środa, 13 lutego 2013

PECH

Pech trwa. Albo urok. Już sama nie wiem.  Mój telefon wpadł mi do kibla! Utopiłam własny telefon we własnych sikach.
Bezruch jest najlepszy dla mnie.

Buuuuuuuuuuuuuuuuuu

13-ty, mać jego!!!!!!!!!!!!!!!

o marzeniu

Powoli, powoli. Podobno wszystko mozna wyćwiczyć. Najpierw doprowadzę kolano do aktywności, a potem zajmę sie mózgiem. Nie wszystko naraz. Bo się poplącze.


Marzenie? Kopnąć się w tyłek.

bąk

On puścił bąka:
- Kochanie, przepraszam, nie ruszaj kołdry, bo się potrujemy

Po paru latach:
 - Wąchaj zapach pana!!!!



Opowiedziałam T tą krótką alegorię obrazującą rozkład małżeństwa.
Normalnie rozkład po całej linii: rozkład ciał, rozkład związku, rozkład partnerstwa.

Powiedział, ze mam zepsuty mózg.
Nawet pogadać sobie nie mogę.

Prrrrrrrrrrrrrrrrr...........niech wie czyj jest teren!!!


Żartuję.

wtorek, 12 lutego 2013

o boskości




No i wściekłam się. Gorzej, bo tupać nie mogę.
T wyszedł. Poszedł sobie. Gdzieś. No i dobrze. Niech znika mi z oczu.

"A idź do diabła.. Ruch ci nie zaszkodzi, hehehehehe"



Wrócił.
No i dostało mi się!





sik




Poranek. Budzę syna gilgotkami. Straszne ma i strasznie ich nie lubi. Lepiej działają niż kubeł zimnej wody. Oczy otwarte.
- Mamo, cześć, przestań.
 - Co ty? spociłeś się? Piżamkę masz mokrą.
- Nooooo
- Serio?
 - Noooooo, wymienimy piżamkę?
- Pewnie. Wieczorem. A teraz wstawaj
Syn wstał. Materac też mokry?
- Chyba  się zsiusiałem, przepraszam.
Z T zeszliśmy ze śmiechu. Bo komu nie przyśniła się wizyta w toalecie? Ja wciąż pamiętam swój sen czując zimno deski sedesowej i  ulgę, która poszła, ale w łóżko. To sobie powspominaliśmy wpadki senne. Syn popatrzył jak na wariatów.
- No co jest chłopie? Zdarza się, hahahaha. Szoruj pod prysznic.
Młoda wstała.
- Dlaczego Starszy myje się?
- Bo się zsiurał do wyrka.
 - Jak małe dzidzi?  - i zaczęła się śmiać.
No a komu to się nie zdarzyło? Sen realny. Siada się na kibelku, sik,  ........i prosto w wyrko!!!!

Na rehabilitacji przeszłam piekło. Masakra. Doginanie nogi, masaż. Dobrze, ze przed wyjściem zaliczyłam wizytę w toalecie, bo mogłoby być kiepsko. Akademia Pana Kleksa. Kleks w majtach. Brrrr......

Swoja drogą byłoby, hahaha, co za rodzina oszczanoobsrana........hahahahaha.

Poszukałam pocieszenia w szafce. Kurde!!! kto wyjadł czekoladę?cukierki?!!!! Nie wierzę!!!! Zostały tylko marne resztki.
To tak wygląda odchudzanie w wykonaniu T? Zejście do podziemi samotności, wpierdzielanie w konspiracji. O ty!!!!! Plan zemsty w toku obmyślania. Powiesić za jaja to mało.
Pomyślę w tym w czasie gotowania.  Nóż w ręku inspiruje. Idę czynić obiad - mamusia z sanatorium wraca. Niech ma na powitanie talerz ciepłej zupy niczym bochen chleba z solą. Nie będę taka.
Czas na zło jeszcze przyjdzie, hahahaha........






poniedziałek, 11 lutego 2013

porankowo

Szokujący poranek dla dzieciaków. Trzeba wstać! Godzina 7.00. Godzina zapomniana. Nieludzka. Dzieciaki wypadły z dawnego rytmu - pobudka była o 6.30 i pól godziny na wszystko: ubranko, siusiu i zęby. Całkiem nieźle sobie radziły. Wszystko trafiło po moim wypadku.Nastąpiła odwilż.

Słowa: wstawajcie, pobudka! -uruchomiło marudzenie, jęczenie, umieranie. "A ja nie chcę" goniło "a ja nie chcę". A mnie gonił pośpiech - czekała na mnie rehabilitacja, lampy, godzina umówiona. Co jak co, ale nie znoszę się spóźniać.
Pobudka otworzyła dzieciakom oczy, ale uczyniła ich głuchymi. Ani prośby, ani żarty ani zdecydowanie w głosie nie docierało do żadnej z półkul mózgowych. Nic! Piana na pysku zaczęła mi się toczyć.
Byłeś siusiu? Byłaś w toalecie? Ząbki umyte? Milion przypomnień przeplatanych z odwiecznym "zaraz", "za chwile", "nie chcę", "nie umiem" ", "a muszę?"

