W
IMIĘ NORMALNOŚCI
- Duchy, wszędzie są duchy
–krzycząc tak rzucała wszelkimi rzeczami, jakie znalazły się
pod jej ręką – Wy śmierdziele, astralne gnioty, parobkowie
szatana, a ty, Belzebubie to co świnio, tchórzliwy zasrańcu,
przesyłasz mi tylko swoich sługusów? Chrzańcie
się....Odpierdolcie się kurewskie nasiona !
A tak wrzeszcząc, a tak klnąc i
jeszcze gorzej mówiąc, sycząc, latała po całym mieszkaniu, po
całych 120 metrach kwadratowych i miotała wszelkimi rzeczami, jakie
weszły jej pod rękę. Dokonywała nie tylko demontażu dorobku jej
rodziców, ale również próbowała uszkodzić samą siebie. Widok
ten był straszny. Piekielny wręcz. Nikt nie wiedział co robić,
jak zareagować, więc póki co rodzice - starsi ludzie, którzy
zdecydowali się na rodzicielstwo w wieku, kiedy inni odliczają czas
na emeryturę - ograniczyli swoje działania do jęków: „za co
to?”, „och, Boże, Boże...”, jak i do wyrywania włosów oraz
wzajemnych oskarżycielskich spojrzeń. Rodzeństwo zaś, młodsze
rodzeństwo – sztuk dwie- schowało się w szafach i to pod
walizkami – dla lepszej konspiracji przed obłąkaną siostrą.
I ta
gehenna trwała dzień i noc, dzień i noc i nic nie zapowiadało, że
dramat ten zakończy się w najbliższym czasie. Nawiedzona
dziewczyna bezkarnie oddawała się destrukcyjnym działaniom
przemieszanymi niecenzuralnymi tekstami. Rodzina zapomniała co to
spokój, cisza, harmonia, co to jest normalne życie. Otaczały ją
zewsząd hałasy, krzyki, stuki, jęki, przekleństwa, łomotanie.
Bezradność
rodziny była podyktowana wiarą w duchy, zabobonnością oraz
strachem, że oni sami padną ofiarą złych mocy. Niemniej jednak
wszystko ma swoje granice i nadszedł ten dzień, kiedy matka z
wałkiem w jednej ręce, a miską w drugiej dopełzła do telefonu.
Aparat spokojnie spoczywał na dnie wanny. Pomimo odbytego lotu nie
uległ uszkodzeniu. W drodze powrotnej matka wyczerpała swój limit
szczęścia – jej świrnięta córka potraktowała ją w sposób
brutalny, aczkolwiek nie w sposób makabryczny dzięki temu kobieta
doczołgała się do swojego męża. Po opatrzeniu ran obydwoje
podjęli decyzję – zadzwonili po egzorcystę.
I przyszedł taki, na pierwszy rzut
oka, zwyczajny, szary człowieczek w średnim wieku. Lecz kiedy
zobaczył swoją klientkę – młodą atrakcyjną dziewczynę
(pomimo parodniowej rozróby made in nawiedzenie) – uśmiechnął
się lubieżnie.
Wypieprzył wszystkie zmory,
wszystkie duchy, całe zło, trzy czwarte piekła, a na końcu ją.
T
E N I S
Umarł i poszedł do raju, pomimo,
iż nie zasłużył sobie na to. No cóż, wyroki Boskie są nie
zbadane. Stwórca wybaczył mu i koniec, więc dusza tułała się po
niebiańskich przestworzach. To tu, to tam i na odwrót, przez wieki
na wieki, aż w końcu znudziło mu się to wszystko. Bo i to
wszystko było piękne, doskonałe i w zasięgu ręki, myśli, życzeń
no i wogle całość była taka idealna i osiągalna, że aż mdła.
Miał ochotę zakląć, lecz nim zdołał sobie to uświadomić już
od anioła stróża zarobił z procy:
- No, obywatelu, bez takich mi tu !!!!
