Wstałam o szóstej. Znowu o szóstej. Powieki nagminnie opadały w dół, wiec na wpół ślepa wczłapałam do łazienki. Prysznic, mycie ząbków, dezodorant, dezodorant mi spadł, podniosłam go, znowu spadł, podniosłam go, znowu spadł, wkurwiona wrzuciłam go do szafki. Gag jak z kina niemego. Na żarty trzeba mieć kręgosłup. Zdrowy kręgosłup.
Wsiadłam na rower i pojechałam. W deszczu. Mocno padało. Też nie miało kiedy.
Weszłam na salę.
- Dzień dobry.
- Cześć Arte -w pierwszej części kumpel miał naświetlanie na rękę.
- Cześć, patrz zamiast w knajpie to spotykamy się na rehabilitacji . Taki już nasz wiek, co? - zbrechtałam i poszłam sobie. Przecież tu każda minuta jest na wagę złota. Jak pacjent dla NFZ.
- Mokra jest pani- zauważyła rehabilitantka.
Chciałam zażartować, że zawsze jestem mokra, ale moja ospałość odpowiedziała poważnie:
- Tak, jechałam w deszczu. Uparł się, by padać w tym czasie.
Pani założyła mi sprzęt. Włączyła prąd.
- Jeszcze?
- Yyyy, wystarczy.
Kopało mi w mięśnie, a ja ledwo zamknęłam oczy, projekcja i .....
- Arte, gdzie jesteś? - usłyszałam głos kumpla. Kurde, ja tu o seksie, a on mnie budzi! Brutal!
- W ostatniej kabinie, wchodź.
Pogadaliśmy o wyjeździe w górki za tydzień. I o wyjeździe za dwa tygodnie. Sportach, planach i wódce. Życiowo tak po prostu.
- No muszę się wyrwać stary, gdziekolwiek, bo mi korki doszczętnie wywali....
Potem poszłam na ultradźwięki. Pani smaruje mi żelem kolanko, daje do ręki głowicę i mam sobie sama robić zabieg.
- Tylko nie po łękotce!
Pierwsza moja lekcja z rehabilitacji zaliczona. Wiec sobie masuje kolano, pamiętając: tylko nie po łękotce.
Bieda jest taka, ze nawet ręcznika papierowego nie ma na wytarcie żelu z kolanka.
- To pani ma takie czerwone ślady po elektrostymulacji?! - zdziwiła się rehabilitantka wchodząca na salę.
- Tak, ale zejdzie, jak zwykle.
- Ewa! Jakie ty dajesz napięcie?
- Ale pani mówiła, ze nie boli. - drze się Ewka z innej kabiny - Nie piekło pani, prawda?!
- Nie! - odpowiedziałam.
- To proszę w domu posmarować skórę kremem. A napięcie będziemy dawać mniejsze!
- Dobrze.
Sala ćwiczeń. Klatka. Podwieszenie nogi.
- Jaki był ostatni ciężar?
- Kilo, chyba
- Damy więcej.
Zginanie kolana. Zginanie kolana. Zginanie kolana. Sen.
I ból. Na pogodę pewnie. Do dupy z tym wszystkim. Do dupy!
Wróciłam do domu. Fuck, znowu w deszczu. Ospałość przemarznięta wrzuciła mnie do łóżka. Zasnęłam sobie spokojnie. W końcu ślub cywilny był na 13.30. A nie miałam ochoty wyjść spod kołdry. Nie i koniec.
Wstałam nietomna po godzinie dziesiątej. Oczywiście na dzień dobry wpakowałam nos w lapka i telefon. O, Boska dzwoniła.
- Sorki, spałam
- Ale co masz taki głos?
- Eeee...nie wiem, noga boli, deszcz padał, zmokłam...
- Ty marudzisz? Normalnie to cieszyłabyś się jazdą w deszczu mówiąc, ze fajnie pada ....
- Hahaha, masz rację.
Święta racja. Rozmowa dała mi pozytywnego kopa. Jak zwykle zresztą.
Ale co jest ze mną?
Zakręcony dzięcioł wystukał z głowy resztki zawiśnięcia. Ale zawisak wrócił. Rozsiadł się wygodnie po czym mnie poskładał.
Zrobiła się godzina dwunasta, do ślubu zostało półtora godziny, a mnie się nic nie chce. E, tam. Znowu rozwałka. Piorunująca utrata energii.
- Napisałaś kartkę i dedykacje?
- Ja?!
Zaczęłam szukać na internecie słów, bo mnie jakoś opuściła wena. Miłość ....przereklamowana sprawa.
Chyba powinnam szukać nekrologu. O utracona wolności....
