niedziela, 17 lipca 2016

przed pobudką poniedziałkową.....

Ogarnęła mnie niechęć, przeogromna niechęć, która zalała wszystko, niczym ulewa w Gdyni.
Wszystko zatonęło w niechęci. Jak lody polane przez babcię sokiem malinowym. Ale tego, w przeciwieństwie do deseru, nie wciągnie się. Bo niechęć. Niechęć, by jutro rano wstać, ubrać się w garsonkę letnią i iść do pracy. Wstać i iść w papiery. Uśmiechać się. To nie jest praca dla mnie. Nie ze względu na uśmiech, ale ze względu na biurokrację.

Wszystkie lasy poległy dla biurokracji. Bo ludzie piszą. Bo wszystko mus być na papierze. Przewracając dokumentację mam wizję duszącej się ludzkości, a urzędnik ostatnim gestem i tak przybije pieczątkę. Wszystko musi być na papierze. Nawet zgoń świata. I nie można w złości krzyknąć życzenie:  "Aby ludzi posrało", bo do tego też potrzebują papieru.

Szurając gołymi stopami po piachu, pomyślałam, ze to jest kwintesencja szczęścia. Czuć sobą otaczającą przyrodę. Chłonąc wszystkimi zmysłami otaczający świat. Oto stopy zapadające się w piasku, które zaraz obmyje fala. Zabawne. Przesypujące się ziarenka piachu, które tańczą  niesione wiatrem. Cisza świata ludzkiego. Słychać tylko szum morza, który zagłusza pieśni syren, czy też plotkuje z wiatrem. Bryza jest niczym pot kochanków zatracających się w nieustannym pożądaniu.

Uciekałam wczesnym porankiem nad morzem. Spacery w asyście budzącego się słońca malowały cudowne wizje we mnie. Chłonęłam kolory i kształty rozrabiającej wody jak i igraszki mew, które oprócz mnie zostawiały ślady na piasku. Ciało rozkoszowało się zimnymi pieszczotami fal i wiatru.
Namalujcie mnie na nowo, namalujcie ...
Miałam wrażenie zespolenia przyrodą. I to jest właśnie magiczny portal do innego świata.

Udawałam, patrząc na statki, które były w oddali, że są zrobione z papieru. Oto statki zapomniane przez dzieci, które pobiegły do domu, by posłuchać opowieści dziadka. Teraz ludzie nic sobie nie opowiadają. Czytamy. Czasami czytamy im bajki. Historie z papieru.

Na jak kiego czorta człowiekowi cywilizacja? Myśląc przestajemy czuć. Przestajemy widzieć. Pomyślałam o plemionach żyjących sobie gdzieś na wyspach. Zadowoleni egzystują sobie mając wszystko gdzieś. Grunt, że ryb nie brakuje. I mogą cieszyć się sobą. Tak po prostu. Bo oto człowiek jest koło człowieka. Bez frustracji i stresu gonitwy za coraz większą ilością przedmiotów. Czas na dotyk, rozmowę, wspólne zapatrzenie się w otaczający świat, który pełen jest cudów.

Znowu dopadła mnie myśl ucieczki. Jeden gażdzet - aparat, drugi gażdzet - pióro i papier załadowane w trzeci gadżet - plecak. I iść przed siebie licząc na pomoc ze strony innych ludzi. Proszę o kromkę, proszę o kawałek stodoły. Nie chcę myśleć, jak krótka byłaby to podróż. Skończona zapewne na dworcu. Życie bez tożsamości. Tak zabunkrowały się sprzeciwy wobec świata. W końcu zatopione w alkoholu, by jednak nie czuć, nie widzieć.

A ja już czuję zapach papieru. Uwierającą woń biurokracji. Pół dnia przewracania papierów, by świat mógł istnieć. Tylko, że życie jednostki zastyga. A rośnie tylko dupa, od siedzenia.










piątek, 24 czerwca 2016

dzień pasywnej jogi



Nie możesz odnaleźć pełni poza sobą.
Źródło miłości nie istnieje na zewnątrz.