Potrafię być cierpliwa, ale i potrafi mnie trafić. Ułomność natury ludzkiej w całej okazałości. Niestety.
Dzieciaki chyba wyczuły, że rodzi się we mnie bestia. Pozbierały się jęcząc w klimacie, "przedszkole jest głupie, my chcemy być w domu". A ja liczyłam do 10-ciu, mruczałam coś pod nosem: Kobieto, lajt, to są Twoje ukochane misie, lajt, luuuussss.......

Jakoś udało się przebrnąć przez pierwszą część tego dramatu.
I nadszedł ten moment. Moment wyjścia. Akt II -Moment wkładania butów. Moment w którym wszystko pękło.
W córuniu obudziła się baba. Rasowa baba.
- Tych nie chcę, chcę tamte - zaczęła jęczeć i kopać niechciane buty dla wzmocnienia swojej awersji wobec nich.
- Ale tamte są za małe na ciebie, wyrosłaś z nich, paluszki będą cię boleć - wycedziłam, kurde, że też ich nie wyniosłam, grrr -Nie kop butów, to nieładnie. Uspokój się, PROSZĘ!.
- Nie, nie są! Chcę te!!!  Są dobre. Chcęęęęę.....
I buuuuuuuuuuuuuu. Płacz. Histeryczny.  I nie daje założyć sobie butów. A tamte naprawdę są za male.
Parę minut przepychanek słownych i tłumaczeń. I nic. Kolejne parę minut minęło. W sumie minęło już od pobudki prawie 60 minut! Godzina!!!! Syn w tym czasie nagle zapomniał jak ubiera się kurtkę. Gdzie czapka? Poza -a w ogóle o co chodzi? Mamy iść?! Bunt w full wersji.
"No pewnie, dawaj synek czadu, bo co? bo tylko Młoda ma świrować". Zęby zaczęły mi zgrzytać.
Zagotowało się we mnie. I nie puściło.
Niestety.
Mogłabym powiedzieć, ze jestem tylko człowiekiem. Że w każdym jest jakaś cząstka zła. Ot taki mały granat. Który wybucha, gdy ciągnie się za długo za lont, za zwój nerwów, jeden kłaczek. I buch. bach. Eksplozja.
Nie uderzyłam Młodej, nie, nie, nie. Ani syna. Ani T.
Podniosłam,a raczej wyrwałam z podłogi aż pod sam sufit swoje słoneczko małe, które zamieniło się w małego potworka i jak nie ryknęłam:
 - Cholera, czy ma mnie w końcu szlag jasny trafić? CO?????????????!?!!!!!!!
Córka wpadła w większy płacz, ale ubrała buty. Syn nagle znalazł wszystko i nie miał juz żadnych problemów.
Ludzka twarz to twarz i bestii. Cholera, a myślałam, ze jakoś udało mi się opanować opanowanie.
Aniołem nie jestem. Niestety.
Są granice, których nie powinno się przekraczać.
Szlag.
Pozostaje niesmak. Nie zmieni go nawet pasta do zębów.
Ataki złości rodziców pamiętam jak dziś. Wiem jak krzyk boli.
A jednak emocje poszły swoją drogą.
A kiedyś człowiek dzieckiem był.
Kochana mamusia wyszczerzyła kły. A nie tak powinno być.
A jednak ...
...ja też muszę opanować poranki od nowa.
Czas na ponowne oswojenie.



Powrót do życia. Gonitwę czas zacząć.
Na lajcie.
Luz.
Bo nie ma co gonić.



ząb



O czwartej nad ranem obudził mnie koszmarny ból nogi. Leżałam wkurzona, nie mogąc znaleźć sobie  miejsc, pozycji, ukojenia. Jakby mi było za mało szaleństwa po pewnym czasie usłyszałam śmiech T. Normalnie rechotał przez sen. Ja nie spałam, a ten rżał w sobie najlepsze. Czad. Niedziela zaczęła się po prostu bosko. Trudno było się nie śmiać.
Opowieści o snach, zamiast ciacha do kawy.
- Odchudzamy się?
- Chyba ty! - odparowałam, ale co tam, będę wsparciem T. Mi też się przyda dyscyplina.
Tak więc zostaliśmy przy rozmowie. Co za zryte historie, hahahaha. I jak takiego kolesia nie kochać?! Słodkie to było.

Młodej od rana coś nie pasowało. Marudziła i foszyła.
-Nie bądź taka, ubieraj się - strofował ją Starszy - mama cie prosiła a ty co?
- Nie - z Młoda nie ma lekko.- nie chcę! nie będę!
Starszy jak się wczuje w role starszego brata to nie ma, że boli.