Z niektórymi ludźmi robi się coś dziwnego po założeniu obrączki. Ja-żona, ty -mąż równa się zaczadzenie mózgowe. Zabijanie siebie w kącie domowym. Dostojeństwo małżeństwa jest pięknym łańcuchem. Taka powaga i pilnowanie siebie. A potem ze wściekłości ludzie zagryzają siebie ...
O 12.20 wkroczyłam do łazienki. Prysznic, makijaż włosy. Kwadrans później byłam gotowa.
A Mooniek? A Mooniek szukał krawatu.
Wywalił wszystko z szafy klnąc na czym świat stoi. Widowisko cudne.
- Kurwa! Zapomniałem też o pasku do spodni!
Ulala, ale emocje. Dobrze, ze wczoraj znalazłam spinki do rękawów koszuli.
Wleciał na resztę garniturów. Zmasakrował wszystko. Ale co mnie to ....zwisak.
- Kochanie, jeszcze zapakuj prezent! - Mooniek zabił mnie wzrokiem.
- A napisałaś? - wycedził.
- Tak, tylko powiedz mi jak panna młoda ma na imię.
Za pół godziny ślub, a ja zapomniałam jak ma na imię panna młoda. Ale czy ja muszę wszystko wiedzieć? Co mnie to ....zwisak.
- Yyyy....
- Yeti?
- Bogusia, Bogusława.
- Było blisko.
Zeszliśmy na parking. Para Młoda przyszła. O!, z wózkiem i synkiem. Mooniek wyciągnął foteliki dzieci i zaniósł do mieszkania. Fajnie, ze powiedzieli, ale co tam i tak by Mooniek nie zdążył tego zrobić. W końcu, nie schował fotelików do bagażnika auta, bo po co? Hahaha, Państwo Młodzi mieliby ekstra jazdę na ślub - w fotelikach.
Ech, cały Mooniek.
Maleństwo zaczęło płakać.
- O już protestuje przed Waszym ślubem - zażartowałam - jakie veto! Wy się dobrze zastanówcie, co robicie, hahaha
O godzinie 13.25 byliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego.
- Proszę niech państwo wejdą. - urzędniczka zwróciła się do mnie i Moonka.
- My? Chyba tylko świadek.
- To państwo nie są państwem młodym? A tak wyglądacie jakbyście byli.
- Hahahaha, to super.
Ślub był rewelacyjny. Pan Młody dostał ataku śmiechu, a pannie młodej poszły lekkie łezki. Za to babcia krzyczała:
- Głośniej, bo nic nie słyszę!
- Ja Bogumiła ......
Kto? Bogumiła?! A nie Bogusława? Teraz ja dostałam ataku śmiechu. Rewelacja, być na ślubie, ale kogo?
Po ślubie pozwoliłam z bezczelnym uśmiechem poinstruować młodych małżonków w zakresie zdjęć i ustawień. Przy emocjach i maluszku nie myśli się o takich rzeczach.
- Dobra, a teraz ustawiają się młodzi i rodzice.
- Hahahaha, i co jeszcze?
- A to, zamknijcie drzwi za sobą, po co wam obcy w kadrze?
- Słusznie!
Potem żartowałam sobie z rodziną państwa młodych na temat małżeństwa. Bo to jest w sumie śmieszny wynalazek.
- No to teraz Maro będzie rozumiał Moonka w niedoli posiadania żony, hahahaha, już widzę ich tajne spotkania, tylko nam rzucą tekstem: - Kochanie idę wynieść śmieci!, i będą wracać po 5 godzinach bełkocząc, że klapa się zatrzasnęła, hahahaha.
- To ty jesteś Mooniek? Maro dużo o tobie opowiada - rzekł wujek- znam ciebie z opowieści, miło mi cię poznać w końcu.
Nawet nie wiedziałam, ze mężulo jest takim ważnym kumplem. No proszę.
Ale czy my mówimy znajomym, że są ważni w naszym życiu?
Przyjęcie odbyło się w restauracji Lawendowy Ogród. Tyle, ze wszędzie dookoła rosła kukurydza. Hm, jaki to lawendowy ogród? Kukurydziany zakątek lepiej by pasował.
Weszliśmy do środka. Właścicielka była ubrana w lawendowe kolory. Aha, to taki ogródek ...
- Pokaż tego GPS - zwrócił sie Mooniem do pana młodego, by ten pokazał mu obrączkę.
- GPS? - zdziwiła się matka młodego zaczynając się śmiać.
- No tak, to taka nawigacja. Teraz jak Maro będzie wychodził z knajpy, wystawi tylko palec i acha! wiem gdzie mam wracać! - zażartowałam
- A co z monitorem?- żartowała matka młodego.
- Wie pani, oko, czujne oko żony zawsze czuwa, nie Bogusia? - dalej robiłam sobie jaja.
Rodzina wpadła w dyskusję na temat urlopu okolicznościowego.