L. Jacobson




foto:arte


Czasami nie chce mi się nic. Tak trudno jest wstać. Budzik mam ustawiony na trzy czasy. Reaguję na ten ostatni. Powiekami. Powoli otwieram je. Ściągam się z łózka obowiązkiem pracy. Nie, nie, tak to nie wstałabym. Ale wstaję. Idę. Nie patrzę do lustra. Nie będę dobijać się, choć cień starej kobiety łapie za kostki, kusi, spójrz, na moment, no spójrz i szelmowsko chichra się. Nie patrzę. Nie mam sił.
Jedzenie nie smakuje mi. Chleb nasz powszedni staje mi w gardle. Ubieram się w banały. W czarne. Czarna kobieta. Tak mówią o mnie w pracy. Zaczepiają. Może intryguję milczącym smutkiem, który chowa się w uprzejmym uśmiechu.
Siadam na rower czując opór mięśni. Ciężkość jest jak przeciwwaga do chęci. tyle, że chęci brak. Zastój ciała przeraża. Siadam za biurkiem. Piję kawę, piszę, rzucam żartem. Od niechcenia. Lekkość bytu zamknięty w ociężałości ciała.
Wychodzę. Siadam na rower i znowu toczę walka z chceniem. Bunt mięśni wyznacza granice starości. Wewnętrzna gorączka trawi wnętrzności. Wpadam do domu. Obiad też nie wydaje się być zjadliwy. Parzę trzecią kawę i zalegam w swoim świecie przerywanym:
- Oooo mamoooo.....
 -  Aaaa dzieci.....
Myślę sobie, ze jak nie wstanę to tak zastygnę. Nie chce zastygać tak. Nie chce być mumią. Nie chcę być niebytem. Bo nie wstanę. Bo zalegnę. Bo zastygnę. Bo umrę. Sama w sobie. Każdy bieg oddech rwie. Uczę się wciąż oddychać. Żyć.
Wstaję. Idziemy. Rower. Badminton, Spacer. Piłka. Zmuszam się do ruchu. Walczę z niechęcią do życia, dla żyć, które kocham. Słabość chowam do kieszeni, a w kieszeniach ręce trzymam. Zaciskam je w pięści. Nie puszczę nie chęci. Nie puszczę. Bo chcę. Wszystkiego chcę. Spalam się.
Tylko miłość ratuje mnie. Ona nadaje plastykę mojej materii. Poruszam się. Idę. Lecę. Chcę. Żyję w pełni.
Zasypiam.
Budzi mnie budzik. Wstaję za drugim dzwonkiem.


Okręt mój płynie dalej... - "KH" - 1984, 97,5 x 132 cm (PD) #Beksinski








Szczęśli­wym jest człowiek, który z przeszłości swej pa­mięta to tyl­ko, co dało mu za­dowo­lenie. 
Nie­szczęśli­wym zaś ten, co no­si w pa­mięci wyłącznie nieszczęścia.
Hagiwara Sakutaro









...................................................................................................................................................................








ps zaniepokojonych grzecznie informuję, że płynę na fali szczęścia i mam plan życie.....straszny plan , bo ambitny :p haha





czwartek, 23 czerwca 2016

u dentystki

Siedzę spokojnie w czasie borowania, wręcz zasypiam. Ledwo słyszę co dentystka mówi, a mówi coś o czyszczeniu zęba. Uśmiechnęłam się, To lepsze niż wiertarka w gębie. Jej ręka ze strzykawką zbliżyła się do mojej twarzy i jak mi nie psiknie tak wpięło mnie fotel. Członki me zadrżały. Oczy wyszły na wierzch. Co jest?! Co to za paskudztwo! Co za smak! Bleee gleeee.... Żre mnie to! To, to, to jest jak domestos!!! Język wpadł w jakiś agonalny taniec. Próję wypłuć, ale nie mofgę, a to spływa, spływa mi w przełyk.
Mina mi zrzedła.
To się dzieje naprawdę. Mordują mnie po cichu Złe Małpy* mordują mnie, ale za co? No za co?
Nie, nie chcę żyć, ale to ja wyznaczę, do jasnej cholery, swój kres. Ja. Tylko ja.
- To zabija zarazki ! - wrzask dentystki przywrócił mi utracona przytomność umysłu. Zarazki? Ja bakteria? Taka wielka straszna jak w reklamie? buuuuuuu....zginę.
- NIE POŁYKAJ!
Nie połykaj? nie połykaj? Kpina? 

