czwartek, 17 października 2013

story:P

W IMIĘ NORMALNOŚCI

- Duchy, wszędzie są duchy –krzycząc tak rzucała wszelkimi rzeczami, jakie znalazły się pod jej ręką – Wy śmierdziele, astralne gnioty, parobkowie szatana, a ty, Belzebubie to co świnio, tchórzliwy zasrańcu, przesyłasz mi tylko swoich sługusów? Chrzańcie się....Odpierdolcie się kurewskie nasiona !
A tak wrzeszcząc, a tak klnąc i jeszcze gorzej mówiąc, sycząc, latała po całym mieszkaniu, po całych 120 metrach kwadratowych i miotała wszelkimi rzeczami, jakie weszły jej pod rękę. Dokonywała nie tylko demontażu dorobku jej rodziców, ale również próbowała uszkodzić samą siebie. Widok ten był straszny. Piekielny wręcz. Nikt nie wiedział co robić, jak zareagować, więc póki co rodzice - starsi ludzie, którzy zdecydowali się na rodzicielstwo w wieku, kiedy inni odliczają czas na emeryturę - ograniczyli swoje działania do jęków: „za co to?”, „och, Boże, Boże...”, jak i do wyrywania włosów oraz wzajemnych oskarżycielskich spojrzeń. Rodzeństwo zaś, młodsze rodzeństwo – sztuk dwie- schowało się w szafach i to pod walizkami – dla lepszej konspiracji przed obłąkaną siostrą.  
I ta gehenna trwała dzień i noc, dzień i noc i nic nie zapowiadało, że dramat ten zakończy się w najbliższym czasie. Nawiedzona dziewczyna bezkarnie oddawała się destrukcyjnym działaniom przemieszanymi niecenzuralnymi tekstami. Rodzina zapomniała co to spokój, cisza, harmonia, co to jest normalne życie. Otaczały ją zewsząd hałasy, krzyki, stuki, jęki, przekleństwa, łomotanie.
Bezradność rodziny była podyktowana wiarą w duchy, zabobonnością oraz strachem, że oni sami padną ofiarą złych mocy. Niemniej jednak wszystko ma swoje granice i nadszedł ten dzień, kiedy matka z wałkiem w jednej ręce, a miską w drugiej dopełzła do telefonu. Aparat spokojnie spoczywał na dnie wanny. Pomimo odbytego lotu nie uległ uszkodzeniu. W drodze powrotnej matka wyczerpała swój limit szczęścia – jej świrnięta córka potraktowała ją w sposób brutalny, aczkolwiek nie w sposób makabryczny dzięki temu kobieta doczołgała się do swojego męża. Po opatrzeniu ran obydwoje podjęli decyzję – zadzwonili po egzorcystę.
I przyszedł taki, na pierwszy rzut oka, zwyczajny, szary człowieczek w średnim wieku. Lecz kiedy zobaczył swoją klientkę – młodą atrakcyjną dziewczynę (pomimo parodniowej rozróby made in nawiedzenie) – uśmiechnął się lubieżnie.
Wypieprzył wszystkie zmory, wszystkie duchy, całe zło, trzy czwarte piekła, a na końcu ją.




T E N I S


Umarł i poszedł do raju, pomimo, iż nie zasłużył sobie na to. No cóż, wyroki Boskie są nie zbadane. Stwórca wybaczył mu i koniec, więc dusza tułała się po niebiańskich przestworzach. To tu, to tam i na odwrót, przez wieki na wieki, aż w końcu znudziło mu się to wszystko. Bo i to wszystko było piękne, doskonałe i w zasięgu ręki, myśli, życzeń no i wogle całość była taka idealna i osiągalna, że aż mdła. Miał ochotę zakląć, lecz nim zdołał sobie to uświadomić już od anioła stróża zarobił z procy:
  • No, obywatelu, bez takich mi tu !!!!
Raj edenem, eden rajem, a jemu coraz bardziej brakowało życia. Wreszcie nie wytrzymał i udał się do sekretarki wszechmocnej Istoty, która umówiła go z Nim Bóg wie o której. W ko-ńcu nadeszła ta chwila:
  • O co ci chodzi ?!
  • Rzygać mi się chce.
  • I z tym do mnie przychodzisz ? Co mam z tobą wymiotować, czy jak? A może mam mi ci palca w gardziel wsadzić ?
  • Przestań na litość Boską.
  • Ja nie mam litości, ja po prostu mam sklerozę.
  • O, to przepraszam.
  • Nic nie szkodzi, przyzwyczaiłem się do ludzkiej fantazji. Ale o co ci chodzi?!
  • Mdli mnie.
  • Może jesteś w ciąży?
  • Że co jestem?
  • Ojej, przecież jesteś w raju, a tutaj, na tej Boskiej ziemi, każde życzenie spełnia się; świadome, nieświadome, podświadome, po prostu każde, nawet nie znane tobie marzenia i zachcianki spełniają się i to z tych sfer nieznanych Freudowi.
(O! Wypraszam to sobie!!! – obruszył się Zygmuś, który jak nagle się pojawił tak i znikł.)
  • Jezus! Maria!
  • Pielą w ogródku, ja już ci nie wystarczam?
  • Zgłupieć można
  • Czy z tym do mnie przychodzisz ? Chcesz zostać szaleńcem?
  • Przestań! Powiedziałem, że zgłupieć można, a nie czy można zgłupieć.
  • A, faktycznie! Widocznie z wiekiem tracę wrażliwość na niektóre drobne niuanse, a staję się przewra-żliwiony na inne sprawy, ale trwam już tyle wieków....No dobrze, to powiedz mi w końcu z czym do mnie przychodzisz.
  • Brakuje mi życia, tego smrodu, tej niepewności dnia jutrzejszego, no po prostu, Boże, daj mi pożyć. Chcę istnieć całym sobą, poznawać, być zaskakiwanym, chcę być i walczyć o to wszystko co dla mnie jest najlepsze, chcę kochać, czuć, doznawać, chcę istnieć.
  • Nie widzę problemu.
I On pstryknąwszy palcami rzekł jeszcze:
  • Żegnaj, przyjacielu – i posłał duszę w czortu.
Nie na długo, na jakieś pół wieku. Dusza wróciła więc do raju, a kolejna powłoka człecza użyźniała coraz bardziej jałową ziemię.
Dusza tu, dusza tam, można odnieść dzikie wrażenie, że jest to swoisty mecz1 pomiędzy piekłem a niebem, zaś piłką jest to, co nazywa siebie homo sapiens, pomimo, iż winno nazywać się homo co sapie, bo i dyszy, gdy zadyszkę złapie.



1 W religiach Wschodu obowiązuje termin reinkarnacja.

------------------


Pogrzebałam w opowiadankach komentując notkę Kury o homourzędusie:). Opowiadankach pisanych lat ok 20 lat  (+/2-5 lat? )temu ...więc wrzuciłam to, a co :)

Nie dawno na szczycie spotkałam kumpele, z czasów, kiedy czasy boskimi były. Jedną, jak pisałam, postaci kultowych studium. Tam było wiele cudownych osobowości. Naprawdę. Mogę dziękować losowi, ze wrzucił mnie w ten czas. Że miałam przyjemność poznać ich. Są w moim sercu po dziś. Bo są ludzie których nie zapomina się. Po prostu nie zapomina się. A na samo wspomnienie uśmiech sam gości na ustach. I te balangi, prawda?! I te wyjazdy i te projekty...

Więc kumpela zapytała się czy pisze. Byłam zdziwiona. Jak miło, ze ktoś pamięta mnie. I o tym, ze coś tworzyłam. Powiedziałam, ze pisze tylko bloga, na którym se plotę o dzieciach, trochę nudnawie. I tyle.

W tamtych czasach sobie piłam, pisałam, piłami pisłam, smiejąc się, że zobaczycie kiedyś ....

Ha, ha, ha, młodość miewa siły i fantazję.

Za to teraz, po latach mam ubaw. I mogę sie zapytać - gdzieś moja duszo? Ale nie pytam się by nie usłyszeć- wytrzeżwiałam.
Hahahahaha....

Choć raz wrzuciłam na bloga rzeczy odnalezione, ale nie sądziłam, ze mam opowiadnka :)))

http://arte1973.blogspot.com/2013/04/tekst-moj-sprzed-nastu-laty.html#links


------------------------------------------------------


B Y T K U K U Ł C Z Y


Pewna kukułka była handlarą i miała na muniu. A miała nie byle co, tylko same a kuku. I w każdy dzień nie bacząc na godziny nawoływała klientów:
  • A kuku, a kuku, kuku.....
Ale każdy miał na muniu, bo nikt nie przychodził, więc w końcu zbankrutowała. Zakręciło nią życie i dostała Bzika. Żyli długo i szczęśliwie.