Raj edenem, eden rajem, a jemu coraz
bardziej brakowało życia. Wreszcie nie wytrzymał i udał się do
sekretarki wszechmocnej Istoty, która umówiła go z Nim Bóg wie o
której. W ko-ńcu nadeszła ta chwila:
- O co ci chodzi ?!
- Rzygać mi się chce.
- I z tym do mnie przychodzisz ? Co mam z tobą wymiotować, czy jak? A może mam mi ci palca w gardziel wsadzić ?
- Przestań na litość Boską.
- Ja nie mam litości, ja po prostu mam sklerozę.
- O, to przepraszam.
- Nic nie szkodzi, przyzwyczaiłem się do ludzkiej fantazji. Ale o co ci chodzi?!
- Mdli mnie.
- Może jesteś w ciąży?
- Że co jestem?
- Ojej, przecież jesteś w raju, a tutaj, na tej Boskiej ziemi, każde życzenie spełnia się; świadome, nieświadome, podświadome, po prostu każde, nawet nie znane tobie marzenia i zachcianki spełniają się i to z tych sfer nieznanych Freudowi.
(O! Wypraszam to sobie!!! – obruszył się
Zygmuś, który jak nagle się pojawił tak i znikł.)
- Jezus! Maria!
- Pielą w ogródku, ja już ci nie wystarczam?
- Zgłupieć można
- Czy z tym do mnie przychodzisz ? Chcesz zostać szaleńcem?
- Przestań! Powiedziałem, że zgłupieć można, a nie czy można zgłupieć.
- A, faktycznie! Widocznie z wiekiem tracę wrażliwość na niektóre drobne niuanse, a staję się przewra-żliwiony na inne sprawy, ale trwam już tyle wieków....No dobrze, to powiedz mi w końcu z czym do mnie przychodzisz.
- Brakuje mi życia, tego smrodu, tej niepewności dnia jutrzejszego, no po prostu, Boże, daj mi pożyć. Chcę istnieć całym sobą, poznawać, być zaskakiwanym, chcę być i walczyć o to wszystko co dla mnie jest najlepsze, chcę kochać, czuć, doznawać, chcę istnieć.
- Nie widzę problemu.
I On pstryknąwszy palcami rzekł
jeszcze:
- Żegnaj, przyjacielu – i posłał duszę w czortu.
Nie na długo, na jakieś pół
wieku. Dusza wróciła więc do raju, a kolejna powłoka człecza
użyźniała coraz bardziej jałową ziemię.
Dusza tu, dusza tam, można odnieść
dzikie wrażenie, że jest to swoisty mecz1
pomiędzy piekłem a niebem, zaś piłką jest to, co nazywa siebie
homo sapiens, pomimo, iż winno nazywać się homo co sapie, bo i
dyszy, gdy zadyszkę złapie.
------------------
Pogrzebałam w opowiadankach komentując notkę Kury o homourzędusie:). Opowiadankach pisanych lat ok 20 lat (+/2-5 lat? )temu ...więc wrzuciłam to, a co :)
Nie dawno na szczycie spotkałam kumpele, z czasów, kiedy czasy boskimi były. Jedną, jak pisałam, postaci kultowych studium. Tam było wiele cudownych osobowości. Naprawdę. Mogę dziękować losowi, ze wrzucił mnie w ten czas. Że miałam przyjemność poznać ich. Są w moim sercu po dziś. Bo są ludzie których nie zapomina się. Po prostu nie zapomina się. A na samo wspomnienie uśmiech sam gości na ustach. I te balangi, prawda?! I te wyjazdy i te projekty...
Więc kumpela zapytała się czy pisze. Byłam zdziwiona. Jak miło, ze ktoś pamięta mnie. I o tym, ze coś tworzyłam. Powiedziałam, ze pisze tylko bloga, na którym se plotę o dzieciach, trochę nudnawie. I tyle.
