Chcę wódy i seksu. Nic poza tym. Takie aspiracje życiowe. Snopki emocji na polu znużenia.
Walić się bądź walić w ryło.
Przyjemna fala zniszczenia. Podnosić się, by upaść. Upadać, by się podnosić.
Zakaz posiadania broni czyni mnie wciąż żywym człowiekiem.
Jeszcze żywym człowiekiem...
A to by było takie proste - jeden strzał. Pewność bycia trupem.
Urwana szczęka, mózg na ścianie. Ostatnie dzieło. Elipsa istnienia.
Esencja życia: proch wymieszany z gównem.
W chwilach zawisu między życiem a śmiercią, będę malować obrazy. Przelewać stany nieświadomości na uświadomienie swojej niepoczytalności. Futurystyczne kręgi w abstrakcyjnym klimacie. Normalnie paluchy w tubki włożę, nasączę się barwami i zaplącze kolory w kosmiczne wizje.
Może i pampersem, jak go będę nosić w kryzysie ciała, rzucę w ścianę. Rozkład świata - tak nazwę. Albo Katolicyzm.
Albo proszę, oto żółta kropka na tle czarnym. Taka mała, ledwo tląca, znikająca nieśmiałość...
Jestem słońcem. Dla niewidomych. Serc ludzkich.
To tygrys polujący nocą. Błyszczy pożółkłym zębem.
To ostatnia nadzieja gasnąca bez nadziei.
To rodząca się gwiazda, pierwsza gwiazda w ewolucji świata dążącego do śmierci. Zaczęło się od punktu i w punkcie się skończy.
Wiersze też będę pisać. O gównie. Znaczy o życiu. Pokraczne, wredne, niestrawne. Jak kotlet schabowy na naszym dworcu. Ze zjełczałym kompotem podawanym przez spoconą kelnerkę w przykrótkim fartuszku z grubymi nogami.
Potem napcham się prochami, puszczę pawia i dalej będę pić. Pieprzyć się bądź słowem. Palcówa nie tylko na płótnie na zmartwychwstanie jakiś uczuć. By mieć co zatopić w alkoholu. Może wypłyną na powierzchnię i coś dojrzę w panującym wokół mroku. Małe trupie emocki. Fluorescencyjne niestrawionym żarciem. Koreczkiem śledziowym z marketu. Tanim, na słodziku.
- Patrz- zabełkoczę trzymając w rękach coś małego, oślizgłego - to była miłość do świata. a teraz wygląda jak zepsuta śliwka, kurwa, jak śmierdzi, rozłożona czasem .....
Bo dawno już wszystko we mnie umarło...
Ze śmiechu. Z rozpaczy. Z niepewności.
Wszystko jest takie nierealne.
Bezsensowne.
Byle tylko jakoś doczłapać się do śmierci.
Ludzie chcą ją dopaść z wysokiego pułapu, licząc pewnie, ze po drodze stanie się cud i zaginą na torze nieśmiertelności, a nie czołgając się po ziemi odejdą w tumanie kurzu,
A ja już łokciami wycieram dywan szukając pod szafami kosy przy bieli.
W kłębkach kotów zagubiona nie przychodzi.
A ja czekam i leżę gotowa, by nie musiała za bardzo rąk wyciągać.
Gotowa, naga, czekam.
Na wolność. Wybawienie. Spokój.
Natłok myśli buja mój fotel.
Do zarzygania.
Podtrzymujesz mi włosy, wrzucasz do wanny, każesz żyć.
- Tak, tak, ciebie też kocham - odpowiadam bezwiednie szukając żyletki.
A ty przynosisz mi kapcie, bo kafelki są za zimne.
Bo co? Bo stopy mi zmarzną?
A co z sercem? Jakim sercem?
To już bryła. Lodowy kamień w skórze naciągniętej na szkielet.
Ale nie, nóżki są ważne ...paluszki zmarzną ... znowu śmieję się szyderczo. Puste oczy zakrywają czające się zło.
- Kurwa ....
Kapcie...taka ułuda normalności.
Nic już nie jest normalne. I nie będzie.