T puścił "Gnomeo i Julię". Młoda nie przerwała marudzenia. Znowu jej coś nie pasowało.
- Ja chcę Scooby Doo i meksykanski potwór....ja chcę Scooby Doo i meksykański potwór....
I tak w kółko. A tu pierwsze sceny filmu. Krasnal na scenie i ......ups, zapadnia, krasnala nie ma. Syn podskoczył i rozpłakał się. Popatrzyliśmy na niego jak na wariata. Co jest?! Płacze?!
A jemu krew się leje. Biedny wystraszył się, zagryzł palca, który trafił mu do buzi  (ach, to dziecięce przejęcie) i w ten sposób wyrwał sobie zęba. Nie ma już dwóch mleczaków.

Wieczorem zagoniliśmy towarzystwo do spania. Koniec z wieczornym siedzeniem z nami. Koniec ferii. Jutro powrót do przedszkola.
- Ja nie chcę iść do przedszkola - teraz Starszemu włączyło się marudzenie - wolę być w domu, jest lepiej. Jak mam iść do przedszkola to ucieknę z domu....

Jutro wyprostuję mu zwoje. Dzisiaj opadłam po ćwiczeniach. Ból do "z". Od zemdlenia do...........do z .....
 z bólu.


Młoda i nowa mania -Scooby Doo

:)))))
Fajnie się razem czyta. Oby kiedyś oszaleli na punkcie książek :)







sobota, 9 lutego 2013

loża muppetów

Wczorajszy wieczór. 2+3. Dwie flaszki na trzy osoby. 2 + 3 = 5. Dyskordiańskie „prawo piątek”-jednym słowem klimat illuminacki. Po prostu oświecało nas za każdym toastem. Czasami jednak warto zmienić tok myślenia. Dla zdrowia psychicznego.
Rozmowy Grey, Sade. Z literatury do seksu. Biedny T wysłuchał gadek "ryczących 40-tek". Trzeba powoli przyzwyczajać się, ze niedługo będzie to juz tylko temat do rozmów. 40 lat minęło migiem, więc kolejne pewnie jeszcze szybciej zleci.
A potem alkohol obudził we mnie narkolepsję. Zasnęłam w trakcie rozmowy. Zdarza mi się to coraz częściej. Tak odpłynąć. W starość. Czterdziestka poważny wiek - nie ma to czy tamto. Godzina 21.00 lulu, a nie biesiadowanie Bóg wie do której.

Rano obudził nas syn:
 - 11x17 to 187? 
 - Synuuuuuuuu, litości! moja głowa .. 
- Tak, a skąd wiesz? - zapytał T.
 - Bo puzzle ułożyłem i rzędy policzyłem. Ale 1x50+1x60 to 110?

Schowałam głowę pod poduszkę wyrzucając chłopaków do kuchni. Niech sobie liczą, ale daleko od mojej głowy. Nie dane było mi pospać, drugie tup tup i coś na mnie wlazło.
 - Kocham Cie mamo! - córka.

 Życie płynęło spokojnie czasami przerywane krzykiem udręki. Cwicze nogę. A ona opuchnięta.

Hahaha, prawe kolano jak ryjek Freda -Jaskiniowca .


Cholera, nie wiem co robić. Ćwiczę. Kąt prosty i tyle, żadnego dalej. Nie ma postępów. To dołuje.
A syn sobie skacze.Pokazał mi z jakiej wysokości. Poprosiłam by nie robił tego na moich oczach, a najlepiej zaprzestał takich skoków.


Wpadł do nas M., kumpel syna. Starszy wciągnął go w gry.
- Dawaj tutaj i będziesz miał amciaka - z ekscytacja w glosie syn instruuje kolegę. Amciak w jego języku to strzałka.
- Dobra. O rekin zjadł. Niedobry.
 -Nooo....

 M znudzili się gierki, i zaczął biegać z Młodą. Rzucali piłką w siebie. Gonitwa szalona. Krzyk, śmiech.Naprawdę świetnie się bawili razem.
- Ty psychopato! - Młoda krzyczy śmiejąc się przy tym.

Nóż wyleciał mi z ręki. Zobaczyłam inne oblicze córki. Kurde, co to za tekst? Naprawdę zaskoczyło mnie to. Nie wiedziałam, ze zna takie słowo. Pewnie wiele nie wiem. Niewiedza czasami uszczęśliwia.