G A R N I T U R

Cała rodzina latała po mieście za garniturem. Był nieboszczyk to musi być nie byle jakie ubranie. Przecież trumna będzie otwarta i każdy będzie mógł tam zajrzeć. Nawet ta gruba wariatka spod 6. Tak, ta zapewne nie podaruje sobie tej przyjemności, stara plotkara. Szkoda, że Heniu umarł, bo ile było śmiechu, kiedy sobie popiwszy jabolka tą starą kopniakami ustawiał. A teraz będzie trochę smutno...., nie, nie ma czasu na wspominki, najważniejszy jest garnitur.
Pomimo biedy, bezrobocia i nie wypłacalności MOPS-u rodzinka zrobiła ściepę na zakup. Ubranie ma być czarne, trzyczęściowe, nie byle jaka szmata z hali targowej, a nie daj Boże z lumpeksu. Heniu był Heniem, ale chamstwa nie można mu na końcu zrobić, bo a nuż będzie mścił się i straszył po nocach.
Rodzinka podzieliła się na trzy zespoły, które dostały po swoim rejonie. Latali jak dziki w Słońcu po 150 ulicach. Każdy zapisywał cenę, każdy się targował. Wreszcie jedni natrafili na to co chcieli pozostali i po komórkowej konsultacji, jak i po 10 godzinach bieganiny garnitur zakupiono.
Ubrano Henia. Ktoś rzekł by tak zakombinować, by jednak Henia w garniturze nie chować, tylko po tym jak ludzie sobie na niego popatrzą to przed samym zamknięciem trumny tak zrobić, by Henia szybciutko przebrać, a ubranie w ramach reklamacji oddać, a za pieniądze stypę porządną zrobić. Ale matka powiedziała, że Henio przynajmniej przed Bogiem ma stanąć jak człowiek i może Stwórca to doceni, a wybaczywszy mu jego grzechy rzeknie:” Heniu! choć raz wyglądasz na porządnego gościa, takich to lubię, więc zapraszam cię do Mego Królestwa”. Tak więc pochowano Henia w garniturze, niech wygląda elegancko, przynajmniej na końcu swego życia. I może gdzieś ktoś miał jeszcze nieczyste myśli, że kasę wyrzuca się w błoto, ale niech Heniowi będzie, niech odejdzie jak człowiek. Przecież każdy by tak chciał, by choć raz w życiu ludzi zadziwić i zrobić na nich wrażenie: patrzcie kim jestem !!!, choćby się trupem było.
Pół dzielnicy na pogrzeb przyszło i pół dzielnicy do trumny zaglądało, by zobaczyć Henia. A było na kogo popatrzeć. Mało kto poznał kim był nieboszczyk – bo i Henio był jakiś inny: czysty, ogolony, wyperfumowany i w pięknym ubraniu. Łał ! Garnitur zrobił swoje. Choć to jest smutne, że kawałek materiału zasłania duszę, bo i ludzie zapomnieli jakim Heniu był skurwysynem.
Umarł i mógł odejść jak człowiek. Ale nie, on musiał się rozmyślić, lecz było już zdeczko za późno. Nikt nie usłyszał jego wrzasku, ani walenia w wieko. Z braku tlenu, a nadmiaru duszenia się zacisnął szczęki na rękach. I umarł. Naprawdę odszedł. Jak krwiożercza bestia lub amator podpasek. Nieważne. Ważne, że był już prawdziwym, zimnym truposzem. Amen.
W tym wszystkim miał szczęście, że nikt z rodziny tego nie widział, bo jakże to tak nowy garnitur krwią umazać?! Tak po prostu bezczelnie wypiąć się na rodziny wysiłek, na lokatę finansową, bo przecież to nie lada poświęcenie kupić ubranie i to nie byle jakie, nie pomijając trudu mycia ciała i jego wręcz antycznego brudu, który od wieków istniał na Heniu. Oj, gdyby rodzinka przewidziała ten bieg wydarzeń zapewne po mszy sprzedałaby garnitur i wypiłaby sobie i to przez tydzień by balangowała, a i dzieciakom może by po lizaku kupiła...
A teraz Heniu stanie przed Bogiem z miną szalejącej wściekłościo-zdziwienia, w nienaturalnej pozycji i na dodatek ubabrany własną juchą!!!
Mówiąc pokrótce: Henio jak żył, tak i umarł, jak żył tak stanął przed Bogiem.
Los może jest ślepy, infantylny, czasami niesprawiedliwy, ale przeznaczenie potrafi człowieka udupić, przyszpilić i to słusznie. Amen


B A L A N G A


Zapadła noc. Zmęczona kobieta powłóczyła nogami po schodach. Wracała do domu, do mieszkania na 10 piętrze. Szła na piechotę, bowiem winda jak zwykle była zepsuta. Zresztą w tym bloku wszystko waliło się: tynk odpadał, w piwnicy były szczury, żarówki ledwo świeciły a ludzie deptali po karaluchach, po innych insektach i po ich odchodach. Bieda goniła biedę i obie piszczały w zardzewiałych rurach, które nierzadko pękając zalewały wszystko to co dało się zalać. Oprócz oczywiście samych mieszkańców, bo ci sami się zalewali po przez wina marki wina. I ich świat jakoś się kręcił.
Kobieta jak zwykle wracała wykończona. Pracowała jako motorniczy, ale nie czuła już zawodowej satysfakcji, zresztą nie tylko zawodowej, wogle popierniczyło się jej w życiu. Stukot obcasów mieszał się z myślami, a właściwie z jedną: kurwa mać !!! i tak na okrągło: stuk, kurwa, kurwa, stuk... Zmęczenie, niezadowolenie, rozczarowanie, wypalenie - wszystko to kryło się w tym przekleństwie, które przynosiło quasi-ukojenie dla jej duszy. Jedynie czego tak naprawdę pragnęła to spokoju, ciszy. Wokół nic się nie dzieje, czas stanął w miejscu, bezruch, relaksujące odrętwienie – oto balsam dla udręczonego ego. Ale dzisiaj nie będzie jej to dane, bowiem jej facet urządza małą libacyjkę. Jak co dzień zresztą. Z niejasnym uczuciem pomyślała, że nigdy nie zazna spokoju i otworzyła drzwi.
W mieszkaniu było pełno ludzi, pełno dymu, pełno głosów, a muzyka wdzierała się w każdy otwór. Towarzystwo miało już nieźle w czubie i nikt nie zauważył jak weszła, bo i co rusz ktoś wchodził.
Zrzuciła ubranie, buty i weszła do kuchni. Pomimo zamkniętych drzwi hałas wdzierał się przez każdą szczelinę. Muzyka i rozmowy wierciły w jej głowie wielką dziurę. Disco, słowa, śmiech wszystko to powoli doprowadzało ją do wrzenia. Nagle z psychodelicznym krzykiem rzuciła się pomiędzy lodówkę a zamrażarkę, myśląc, że a nuż może tam znajdzie ciszę, bezsłowie. Jedynie na co wpadła to na kapsle od piwa. Ktoś wszedł do kuchni. Pijany człowiek zauważył już wariatkę:
  • Kuuuhwa, hyk, chodź pić, hyk !!! –rzekł z czkawką i poszedł z flaszkami pod pachą.
Z dziwnym uczuciem pomyślała, że w jej życiu już nic się nie zmieni, chyba że?! Wyskoczyła przez okno. Bez słowa, bez myśli, po prostu to zrobiła – hyc, mały krok w wielką przepaść. I nikt tego nie zauważył. Alkohol zasłonił los człowieczy.
Nad ranem śmieciarz znalazł w krzakach na wpół zjedzone zwłoki. Zemdlał. Nieszczęśliwy wypadek pozbawił go życia.
Teraz dwa ciała czekały, aż ktoś je odnajdzie.
I zostały znalezione niebawem. Przez szczury, koty, psy, przez też głodnego człowieka.
Dziwny to był pochówek.



Z A S R A N I E C

Opowiem wam o zjawisku społecznie szkodliwym, a mianowicie o metabolizmie poszczególnych jednostek. Nie wiem co tym ludziom dolega, nie mniej jednak wiem, że coś z nimi nie tak, albowiem wszystko ma swoje granice, swój kres tak jak np. przemiana materii - nie wnikając na przetwarzane składniki, jak i na sam proces. Zapewne nieraz w swoim życiu, nie zależnie od jego długości, spotkaliście się z tym procesem, ale wasze maski nie pozwoliły przyjrzeć się uważnie temu zjawisku.
Nie wiecie co chodzi ? Chodzi o to, że są ludzie, którzy bez żadnego „ale” srają na wszystko i na wszystkich. No właśnie... Powiesz im coś, to ci odpowiedzą „sram na to”; problem ? – „sram na to”. Nic tylko sram i sram i sram. Sorry, niektórzy zmieniają swoją mantrę mówiąc „wysrałem się na to”, ale przecież to nie zmienia postaci rzeczy. Tak jak nic nowego nie wnosi podobna kloacza odzywka „mam to w dupie”, bowiem to i tak za chwilę zostanie „wysrane”.
Interesujący problem, nieprawdaż? Tak więc, pozwolicie, że zabawię się w domorosłego socjologa i spróbuję uważniej przyjrzeć się tej całej „zasranej” sprawie, ba!, spróbuję nawet w tym swoim szaleństwie znaleźć genezę tego zjawiska.
Podejrzenie pierwsze. Człowiek to złodziej, egoista, bowiem zwierzętom odebrał prawo do posiadania duszy. Niestety tylko ptaki, a dokładniej rzecz biorąc, wrony i kruki, od czasu do czasu protestują przeciw temu barbarzyństwu i jawnej niesprawiedliwości. Manifest ten przybiera radykalną formę buntu – ptaki po prostu srają na ludzi bombardując ich odchodami. I człowiek mówi „sram na to”, bo, albo zaraził się od ptaków takim stylem życia (nie pojmując przyczyn dla których to ptaki robią), albo boi się „powietrznej miny”, więc chce odwrócić los.
„Nie rozdziobią nas kruki, wrony...” masz rację kochany Stefcio, nie rozdziobią nas, ale osrają.
Podejrzenie drugie. Może niektórzy z tych „sraczy” (ludzi nadużywając tego zwrotu), jak przyjdzie co do czego to tak naprawdę, cierpią na zatwardzenie i wieczory spędzają na popijaniu herbatek ziołowych tudzież na zażywaniu innych środków farmakologicznych tylko po to by odbić sobie zapchane jelita, więc i mówią tylko i jedynie „sram na to”, czyli przybrałoby to postać pobożnego życzenia. Och głupcy, czyż nie mają świadomości, że przez samo gadanie szlag może trafić wiele rzeczy, że istnieje groźba zapeszenia? Ach, naiwni nie wiedzą co czynią, a bluźnią....a bluźniąc nie słyszą co mówią, a mówiąc, nic nie czynią, a nic nie czyniąc bluźnią, a bluźniąc....a „sram na to”.
A propos „srania” to „A sram na to”. Bo i cóż mnie to wszystko może obchodzić? Ja też zainfekowałam się znieczulicą. I to jest moje trzecie podejrzenie. Zapewne najbardziej słuszne.





