Pewnego pięknego leniwego piątku, kiedy nie wiedząc czy mam czytać Murakamiego, czy jednak zając się drapaniem po tyłku, zadzwonił telefon:
- Jedziemy jutro do Zakopca?
- Jutro jedziemy do Zakopca?
- Jedziemy?
- A mamy jechać?
- Czy ty jesteś normalna?
- A jestem?
Miałyśmy jechać. Tyle, ze nie w sobotę, a za pięć godzin. Ja miałam pociąg za pięć godzin.
- Mooniek, jest sprawa. Muszę wyjechać.
- A jedź w diabły!
Więc grzecznie spakowałam się, bo co będę dyskutować i wsiadłam w pociąg.Dziewczyny odebrały mnie na dworcu. Przepakowałyśmy bagaże do auta i jazda! Do marketu po syrop na drogę. Tradycją jest, ze tył wycieczki pije, więc inaczej być nie mogło. Tył wypił. Ale nie śpiewał, choć w duszy grało. Po dotarciu na miejsce, by kierowca nie czuł się poszkodowany, trunek został rozlany. Wieczór spłynął kroplami po szkle. A dziewczyny odniosły mnie do łóżka. Takie miłe. A same poszły uprawiać jogging po schodach: góra, dół, góra, dół.
Poranek był godzinami odkryć. Plac zabaw wyzwolił w nas niesamowite emocje. Jazda konna, wspinaczka, skoki w dal, jazda główką w dół. Radość dziecięca i kawa uruchomiły fantastyczną energię.
- Ja nazywa się twój koń?
- Hm....
Nie ma to jak poranne, inspirujące pytania.
- Pamela, A Twój?
Słowa robiły za muchy, latały tu i tam pobudzając szare komórki.
- Wiem. Konstancja.