- Tak, tak dwa dni się należy, - wtrąciłam się, żartując sobie -dlatego z Moonkiem wzięliśmy ślub, bo chcieliśmy mieć dłuższe wolne, choć prawdę powiedziawszy to miałam już tasak w ręku, bo za śmierć też jest wolne, ale mniej, więc mord odpadł na rzecz ślubu.
Hahahahaha rodzinka zaśmiała się. Mieli inne wyjście? Nie mieli. Za to Mooniek popatrzył na mnie jak zwykle, jak na obłąkaną owcę.
- Nie wiem dlaczego ludzie nie biorą ślubów - odezwała się panna młoda trzymając swojego 7-tygodniowego synka - życie w konkubinacie, w związkach, do czego to prowadzi, dokąd to świat zmierza?
- Do satysfakcji seksualnej! - odpowiedziałam z frywolna lekkością.
Hahahahaa,
- No wiesz co? Seks, przecież on nie jest najważniejszy. A ty czego nie szukasz, co?
- Bo ja jestem za leniwa - odpowiedziałam lekko ze śmiechem. Co będę drążyć temat braku zainteresowania innymi facetami i seksu ogólnie z jakąś "konserwą".
- A wiecie, ludzka natura najlepiej wychodzi w sanatorium No w końcu czasami trzeba wyhuśtać tyłek....- pociągnęłam temat opowiadając zabawne historyjki.
I rozbawiałam opowiadając o cudach, jakie zdarzają się w sanatoriach.
- To ty byłaś w sanatorium? - zdziwiła się matka panny młodej.
- Dziwne prawda. Tak też zareagował chłopak kumpeli, kiedy mu powiedziała ze jednak nie spotka się ze mną bo jestem w sanatorium, a on na to: "Kurwa, to ile ona ma lat?".
Ogólnie rozmowa toczyła się przesympatycznie.
A potem znowu było słychać latającą muchę ....
- Ja rozumiem, że dzisiaj podpisaliście akt zgonu, ale żebyście nic nie mówili? Panie Młody, proszę, opowiedzieć dowcipy o teściowej, teraz już możesz, dajesz stary - przerwałam ciszę. Cisza może jest fajna z kimś fajnym, ale na imprezach to jakoś tak w uszy kole.
Pan Młody śmiał się, ale się nie odważył opowiedzieć dowcipu, bo teściowa, fajna kobieta, już coś zażartowała.
-Wiem, wiem - wtrąciłam się - przyjedziesz do teściowej i zonk, kotleciki przypalone, Węglowa dietka to nie coś o czym marzysz, prawda? Dobra nie opowiadaj, ja to będę robić.
Opowiedziałam dowcip dodając, jak towarzystwo przestało się śmiać:
- A moja mama sama sobie na naszym weselu zaśpiewała" Teściowo ty stary rowerze", ale na drugi dzień poleciała i kupiła nowy rower co by nie było.
Hahahahaha.....
Towarzystwo zaczęło zastanawiać się skąd wziął się ten stary rower.
- Pewnie od pedałów - wypaliłam, z przekąsem - oni są zawsze winni. A propos pedałów, słyszeliście taki dowcip...
I znowu hahahahaha.
Naprawdę bredziłam doprowadzając do śmiechu, który zabijał ciszę.
W którymś momencie wujek pana młodego ryknął:
- Arte ty jesteś zajebista, ty mów, powiedz coś jeszcze ...
Dwa razy nie musiał powtarzać.
Nie ma to jak lansik.
Mój pustostan urósł do gigantycznych rozmiarów.
Oczywiście z rodzinka robiliśmy rząd i zgodnie znikaliśmy na papierosa. Pan Młody też wyszedł.
- Siadaj - zwróciła się jego matka.
- Nie, postoję.
- I słusznie. Ucz się już stawać na baczność- zażartowałam. I dworowałam sobie w dalszym ciągu z małżeństwa.
Po obiedzie było ciasto, szampan i wino.
- Ale otwórzcie jedno wino- krzyknęła panna młoda do kelnerki.
Jedno wino.
- Dla mnie tylko? - nie byłabym sobą, jakbym się nie odezwała.
- A ja miałam wodę w lampce - stwierdziła ciotka pana młodego na kolejnym wyjściu na papierosa.
- W końcu wesele- zaczęłam żartować - i miał nastąpić kolejny cud: woda w wino miała się zamienić.
- Hhahaha, ale to nie Kana!
- A to proszę młodym powiedzieć - odparowałam - niech nie liczą na cud tylko postawią następne wino, hahaha
- Następny cud? - zdziwiła się matka młodego.
- No pierwszy to był, ze pani syn się ożenił, hahahaha
Żartowaliśmy sobie cały czas.
Wujek opowiadał potem o przygodach wędkarskich.
- Mówię wam, uparty jestem i złowię tego suma.....