Kolejna istota wierząca w zabawienie żyje iluzją postawienia mnie na nogi.
Rzucam nimi w ciebie, z wściekłości.
- Odejdź - krzyczę - spierdalaj! rozumiesz? Spierdalaj ...
Zaczynam płakać ...
- Jajecznica?
Twoje nie strudzenie i wierność wzbudzają we mnie jeszcze większą agresję. Ale wyplute ciało bez sił opada na podłogę. Palce zaciśnięte duszą bezsilność.
Otwieram szafkę. Jest moje wybawienie. Łykam czystą na oczyszczenie. To są moje kapcie na rozgrzanie. Idealny rozmiar. Bez uciskowy.
Spojrzenie do lustra i paw kolosalny rozgościł się w umywalce.
Zimny dreszcz maca moje ciało.
Najwierniejszy.
Padam koło łóżka. Podnosisz mnie. a potem kładziesz się koło mnie. Tulisz.
Poddaję się bezwiednie nie mając sił na nic.
Zasypiam nie wiedząc koło kogo. Wszystko mi się pieprzy.
Ty- twoje imię, bo nie pamiętam z kim już jestem.
Zresztą czy to ważne?
Nadchodzi taki moment w życiu, kiedy wali się wszystko.
Obudziłam się.
W łóżku.
Jeszcze.
Nie na dnie ....
Rany, Arte, czasami to normalnie ciary po plecach/
OdpowiedzUsuńdążenie do autodestrukcji
OdpowiedzUsuńodpychanie bliskich
Bliźniacze dusze?
też pozwolę sobie coś Tobie zadedykować-wszak uczył mnie sam Mistrz
https://www.youtube.com/watch?v=B8yz5la6PG4
Brr... Czasem Twoje wpisy wpędzają mnie w autentyczne przerażenie...
OdpowiedzUsuńAnna napisała już to, co chciałam i ja napisać. Dodam tylko, że wiesz, co w Tobie lubię? To, że jesteś sobą, i taką siebie pokazujesz światu, nie zważając na to, co inni pomyślą.
OdpowiedzUsuńNie ogarniam Ciebie... I boję się za każdym razem, gdy zaczynam trochę podzielać i rozumieć to co piszesz :P
OdpowiedzUsuńWeź, wiesz co? Jak ty wkręcasz to normalnie..... normalnie masz szczęście, że jestem daleko, bo bym cie udusila. Tak samo zresztą jak ty mnie :P
OdpowiedzUsuńKurczę, ile tych myśli chodzi Ci po głowie, dobrze, że je gdzieś "przelewasz" :D
OdpowiedzUsuńWszystkich zaniepokojonych informuję, ze to tylko moja dusza, nie real :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
ps nie wykluczam pewnych faktów, bo kto wie, co życie przyniesie?:P
:DDD
dołączam się do słów m.in: Zakaz posiadania broni czyni mnie wciąż żywym człowiekiem.
OdpowiedzUsuńJeszcze żywym człowiekiem.
;))))
miło mi :)))
UsuńSkoro broń jest zakazana, to chyba czas na jakieś zmiany...
OdpowiedzUsuńhm....przeskoczyć na myśl o prochach czy o zeskoczeniu z wieżowca? :D:P
UsuńBrrrrrr, gęsiej skórki dostałam. Cóż za stan duszy?????? Dlaczego? Nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej! A może być lepiej. Wiele zależy od nas samych. Autodestrukcja to nie jest dobra metoda.
OdpowiedzUsuńSerdeczności
Autodestrukcja jest wpisana we mnie jak metka w ubranie :)
UsuńPozdrawiam :)
Mocne...nawet jak na piątkowy wieczór...
OdpowiedzUsuńW takich chwilach każ swojemu niech puści Ci:
http://www.youtube.com/watch?v=FWjG0NuYGOU
Jeden z moich ulubionych utworów. Romantyzm tekstu w porównaniem z romantyzmem wykonania powala ;)
Ministry!!! I love it!:)
OdpowiedzUsuńUtwór genialny, dzięki :)