No tak, no jak ...nie połykaj. 
Walczę, a strugi próbują wciąż wedrzeć się w moje rury. Nie chcę umierać, nie chcę !!!!
Nie połykaj.. Nie połykaj... Pewnie krzyczała tak do mikrofonu, na obronę swojej niewinności. Sprytny plan.
Walczę, by nie połknąć, Pali mi w pysku. Trzęsie moim ciałem, a jednak to trucizna. Rany ...

Dentystka w tym czasie zaczęła pchać mi waciki do ust. Wpięło mnie w fotel. Co robisz Brutusie co robisz? Oczy zachodzą mgłą. Rany. Nie dość, ze truje, to jeszcze chce udusić. Ostatkiem sił popatrzyłam na nią wzrokiem... umierającym. Szlag, głupio tak umierać na fotelu dentystycznym. Chujowy romantyzm. 
- Możesz wypluć.

Co mogę? Wypluć? Nie wierze. Żyję? Mogę? Żart? Ukryta kamera? 

Splunęłam. Życiu splunęłam. 
- Rany, co to było? domestos?
- Hahaha taki dentystyczny.
Przeżyłam. Nie boli. tylko gęba ma posmak szaletu miejskiego.

Moja ma tak po dentyście...

Niektórzy mają tak na co dzień.





-------------

* Złe Małpy - Matt Ruff

opowieść o o sekcji zwanej Wydziałem Usuwania Niereformowalnych Osób - potocznie określanej jako Złe Małpy. 

wtorek, 21 czerwca 2016

dialogi rodzinne


Dialogi rodzinne są tą rzeczą, jedną z wielu, które uwielbiam. Nie chcę mi się ich obrabiać więc zarzucam cytatami w formie saute: - oto historyjki w małej ilości słów.



W szkole.
- Proszę pani mam problem.
- Jaki masz problem? - zwróciła się nauczycielka do Młodej.
- No mam problem. Bo problemem jest mieć problem. Więc ja mam problem. I to jest problem. Hahahaha...




Przy porannej kawie z Moonkiem.
- Padało rano.
- Deszcz - odparł.
- Myślisz?



- O Kudłaczek przyszedł!
- Tato, no weź. Popatrz na moją twarz. Czy ja jestem zarośnięta?



- Dlaczego masz brudną szyję?
- Babciu, bo byłam w kominie.
- A co tam robiłaś?
- Jak to co? Brudziłam się


- Aaaa zjedliście całą czekoladę? A ja?
- Mamo, ale okruszki zostały ...
- Hahaha dziękuję ci Młoda.


Rozmowy małżeńskie :D

- Starzeję się.  Coraz wolniej jeżdżę. Ty wiesz, ze w zakręty wchodzę 80-tką.
- Oszalałaś prawda?


- W głowie mi się kręci...
- Od miłości...
- Pewnie tak, hahahahahaha



- Mężuś, ty wiesz, że w pracy mi dawali tak o dychę mniej- 33, 34 lata!
- Jak bym ci dał 25.
- Tak?
- TAK. Bez możliwości wcześniejszego zwolnienia




niedziela, 19 czerwca 2016

Nos









Przy obiedzie Tomasz zaczął jęczeć:
- Arte, bo ty nie masz instynktu samozachowawczego.
Stałam nad nim przykładając lód do nosa. Cholernie bolało, ale nie wyglądał na złamany.
- Czego nie mam ? - zapytałam się zdziwiona.
- Instynktu samozachowawczego. Robisz głupie rzeczy uszkadzając siebie. Przecież wiadomo było, ze przyłbica poleci i nie przytrzymałaś jej. A już nie mówię o tej spróchniałej ambonie. Po co na nią wlazłaś i to jeszcze z dzieckiem!

sobota, 18 czerwca 2016

Taki dzień z tygodnia



Cały dzień stoję w pracy. Cały dzień siedzę w pracy.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

Osiem godzin z uśmiechem. Piękny trening mięśni.

Do wieczora, kiedy wymęczona dusza tchnieniem jednym jęczy:

- Dzień dobry. A czy mi może ktoś pomóc?



Matrix. Urzędowy matrix. Obieg ludzi i dokumentów. Rzeka absurdu. Z meandrami zaginięć.

- No nie ma!

- JAK NIE MA!!!! JAK NIE MA  SKORO MIAŁAM TO W RĘCE!!!!

Zespół poszukiwawczy przetrzepuje wszystko. Każdy kąt, zarośla. Byle wściekłość nie zamieniała się w tsunami. Obrywa wówczas każdy w chwilach nieobliczalnych.

