Stres spowodowany dziwną ma sytuacją życiowa spowodował, że zamknęłam się w kuchni. Zresztą matka bawi się w Hiszpanii, więc cóż, nie ma gdzie się na obiad wkręcić.
Córka wciągnęła się w pomoc.
Tyle, że ona chętnie pomaga, a niechętnie je. Tak jak jej brat. Wszystko kłuje w zęby. Warknęłam. A jak warknełam to i obiad trafił do małych żołądków.
Jednak wieczorem dostałam szału.
- Co jecie na kolację?
- Płatki z mlekiem.
- Nie. Co zjecie?
- Płatki z mlekiem - odpowiedział syn.
- Jedliście na śniadanie zostawiając połowę porcji dla śmietnika. Nic z tego.
- ALE JA CHCĘ PŁATKI Z MLEKIEM! - Młoda zaczęła krzyczeć.
I trafiło mnie. W dzień w dzień to świństwo. A że jestem nerwus mega to i mnie wyniosło. Zaczęłam się drzeć tuptając:
- Koniec! Koniec! Koniec! Mam to w dupie co chcecie. Od dzisiaj jecie to co wam dam, jeśli nie zjecie będziecie głodować do następnego posiłku. Wprowadzam terror i już. Szlag mnie kiedyś trafi jak usłyszę: parówka, płatki z mlekiem. Po moim trupie. Ja pierdzielę, mam dość.
Efekt?
Syn zjadł 3 kromki z szynką i serem żółtym. Zjadł chleb. Kromek trzy. Wciąż nie wierzę, ale skoro widziałam to na własne oczy uwierzyć muszę. I do tego szynka.
A córka wciągnęła zapiekankę makaronowomięsnopomidorową. utworzoną z mego natchnienia.
I myślę sobie, że może krzyk nie jest właściwy, ale cóż - cel uświęca środki. Dzisiaj zjedli omlet i to bez gadania. Wszystko zjedli, bez tekstu:
- Ale ja już nie chcę... - zostawiając połowę porcji. Dotyczy to zarówno córki jak i syna.
Może nadszedł kres problemów z jedzeniem?
Hm, może warto być psychicznym?
:)))))))
Córka wciągnęła się w pomoc.
Tyle, że ona chętnie pomaga, a niechętnie je. Tak jak jej brat. Wszystko kłuje w zęby. Warknęłam. A jak warknełam to i obiad trafił do małych żołądków.
Jednak wieczorem dostałam szału.
- Co jecie na kolację?
- Płatki z mlekiem.
- Nie. Co zjecie?
- Płatki z mlekiem - odpowiedział syn.
- Jedliście na śniadanie zostawiając połowę porcji dla śmietnika. Nic z tego.
- ALE JA CHCĘ PŁATKI Z MLEKIEM! - Młoda zaczęła krzyczeć.
I trafiło mnie. W dzień w dzień to świństwo. A że jestem nerwus mega to i mnie wyniosło. Zaczęłam się drzeć tuptając:
- Koniec! Koniec! Koniec! Mam to w dupie co chcecie. Od dzisiaj jecie to co wam dam, jeśli nie zjecie będziecie głodować do następnego posiłku. Wprowadzam terror i już. Szlag mnie kiedyś trafi jak usłyszę: parówka, płatki z mlekiem. Po moim trupie. Ja pierdzielę, mam dość.
Efekt?
Syn zjadł 3 kromki z szynką i serem żółtym. Zjadł chleb. Kromek trzy. Wciąż nie wierzę, ale skoro widziałam to na własne oczy uwierzyć muszę. I do tego szynka.
A córka wciągnęła zapiekankę makaronowomięsnopomidorową. utworzoną z mego natchnienia.
I myślę sobie, że może krzyk nie jest właściwy, ale cóż - cel uświęca środki. Dzisiaj zjedli omlet i to bez gadania. Wszystko zjedli, bez tekstu:
- Ale ja już nie chcę... - zostawiając połowę porcji. Dotyczy to zarówno córki jak i syna.
Może nadszedł kres problemów z jedzeniem?
Hm, może warto być psychicznym?
:)))))))

Podobno dzieci nazwyczaj chcą jeść parówki lub właśnie płatki z mlekiem.Niby mleko zdrowe,ale zastanawiam się,że też im to dupami nie wyjdzie z przeproszeniem;)?
OdpowiedzUsuńzagubiona
Oj lubią, lubią, im to się nie nudzi, a nam to nosem wyhodzi, bo ile można na tym życ?!!!! Skończyło się - tupnęłam nogą :)
OdpowiedzUsuń