- To teraz będziesz miał towarzystwo do połowu. Maro, będzie czmychał na ryby, co stary?
- Chyba z Moonkiem...
- Oj, to ja już lecę kupować wędkę, niech idzie, tyle spokoju, hahahaha
Na koniec przyjęcia ze wszystkim pożegnałam się. Zebrałam buziaki i uściski, a Mooniek komplementy:
- Masz fajną żonę. Niesamowite poczucie humoru ....
Odwieźliśmy państwa młodych.
- To do zobaczenia na wieczornej wódce - pożegnał nas pan młody.
- Do zobaczenia i dzięki, póki co, Było mocarnie.
Przebraliśmy się i pojechaliśmy do szpitala zobaczyć co z ojcem. Leżał taki biedny na intensywnej terapii. Widać, że słaby.
Zresztą sam widok sali osłabiał masakrycznie.
Porozmawialiśmy trochę.
Mooniek ogolił ojca. Widok ten złapał mnie za serce. Było to takie piękne i czułe. Wzruszające.
Ojciec i syn.
Kiedyś ojciec wiązal mu sznurówki przy bucie, a teraz syn golił ojca.
Pojechaliśmy na zakupy. teściu na intensywnej terapii a teściowa zażyczyła sobie 20 kg maki.
Dwadzieścia kilogramów. W końcu niektórzy stres przejadają. Teściowa to ma stresa całe życie...
Dwadzieścia kilogramów. Tyle nie używam na rok, a jej pewnie na miesiąc starczy.
Ciasta, ciasteczka, pierogi, mięcha ......i potem jęczenie, że chodzić nie może, że nogi bolą, że tak ciężko.
Ale co mnie to. Najwyżej szybciej dostanę spadek.
Na zdrowie!
Prysznic, przebranie, wódka za pazuchę i polecieliśmy do państwa młodych.
Rozmowa zeszła na dzieci. Temat szczepień.
- CHOLERA! Dzisiaj miałam iść ze Starszym do lekarza! Fuck, fuck ....
- Nie drzyj szat - Mooniek zawsze opanowany.
- Nie drę, tylko jak mogłam zapomnieć?
- Ty ostatnio o wszystkim zapominasz.
- Uważaj, żebym o tobie nie zapomniała - odszczeknęłam się szybko.
Naprawdę wyleciało mi z głowy.
No, poszłam spać, po rehabilitacji.
Kurde...
- Dzięki za prezent, ale mamy jedną uwagę...
- Wiemy, imię! hahaha wybacz proszę...
- Nic ssie nie stało.
No bo Bogusia to Bogusława, a nie Bogumiła. Rozpoczęło się dyskusja na temat imion i zdrobnień.
Wyboru imienia dla dziecka.
Zabawne skojarzenia ze znajomymi. Polewka na maksa.
Kiedy otworzyliśmy drugą flaszkę Maro dostał sms. Wujek stał na dole z sumem.
Uparciuch, jak powiedział tak zrobił!
Fajna ryba tylko jak to oprawić?
Panowie podlani alkoholem mieli ułańska fantazję i tępe noże.
Ciekawy to był widok.
Stałyśmy z Boguśką kpiąc z nich niemiłosiernie.
W końcu ryba została wypatroszona.
- Wrzućcie to do reklamówki, i dajcie ja na klamkę, jak będziemy wychodzić to wyrzucimy...wiecie, upał, białe robaczki.
- To wujas będzie miał na następny połów.
- Hahahah, albo dietka białkowa, podobno robaki podlane sokiem pomarańczowym wija się jak makaron ....
Druga flaszka pękła.
Trzy osoby, dwie 0,7 - było dobrze.
Na balkonie już zdrowo wstawieni mieliśmy fazę miśków. Za przyjaźń.
- Naprawdę dla mnie oboje jesteście ważni w moim życiu.
- Ty dla nas też.
I to jest zajebiste. Mieć przyjaciół.
Bo czasami wystarczyć być.
I dobrze razem bawić się.
Tak niewiele, a jednak tak dużo.
Wsiadłam na rower i pojechałam. W deszczu. Mocno padało. Też nie miało kiedy.
Weszłam na salę.
- Dzień dobry.
- Cześć Arte -w pierwszej części kumpel miał naświetlanie na rękę.
- Cześć, patrz zamiast w knajpie to spotykamy się na rehabilitacji . Taki już nasz wiek, co? - zbrechtałam i poszłam sobie. Przecież tu każda minuta jest na wagę złota. Jak pacjent dla NFZ.
- Mokra jest pani- zauważyła rehabilitantka.
Chciałam zażartować, że zawsze jestem mokra, ale moja ospałość odpowiedziała poważnie:
- Tak, jechałam w deszczu. Uparł się, by padać w tym czasie.