W tamtych czasach sobie piłam, pisałam, piłami pisłam, smiejąc się, że zobaczycie kiedyś ....
Ha, ha, ha, młodość miewa siły i fantazję.
Za to teraz, po latach mam ubaw. I mogę sie zapytać - gdzieś moja duszo? Ale nie pytam się by nie usłyszeć- wytrzeżwiałam.
Hahahahaha....
Choć raz wrzuciłam na bloga rzeczy odnalezione, ale nie sądziłam, ze mam opowiadnka :)))
http://arte1973.blogspot.com/2013/04/tekst-moj-sprzed-nastu-laty.html#links
------------------------------------------------------
B
Y T
K U K U Ł C Z Y
Pewna
kukułka była handlarą i miała na muniu. A miała nie byle co,
tylko same a kuku. I w każdy dzień nie bacząc na godziny
nawoływała klientów:
- A kuku, a kuku, kuku.....
Ale każdy miał na muniu, bo nikt
nie przychodził, więc w końcu zbankrutowała. Zakręciło nią
życie i dostała Bzika. Żyli długo i szczęśliwie.
G
A R N I T U R
Cała rodzina latała po mieście
za garniturem. Był nieboszczyk to musi być nie byle jakie ubranie.
Przecież trumna będzie otwarta i każdy będzie mógł tam zajrzeć.
Nawet ta gruba wariatka spod 6. Tak, ta zapewne nie podaruje sobie
tej przyjemności, stara plotkara. Szkoda, że Heniu umarł, bo ile
było śmiechu, kiedy sobie popiwszy jabolka tą starą kopniakami
ustawiał. A teraz będzie trochę smutno...., nie, nie ma czasu na
wspominki, najważniejszy jest garnitur.
Pomimo biedy, bezrobocia i nie
wypłacalności MOPS-u rodzinka zrobiła ściepę na zakup. Ubranie
ma być czarne, trzyczęściowe, nie byle jaka szmata z hali
targowej, a nie daj Boże z lumpeksu. Heniu był Heniem, ale chamstwa
nie można mu na końcu zrobić, bo a nuż będzie mścił się i
straszył po nocach.
Rodzinka podzieliła się na trzy
zespoły, które dostały po swoim rejonie. Latali jak dziki w Słońcu
po 150 ulicach. Każdy zapisywał cenę, każdy się targował.
Wreszcie jedni natrafili na to co chcieli pozostali i po komórkowej
konsultacji, jak i po 10 godzinach bieganiny garnitur zakupiono.
Ubrano
Henia. Ktoś rzekł by tak zakombinować, by jednak Henia w
garniturze nie chować, tylko po tym jak ludzie sobie na niego
popatrzą to przed samym zamknięciem trumny tak zrobić, by Henia
szybciutko przebrać, a ubranie w ramach reklamacji oddać, a za
pieniądze stypę porządną zrobić. Ale matka powiedziała, że
Henio przynajmniej przed Bogiem ma stanąć jak człowiek i może
Stwórca to doceni, a wybaczywszy mu jego grzechy rzeknie:” Heniu!
choć raz wyglądasz na porządnego gościa, takich to lubię, więc
zapraszam cię do Mego Królestwa”. Tak więc pochowano Henia w
garniturze, niech wygląda elegancko, przynajmniej na końcu swego
życia. I może gdzieś ktoś miał jeszcze nieczyste myśli, że
kasę wyrzuca się w błoto, ale niech Heniowi będzie, niech
odejdzie jak człowiek. Przecież każdy by tak chciał, by choć raz
w życiu ludzi zadziwić i zrobić na nich wrażenie: patrzcie kim
jestem !!!, choćby się trupem było.
Pół
dzielnicy na pogrzeb przyszło i pół dzielnicy do trumny zaglądało,
by zobaczyć Henia. A było na kogo popatrzeć. Mało kto poznał kim
był nieboszczyk – bo i Henio był jakiś inny: czysty, ogolony,
wyperfumowany i w pięknym ubraniu. Łał ! Garnitur zrobił swoje.
