wieczne odpoczywanie, hahahahaha
Babci okulary zaparowały:
- Co ty mówisz?!
- Wieczne odpoczywanie hahahaha dać jej Panie.......


Poleciałam z synem na trening. On poszedł się przebrać, a ja czekałam na ławce w sali. W końcu wyszedł i poleciał do kolegów olewając mnie z góry na dół. Dziwne to uczucie - mieszanka dumy z żalem olania Poczułam się jak Plastuś ...  ...mógł choć pomachać rączką, no nie?! A ja siedziałam jak ...no ten Plastuś w piórniku.

Poszłam sobie. Tak więc oboje machaliśmy nogami: on na parkiecie, ja po ulicy. Wróciłam pod salę, stanęłam na murku i lampię się co też oni tam wyczyniają. Dzieci po kolei  wychodziły przed szereg i demonstrowały pewne sekwencje ciosów: ręce,ręce, ręce, noga. Poprawka, poprawka, poprawka... ooooo jest Starszy. Nie patrzył na trenera - pojechał bezbłędnie! Ale ma moc w ruchach! Ha! Aż mi haftka w biustonoszu pękła - duma ma moc (nieźle stawia cycki :P) :)


- Mamo, ale ja nie chce zachorować. Nie chcę mieć zaległości w szkole. I czeka mnie egzamin na belkę.
Ja nie mogę - to chyba nazywa się ambicja. I co ja słyszę?! Karate nie jest ble?!

- Belkę? Chyba pas biały ....Będziesz startował?!
- No, chcę. A tato będzie wtedy?!
- Niestety nie...
- Szkoda....



Córka zasnęła po Pingwinach. Obudziła się po 23-ciej i zaczęła się noc żywych trupów. Młoda płakała, jęczała, marudziła. Robiłam jej nasiadówki w wodzie z rumiankiem, kąpiel w nadmanganianie, chuchałam, dmuchałam na rekach nosiłam, leki podawałam i wodę do picia.
Sen był kradzionym pięciominutowym oddechem, czasami dziesięciominutowym, a może i półgodzinnym. Wańka wstańka. Ale co tam - najgorsze w tym wszystkim, że Młoda tak się męczyła ......
Poczucie bezsilności jest koszmarnym uczuciem....
O piątej wymiękłam - puściłam  jej bajki, a sama padłam w łoże.
Bach, trach, aj, oj - dostałam w żebra, w kręgosłup. Syn się przeciągał. Spał w moim wyrku, bo z siostrą w pokoju spać nie chciał, zresztą słusznie, by się nie zarazić.

Przy śniadaniu:
- Wiesz synu, ty lubisz spać przy japońskich mruczankach.
- Co mówisz?
- No mówię, że lubisz spać przy japońskich mruczankach. Ty się wyciągasz, a ja robię - ej, aj, oj,  iiiii, aj
- Hahahahaha, jak?
- No ty mnie kopiesz przez sen a ja mruczę ....
- Hahahahaha

Przyjechałam z pracy. Młoda spała. Cwaniara odsypiała  noc. Niespokojnie.

- Choć Starszy - pykniemy partyjkę.
Przegrałam, przegrałam....
- Ty nie masz głowy!
- A to co jest?! - zapytałam się zdumiona wskazując na swoją głowę.
- No dobra głowę masz ale mózgu nie masz, hahahahaha
Zabawne. Nie zdążyłam pacnąć, bo Młoda wstała.
- O Pryszczaty Poldziu jest ahahahaha - syn zbrechtał nazywając córkę imieniem postaci z książki o Karolku Koszmarnym.
A Młoda wstała i  zapanowała czasem moim. Jeszcze gorzej ją wysypało .....
Nie sądziłam, ze ospa to takie cholerstwo. Bidula. Moja Biedronka ....Zombie.
Choć cierpi i marudzi to jednak jest dzielna. Nie drapie się.
- Pani  w przedszkolu mówiła, że nie wolno ....
- Bardzo mądrą macie panią. Bo nie wolno kochanie ....

- AAAAAŁAAAA MAMO!!! SWĘĘĘĘDZIIIIIII........


Szykuje się kolejna noc żywych trupów......








sobota, 2 listopada 2013

Cmentarz mlekiem polany :P

Wpadłam w teleport. Przyspieszenie czasu. W głowie kotłuje się matematyczny wykres, gdzie czas, wraz ze swoja malejącą wartością zyskuje wymiar bezcenności.  Z powodu znikających minut robię zamach na próżnię. Kończy się to lewitowaniem we śnie. A śnią mi się dziwne rzeczy....hehehe....

Cmentarny czas szybko minął. Chwila refleksji. Czasy zmieniają się. Mało kto teraz tkwi parę godzin przy grobie. Nawet tutaj, w te alejki wpadł superekspres. Zatrzymujemy się na moment i idziemy dalej. Takie czasy, jedna wielka gonitwa, chyba zarżę .....pata taj, pata taj ....iiiiiiiiha......

A kiedyś była wielka  rodzinna tradycja - nasiadówka  przy dziadku. Ciocie, wujkowie, babcia, te rozmowy i nasze, brzdąców maczanie palców w wosku z nudów ...a potem rozrywka - kurs alejkowy do pradziadków.

W tym roku nie spotkaliśmy nikogo. Tylko znicze świadczyły, ze były tu ręce, które postawiły. Byliśmy rano, potem wieczorem. Wieczorny kurs dla tej magii zapalonych lampek.

Atmosferę tego święta mam wmurowaną w duszę- moja dusza jest ja grób. Z tabliczką - odwieczny dół. Wciąż się gdzieś myślą ocieram o śmierć, o zwłoki. Zwłaszcza prosząc o zwlokę w czasie ...

Rodzinny obiad. Jeden, drugi, Przebłysk matki.
- Wiem dlaczego  w zeszłym roku zabraliście mnie nad morze!
- Tak? Bo?
- Chcieliście bym powoli przyzwyczajała się do piachu ...
Ha, ha, ha ...

I niech życie trwa. Cieszmy się.


SOBOTA - DZIEŃ KRZESŁEM

Na sniadanie gotuję płatki ryżowe na mleku, pilnuję mleka, bo wiadomo, że ta ciecz jest wściekła. Kuchenna nuda wpatrywania się w garnek została zakłócona wejściem syna.  Idealne wyczucie momentu:
- Wiesz, ostatni to robiliśmy na treningu ...
Zaczął demonstrować ciosy karate. I zamiast w przedpokoju to w kuchni zrobiliśmy sparing. Ciosy rękoma, nogami:
- Ha! broń się!
Syn zarzucił nogę na krzesło, zawinął się wraz z nim i upadł waląc plecami w kaloryfer. Zamarłam. Starszy nieźle wmontował się w żelastwo. Dobrze, ze nie musiałam zeskrobywać ... Na plecach powstało duże otarcie ...

- No kochany, teraz jesteś prawie jak Bruce Lee - zaczęłam żartować po wylaniu przez syna wiadra łez.

Wyłączyłam płatki, pogratulowałam sobie głupoty, po czym weszłam na krzesło, by sięgnąć do apteczki po środek odkażający.
Zeszłam błyskawicznie - lotem waląc się przy tym po nogach krzesłem.

- Oszaleliście dzisiaj?! - mężulo wymiękł.
By za chwile dodać:
- Oby tylko dzisiaj .....

No cóż, mleko szkodzi zdrowiu........:)