Pani założyła mi sprzęt. Włączyła prąd.
- Jeszcze?
- Yyyy, wystarczy.
Kopało mi w mięśnie, a ja ledwo zamknęłam oczy, projekcja i .....
- Arte, gdzie jesteś? - usłyszałam głos kumpla. Kurde, ja tu o seksie, a on mnie budzi! Brutal!
- W ostatniej kabinie, wchodź.
Pogadaliśmy o wyjeździe w górki za tydzień. I o wyjeździe za dwa tygodnie. Sportach, planach i wódce. Życiowo tak po prostu.
- No muszę się wyrwać stary, gdziekolwiek, bo mi korki doszczętnie wywali....
Potem poszłam na ultradźwięki. Pani smaruje mi żelem kolanko, daje do ręki głowicę i mam sobie sama robić zabieg.
- Tylko nie po łękotce!
Pierwsza moja lekcja z rehabilitacji zaliczona. Wiec sobie masuje kolano, pamiętając: tylko nie po łękotce.
Bieda jest taka, ze nawet ręcznika papierowego nie ma na wytarcie żelu z kolanka.
- To pani ma takie czerwone ślady po elektrostymulacji?! - zdziwiła się rehabilitantka wchodząca na salę.
- Tak, ale zejdzie, jak zwykle.
- Ewa! Jakie ty dajesz napięcie?
- Ale pani mówiła, ze nie boli. - drze się Ewka z innej kabiny - Nie piekło pani, prawda?!
- Nie! - odpowiedziałam.
- To proszę w domu posmarować skórę kremem. A napięcie będziemy dawać mniejsze!
- Dobrze.
Sala ćwiczeń. Klatka. Podwieszenie nogi.
- Jaki był ostatni ciężar?
- Kilo, chyba
- Damy więcej.
Zginanie kolana. Zginanie kolana. Zginanie kolana. Sen.
I ból. Na pogodę pewnie. Do dupy z tym wszystkim. Do dupy!
Wróciłam do domu. Fuck, znowu w deszczu. Ospałość przemarznięta wrzuciła mnie do łóżka. Zasnęłam sobie spokojnie. W końcu ślub cywilny był na 13.30. A nie miałam ochoty wyjść spod kołdry. Nie i koniec.
Wstałam nietomna po godzinie dziesiątej. Oczywiście na dzień dobry wpakowałam nos w lapka i telefon. O, Boska dzwoniła.
- Sorki, spałam
- Ale co masz taki głos?
- Eeee...nie wiem, noga boli, deszcz padał, zmokłam...
- Ty marudzisz? Normalnie to cieszyłabyś się jazdą w deszczu mówiąc, ze fajnie pada ....
- Hahaha, masz rację.
Święta racja. Rozmowa dała mi pozytywnego kopa. Jak zwykle zresztą.
Ale co jest ze mną?
Zakręcony dzięcioł wystukał z głowy resztki zawiśnięcia. Ale zawisak wrócił. Rozsiadł się wygodnie po czym mnie poskładał.
Zrobiła się godzina dwunasta, do ślubu zostało półtora godziny, a mnie się nic nie chce. E, tam. Znowu rozwałka. Piorunująca utrata energii.
- Napisałaś kartkę i dedykacje?
- Ja?!
Zaczęłam szukać na internecie słów, bo mnie jakoś opuściła wena. Miłość ....przereklamowana sprawa.
Chyba powinnam szukać nekrologu. O utracona wolności....
Z niektórymi ludźmi robi się coś dziwnego po założeniu obrączki. Ja-żona, ty -mąż równa się zaczadzenie mózgowe. Zabijanie siebie w kącie domowym. Dostojeństwo małżeństwa jest pięknym łańcuchem. Taka powaga i pilnowanie siebie. A potem ze wściekłości ludzie zagryzają siebie ...
O 12.20 wkroczyłam do łazienki. Prysznic, makijaż włosy. Kwadrans później byłam gotowa.
A Mooniek? A Mooniek szukał krawatu.
Wywalił wszystko z szafy klnąc na czym świat stoi. Widowisko cudne.
- Kurwa! Zapomniałem też o pasku do spodni!
Ulala, ale emocje. Dobrze, ze wczoraj znalazłam spinki do rękawów koszuli.
Wleciał na resztę garniturów. Zmasakrował wszystko. Ale co mnie to ....zwisak.
- Kochanie, jeszcze zapakuj prezent! - Mooniek zabił mnie wzrokiem.
- A napisałaś? - wycedził.
- Tak, tylko powiedz mi jak panna młoda ma na imię.
Za pół godziny ślub, a ja zapomniałam jak ma na imię panna młoda. Ale czy ja muszę wszystko wiedzieć? Co mnie to ....zwisak.
- Yyyy....
- Yeti?