Ś L I M A K


Ślimak to ślimak. To brzuchonóg pospolity. Taki przez cały dzień nic nie robi, tylko ślimaczy się. Wlecze się, a czas wraz z nim, a może na odwrót, zresztą nieważne.
Ślimak żyje w innym wymiarze, aniżeli homo sapiens i pełznie na jednej nodze niosąc na sobie brzemię osiągnięć, cały dorobek nadany przez Naturę. Wydaje się, że Przyroda lewicuje, bowiem każdy ślimak dźwiga taki sam domek: malutki, zakręcony, kruchy, a przede wszystkim własny. I dlatego też uczucie zazdrości jest dla ślimaków obce, a jeśli już dochodzi do walk to jedynie jest to bój o samicę. Zresztą, jak dowodzą nauki przyrodnicze, to samice prawie wszystkich gatunków są takimi wrednymi sukami i przez swoje niezdecydowanie, jak i przez swoją próżność, lubią gdy samce toczą o nie krwawe pojedynki. A nie mogłaby taka jedna z drugą wykazać się sercem, inwencją i rogiem, tudzież kopytem, a i nawet głową wskazać na wybranego samca i rzec władczym tonem: TY!!! I na świecie byłoby więcej pokoju, miłości i. ...tak jakoś zrobiłoby się fajnie. Samoświadomość zmniejszyłaby liczbę wojen.
Tak więc ślimak ślimaczył się, a czas wraz z nim. A może godziny wlokły się, a on wraz z nimi? Nieważne, ważny jest tylko jeden fakt: fakt że jeden dzień dla ślimak trwa i trwa i trwa i trwa. I może tutaj jest pies pogrzebany, bo jeśli dzień jest aż tak długi to nie ma żadnego powodu, aby się spieszyć. Nadmiar czasu wyluzował ślimaka doszczętnie i ten prowadzi anemiczno-leniwy żywot z tendencją do pociągania trawki tzn. na trawce...
I tak sobie ślimak żyje dopóty dopóki ktoś czy też coś nie wejdzie brutalnie na jego dom. Wówczas jego mieszkanko staje się ruiną, on miazgą, a to wszystko tworzy wyżerę dla mrówek. Nic przecież w przyrodzie nie ginie.
Ślimaki oddają swojego ducha najczęściej za dnia („idź w stronę światła...?”), a ludzie jak nawiedzeni biegają po ślimaczych trupach, bo przecież czas tak szybko ucieka i mało który człowiek zdąży za życia pożyć, choć nie każdemu na tym zależy.
Co istota to wymiar, co wymiar to inne prawa, tylko człowiek jest na tyle głupi, by wszystko uczłowieczać.



I WCIĄŻ NIEDOKOŃCZONE............



 Calipiczka była rozkapryszoną karlicą o niezwykłych zdolnościach. Jej nadprzyrodzone moce sprawiały, że w każdą rzecz mogła tchnąć życie. Ale nie robiła tego, bo i nie robiła niczego co nie było związane z jej osobą. Egoistyczne nastawienie do życia zasłaniało jej horyzont, więc swym krótkowzrocznym wzrokiem nie dostrzegała tego co winna widzieć. I tak sobie szła przez życie, potykając się to o kłodę, to o człowieka.  
Pewnego dnia zaszła na polanę. Taką zwykłą, zieloną, pod lasem, z rzeczką. Łąka była zamieszkała przez zwierzęta, owady i jednego biednego turystę. Ptaki świergotały, słońce świeciło, koniki polne skakały, zbieracze miodu i pyłków latały brzęcząc, szumiał potok. Idealne miejsce na dłuższy odpoczynek.
Calipiczka postanowiła zadomowić się na jakąś chwilę. Wynajęła od Wiewiórki mały apartament w korzeniach dębu. TV, lodówka, klimatyzacja, balkon – można jakoś przeżyć te parę dni. Rozpakowała swój dobytek i z kawą w ręku wyszła na taras by rozejrzeć się po okolicy. Słońce nadało łące wspaniały koloryt, który urzekał nie tylko oczy, ale i serce. Naprawdę było cudownie, bo i nawet Calipiczka dała się ponieś czarowi przyrody i zanuciła „Carmen” pod nosem. Piękno natury koi duszę i każdy staje się milszy. Pod balkonem przechodził Żuczek:
  • Dzień dobry pani! Jak Pani ma na imię?
  • Dzień dobry tubylcu, jestem Calipiczka...
  • A ja Żuczek, miło mi panią poznać. I jak pani podoba się nasza kraina?
  • Jest cudowna...
  • Tak mało kto pozostaje poza jej urokiem, ale i pani niczego nie brakuje...
  • Ależ Żuczku, przestań!, bo cię nazwę chrząszczem!
  • Przepraszam, ale obojętnie nie mogę minąć piękna, więc jeśli panią uraziłem to idę. Do zobaczenia.
  • Tak, do widzenia.
I Żuczek poszedł podzielić się wrażeniami na temat nowej lokatorki łąki ze swoimi przyjaciółmi, nie wiedząc, że Wiewiórka już plotkuje ze wszystkimi, którymi spotkała po drodze. Polana zaczęła żywiej buczeć, zagłuszając nawet potok.
Calipiczka zaś udała się do łazienki, by poprawić makijaż. Połaskotana komplemen-tem Żuczka pomyślała, że na pewno tutaj zabawi dłużej. Łakomstwo na dobre słowa każe trzymać się tych, którzy tak mówią, tym bardziej, że jest to „towar” deficytowy i żadne czary nie pomogą, by usłyszeć dobre słowo, bo i każdy ich żałuje.




(hahahahahahahahahahahaha)


Tym , którzy to tej strony dotrwali - dziękuję :)





środa, 16 października 2013

o chorym systemie słów kilka ...

Nie mogę oglądać telewizji, zwłaszcza takich programów jak Magazynu Ekspresu Reporterów.

Wczoraj mną zatrzęsło.

Jest sobie Pani X., która  prowadziła firmę. Miała wówczas 18 lat. Jej ojczym wziął szlifierkę na jej firmę i zapłacił tylko pierwszą ratę. Potem nie było pieniędzy, potem zapomniał. Bywa? Bywa.

O niezapłaconą fakturę upomniała się firma. Sprawa nie trafiła na postępowanie cywilne tylko trafiła na drogę karną.

Pani X zaocznie została skazana za przywłaszczenie sobie szlifierki na pól roku więzienia w zawieszeniu na ileś lat (rok, dwa...) i dozór kuratora.
Pani X wyroku sądowego nie dostała, więc nic nie wiedziała...

A procedury się rozpoczęły. Kurator nie mógł ustalić miejsca pobytu pani X, choć pani X zostawiła swój adres pobytu, pomimo, że przebywała za granicą.
Sąd wydał za nią list gończy i została ścigana europejskim listem gończym. List gończy za niepłaconą szlifierkę w kwocie 900zł!.

A jaki jest koszt takiej operacji?!

Policja w Oslo panią X. złapała i wsadziła do więzienia. Jednego z najgorszych. Sąd norweski poprosił o przekazanie dokumentacji. Sąd polski dopiero po miesiącu wysłał dokumenty. Na ich podstawie norweski sąd odstąpił od sprawy argumentując, ze za takie błahe sprawy ludzi do wiezienia się nie sadza, bo szkoda pieniędzy podatników i natychmiast kazał zwolnić zatrzymaną. Niestety, okazało się, że pani X była w ciąży i tą ciążę straciła ...

W międzyczasie ojczym napisał sprostowanie i całą kwotę wpłacił. Wydawałoby się, ze to powinien być koniec gehenny pani X.
Nic mylnego.

Przecież miała dozór kuratora, którego unikała i powinna iść odsiedzieć swoje, prawda?! To nic, że nie wiedziała, po pierwsze o szlifierce, bo jej nie brała a po drugie, ze za to została skazana na drodze sprawy karnej. To nic, że takie sprawy po prostu nie powinny mieć miejsca albo z miejsca powinny być sprostowane.

Pomimo, ze sprawa miała miejsce 10 lat temu, pomimo, ze wszystko zostało uregulowane nikt nie potrafi przyznać się do błędu.  Znowu ma być sprawa dotycząca pani X.
A pani X. w międzyczasie znowu poroniła ....poroniła po raz drugi ...

Kurator wydał opinię pozytywną prosząc o zwolnienie pani X. z zarzutów oraz kary. Jednak nie, sprawa musi być.
Kto za to płaci?!
Podatnicy
A pani X., jak tylko zostanie uniewinniona, i mam nadzieję, że tak będzie,  oczywiście wystąpi i zresztą słusznie, o odszkodowanie.
Kto za to zapłaci?
Podatnicy.