 - Nie ma.

- BYŁO!!!!


Telefon do autora dokumentu ostatnią deską ratunku.


- Nie, nie napisałem tego, bo wciąż mam ten projekt w głowie.


Wytrenowane mięśnie podnoszą uśmiech. Tyle tylko, że niewolników.







piątek, 17 czerwca 2016

"To się da" Anny Sakowicz - idealna książka na wakcje











"To się da"

Anna Sakowicz







           To się dało, a raczej udało Annie Sakowicz, napisać wspaniałą książkę. Książkę, którą może przeczytać zarówno osoba nastoletnia, jak i w wieku mocno zaawansowanym. Uniwersalna lektura z jakże ziemskim, a jednak nieziemskim klimatem. Poruszane w niej historie choć prowadzą czytelnika po znanych zakamarkach życia, to jednak odkrywa on świat na nowo.  Świat, w którym nadzieja wciąż się tli i to żywym ogniem. To się da! Bo da się wszystko.

          Anna Sakowicz potrafi czytelnika rozśmieszyć, wzruszyć, zezłościć, zmusić do refleksji. Jej bohaterowie mają niezwykle i zwykle osobowości,  z którymi łatwo utożsamić się.

          Wirtuozeria słowa jak i pomysłów Anny jest nietuzinkowa. Z każdym przewróceniem kartki autorka zaskakuje czytelnika albo nowym wątkiem, albo zwrotem akcji i choćby czytelnik chciał odłożyć książkę to wiedziony ciekawością, pobudzany niejednokrotnie mieszanką uczuć, nie jest w stanie tego zrobić, póki jej nie skończy.

Życie, śmierć, miłość, homoseksualizm. Tematy trudne, a jednak przedstawione w sposób piękny, subtelny, wyważony. Codzienność, która ujmuje kruchością chwil, zabawnymi sytuacjami, ciepłymi momentami.

czwartek, 21 kwietnia 2016

powrót Arte :D

Poranek niedzielny zaczęłam od sonaty księżycowej. Zasiadłam ze słuchawkami w uszach, by nie zakłócać ciszy domowej. Lubię gdy w uśpionym domu mam chwilę dla siebie. Lubię tą ciszę. Lubię gdy wszyscy śpią, a ja mogę na nich patrzeć. Bezkarnie i do woli. Nasycać się widokiem tych, których kocham. Te ułamki sekund sprawiają wrażenie jakby życie  stanęło w miejscu ukazując swoje największe piękno. Po cichu ucałowałam noski. Wtuliłam się w ich sen. Chwilo trwaj. To też chcę pamiętać, kiedy będę odchodzić. Tą niewinność, bezbronność, to piękno uśpionego domu.

Poszłam pisać.