- Bogusia, Bogusława.
- Było blisko.
Zeszliśmy na parking. Para Młoda przyszła. O!, z wózkiem i synkiem. Mooniek wyciągnął foteliki dzieci i zaniósł do mieszkania. Fajnie, ze powiedzieli, ale co tam i tak by Mooniek nie zdążył tego zrobić. W końcu, nie schował fotelików do bagażnika auta, bo po co? Hahaha, Państwo Młodzi mieliby ekstra jazdę na ślub - w fotelikach.
Ech, cały Mooniek.
Maleństwo zaczęło płakać.
- O już protestuje przed Waszym ślubem - zażartowałam - jakie veto! Wy się dobrze zastanówcie, co robicie, hahaha
O godzinie 13.25 byliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego.
- Proszę niech państwo wejdą. - urzędniczka zwróciła się do mnie i Moonka.
- My? Chyba tylko świadek.
- To państwo nie są państwem młodym? A tak wyglądacie jakbyście byli.
- Hahahaha, to super.
Ślub był rewelacyjny. Pan Młody dostał ataku śmiechu, a pannie młodej poszły lekkie łezki. Za to babcia krzyczała:
- Głośniej, bo nic nie słyszę!
- Ja Bogumiła ......
Kto? Bogumiła?! A nie Bogusława? Teraz ja dostałam ataku śmiechu. Rewelacja, być na ślubie, ale kogo?
Po ślubie pozwoliłam z bezczelnym uśmiechem poinstruować młodych małżonków w zakresie zdjęć i ustawień. Przy emocjach i maluszku nie myśli się o takich rzeczach.
- Dobra, a teraz ustawiają się młodzi i rodzice.
- Hahahaha, i co jeszcze?
- A to, zamknijcie drzwi za sobą, po co wam obcy w kadrze?
- Słusznie!
Potem żartowałam sobie z rodziną państwa młodych na temat małżeństwa. Bo to jest w sumie śmieszny wynalazek.
- No to teraz Maro będzie rozumiał Moonka w niedoli posiadania żony, hahahaha, już widzę ich tajne spotkania, tylko nam rzucą tekstem: - Kochanie idę wynieść śmieci!, i będą wracać po 5 godzinach bełkocząc, że klapa się zatrzasnęła, hahahaha.
- To ty jesteś Mooniek? Maro dużo o tobie opowiada - rzekł wujek- znam ciebie z opowieści, miło mi cię poznać w końcu.
Nawet nie wiedziałam, ze mężulo jest takim ważnym kumplem. No proszę.
Ale czy my mówimy znajomym, że są ważni w naszym życiu?
Przyjęcie odbyło się w restauracji Lawendowy Ogród. Tyle, ze wszędzie dookoła rosła kukurydza. Hm, jaki to lawendowy ogród? Kukurydziany zakątek lepiej by pasował.
Weszliśmy do środka. Właścicielka była ubrana w lawendowe kolory. Aha, to taki ogródek ...
- Pokaż tego GPS - zwrócił sie Mooniem do pana młodego, by ten pokazał mu obrączkę.
- GPS? - zdziwiła się matka młodego zaczynając się śmiać.
- No tak, to taka nawigacja. Teraz jak Maro będzie wychodził z knajpy, wystawi tylko palec i acha! wiem gdzie mam wracać! - zażartowałam
- A co z monitorem?- żartowała matka młodego.
- Wie pani, oko, czujne oko żony zawsze czuwa, nie Bogusia? - dalej robiłam sobie jaja.
Rodzina wpadła w dyskusję na temat urlopu okolicznościowego.
- Tak, tak dwa dni się należy, - wtrąciłam się, żartując sobie -dlatego z Moonkiem wzięliśmy ślub, bo chcieliśmy mieć dłuższe wolne, choć prawdę powiedziawszy to miałam już tasak w ręku, bo za śmierć też jest wolne, ale mniej, więc mord odpadł na rzecz ślubu.
Hahahahaha rodzinka zaśmiała się. Mieli inne wyjście? Nie mieli. Za to Mooniek popatrzył na mnie jak zwykle, jak na obłąkaną owcę.
- Nie wiem dlaczego ludzie nie biorą ślubów - odezwała się panna młoda trzymając swojego 7-tygodniowego synka - życie w konkubinacie, w związkach, do czego to prowadzi, dokąd to świat zmierza?
- Do satysfakcji seksualnej! - odpowiedziałam z frywolna lekkością.
Hahahahaa,
- No wiesz co? Seks, przecież on nie jest najważniejszy. A ty czego nie szukasz, co?
- Bo ja jestem za leniwa - odpowiedziałam lekko ze śmiechem. Co będę drążyć temat braku zainteresowania innymi facetami i seksu ogólnie z jakąś "konserwą".