Choć to jest smutne, że kawałek materiału zasłania duszę, bo i
ludzie zapomnieli jakim Heniu był skurwysynem.
Umarł i
mógł odejść jak człowiek. Ale nie, on musiał się rozmyślić,
lecz było już zdeczko za późno. Nikt nie usłyszał jego wrzasku,
ani walenia w wieko. Z braku tlenu, a nadmiaru duszenia się zacisnął
szczęki na rękach. I umarł. Naprawdę odszedł. Jak krwiożercza
bestia lub amator podpasek. Nieważne. Ważne, że był już
prawdziwym, zimnym truposzem. Amen.
W tym
wszystkim miał szczęście, że nikt z rodziny tego nie widział, bo
jakże to tak nowy garnitur krwią umazać?! Tak po prostu bezczelnie
wypiąć się na rodziny wysiłek, na lokatę finansową, bo przecież
to nie lada poświęcenie kupić ubranie i to nie byle jakie, nie
pomijając trudu mycia ciała i jego wręcz antycznego brudu, który
od wieków istniał na Heniu. Oj, gdyby rodzinka przewidziała ten
bieg wydarzeń zapewne po mszy sprzedałaby garnitur i wypiłaby
sobie i to przez tydzień by balangowała, a i dzieciakom może by
po lizaku kupiła...
A teraz
Heniu stanie przed Bogiem z miną szalejącej
wściekłościo-zdziwienia, w nienaturalnej pozycji i na dodatek
ubabrany własną juchą!!!
Mówiąc
pokrótce: Henio jak żył, tak i umarł, jak żył tak stanął
przed Bogiem.
Los może jest ślepy, infantylny,
czasami niesprawiedliwy, ale przeznaczenie potrafi człowieka udupić,
przyszpilić i to słusznie. Amen
B
A L A N G A
Zapadła noc. Zmęczona kobieta
powłóczyła nogami po schodach. Wracała do domu, do mieszkania na
10 piętrze. Szła na piechotę, bowiem winda jak zwykle była
zepsuta. Zresztą w tym bloku wszystko waliło się: tynk odpadał, w
piwnicy były szczury, żarówki ledwo świeciły a ludzie deptali po
karaluchach, po innych insektach i po ich odchodach. Bieda goniła
biedę i obie piszczały w zardzewiałych rurach, które nierzadko
pękając zalewały wszystko to co dało się zalać. Oprócz
oczywiście samych mieszkańców, bo ci sami się zalewali po przez
wina marki wina. I ich świat jakoś się kręcił.
Kobieta
jak zwykle wracała wykończona. Pracowała jako motorniczy, ale nie
czuła już zawodowej satysfakcji, zresztą nie tylko zawodowej,
wogle popierniczyło się jej w życiu. Stukot obcasów mieszał się
z myślami, a właściwie z jedną: kurwa mać !!! i tak na okrągło:
stuk, kurwa, kurwa, stuk... Zmęczenie, niezadowolenie,
rozczarowanie, wypalenie - wszystko to kryło się w tym
przekleństwie, które przynosiło quasi-ukojenie dla jej duszy.
Jedynie czego tak naprawdę pragnęła to spokoju, ciszy. Wokół nic
się nie dzieje, czas stanął w miejscu, bezruch, relaksujące
odrętwienie – oto balsam dla udręczonego ego. Ale dzisiaj nie
będzie jej to dane, bowiem jej facet urządza małą libacyjkę. Jak
co dzień zresztą. Z niejasnym uczuciem pomyślała, że nigdy nie
zazna spokoju i otworzyła drzwi.
W
mieszkaniu było pełno ludzi, pełno dymu, pełno głosów, a muzyka
wdzierała się w każdy otwór. Towarzystwo miało już nieźle w
czubie i nikt nie zauważył jak weszła, bo i co rusz ktoś
wchodził.