Mam nadzieję, że niczego w historii nie pokręciłam, ale jedno jest pewne - to jest coś czego nie powinno być. Za 900 zł zostać międzynarodowym przestępcą - to tylko u nas.

I tak oto pieniądze uciekają, kiedy ktoś zawali sprawę.... Gdzie ta sprawiedliwość? I dlaczego nikt nie poniesie za to odpowiedzialności?
Pani X. zapłaciła za to straszną cenę....dwa poronienia ...

Kobieta, która nigdy nie złamała prawa. Kobieta, która na drodze cywilnej sprawę wyjaśniłaby i koszty pokryła. A nawet na sprawie karnej, gdyby wiedziała, że taka będzie, wyjaśniłaby wszystko.

Tylko nas małych szaraków potrafią straszyć paragrafami, zaniedbaniami etc, a tu proszę - jest klasa ludzi, którzy mogą robić błędy. Bawić się w bogów nie licząc się z życiem ludzkim. Ani z pieniędzmi podatników.

Lekarze, sędziowie, prokuratorzy - kasta półbogów.

Błędy, które nas, podatników kosztują, nikt nie zliczy, a na pewno jest ich wiele.
A potem nie ma kasy np. na leczenie dzieci. Co jest chore.
I to w państwie, które rzekomo tak życie ceni ....

Bo po sprawie pani X. był kolejny dokument. Dokument dotyczący choroby Elizy Banickiej. Dziecko potrzebuje do życia 4 tabletek dziennie. Z tym, ze jedna tabletka kosztuje 400 zł. NFZ nie refunduje kosztów leczenia. Rodzice wraz z ludźmi dobrej woli szukają wciąż funduszy, by nie było za późno na pomoc. Są pozostawieni sami sobie.
Zobaczcie zresztą sami:


http://elizabanicka.pl/

http://elizabanicka.pl/archives/2995

Może możecie pomóc?!





I wiecie co mnie poraziło?

Właśnie to, że wydaje się pieniądze na sprawy, których nie powinno być, a nie ma pieniędzy tam, gdzie powinny być.

Czy to kiedyś się zmieni?!






reportaże można tu zobaczyć:

niedziela, 13 października 2013

górki z tela

Tym razem fotki z tela, bo skoro znalazłam kabel :)))


 góra buraków :)














 


















































Bo czasami trzeba wyrwać się z domu :D

piątek, 11 października 2013

kolankofo

- Pani ma syf w kolanie.

Fajnie jest to usłyszeć. Usłyszeć to po prawie roku leczenia. Usłyszeć, że tak naprawdę to kolano jest wciąż uszkodzone. Uszkodzone, bo nieleczone. Niesprawne, choć sprawność ruchowa jest, choć nie taka jaka powinna być. Taka do końca by było cacy. Nie klęknę. Nie pobiegnę.
"Sprawność" z bólem. Bólem coraz większym.
Na 3 ortopedów żaden nie zrobił nic. Przepraszam, dwóch wysyłało mnie do pracy.

Na ZUSie można wieszać psy. Ale co orzecznik to otwieranie moich oczów. To oni stwierdzili zanik mięśni, czego żaden z moich dwóch ortopedów tego nie zauważył. To orzecznicy widzieli problem nie tylko z mięśniami, ale i z przeskokami i złamaniem rzepki. I ograniczoną ruchomością. Jeden z ortopedów stwierdził, ze błędy leczenia są od początku. A ten wypis to woła o pomstę do nieba.

Nie mogę nic złego powiedzieć.

Pomimo, ze dostałam tylko X% uszczerbku na zdrowiu. Ale co tam, kasa to nie wszystko...Chrzanić to.



- Wie pan co? Leczenie może oficjalnie jest zakończone, bo ciągniecie chorobowego nie miało sensu. Zresztą wydawało się, ze będzie dobrze. Dlatego wróciłam, ale to moja noga . .. jeszcze będę ją leczyć, bo mnie coraz bardziej boli.
- Dziwię się, że nikt artroskopii nie zrobił, bez tego raczej nie będzie dobrze.

Koszmar. Ten rok pseudo leczenia mogę sobie w dupę wsadzić. Tyle, ze siedziałam w domu. A ile mnie to kosztowało to szkoda słów. Bo frustracja, deprecha i kryzys co rusz mnie dopadały.

A teraz czuję tylko kosmiczną złość, no bo jak to?! Co trzeba zrobić, by być leczonym?!

Zadzwoniłam do czwartego ortopedy. Na NFZ już nikt nie przyjmuje. Brak punktów. Chory system normalnie.I wszędzie już tak jest. Koniec roku i papapa pacjencie, do zobaczenia w grudniu, bo wówczas jest rejestrowanie na nowy rok.
 - A prywatnie?
- A proszę, ale dopiero za miesiąc. 
- Skoro nie może być wcześniej to proszę mnie zarejestrować ....


No i nartach chyba mogę sobie pomarzyć...kolejny sezon umoczony.





czwartek, 10 października 2013

sztuka latania

Odprowadziłam dzieciaki i zapadłam z kawą przed kompem. Zaczęłam sobie czytać o karate Kyokushin.

Będziemy ćwiczyć nasze serca i ciała dla osiągnięcia pewnego i niewzruszonego ducha.
Będziemy dążyć do prawdziwego opanowania sztuki karate, aby kiedyś nasze ciało i zmysły stały się doskonałe.
Będziemy przestrzegać zasad grzeczności, poszanowania starszych oraz powstrzymywać się od gwałtowności.
Będziemy spoglądać w górę ku prawdziwej mądrości i sile, porzucając inne pragnienia.


A tu dzwonek. Jakie licho? O tej porze?! Hm, może ksiazki w końcu przyszły!

- Dzień dobry. mogę na moment?
- Dzień dobry, proszę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale Kowalskiej matka umarła, a my mamy taki zwyczaj klatkowy, że zrzucamy się na jeden wieniec. Dołoży się pani?
- Skoro jest taki zwyczaj to oczywiście. Ile?

Poszłam po portfel i dałam sąsiadce pieniądze.
Jakiej Kowalskiej? Hm ..
Nieważne. Potem przeprowadzę wywiad. Nie wszystkich sąsiadów znam z nazwiska. Ale zwyczaj dobry. Jeden wieniec od sąsiadów. Miły gest.

Jak kawa to i papieros. Jedyny doskonały duet. Wyskoczyłam na balkon. Jak się jest fajnie tak zaciągnąć ...

- Nie szkoda zdrowia? - sąsiadka wieszając pranie zaczęła tokować - ja rzuciłam po trzecim dziecku.
- Jak urodzę trzecie to przysięgam też rzucę.
- Hahaha,  a to Państwu życzę.
Dym wlazł mi bezczelnie nie tam, gdzie trzeba. Właściwie to chciałam babkę z balkonu wyciągnąć, do drzewka zaciągnąć i niech puka w niemalowane drewno spluwając przy tym po trzykroć za lewe ramię. Odkaszlałam.
- A mówiłam, ze szkoda zdrowia ...
No to teraz dowaliła do pieca. Dostałam ataku kaszlu.  Ze śmiechu.


.
Dla zdrowia ucięłam sobie przejażdżkę rowerową. Przez parki. Po hamulcach dałam zatrzymując się zauroczona deszczem liści. Spadały z drzew w jednym momencie. Ludzie szli nie zwracając uwagi, a ja stałam jak zaczarowana. To była jesień. Ta prawdziwa, wspaniała, magiczna. Szkoda, że tak nie leciały jak byłam z dziećmi. Musze je znowu porwać ...

Ale to mnie porwało ...

- Mamo, dostałem uwagę - synowi śmiały się oczy.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę.
Pokazał zeszyt a tam była adnotacja o złym zachowaniu syna. W kolorze czerwonym jak na uwagę przystało.
Tłumaczył się nudą, jaka wiała  podczas prób na pasowania ucznia.
- Dobrze synu, że sam przyznałeś się. To ważne. Powiedz mi ile razy Pani zwracała ci uwagę?
- Parę razy.
- I dlaczego nie posłuchałeś się?
- Bo biegałem z kolegą po scenie, bo.... oj, mamo, nudno było.

Porozmawialiśmy sobie.  Krótko. Moje oczy zrobiły się czarne, a jego przestały się śmiać. Bez krzyku, na lajcie i dobitnie.
Syn zaszył się w pokoju. Jak odrobił lekcje tak zajął się zadaniami z ćwiczeń "Uczę się starannie pisać i czytać". Pod okiem taty. Sam chciał, bo  kara jaką dostał ode mnie to zero bajek i angry. Na dzisiaj.
Moje wolne popołudnie .... zasnęłam obok Młodej. Baterie się nam wyczerpały.
Śniło mi się, że zgięłam nogę, a skóra kolana naciągała się, aż pękła, razem ze stawem. Czarna dziura wyrwała mnie ze snu. Ble, co za koszmar. Normalnie głowa mogła tam wpaść ...No, ale kolano boli mnie tak jakoś. Zaczęłam oglądać nogę. Psychoza stawowa.
Polazłam do mężusia.
- Spadamy na kawę?!
- Co? Gdzie?
- Do kuchni.
Byliśmy z T w szoku. Syn przez całe przedszkole był grzeczny. Zawsze chwalony. Zawsze super zachowanie wobec wychowawców jak i koleżeństwa. A tu co? Pierwsze koty za płoty?! To jak dla nas na ten rok wystarczy. Nam może ...