Znajomi wiedzieli, że muszą ją rozśmieszać. Miała zbyt czarną duszę, by móc przy niej płakać. Kiedy poskarżyła się, że ma zbyt dużego pierdolca, by być normalna, usłyszała, ze norma i patologia to pojęcia względne.
- Względnie to można się napić -  odpowiedziała nalewając do lampek wina. Pomyślała o Bukowskim. Nie, wino to za mało.
- Przepraszam- rzekła zabierając stojące przed ludźmi szkło. Szybko je opróżniła. Znajomi patrzyli zdumieni.
- Zmieniałam zdanie - mówiąc to dłonią wytarła krople wina z ust - nie tym was chcę uraczyć -  i wyszła, by za chwilę wrócić. Z wódką.
- Tak, ten trunek będzie odpowiedni - mówiąc to polała do kieliszków.
 - Bajkowy świat jak mawiał Janek Ha.
- Tak ,właśnie tak. - uśmiechnęła się. Klasyka pasowała do klasycznej soboty.
Wypili po trzy strzały, jeden za drugim. Ktoś puścił "to jest mój kawałek podłogi" i  zaczęli się drzeć. Eksplozja myśli została ujarzmiona przez dźwięki. Poddała się im. Bo jak ktoś mawiał, wyciągając deskę:   - Czasami trzeba popłynąć na fali.
Wódką lała się pomiędzy dźwiękami i  rozmowami. Zawieszeni nad stołem, na balkonie pili oddając się ekspresji sobotnich mijających godzin.
- Zbieramy się - ktoś krzyknął - taksówka już jest!
- Gdzie?
- Dupy trzeba wyhuśtać.
Wcisnęli się do auta darząc taksówkarza oparami alkoholu.
- Gdzie państwo chcą jechać?
- Do Akwarium...
- Kurwa, tylko nie to... -jęknęła.
- Co nie to? Niech pan jedzie. To to to..
- To jest mój kawałek podłogi  ... nie mówcie mi więeeeeeeec co mm roooobićććv-- ktoś się rozdarł, ktoś zaczął polewać. Ten wieczór nie skończy się dobrze. Jak każda noc z soboty na niedzielę.
Przepijanie weekendów było jak odchwaszczanie ogródka. Konieczne.
 - Jeżeli łamie się jedną zasadę to czy należy przestrzegać inne?
 -A czy łamiąc siebie odczuwasz potrzebę łamania innych ludzi?
- A czy znowu musicie pierdolić? Napijmy się.
- Jeszcze nie pierdolimy, ale kto wie jak ten wieczór się zakończy - rzuciła z głupim uśmieszkiem.
Taksówkarz przyhamował mocno.
- Panie, kurwa, ostrożności!
Rzucili mu kasę i wysiedli. Pusta butelka brzdąknęła w koszu.
- Tak grzecznie? nie o chodnik? starzejemy się - rzuciła ironiczne.
- Spadaj.
- Noooo pijaki jedne, czas zacząć melanż. Niech nam mózgi poupierdala.
- Jakie, kurwa, mózgi?
Płacąc za wstęp zmierzyli się wzrokiem z ochroniarzami. Te goryle są największymi dupkami świata. - Wiecie jak wygląda wibrator dla blondyn? - rzuciła paczce - Nieeee wiecie? Popatrzcie na nich! hahahaha.
Ryknęli śmiechem. I niech ta kupa mięsa modli się, by dzisiaj nie było rozpierduchy.


Do pokoju wpadł syn. Oczywiście tupiąc przy tym tam, jakby stado koni przemknęło waląc podkowami po bruku.
- Synu, czy ty jesteś satyrem?
-Że co?
- Gucio
Popatrzył na mnie. Słowo, które stanęło mu na końcu języka dzielnie przełknął.
- Mogę się przytulić?
- A musisz się pytać?
Taki pieszczoch jest jeszcze z niego. Zaczęłam mu mruczeć do ucha, ze wciąż nie mogę nadziwić się jak staje się tak dużym i samodzielnym chłopcem.
- Wiesz mamo, kocham cię.
- Ja ciebie też.
Wygłaskałam swojego misiaczka, ugryzłam lekko w ramię. Zaczęliśmy figlować. Lubię te nasze chwile.
- Muszę się tobą nacieszyć, bo jeszcze rok dwa i uznasz to za siarę. Powiesz" Spadaj matka".
- Nie, nie będę taką ciotą! - i wtulił się we mnie mocno. Mój mały synek jest tak duży. To niemożliwe.
Wstał i poszedł. Wrócił z książką. Oparł się o mnie zaczytując się w przygodach Percego Jakcsona.
I tak leciały nam minuty: ja pisałam, synek czytał. A reszta drużyny spała w najlepsze.
- Mamo a co ci powiedziała ta wróżka, że masz talent pisarski?
Popatrzyłam zdziwiona na syna. A jemu co? Deja vu zaliczył jakieś?
- Tak, ale ja jej to zasugerowałam, zadając pytanie o pisaniu,  choć znajomi mówią, ze fajnie piszę.
- To pisz.
- To piszę, ale nie mogę pisać.
- To wymyśl coś.
- No własnie chcę i nie mogę.
- To nawet ja wymyśliłem i napisałem.
Rozbawił mnie tym. Fakt, napisał bajkę o Smoku.
- No, ale ty to ty. Jesteś wyjątkowy. - ucałowałam synka
Kocham te nasze rozmowy. Rozmowy z dzieciakami maja niesamowitą moc. Kudłaczek wstał.
Zaczął się nowy dzień.

I po pisaniu. Ale co tam moje. Hahahahaha

Ważne, ze Kura pisze :D Zaskoczyła mnie swoją książką, znaczy dostałam od Niej przesyłkę i po prostu mega zawyłam. Było to tonę dni temu, ale ogarniałam swój zły czas. Ogarnięta, jak widać, powoli wracam do blogosfery. I odrobię wszystkie zaległości.





Najlepsza książka tej wiosny. Napiszę o niej parę słów, ale w następnym poście.