Zrzuciła ubranie, buty i weszła do
kuchni. Pomimo zamkniętych drzwi hałas wdzierał się przez każdą
szczelinę. Muzyka i rozmowy wierciły w jej głowie wielką dziurę.
Disco, słowa, śmiech wszystko to powoli doprowadzało ją do
wrzenia. Nagle z psychodelicznym krzykiem rzuciła się pomiędzy
lodówkę a zamrażarkę, myśląc, że a nuż może tam znajdzie
ciszę, bezsłowie. Jedynie na co wpadła to na kapsle od piwa. Ktoś
wszedł do kuchni. Pijany człowiek zauważył już wariatkę:
- Kuuuhwa, hyk, chodź pić, hyk !!! –rzekł z czkawką i poszedł z flaszkami pod pachą.
Z dziwnym uczuciem pomyślała, że
w jej życiu już nic się nie zmieni, chyba że?! Wyskoczyła przez
okno. Bez słowa, bez myśli, po prostu to zrobiła – hyc, mały
krok w wielką przepaść. I nikt tego nie zauważył. Alkohol
zasłonił los człowieczy.
Nad ranem śmieciarz znalazł w
krzakach na wpół zjedzone zwłoki. Zemdlał. Nieszczęśliwy
wypadek pozbawił go życia.
Teraz dwa ciała czekały, aż ktoś
je odnajdzie.
I
zostały znalezione niebawem. Przez szczury, koty, psy, przez też
głodnego człowieka.
Dziwny to był pochówek.
Z
A S R A N I E C
Opowiem
wam o zjawisku społecznie szkodliwym, a mianowicie o metabolizmie
poszczególnych jednostek. Nie wiem co tym ludziom dolega, nie mniej
jednak wiem, że coś z nimi nie tak, albowiem wszystko ma swoje
granice, swój kres tak jak np. przemiana materii - nie wnikając na
przetwarzane składniki, jak i na sam proces. Zapewne nieraz w swoim
życiu, nie zależnie od jego długości, spotkaliście się z tym
procesem, ale wasze maski nie pozwoliły przyjrzeć się uważnie
temu zjawisku.
Nie
wiecie co chodzi ? Chodzi o to, że są ludzie, którzy bez żadnego
„ale” srają na wszystko i na wszystkich. No właśnie... Powiesz
im coś, to ci odpowiedzą „sram na to”; problem ? – „sram na
to”. Nic tylko sram i sram i sram. Sorry, niektórzy zmieniają
swoją mantrę mówiąc „wysrałem się na to”, ale przecież to
nie zmienia postaci rzeczy. Tak jak nic nowego nie wnosi podobna
kloacza odzywka „mam to w dupie”, bowiem to i tak za chwilę
zostanie „wysrane”.
Interesujący
problem, nieprawdaż? Tak więc, pozwolicie, że zabawię się w
domorosłego socjologa i spróbuję uważniej przyjrzeć się tej
całej „zasranej” sprawie, ba!, spróbuję nawet w tym swoim
szaleństwie znaleźć genezę tego zjawiska.
Podejrzenie
pierwsze. Człowiek to złodziej, egoista, bowiem zwierzętom odebrał
prawo do posiadania duszy. Niestety tylko ptaki, a dokładniej rzecz
biorąc, wrony i kruki, od czasu do czasu protestują przeciw temu
barbarzyństwu i jawnej niesprawiedliwości. Manifest ten przybiera
radykalną formę buntu – ptaki po prostu srają na ludzi
bombardując ich odchodami. I człowiek mówi „sram na to”, bo,
albo zaraził się od ptaków takim stylem życia (nie pojmując
przyczyn dla których to ptaki robią), albo boi się „powietrznej
miny”, więc chce odwrócić los.
„Nie rozdziobią nas
kruki, wrony...” masz rację kochany Stefcio, nie rozdziobią nas,
ale osrają.
Podejrzenie
drugie.