Przy kolacji Starszy podszedł do mnie.
- Przepraszam cie za to mamo.
- Dziękuję, myślę, ze jeszcze komuś innemu należą się przeprosiny.
-Tacie? 
-Tak i komu jeszcze?
- Panią też jutro przeproszę. Mamo, ja już tak nie będę robił.
- Mam nadzieję. Rozrabiasz okej, ale jak pani zwraca uwagę to przeproś i uspokój się.


Chciałam, by się syn z marazmu wyrwał? No to mam. Zdolny facet, szybko mu to idzie.

Dzieci są jak latawce.
Cała sztuka polega na sztuce popuszczania sznurka i wyczucia wiatru.

Nie można za wcześnie puścić sznurka, nie można za późno puścić i nie można zwlekać, bo latawiec może opaść. A każdy wie, ze jak latawiec opadnie to trudno jest wzbić się mu z powrotem w górę i poszybować.
Ale i też trzeba uważać, by daleko nie odleciał.. A wiatry wieją niespokojne, a czasami brak powiewu.

 Nie można dzieci stracić z oczu.




foto z netu







środa, 9 października 2013

tru tu tu :)

Poszłam po syna, by odebrać go zaraz po zajęciach. Księciunio sobie życzy- Księciunio ma.
- Mamo, a pojedziemy do parku? odbierzemy Młoda i pojedziemy dobra?
- Weź synu, ruch taki jest o tej porze, że nawet auta nie ruszam.Nie będę stać w tych korkach...
- Nie autem - rowerami!
- AAAAA Rowerami! W porzo.

 Rowerami? Szok. Ale czad. Coś drgnęło, tra la la la.
Szok drugi - syn nie oponował, że poszliśmy na zakupy. Zero marudzenia. 
- Pomogę ci nieść zakupy.
- Super, dzięki.
Za to jęczadło zaczęło się, kiedy pojawił się temat karate.

- Mamo, ale ja nie chcę, to jest głupie.
- Synu, dla ciebie wszystko jest głupie.
- Rysowanie nie jest głupie.
- Ale o czym ty dla mnie rozmawiasz?! Jakie rysowanie? Ty poza tym głupkiem i pierdami nic nie potrafisz narysować, ani drzewa ani domu, ani zwierzaka, ani człowieka.
- Drzewo to umiem narysować - odparł oburzony.
- No dobra, ale na rysowanie masz czas, a warto coś ćwiczyć. I nie daruję ci.

Nie no kurde, będę tupać, wyć i nie wiem co jeszcze. Wszystko na nie, wszystko jest głupie - co jest?! I zero fioła sportowego. Egzemplarz trzeba naprawić. Nie będzie siedział i marudził jak dziad stary. To nie ten wiek na puszczanie pierdów w kanapę.

- Synu, od dzisiaj zaczynamy wprowadzać czytanie, nie ma że boli. I dodatkowe szlaczki. 
- Nie będę się uczył to jest głupie.
No zastrzelę, zjem, odgryzę pięty!!!!! Oddychaj głęboko, głęboko...
- Gdyby było głupie nie mielibyśmy tyle książek.A poza tym nikt , by nie czytał, bo mało kto lubi robić głupie rzeczy.
Popatrzył. Hm...chyba coś trawi ...

- Mamo, a poczytasz mi o tym baranie, co? No wiesz ta zielona książka.



- Poczytam, jeśli będziesz uczył się czytać. Mówię ci, ze to czad. Właśnie dwa horrory zamówiliśmy.
- Horrory? Poczytasz?
- Sam się naucz czytać!!!!

Syn zaszył się w pokoju, ja sobie ruszyłam na kuchnię. W końcu trzeba jakiś obiad zmontować przed wyprawą rowerową.

- A właśnie, ze umiem rysować! - syn przyszedł z kartką, by pokazać psa.





- Mam ci jeszcze coś narysować?

- Pewnie!

I tak powstał cały zwierzyniec. Krowa rozwaliła mi nadgarstki. Biedna krasula zapadła na głęboką anoreksję. Niedźwiedź wygląda jak duch podtrzymujący swój zadek. Nietoperz -patrzcie jakie mam gacie!
No po prostu Boschowska kreska buhahahahaha.




Wyprawa rowerowa była super. Syn sobie pędził przed siebie nie trzymając mnie na oku. Dzieciaki zrobiły sobie w parku gonitwę, potem pozbierały kasztany. A jak wróciliśmy do domu to na nic nie miały sił - konały przy bajce. Zero kłótni. Full symbioza. Aż miło.

DNIA NASTĘPNEGO.....

Rano, przy myciu zębów syna złapała refleksja.
- Mamo a w piątek jak idę na urodziny to co z moim karate?
- Zdążysz, bo w piątki są późno zajęcia.
- Aha, to dobrze.

Zatkało mnie. Ale nie mówiłam nic. Z radochy, że może jednak coś drgnie. Póki co widzę zmiany - rozkręca się i super. Energia nakręca energię, a monotonia dnia zabija. I moja dusza tez odżyła.

Jak będzie -zobaczę. Dziecko jest mieszanką genów. Ma prawo być sobą. Ale muszę coś zrobić, by syna pozytywnie nakręcić. Może to tylko bóle wzrostowe powodują zmęczenie, a może nie. Nie wiem.
Ale facet choć ma potencjał i mózgownicę za szybko poddaje się. A ja mu nie pozwolę na to. Niech odkryje własną siłę. I to, że sukces nie jest na pstryknięcie palcami. Ale za to smakuje wyśmienicie jak się go wypracuje ciężką pracą. Trening czyni mistrzem, hahahaha.

Za to Młoda biegła sobie całą drogę do przedszkola. Ta to jest perpetuum mobile- nakręca się swoim dobrym humorem.


Wracaliśmy z synem ze szkoły i koleś co rusz klepał mnie w tyłek. Nie wiem co to za zabawa, ale jak dla mnie to łapki przy sobie.
- hahahaha - brecht i klap, no tak fajny żart.
- SYNU! -spojrzałam wzrokiem mega czarnym i złym
- Wiem co powiesz, wiem -i robiąc komiczne miny z intonacją wrednej małpy rzekł- Starszy, przestań, bo zaraz cię pacnę! Aaaaaa hahahahaha

No rozwija się. Strzeliłam pogadankę. Tylko, ze jak weszliśmy do domu zawołał:
- Jak taty nie ma to ja rządzę!
- A co wybierasz ? Pralkę czy piekarnik?! HM?!
Hahahaha, też mogę sobie pożartować.


Porządził sobie syn, oj porządził - biedactwo musiało wciągnąć talerz rosołu, potem drugie danie. Poszedł zadania robić. Przeholował to zamilkł. Jak miło. Zamilkł dopóki jego kumpel nie wpadł. Czasami mam wrażenie, że mam dwóch synów, ech...

O TYM JAK MŁODA UŚWIADOMIŁA FACETÓW (podsłuchane)

- I ta babcia szła hahahaha i uderzyła się w jajka hahahaha ....- Kolegi głupoty rozśmieszyły chłopaków  na co córka nie odrywając się od malowania Pony zareagowała dość żywo:
- Chyba w cipkę, w cipkę się uderzyła, a nie w jajka
- Noooo tak - chłopcy przyznali Młodej rację .

Wlazłam do pokoju i utknęłam nad synem:
- Chyba masz zadania robić, prawda?! 

Potem usłyszałam, ze studia i praca są beznadziejne.
- Prawda  Starszy?!


No tak i wszystko na ten temat.

Pojechaliśmy na trening. Starszy został na sali, a my poszłyśmy do parku. W parku na placu rozsiadła się patologia i jakoś mnie zmiotło.
Nora huśtała się z Nikolą.
Hahahaha, ale jama - ni ma coli....buhahahaha -nie mogłam powstrzymać brechtu.
Matki jak wrony obsiadły jedną ławkę i na zmianę to plując słonecznikiem to paląc  papierosy (dmuchając dzieciakom w nos jak przybiegły) miały taką gadkę, że wolałabym posłuchać swoich skarpetek. Po prostu na pewne rzeczy nie chce mi się patrzeć. Ani słuchać mimo woli.
Za to wpadłam na pomysł, EUREKA!,przecież niedaleko jest biblioteka, gdzie możemy choćby w razie deszczu czy zimna schować się. Można tam poczytać, porysować, pobawić się. I z wc też skorzystać.

Syn po zajęciach sam przebrał się w szatni. Prawie chciałam zawyć z radości. Ale spokojnie, by nie zapeszyć zapytałam się od tak sobie:
- I jak było?
- Od tego skakania brzuch mnie boli. Mamo, ja nie chcę...
- Bo brzuch cię boli?
- Nooooo
- Kochanie, to mięśnie zaczęły ci pracować.

Tłumaczyłam jak to działa. A potem w kuchni odbył się pokaz pompek. Cieniara ze mnie już jest mega - 10 i padam na ryj szukając tlenu.
Byłam czystym przykładem co robi się z człowiekiem jak nie ćwiczy. Przerażający obraz degeneracji.
A rower zaczął za wieszak robić. Dałam sobie żółtą kartkę. W końcu przykład idzie z góry. Koniec lenistwa.









wtorek, 8 października 2013

nerw





Odebrałam dziecięcia swe.
- Na piechotę?! - z jękiem zapytał się syn.
- Nie, na miotle. Gucio - łazimy.