- A wiecie, ludzka natura najlepiej wychodzi w sanatorium No w końcu czasami trzeba wyhuśtać tyłek....- pociągnęłam temat opowiadając zabawne historyjki.
I rozbawiałam opowiadając o cudach, jakie zdarzają się w sanatoriach.
- To ty byłaś w sanatorium? - zdziwiła się matka panny młodej.
- Dziwne prawda. Tak też zareagował chłopak kumpeli, kiedy mu powiedziała ze jednak nie spotka się ze mną bo jestem w sanatorium, a on na to: "Kurwa, to ile ona ma lat?".
Ogólnie rozmowa toczyła się przesympatycznie.
A potem znowu było słychać latającą muchę ....
- Ja rozumiem, że dzisiaj podpisaliście akt zgonu, ale żebyście nic nie mówili? Panie Młody, proszę, opowiedzieć dowcipy o teściowej, teraz już możesz, dajesz stary - przerwałam ciszę. Cisza może jest fajna z kimś fajnym, ale na imprezach to jakoś tak w uszy kole.
Pan Młody śmiał się, ale się nie odważył opowiedzieć dowcipu, bo teściowa, fajna kobieta, już coś zażartowała.
-Wiem, wiem - wtrąciłam się - przyjedziesz do teściowej i zonk, kotleciki przypalone, Węglowa dietka to nie coś o czym marzysz, prawda? Dobra nie opowiadaj, ja to będę robić.
Opowiedziałam dowcip dodając, jak towarzystwo przestało się śmiać:
- A moja mama sama sobie na naszym weselu zaśpiewała" Teściowo ty stary rowerze", ale na drugi dzień poleciała i kupiła nowy rower co by nie było.
Hahahahaha.....
Towarzystwo zaczęło zastanawiać się skąd wziął się ten stary rower.
- Pewnie od pedałów - wypaliłam, z przekąsem - oni są zawsze winni. A propos pedałów, słyszeliście taki dowcip...
I znowu hahahahaha.
Naprawdę bredziłam doprowadzając do śmiechu, który zabijał ciszę.
W którymś momencie wujek pana młodego ryknął:
- Arte ty jesteś zajebista, ty mów, powiedz coś jeszcze ...
Dwa razy nie musiał powtarzać.
Nie ma to jak lansik.
Mój pustostan urósł do gigantycznych rozmiarów.
Oczywiście z rodzinka robiliśmy rząd i zgodnie znikaliśmy na papierosa. Pan Młody też wyszedł.
- Siadaj - zwróciła się jego matka.
- Nie, postoję.
- I słusznie. Ucz się już stawać na baczność- zażartowałam. I dworowałam sobie w dalszym ciągu z małżeństwa.
Po obiedzie było ciasto, szampan i wino.
- Ale otwórzcie jedno wino- krzyknęła panna młoda do kelnerki.
Jedno wino.
- Dla mnie tylko? - nie byłabym sobą, jakbym się nie odezwała.
- A ja miałam wodę w lampce - stwierdziła ciotka pana młodego na kolejnym wyjściu na papierosa.
- W końcu wesele- zaczęłam żartować - i miał nastąpić kolejny cud: woda w wino miała się zamienić.
- Hhahaha, ale to nie Kana!
- A to proszę młodym powiedzieć - odparowałam - niech nie liczą na cud tylko postawią następne wino, hahaha
- Następny cud? - zdziwiła się matka młodego.
- No pierwszy to był, ze pani syn się ożenił, hahahaha
Żartowaliśmy sobie cały czas.
Wujek opowiadał potem o przygodach wędkarskich.
- Mówię wam, uparty jestem i złowię tego suma.....
- To teraz będziesz miał towarzystwo do połowu. Maro, będzie czmychał na ryby, co stary?
- Chyba z Moonkiem...
- Oj, to ja już lecę kupować wędkę, niech idzie, tyle spokoju, hahahaha
Na koniec przyjęcia ze wszystkim pożegnałam się. Zebrałam buziaki i uściski, a Mooniek komplementy:
- Masz fajną żonę. Niesamowite poczucie humoru ....
Odwieźliśmy państwa młodych.
- To do zobaczenia na wieczornej wódce - pożegnał nas pan młody.
- Do zobaczenia i dzięki, póki co, Było mocarnie.
Przebraliśmy się i pojechaliśmy do szpitala zobaczyć co z ojcem. Leżał taki biedny na intensywnej terapii. Widać, że słaby.
Zresztą sam widok sali osłabiał masakrycznie.
Porozmawialiśmy trochę.
Mooniek ogolił ojca. Widok ten złapał mnie za serce. Było to takie piękne i czułe. Wzruszające.
Ojciec i syn.
Kiedyś ojciec wiązal mu sznurówki przy bucie, a teraz syn golił ojca.