Może niektórzy z tych „sraczy”
(ludzi nadużywając tego zwrotu), jak przyjdzie co do czego to tak
naprawdę, cierpią na zatwardzenie i wieczory spędzają na
popijaniu herbatek ziołowych tudzież na zażywaniu innych środków
farmakologicznych tylko po to by odbić sobie zapchane jelita, więc
i mówią tylko i jedynie „sram na to”, czyli przybrałoby to
postać pobożnego życzenia. Och głupcy, czyż nie mają
świadomości, że przez samo gadanie szlag może trafić wiele
rzeczy, że istnieje groźba zapeszenia? Ach, naiwni nie wiedzą co
czynią, a bluźnią....a bluźniąc nie słyszą co mówią, a
mówiąc, nic nie czynią, a nic nie czyniąc bluźnią, a
bluźniąc....a „sram na to”.
A
propos „srania” to „A sram na to”. Bo i cóż mnie to
wszystko może obchodzić? Ja też zainfekowałam się znieczulicą.
I to jest moje trzecie podejrzenie. Zapewne najbardziej słuszne.
Ś
L I M A K
Ślimak
to ślimak. To brzuchonóg pospolity. Taki przez cały dzień nic nie
robi, tylko ślimaczy się. Wlecze się, a czas wraz z nim, a może
na odwrót, zresztą nieważne.
Ślimak żyje w innym wymiarze,
aniżeli homo sapiens i pełznie na jednej nodze niosąc na sobie
brzemię osiągnięć, cały dorobek nadany przez Naturę. Wydaje
się, że Przyroda lewicuje, bowiem każdy ślimak dźwiga taki sam
domek: malutki, zakręcony, kruchy, a przede wszystkim własny. I
dlatego też uczucie zazdrości jest dla ślimaków obce, a jeśli
już dochodzi do walk to jedynie jest to bój o samicę. Zresztą,
jak dowodzą nauki przyrodnicze, to samice prawie wszystkich gatunków
są takimi wrednymi sukami i przez swoje niezdecydowanie, jak i przez
swoją próżność, lubią gdy samce toczą o nie krwawe pojedynki.
A nie mogłaby taka jedna z drugą wykazać się sercem, inwencją i
rogiem, tudzież kopytem, a i nawet głową wskazać na wybranego
samca i rzec władczym tonem: TY!!! I na świecie byłoby więcej
pokoju, miłości i. ...tak jakoś zrobiłoby się fajnie.
Samoświadomość zmniejszyłaby liczbę wojen.
Tak więc
ślimak ślimaczył się, a czas wraz z nim. A może godziny wlokły
się, a on wraz z nimi? Nieważne, ważny jest tylko jeden fakt: fakt
że jeden dzień dla ślimak trwa i trwa i trwa i trwa. I może tutaj
jest pies pogrzebany, bo jeśli dzień jest aż tak długi to nie ma
żadnego powodu, aby się spieszyć. Nadmiar czasu wyluzował ślimaka
doszczętnie i ten prowadzi anemiczno-leniwy żywot z tendencją do
pociągania trawki tzn. na trawce...
I tak sobie ślimak żyje dopóty
dopóki ktoś czy też coś nie wejdzie brutalnie na jego dom.
Wówczas jego mieszkanko staje się ruiną, on miazgą, a to wszystko
tworzy wyżerę dla mrówek. Nic przecież w przyrodzie nie ginie.
Ślimaki oddają swojego ducha
najczęściej za dnia („idź w stronę światła...?”), a ludzie
jak nawiedzeni biegają po ślimaczych trupach, bo przecież czas tak
szybko ucieka i mało który człowiek zdąży za życia pożyć,
choć nie każdemu na tym zależy.
Co
istota to wymiar, co wymiar to inne prawa, tylko człowiek jest na
tyle głupi, by wszystko uczłowieczać.
I WCIĄŻ NIEDOKOŃCZONE............