Dom, moment wytchnienia.  Trzeba było zbierać się.

- A wiesz co chcę na b?!
- Wiem, bajkę.
- TAAAAAK! Puść mi.
- Przykro mi Młoda, ale nie mamy czasu.
Buuuuuuuuuuuuuuuu...... Jeszcze tego mi brakowało. Nałóg mały!!! Jeden, dwa, trzy ...

Chciałam karate? To mam. Trzeba ruszyć tyłek. A ta bezczynność była taka cudowna. Hm... Wytargałam fotelik rowerowy i oddałam się rozkoszy montowania tego dziadostwa. Ja pierdolę to za małe słowo na określenie tego gówna i mej męki. Porządna firma a ten fotel to takie plastikowe ciężkie cholerstwo jakich mało. Gorzej trafić nie mogłam, ale cóż w testach taki bezpieczny, grrrr.  Zadzwoniłam do swej wyroczni.
- Mężulo, to zielone to wcisnąć czy granica?
- To gówno zakładasz? Nie woź w niej Młodej!
-A w czym mam wozić, mówiłam kup nowy fotelik.
- Mi?
- Nie,  mojej dupie. Nieważne, co z tym zielonym?
- Wcisnąć, by nie było widać.
 Dezodorant nie wytrzymał tego napięcia, kropla poszła. Walka była zacięta. Udało się. Wcisnęłam. Czy baba jest od wciskania?!
No kitu chyba ...ech...
Teraz jazda z tym dziadostwem. Rower tracił równowagę. Masakra. Syn jechał z przodu, z tyłu, zajeżdżał drogę. Pod nosem rzucałam mięchem, ale spokojna jeszcze byłam. Naprawdę ten fotelik to jeden wielki niewypał. A mogłam autem, ale nie. Ruch ma być. Nakręciłam się mega. Energia nakręca energię. Stop pizdowatości. Nie będą mi dzieci w marudzeniu i stagnacji żyć.

Syn poszedł na ćwiczenia. Zapłaciłam. Ambitnie podeszłam. Od razu - "książeczka".

Ja mu kurna dam. Ha!. Dan, dan, dan....

Starszy ćwiczył, a my pałętaliśmy się po Parku. Fontanna, kasztany, huśtawki. Młoda waląc kijkiem w krzaki mówiła, że walczy z potworem. Potwór był duży, więc też dostałam miecz. Pokonałyśmy go. Ufff
A potem było podglądactwo przez okno. Kurde, to nie był film.
- Mamo a oni tak walczą - Młoda poczuła bluesa i zaczęła wymachiwać rękami - Karate jest fajne!

- To chyba i ciebie za piszę za rok, co?
- Tak! Chcę.

Syn jednak był innego zdania. Zapłakany przebierał się.
- To jest głupie - buuuuuuuuuuuuu -  trzeba ćwiczyć i słuchać.
Hahahahahaha, no właśnie duży gadzie, no właśnie. Samodysplinka przyda się w tym rozgardiaszu twym życiowym, w tym malkontenctwie. Bo ja odpadam.
- To będziesz ćwiczył i słuchał.
- Nieeeee mamo, ja nie chcę - i buczy i nos wyciera zasmarkany.
- Synu, dość! Nie będziesz mi rósł na miękkiego, zasmarkanego wafla, co zabija się własnymi nogami, któremu nic się nie chce. NIE! NIE! NIE! Zresztą w domu pogadamy. Koniec dyskusji!

Byłam pewnie w tym wszystkim trochę niesprawiedliwa, bo facet jest fajny. Indywidualista, filozof, rysownik, matematyk, i taki spokojny leszcz, ale ja będę wredotą nieuleczalną co na przekór w sport pcha. Dusza może ocipieć w marnym ciele. Równowaga musi być. Tak jak boskie ciało bez duszy staje się tylko materacem. Czy jakoś tak.


Chcieć to móc. W życiu trzeba pokonywać własne słabości. Trudno. Przykro mi synu. Jak masz mi siedzieć w domu i jęczeć - ale nuda. Lampić się bezmyślnie w bajki. Jeśli masz tylko rysować te swoje głupki to ja mówię - NIE! I taką nawijkę mu sprzedałam. A co. A nawet gorszą. Ale i też niektóre rzeczy przełknęłam. No bo kurwa nie wdawaj się w matkę swą! -to była niewypowiedziana myśl. Ale hiciory zostawię na okres dorastania.


- Musimy w domu ćwiczyć
- To dobrze. ćwicz. Może ja się czegoś nauczę?
- Ale ja nie wiem co....to trudne jest .....
- Synu, wszystko na początku jest trudne. Nie poddawaj się. Co dostałeś za szlaczki?
- Szlaczki?
- No szlaczki, szlaczki, te co w zeszycie robiłeś? Ej, heloł!
- Znakomicie
- A widzisz, a w przedszkolu mówiłeś, że szlaczki są głupie i nie potrafiłeś je rysować, a teraz dla ciebie są łatwe. Będzie dobrze, zobaczysz.
- A wypiszesz mnie?
- Nie!

Mam nadzieję, że przetrwa. Że odnajdzie się. Że połknie bakcyla. Dzieci trzeba czasami pchać do przodu. Nie wiem czy w dobrym kierunku wybrałam drogę, ale sztuka walki uczy sztuki życia.





poniedziałek, 7 października 2013

szczytowanie



Pojechaliśmy ze znajomymi  połazić sobie. Dzieciaki miały radochę i latały po skałkach. Z Młodej byliśmy dumni, bo wlazła na sam szczyt, na własnych nogach, choć chwila słabości była:
- Mamo weź mnie na ręce, bo ja już nie mogę...
- Ja też nie, trzymaj mnie, bym nie upadła ...
Młoda się skarżyła, ja pajacowałam a efekt był taki, że ze śmiechem na szczyt dotarła.










 Buty mężula wymiękły :)

 nie wiem co ta pani niosła na plecach, mieliśmy różne wersje :D



Siedzieliśmy na szczycie, gdy nagle ktoś zakrył mi oczy.
Kto to?! nie padło, bo głos wszystko zdradziłby.
Hm, dziewczyny siedziały, i tyłka nie ruszały. Faceci też byli na oku.
Hm?
- Atre! Kupe lat!!
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!
Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę to była kumpela. Jedna , jak dla mnie, z postaci kultowych studium. A były tam osobowości naprawdę wielkie. Ikony. Bez nich by mnie nie było.
Ja pierdzielę - jaka radocha mega.
Prawdziwe spotkanie na szczycie. Ha, ha, ha ....

Wracając z górek zajechaliśmy po drodze do teściów zobaczyć czy żyją. Znowu był wysyp słodyczy. Masakra. Cukiereczki, chipsy, wafelki, ciasto, paluszki. Dzieci jak worki - niech się napchają!
- Weźcie im nie dawajcie, bo na kolację nic nie zjedzą! Ile mam was prosić, co?! 
Mogę sobie mówić. Nawet nie zapytali się czy jesteśmy głodni, ale jak po obiedzie przychodzimy na kawę to jedzenie chcą w nas wpychać hahahahaha.

- Wnusiu, były twoje imieniny, proszę to dla ciebie - powiedziała teściowa dając kopertę Starszemu.
- Ja nie chce pieniędzy, chce prezent.
- Ale nie wiemy co ci kupić wiec masz pieniądze i kup sobie co chcesz
- Dziękuję
Syn otworzył kopertę.
- Tato, ile to jest? 
- 100 zł.
- Mam dwie stówy - ucieszył się syn, by za chwile powiedzieć - to za dużo, nie chce tyle, jeden papierek mi wystarczy
 I poszedł oddać babci stówę.
- A drugą stówę dasz mi? - zapytał się dziadek.
- Dam - powiedział syn i kasę oddał.
Dziadkowie kasę oddali Starszemu.
- No dobra, kupię sobie coś, ale nie wiem co.

Ha, będzie na drugie kimono, bo to co kupiliśmy jest dobre, ale na mnie. Czar zakupów internetowych, hahahaha.
Gdyby nie te cholerne kolano byłby znak, że czas i na mój trening, póki nie skostniałam, ale niestety o pewnych rzeczach mogę zapomnieć. Przynajmniej na tą chwilę.

Wieczorem zakopałam się z książką w wyrku  mówiąc mężulowi, ze przejmuje dzieciaki i  wieczorne rytuały.
Zasnęłam nie wiedząc kiedy.
Coś wlazło na mnie. Duże ciepłe, objęło moją szyję ........AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!
- No mamo....
Co? Gdzie? A!Córka! Która to godzina?! Po 22-giej? Dziecię spać nie mogło, więc przytargała siebie do mnie.
- Przedstawienie mi się podobało, pójdziemy jeszcze?
- Mamo czy ja jestem fajna?
- Mamo, strasznie cię kocham,
- Mamo, opowiedz mi o Jasiu i Małgosi, ale ja opowiem o domku, dobra?!
- A ja nie zamienię się w czarownicę, bo musiałabym cię zjeść, wiesz, a ja cię nie zjem.Ha, ha, ha ...
Nocne gadki z córką są czymś pięknym i niezwykłym jak dla mnie. Przecież nie tak dawno latała na czworakach nic nie mówiąc, a teraz ma swoje zdanie, swoje myśli, swoje obawy.
I tak z poczwarki powstaje motyl, hahahaha.
Boska jest - ten śmiech, poczucie humoru, oczęta i błyskotliwość.