Aniu, jeszcze raz dziękuję :D




.

piątek, 29 stycznia 2016

zamrożenie

Nie ma nic bardziej irytującego niż powtarzalność dnia codziennego. Rytuał. Rytuał powoduje zniewolenie. Zniewolenie obraca się w szaleństwo. Z nudów zaczynam przeliczać karaluchy, które przemierzają pokój. Paranoidalna defilada.  Czuję się jak w celi średniowiecznej. Głodno, chłodno, ciemno, chujowo. Tyle, że nie śmierdzi. Rozkładająca się dusza nie capi. Jest jak ulatniający się dwutlenek węgla. Bezzapachowy dusiciel podstępny.

By się rozśmieszyć staję na golasa przed lustrem. Karaluchy natychmiast uciekają. Myśli, jakiekolwiek, też.
Faszeruję się groteską. Dymam siebie błazenadą. Zaczyna mi być dobrze. Za dobrze. Mega dobrze. Zachłystuję się śmiechem. 
Przesycenie kończy żywot w kiblu.
Znowu nie mam sił na cokolwiek.

Zawieszenie pomiędzy pralką a kuchenką. Bezwładnym ruchem zasiadam na kawałku podłogi. Tkwię zapatrzona przed siebie. Robactwo znowu robi przemarsz. 
Nerwowym ruchem poprawiam włosy. Wciskam kłaki za uszy. Wkurwiam się, gdy niesfornie wyłażą mi. Wszystko wyłazi mi, gdy wszystko powinno  być na miejscu. Na miejscu powinno być wszystko, a nie ma nic. 
Kiwam się, by nie krzyczeć. Ruchem,rzuconymi rękoma w przestrzeń, mielę w sobie przekleństwa. Czy nie mogłoby być pięć lat później? Czy nie mogłoby być dziesięć lat później? Czy nie mogłoby być dwadzieścia lat później?
Zresztą, co za różnica, przecież nic się nie zmieni, bo nie zmienia się nic. Nic się nie zmieni. Bo co ma się zmienić? Na co czekać? Aż czas da przepustkę? Uwaga: To ciało jest już gotowe do lotu! Odpalić tryb: bezdech.
Fru w tunel. W jebane światło.

Ale póki co, czas wciska mi tylko ścierkę. Czas pościerać kurze. Czas sprzątać. Czas gotować. Rozkładam się powoli pomiędzy stertą brudnych ubrań a stertą brudnych naczyń.

A potem wstaję czując złość w sobie. Tym gniewem chcę posklejać odłamki duszy. Nie! tak nie będzie. Będzie coś. Nie dam się. 
Schylam się szukając brakujących kawałków chcąc poskładać wszystko w całość.
Tylko, że pieprzonej nadziei nie mogę znaleźć. Nie widzę jej, nie widzę.
Zasypiam. W tym niepozbieraniu. W odłamkach.

Moje sny są jak trzaskające mrozy. I biegam w nich, nie tylko po to, by się rozgrzać w tym mroźnym klimacie, ale podejmuję się działań dywersyjnych. Wylewam czerwoną farbę na pojawiające się obrazy: nie ma!, nie zaliczone. Brak akceptacji. 
Krzyczę bezgłośnie. Klnę, tak brzydko klnę, potwornie masakruję słowem.

Jestem jak w potrzasku. Zniewolona rzeczywistością, osłabiana przez sny.
Lady Bry jak orzeł wzbiła się na szczyt optymizmu, mówiąc, że samobójstwo jest bez sensu, bo po nim nie można już nic zmienić, że dopóki się żyje, to ciągle jest szansa.
Na co, kurwa? - pytam się grzecznie. Nie lepiej teraz zmienić level?


Wiem, wiem, przecież wiek jest jak uniwersalny klucz: otwiera kolejne pokoje. Im się jest starszym tym widać więcej wyborów i ma sie wiecej odwagi i tym lepsze są pokoje. Można zasiąść i rozkoszować się chwilą. Nie lecieć, nie gnać. choć ciekawość życia popycha do przodu.  Nic tak nie urzeka jak piękno świata. W obliczu uciekających dni pojawia się zachłanność, niedosyt. A ile tych dni zostało? Niepewność dopinguje. Przecież tyle jeszcze jest do zdobycia, przeżycia, poznania. Każdy dzień to święto. Super jest żyć. Poczuć wiatr, zastygnąć w słońcu.zasnąć w trawie. Tak niewiele potrzeba.
Można próbować nowych dróg, nowych smaków, cieszyć się towarzystwem bliskich. Odkrywać obrazy i muzę. Chłonąć świat karmiąc swoje wszystkie komórki. Wzbijać się w otwieraniu na nowe przestrzenie. Drażnić swój układ nerwowy nowymi doznaniami. Czerpać satysfakcję z nowych odkryć i zakupów.
Można tak wiele. 
Wiele nie pamiętam. 
Nie pamiętam co można.
Można nic.
Nic nie można.
To pamiętam.