Pojechaliśmy na zakupy. teściu na intensywnej terapii a teściowa zażyczyła sobie 20 kg maki.
Dwadzieścia kilogramów. W końcu niektórzy stres przejadają. Teściowa to ma stresa całe życie...
Dwadzieścia kilogramów. Tyle nie używam na rok, a jej pewnie na miesiąc starczy.
Ciasta, ciasteczka, pierogi, mięcha ......i potem jęczenie, że chodzić nie może, że nogi bolą, że tak ciężko.
Ale co mnie to. Najwyżej szybciej dostanę spadek.
Na zdrowie!
Prysznic, przebranie, wódka za pazuchę i polecieliśmy do państwa młodych.
Rozmowa zeszła na dzieci. Temat szczepień.
- CHOLERA! Dzisiaj miałam iść ze Starszym do lekarza! Fuck, fuck ....
- Nie drzyj szat - Mooniek zawsze opanowany.
- Nie drę, tylko jak mogłam zapomnieć?
- Ty ostatnio o wszystkim zapominasz.
- Uważaj, żebym o tobie nie zapomniała - odszczeknęłam się szybko.
Naprawdę wyleciało mi z głowy.
No, poszłam spać, po rehabilitacji.
Kurde...
- Dzięki za prezent, ale mamy jedną uwagę...
- Wiemy, imię! hahaha wybacz proszę...
- Nic ssie nie stało.
No bo Bogusia to Bogusława, a nie Bogumiła. Rozpoczęło się dyskusja na temat imion i zdrobnień.
Wyboru imienia dla dziecka.
Zabawne skojarzenia ze znajomymi. Polewka na maksa.
Kiedy otworzyliśmy drugą flaszkę Maro dostał sms. Wujek stał na dole z sumem.
Uparciuch, jak powiedział tak zrobił!
Fajna ryba tylko jak to oprawić?
Panowie podlani alkoholem mieli ułańska fantazję i tępe noże.
Ciekawy to był widok.
Stałyśmy z Boguśką kpiąc z nich niemiłosiernie.
W końcu ryba została wypatroszona.
- Wrzućcie to do reklamówki, i dajcie ja na klamkę, jak będziemy wychodzić to wyrzucimy...wiecie, upał, białe robaczki.
- To wujas będzie miał na następny połów.
- Hahahah, albo dietka białkowa, podobno robaki podlane sokiem pomarańczowym wija się jak makaron ....
Druga flaszka pękła.
Trzy osoby, dwie 0,7 - było dobrze.
Na balkonie już zdrowo wstawieni mieliśmy fazę miśków. Za przyjaźń.
- Naprawdę dla mnie oboje jesteście ważni w moim życiu.
- Ty dla nas też.
I to jest zajebiste. Mieć przyjaciół.
Bo czasami wystarczyć być.
I dobrze razem bawić się.
Tak niewiele, a jednak tak dużo.


Przyjaciele są w życiu niezbędni. :)
OdpowiedzUsuńdokładnie! i chwała im za to, że są.:)
UsuńArte... najpierw na wesoło o tym pogrzebie przez innych zwanym ślubem a potem o tej intensywnej terapii. Nie wiedziałam jak mam uszeregować emocje :P
OdpowiedzUsuńTo Ty jeździsz na rowerze??????
A na spotkaniach towarzyskich z tym cynizmem to byśmy się obie nadawały- jakbym patrzyła na siebie z boku :D
hahahaha, byłaby loża szyderców :))))
Usuńjeżdżę na rowerze, gorzej z chodzeniem, bo boli - za duży ciężar, chyba przejdę na mega dietę :)
Na diete? Chcesz w depreche wpasc? Odpusc sobie :-P
UsuńDusza towarzystwa z Ciebie ;)
OdpowiedzUsuńjak chcę to jestem :)
UsuńArte, dzięki, že piszesz, poprawiłaś mój dzisiejszy zły dzień, a na imprezy mogłybyśmy chodzić razem hi,hi, ;) zdrówka dla Ciebie
OdpowiedzUsuńproszę i cieszę się :)
Usuńoch imprezy są najlepsze na duszę - dzięki :)
Jak czytałam o rehabilitacji jakiej zażywasz uświadomiłam sobie swoją wrodzoną niechęć do tej gałęzi medycyny. Ale i tak mam nadzieję, że Ci służą te zabiegi.
OdpowiedzUsuńLubię jak piszesz o ludziach, z dystansem, a życzliwie... Chwilami ironicznie, ale bez zbędnych złośliwości. Jesteś świetna Arte!
też mam nadzieję, choć nikła ...:)
UsuńDzięki NieAnielico :)
Przecież to nie był piątek 13 :-)
OdpowiedzUsuńSię uśmiałam :D
to super!!!:) powiem Ci , że ja też :)))
Usuń