Rano budzę Młodą. Wymamrotała spod ręki:
- Wiesz, ze stęskniłam się za tobą?!
Wtuliłam się w maluchę, bo co miałam rzec, jak żadne słowo ze wzruszenia przejść nie chciało.


Poranny zamęt. W tym tygodniu zamieniamy auto na spacery. Wytłumaczyłam synowi, że pieniądze, które wydaję na benzynę wole wydać na książki, a w końcu tak daleko nie mamy by tyłki wozić. Ha!

- Jestem głąbem - wyparował syn kopiąc kamień. Teraz moja kolej -nasza zabawa.
- Nie mów tak kochanie. Nie mów ta o sobie, bo to jest kłamstwo.
- Ale ja chcę umrzeć, bo ten świat jest do kitu.
Zawrzało we mnie. 

- Synu, czy wiesz co mówisz?! Teraz to rzekłeś jak prawdziwy głąb!
- Hehehehehe, o to mi chodziło hehehehehe
Noż kurde!!!!

- Żartowałem! Na żartach się nie znasz?!
- NA TAKICH NIE!!!!

W przedszkolu Młoda zawisła na mnie, wtuliła się i płacząc rzewnie powiedziała, że nigdzie nie pójdzie. Ojejku, zrobiło mi smutno. Nie lubię jak tak dzieci płaczą. Mówiłam, wiele rzeczy mówiłam, niestety oderwać się nie chciała, więc wychowawczyni pomogła.
Ale Młodą wzięło ...
Ledwo ze Starszym zdążyliśmy do szkoły. Jego klasa stała już gotowa do wyjścia na spektakl teatralny.

A ja zanurkowałam w historie morderczyń i muzę i w neta, póki czas wolny.

https://www.youtube.com/watch?v=Lc_k_-jRl1w&list=PL77DBC7D2F87C009E










sobota, 5 października 2013

trudne tematy


Napoleonkaaaaaaaaaa aach ten krem, ciacho, rozpływałam się w tych smakach, gdy nagle dotarły do mnie głosy.Tym razem z radia.

- .. w ten sposób straciłam 42 kilogramów.

(jak ktoś mówi o otyłości to momentalnie mój organizm wyłącza połykanie, więc zastygłam w trakcie rozkoszy, auć!)


- Super! Piękny sukces! - dziennikarka nie zdążyła rozwinąć dalszych słów uznania, gdy gość przerwał mówiąc ze śmiechem:

- Niech się pani tak nie napina, już przytyłam 20 kilogramów.

Właśnie, nie ma co się napinać w życiu. I nie warto też popuszczać. Zwłaszcza w gacie.
Otworzyłam czekoladę, by się dobić. A co mi tam. Jak słodko, jak bosko. Chwilo trwaj!

Rzuciłam się w wir porządków, co by w sobotę nie skrzeczeć o sprzątaniu. Zresztą mam alergię na sobotnie prace domowe. Koszmar dzieciństwa. Wyrzucanie z pościeli po 8.00:
- Bo piorę!
- TERAZ?!
Teraz uruchamiało modlitwę, która kończyła się przy obiedzie. Po obiedzie zaczynał się nowy cykl wykładów. Ha, ha, ha ...choć wówczas nie było mi do śmiechu.



Rzuciłam się w wir porządków, bo taka będę świetna. Idealna.
Mężunio wróci do chatki: czystość powali go na kolanka, pyszna kolacja rozłoży na łopatki  i już jest gotowy! HA!
Plan w życiu trzeba mieć, a jak doda sie do tego przebiegłość to sukces murowany.





Gotowanie i sprzątanie, gotowanie i sprzątanie - zajebista pieśń, hahahahaha

Jaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!pierniczę dzieciaki trzeba odebrać. Wsiadłam do auta. Co za drogi. Co za nierówności. To nie bułka z masłem, tylko drogi polne. Jadąc mam zawsze wrażenie, że pod tym asfaltem trupy leżą. Zombiaczki czekają na 4 jeźdźców, na znak i zacznie się: dzień sądu. Niektóre osobniki już nie wytrzymują nerwowo, normalnie rwą się do góry, a my dziwimy się skąd te dziury?! Ech....

Dzieciaki przejawiły bunt na wiadomość - dzisiaj idziemy na sztukę teatralną. Ba! córka była na tyle perfidna, że godzinę przed spektaklem zasnęła. Tak po prostu. Ale takie numery nie ze mną. Bestyjkę obudziłam i pojechaliśmy. Cała sala była zajęta. Fuksem znalazłam trzy miejsca niedaleko sceny.
Czar krzesła przywrócił córce uśmiech. Jak to dzieciakom nie wiele potrzeba do zachwytu.

Sztuka nas wciągnęła. Inscenizacja, gra, żartobliwe tony. Żywiołowość na scenie. Dzieci są bardziej wymagającym widzem. Nie bawią się w żadne konwenanse - jak jest nudno to się nudzą. I niektóre się nudziły. Z moich byłam dumna - wciągnięte w spektakl nie trzaskały krzesłem, nie mówiły, nie spały. Ale i też niewiele zrozumiały.
Ale sztuka jest pretekstem do podjęcia rozmów.
W sposób delikatny, mądry, wyważony poruszono ważne kwestie: przyjaźń, tęsknota, za tym co się utraciło, śmierć.
A czy my doceniany to co mamy?!
A ilu ludzi powiedziało - nie zdążyłam/nie zdążyłem powiedzieć, że ....
A ilu ludzi swoje ja, urażone ja stawia wyżej od wszystkiego? Własne urazy stawiamy ponad wszystko. A to, ze ktoś teraz potrzebuje wsparcia, słowa, pomocy, to co tam.... Odrzuceni -odrzucamy.
Tyle, że w obliczu śmierci wszystko wygląda inaczej. Czy warto zatem czekać na śmierć?!
Ale życie życiem, szlag człowieka trafia i ślepnie na wszystko.
A odbudowanie więzi gorsze od budowania piramid. Zwłaszcza jak się wkradną zranione uczucia, poczucie zdrady, brak zaufania i szereg innych negatywnych emocji.
Choć z drugiej strony po co nosić w sobie ten rozkładający dusze bagaż?!
Bycie człowiekiem to takie trudne...wszystko jest takie kruche.

Po spektaklu były zbierane pieniądze na ratowanie życia kobiety. Dzieciaki wrzuciły do puszki. I nie wspominam o tym, żeby "chwalić się", ale zaskoczyła mnie reakcja syna.

- A nie mogą zarobić? Jak można tak zbierać pieniądz: dajcie, dajcie. Trzeba pracować.

- Synku, koszty leczenia są większe niż wypłata. Czasami ludzie, by żyć muszą liczyć na innych. Jeśli możemy pomóc to pomagamy. Wiesz,jakbym potrzebowała nowej nogi i proteza kosztowałaby 200 tys to stać by nas było?
- Nie.
- I skąd miałaby wziąć pieniądze by móc chodzić?! To są trudne sprawy. I czasami ludzie musza liczyć na pomoc innych ludzi. Nie można być obojętnym.

Kolejny trudny temat wpadł nam do łóżka. Czytałam synowi - co jest ważniejsze mózg czy serce?



ulubiona książka syna




Syn doszedł do wniosku, że serce, można zastąpić pompką. A mózg też?!
Więc rozprawialiśmy sobie o organach, aż trafiło na nerki.
Temat transplantacji powrócił jak bumerang, który przed chwilą został rzucony.
- W tym przypadku dawcą może być ktoś z rodziny albo inny człowiek, bo z jedną nerką można żyć. Każdy rodzic oddałby swojemu dziecku nerkę i to bez wahania.
Syn ukrył twarz w poduszce.
Hm.....
- Płaczesz??? kochanie? Dlaczego?
- Bo ja nie chcę byś umarła, wolałabym sam umrzeć. Ja nie chcę nerki.
- Synku, ale jej nie potrzebujesz! My mamy szczęście, że jesteśmy zdrowi. Wiesz, jaka to radość?! Nie płacz .... kochanie.

Nie płacz, kochanie - jak to łatwo powiedzieć,  a sama jakoś nieporadnie powstrzymywałam łzy, które mi cisnęły. ...



Rano zebraliśmy się szybko na pierwszy wykład Uniwersytetu Dziecięcego. Zaniepokoił mnie brak samochodów na parkingu. Hm, czyżby wszystko było takie ekologiczne eee sobota to dzień spaceru?! Chwyciłam za klamkę -zamknięte.
Zadzwoniłam do kumpeli, która oświeciła  mnie, że wykład zaczyna się za godzinę. A! Kapitalnie.
- Cała ty - wymamrotał pod nosem mężulo.
- Weź, jeszcze jedno słowo!
Zabiłam go wzrokiem. Poszliśmy na spacer, bo co będziemy się kręcić tu i tam.

Wrzuciliśmy syna do auli. Uroczyste rozpoczęcie roku rozpoczęło się od  przemówienia burmistrza. Nie ma to jak lansik władz.
Staliśmy trochę pod drzwiami, ale na szczęście syn nie wyleciał z sali krzycząc: - ja nie chcę!, więc sukces był.
Przy okazji ze znajomymi dograliśmy szczegóły jutrzejszego wyjazdu w górki. Żyć nie umierać.

Przy obiedzie syn stwierdził, że jeść nie będzie. Ja stwierdziłam, że z krzesła nie zejdzie póki nie zje. W te przepychanki wtrąciła się córa:
- A ja już mówiłam koleżankom i kolegom i i i i i ... i pani, że ten mój brat to jest taki beznadziejny.....