Czytam. 
Pisać przestaję.
Nie mam nic do powiedzenia.
Zajebałam swoja miłość. Wybacz mi Sylwio.

Zamarłam przy innej Sylvii:
  • Posiadanie męża i dzieci równa się przepierce mózgu – człowiek staje się czymś w rodzaju głupiego niewolnika w małym, totalitarnym państewku.
S. Plath

Najlepsze zdanie. Z wielu najlepszych zdań.
Do dupy z tym wszystkim.
Włażę do szafy.
W moje myśli.
Przestaję myśleć.
Przestaję istnieć.









;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;;


Życzenie malarki


Chciałam kilka okruchów namalować

nędznej codzienności,tak zużytej i szarej,

ale przez ogień na wylot prześwietlanej,

który cały świat z rąk Stwórcy mógł wywołać.

Chciałam pokazać naszą pogardę,jak

dotyczy tego, co święte i głębokie, i szat Ducha.

Chciałam namalować drewnianą łyżką, tak

aby ludzie poczuli w tym Boga


Karin Boye

!tłum. Ryszard Mierzejewski





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 22 stycznia 2016

o love i babciach :P

- Mamo, a ty kochasz babcię A?
- Nie.
- Jak nie? - dzieciaki popatrzyły na mnie zdziwione.
- Dla mnie to jest obca osoba i nie muszę jej kochać, bo nie wszystkich kochamy i tyle. Wystarczy, że tolerujemy się, Zapamiętać sobie gady: Miłość nie jest dla wszystkich - przecież nie będę własnych dzieci okłamywać i mówić- ot tak kochajmy się wszyscy.O ble.
- Ale to jest nasza rodzina!
- Wasza, nie moja. 
- Ale tatę kochasz?
Chwile mojego  zawahania - "YYY???aaa??"  wykorzystała Młoda krzycząc do brata:
- Przecież się całują, a jak się całują to się kochają, bo jak można się całować i nie kochać? fuuuujjj.
- Ale i tak rozwód wisi w powietrzu - odparował jej brat.
Teraz to mnie zatkało. Jaki rozwód?
- Synu, jak rozwód?
- Bo się kłócicie.
- Nie, nie, nie. My się wymieniamy poglądami i inspirujemy, tylko trochę głośniej niż trzeba, bo twój ojciec jest przygłuchy.

Dzieciaki odbierają świat po swojemu. Człowiek zapomina, ze ich radary nastawione są na większą częstotliwość i większą czułość.

Babcie to są fajne instytucje jeśli są babciami. Przytuli, nakarmi, pokrzyczy, ale jest.
Monument, szlafrok, podpora. Ale jest i tak, że są takie babcie, jakby ich nie było.

Miałam jedną babcię i matkę swojego ojca,

Babcia to były wakacje na wsi: totalne szaleństwo, wielkie żarcie, rozmowy, modlitwy  i wielki krzyk. Matka nas tam wywoziła, jak psy, zostawiając bez słowa. By dzieci nie płakały, dla ich dobra.

Za to matka ojca kojarzy mi się z alienacją, ciszą, hymnem państwowym granym o północy przez Program I PR . Bo czasami dała się uprosić, wpadła popilnować nas, gdy rodzice szli na dancing. I siedziała sama w dużym pokoju. Nawet bajki nie przeczytała, a wieść rodzinna głosi, że młodszym bratem ja się opiekowałam. Potem przestali ją prosić, a my zostawaliśmy sami. Najgorzej było jak prądu zabrakło, co w tamtych czasach zdarzało się dość często. Siedzieliśmy pod stołem czekając na rodziców. Jak psy.

(Więc mam coś z suki, z samicy dingo :P :D )



A jakie z nas będą babcie?

Olaboga!!!