- Wiesz co? Tak sobie myślę, że to musi być niesamowite uczucie widzieć swoje wnuki... -rozmowa przy kawie. Kawusia musi być. I wafelki.
- Pewnie tak.
- Czujesz to? Kurcze, niedawno Młoda ciągnęła cyca, a za chwile sama będzie mleczarką. Obyśmy mogli tego doczekać
- Daj spokój kobieto, jeszcze dzieciaki stałych zębów nie maja a ty  masz już wizje.
- Jejku, pogadać sobie nie mogę? No co? Czy przeraża cie wizja, ze twoja mała córusia trafi w ręce takiego zboka jak ty?
- Głupek.
- Kochanie, całe życie. I dopiero teraz na to wpadłeś?!

Komarowo. Przekomarzanie się - część rytuału dnia codziennego. Drętwo będzie w trumnie, a tak - zabawa niech trwa. My jesteśmy jak dziadkowie z loży Muppetów. Ha, ha, ha ...








piątek, 8 lutego 2013

o białym dupku

 Kolejna wizyta u ortopedy. Biały kitel warczał o małych postępach.




 - Jakich małych? chodzę po schodach bez dostawiania nogi! - mówię dumna
  - To żaden postęp - proszę ćwiczyć tak, nagiąć kolano i ręcznikiem przełożonym ciągnąć do maksymalnego zgięcia.




- Ćwiczę cały czas, po nocach spać z bólu nie mogę, nie mogę, tam coś jest, boli mnie i koniec.
- Ma pani ćwiczyć, za tydzień widzę usprawnioną nogę.
- Ćwiczę w domu jak na rehabilitacji, co ma zrobić, co? Kurde, nie chce być kaleka, ale ten ból jest do zniesienia!
- Tak ma być, mówiłem ostatnio pani...
- Tak, ze boli mnie głowa...
 -Proszę pani, rozciąga się wszystko i tak ma być. Za tydzień widzę duże postępy i koniec.

Nie wiedziałam, czy on chce mnie wkurwić czy zmotywować.
Tak naprawdę miałam ochotę powiedzieć, ze może pizdnę kulami i pójdę pobiegać, skoro wszystko jest takie proste, a ja taka..........eeeee..nie wiem, bolejacocierpiacomiękka. Ale wychowanie w stylu "pokorne ciele dwie dójki ssie " zasznurowało mi usta.
Pierdolec.
To w takim razie po co mi rehabilitacja, skoro nie ma postępów? Czemu tam nie pokażą mi tych ćwiczeń?
Ćwiczę, prostuje zginam, naginam, wyje i spać po nocach nie mogę. Szukam w necie ćwiczeń. Robię co mogę. Ból narasta, a kąt zgięcia kolana nie.
Chyba zacznę odpływać na lekach, może to będzie jakiś sposób na przetrwanie.

Dzwoniłam do szefa z zapytaniem do kiedy mam zwolnienie, bo mi wyleciało to z głowy.
- A kiedy wracasz do pracy?!
- Nie wiem, a co tęsknicie? Hahahaha
- Bardzo, hahahaha

-Co ci się stało? Mąż kopnął? hahahaha..
 - A czytałeś w gazecie o morderstwie? hahahaha

- Ale schudłaś ...
- To grubsza byłam? hahahaha ...Chyba teraz przytyłam przez to siedzenie w domu....

 Rozmowy. Nie znoszę iść o kulach. zawsze na kogoś trafię, kto jeszcze nie wie. A myślałam, ze wszyscy wiedzą hahahaha. Jak to w małym miasteczku.
Rolowanie tematu. Ale i zbieranie kciukasów. Przyda się.
Choć miałam chęć kupić koszulkę - KANAŁ BYŁ I NADAL JEST
hahahaha......


Rolki maja być wiosną. I góry. I tego muszę się trzymać. A reszta świata mego niech trzyma za mnie kciuki. Będzie ich moc, będzie moja siła. Będzie dobrze. Pokażę palantowi.
Albo i nie.






o dupku

Po 20 minutach próśb, nie wytrzymałam:

- No idź się kąpać, nie bądź dupkiem!
- Kto sie przezywa sam sie tak nazywa.... - odparowal syn natychmiast.

No i słusznie Należalo mi sie. Grrrr.....teskty rodziców są czasami niemadre. ...ech. Obym sie na drugi raz ugryzła w jezyk.

- A co to jest dupek? - przylecialo Przyczajone Ucho.
- Dupek to facet ktory mówi "zaraz" i nadal nie robi nic.
- O! to tato! - zawolała Mała odkrywczo.
 - Noooo, czasami, hahahahahaha

Ale muszę być sprawiedliwa: biedny T pierze, wiesza, zmywa, gotuje, odkurza. I co tylko moze -ogarnia. 

Aż sama sobie zazdroszczę. 

 T ostatnio stwierdził, ze ma trójkę dzieci w domu. Skoro tak twierdzi niech robi. Ha, ha, ha ....

- T, gdzie kawa? Ile bede czekac?!


Nie rzucił cegłówką. Ani kubkiem.
Kocha.
Ha, ha, ha......