Zatkało nas. A potem zaczęliśmy się śmiać. Zabiła nas po prostu. Co to za tekst?! Syna też zamurowało, bo nic nie powiedział. Wyjątkowo, bo zazwyczaj na siostrę pokrzykuje.
Po chwili zaczął jeść, mówiąc, ze co jak co, ale mięsa nie tknie. Poszłam na kompromis.
- Nie jedz, ale wciągasz surówkę.
Ha! Lekko nie ma.


A potem zabijaliśmy się śmiechem oglądając film familijny: Krudowie.

https://www.youtube.com/watch?v=21vWIjfCZ5Q&list=TLc4R5R9HuvjENwknFOb4tfinvHH6WhjI0

Film, który powala animacją, wykreowanym światem, poczuciem humoru i treścią.

- Mamo to jest jak Avatar!
- Ogladałeś Avatar?!
- Tak, trochę z mamą


Czy my wiemy co w życiu jest ważne?! Wiemy!
A jeśli wiemy, to dlaczego się gubimy?!
Czasami jednak trzeba wyjść poza czubek własnego nosa....czasami trzeba w życiu zrobić rewolucję.
A rewolucje warto zaczac od siebie.


























czwartek, 3 października 2013

Nooo, mamo ...

 Poranna pobudka. Koszmar każdego dnia. Ja nie wiem dlaczego człowiek musi tak rano wstawać. Sam sobie narzucił jakiś chory system. Zero hedonizmu - za to maksimum heroizmu, bo wstawanie poranne wymaga nie lada siły i pokonania własnej słabości. I w imię czego o tej porze wstajemy?! Przecież nie musimy polować.
A nie można tak od dziewiątej, dziesiątej, zacząć żyć...?
Ludzie sami siebie katują budzikiem.


Puściłam muzę.  Nuty dotlenieniem mózgu. Rozhasane wśród czerwonych krwinek biegają po całym ciele. Powieka ruszyła się, drgnęła ręka ...







Zwlekam się z wyra jak siedem nieszczęść i wyję jak siedem nieszczęść, znaczy śpiewam sobie pobudkowo w łazience.
Prysznic. Prysznic co rano przypomina - olewaj wszystko, olewaj, olewaj.....czystość duszy gwarantem zachowania rozsądku.

Jestem prawie gotowa, jeszcze tylko parę cichych, małych, niewinnych przekleństw znaczy się poprawek fryzurowych  i  człapię do "strefy bąków".
Muza ryczy, ja mruczę łagodnie:
- Cześć kochane łobuziaki. Wstawać proszę.
Odganiają mnie jak komara, nie poddaję się.
- Nie wyspałam się.
- Nie chcę wstawać, głupie jest wstawanie.
- Ja tez nie chcę. Ty idziesz do szkoły, Młoda do przedszkola a ja dlaczego muszę wstawać?!
Idźcie sobie sami.
- He he he
- He  he he?! To słuchaj tego, kolego:

Z ciemności wyłoniła się ma głowa,
na gadanie twe gotowa

Hehehehe, dobra jestem sobie myślę. A co. Przecież mogę się pogilgotać dobrym słowem, no nie?

- A ja puszczę mamie bąka niech się mama błąka

CO?!!!!!!!!! Ale mi wyjechał. Kara-gilgotki. Ha! Teraz śmiej się cwaniaku.
- MAMO! PRZESTAŃ! AAAAAHAHAHAHA ....

Śniadanko, ubieranko, wyścig z czasem.
- Ja się w przedszkolu wyciągnę... - córa pomimo deklaracji i tak próbował  łyżką dotknąć sufitu.

Młoda nie wyciągnęła się w łóżku, więc Młoda zawiesiła się nieoczekiwanie.I zagubiła się w ruchach gubiąc czas okrutnie. Musiałam paszczować:
 - Ruchy, kobieto, ruchy!!!! SZLAG!!!

Dzieciaki w aucie, silnik odpalony, skrobię, skrobię, szyby skrobię. Jeszcze tego brakowało w gamie szczęść porannych Ufff, wsiadłam.
- Mamo, jestem niezapięta
Wysiadam, otwieram drzwi pasażera, ale od strony kierowcy: jedna noga na zewnątrz, druga w samochodzie, walczę z zapięciem  i ...nagle samochód zjechał do tylu. CO JEST?! Uffff, zatrzymał się. Wyciągam łeb. OOOOOOO FUUUCK!!!  Przywaliłam otwartymi drzwiami w auto stojące z boku. Drzwi się zaklinowały. Moje drzwi wbiły się w drzwi obcego auta. Nie miałam wyjścia, przelazłam przez fotel na miejsce  kierowcy i podjechałam do przodu. FUCK!!!! Dobrze, że w tym wszystkim nie zaklinowałam się przechodząc przez fotel!

Szlag, zarysowałam komuś auto. Może nie tak jakoś ohydnie, ale jednak. Nienawidzę takich rzeczy.
Czas nie dał mi czasu na myślenie. Pojechałam odwieźć dzieci.

Wróciłam na parking i łypię okiem na auto. Zerkam z partyzanta, by nie było. Kurde, facet ma na dole jeszcze dwa wgnioty. Made in ja?! Hm...Chyba nie, ale czy ja wiem?
Spierdzieliłam na górę, spuściłam nos na kwintę i zaczęłam prasować. Żelazko przyda się jak przyjdzie poszkodowany. Adresu nie zostawiłam, bo po co? Sąsiedzi mają wiedzę potrzebną do wszelakiego życia.

Prasowanie ma moc. Zapadłam się w sobie. Znowu ta nie moc. Nie chce mi się nic. Myśli odbiegły na boczny tor. Wpadka sięgnęła po bicz i zaczęła chlastać po duszy.
Nic dziwnego, że kiedyś ludzie krótko żyli. Umierali w moim wieku jako starcy. O ile dożyli. Zmęczenie wciąż ma tą samą moc.Tyle, ze ja za mamutami nie latam i nie walczę o ogień. Choć z drugiej strony ...

Stop! Mnie nie ma. Żadnych problemów. Zjazd. Wraz z papierosem wszystko zamieniłam w popiół.
Jeszcze życie mi dokopie, więc sama siebie nie muszę poniewierać.

Zadzwoniłam do kumpeli. Ustaliliśmy plan działań: jutro z dzieciakami idziemy na spektakl, w sobotę synowie mają pierwszy wykład Uniwersytetu Dziecięcego (zapisałam, a co), a w niedzielę jedziemy górki.
W razie deszczu - wino i film. Weekend doskonały. Mężulo nic nie wie. Ha! Niech się jeszcze po upaja myślą, że się wyśpi, hehehehe. Jego też nakręcę. O! jak ja go nakręcę. Kurde, niech wraca, bo zaczynam ryczeć ...

Power, power, power, muza, dziki taniec, życie jest cudowne! Wystarczy sprytny plan. Coś na przekór tych samych dni. Niech życie będzie marmurkowym ciastem.
Oby tylko koleś z tasakiem do mnie nie przylazł, oby, oby, oby ....

Poleciałam po syna do szkoły. Hrabia zażyczył sobie wcześniejszego odbioru.
Potem oboje musimy iść do przedszkola.

- Synu, idziemy po Młoda, ubieraj się!
 - A musimy już iść? Niech wybiega się w przedszkolu....

Droga powrotna była drogą płaczu i lamentów. Młoda darła dzioba o wszystko roniąc przy tym łzy na potęgę. Bo nie tą droga poszliśmy, bo chciała się bawić, bo chciała iść do domu, bo chciała się pohuśtać, bo chciała jeść, bo nie chciała zbierać kasztanów, bo chciała zbierać żołędzie, bo ....nie wiedziałam co robić, bo za każdym podjętym działaniem szedł inny komunikat.
- Co za baba, znowu ryczy....
- Przyzwyczajaj się synu. Baby czasami nie wiedza czego chcą, a zmęczona baba  to już totalna porażka, jak widzisz....

Dotarliśmy do domu. Dom ! Sweet dom! Nie dostałam obłędu, ale czułam się jakby ktoś na mnie spuścił 100 ton flaków z wypatroszonych śledzi.
Masakra.

Młoda w domu zarządziła zabawę. Ja byłam tronem, a ona siedząc na mnie odgrywała króla Juliana. Dobrze, że nie byłam Mortem. A może wszystko przede mną.

- To ja idę sikać, przyjdę a ty puścisz mi bajkę ROZUMIESZ?


ROZUMIESZ?! Prawie stanęłam na baczność krzycząc:
- Jawohl !!!!!

ale rzuciłam w jej stronę poduszką, niech ma, hahahaha.

- Noooo, mamoooo...

" Nooo mamo", " mamo, przestań" -łeeee, nie czają zabawy. Hahahah.
Dobrze ze mała jest mała i nie wpadła na pomysł wyrwania i rzucenia w odwecie klozetem:
- Mamo, łap muszelkę!


Wydrukowałam  Zdrowaś Mario, by syna nauczyć modlitwy. Umiem ją jak mówię szybko i bezmyślnie. Zaś wymawianie powolne słów, takie świadome i z sensem po prostu mi nie wychodzi. (przetestujcie ::PPP)

- Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami chrzestnymi...
- Jakimi chrzestnymi? Grzesznymi synu, grzesznymi.


Chrzestni? Aaaaaaaaaaaaa, muszę w końcu do brata zadzwonić, bo przez tę ciszę naprawdę, o zgrozo!, zgrzeszę.








:P