Calipiczka była rozkapryszoną
karlicą o niezwykłych zdolnościach. Jej nadprzyrodzone moce
sprawiały, że w każdą rzecz mogła tchnąć życie. Ale nie
robiła tego, bo i nie robiła niczego co nie było związane z jej
osobą. Egoistyczne nastawienie do życia zasłaniało jej horyzont,
więc swym krótkowzrocznym wzrokiem nie dostrzegała tego co winna
widzieć. I tak sobie szła przez życie, potykając się to o kłodę,
to o człowieka.
Pewnego dnia zaszła na polanę.
Taką zwykłą, zieloną, pod lasem, z rzeczką. Łąka była
zamieszkała przez zwierzęta, owady i jednego biednego turystę.
Ptaki świergotały, słońce świeciło, koniki polne skakały,
zbieracze miodu i pyłków latały brzęcząc, szumiał potok.
Idealne miejsce na dłuższy odpoczynek.
Calipiczka postanowiła zadomowić
się na jakąś chwilę. Wynajęła od Wiewiórki mały apartament w
korzeniach dębu. TV, lodówka, klimatyzacja, balkon – można jakoś
przeżyć te parę dni. Rozpakowała swój dobytek i z kawą w ręku
wyszła na taras by rozejrzeć się po okolicy. Słońce nadało łące
wspaniały koloryt, który urzekał nie tylko oczy, ale i serce.
Naprawdę było cudownie, bo i nawet Calipiczka dała się ponieś
czarowi przyrody i zanuciła „Carmen” pod nosem. Piękno natury
koi duszę i każdy staje się milszy. Pod balkonem przechodził
Żuczek:
- Dzień dobry pani! Jak Pani ma na imię?
- Dzień dobry tubylcu, jestem Calipiczka...
- A ja Żuczek, miło mi panią poznać. I jak pani podoba się nasza kraina?
- Jest cudowna...
- Tak mało kto pozostaje poza jej urokiem, ale i pani niczego nie brakuje...
- Ależ Żuczku, przestań!, bo cię nazwę chrząszczem!
- Przepraszam, ale obojętnie nie mogę minąć piękna, więc jeśli panią uraziłem to idę. Do zobaczenia.
- Tak, do widzenia.
I Żuczek poszedł podzielić się
wrażeniami na temat nowej lokatorki łąki ze swoimi przyjaciółmi,
nie wiedząc, że Wiewiórka już plotkuje ze wszystkimi, którymi
spotkała po drodze. Polana zaczęła żywiej buczeć, zagłuszając
nawet potok.
Calipiczka zaś udała się do
łazienki, by poprawić makijaż. Połaskotana komplemen-tem Żuczka
pomyślała, że na pewno tutaj zabawi dłużej. Łakomstwo na dobre
słowa każe trzymać się tych, którzy tak mówią, tym bardziej,
że jest to „towar” deficytowy i żadne czary nie pomogą, by
usłyszeć dobre słowo, bo i każdy ich żałuje.
(hahahahahahahahahahahaha)
Tym , którzy to tej strony dotrwali - dziękuję :)
Podoba mi się. :) Masz poczucie humoru. :) Jak masz więcej, to dziel się ze światem. :)
OdpowiedzUsuńSerio? To dzięki wielkie :)
UsuńOk, uzupełnię, a co mi tam :)
OdpowiedzUsuńCalipiczka wymiata. :) :) :)
OdpowiedzUsuńale niedokończone wciąż.głosy w nocy przestały gadać do mnie :)
UsuńCóż to znaczy świeże spojrzenie, bo dobrze doczytałam, pisałaś to za "małolata" ? Celnie, bardzo celnie, to lubię w młodzieży, że się nie "sra" i wali między oczy ;)
OdpowiedzUsuńdobrze doczytałaś, było to milion lat świetlnych....:)
UsuńDobre, no kurde dobre :D
OdpowiedzUsuńZebrać całość i wydać tomik opowiadań, będzie hicior :P
no kurde, dzięki :)
Usuń