czwartek, 30 kwietnia 2015

Zakopane





Pewnego pięknego leniwego piątku, kiedy nie wiedząc czy mam czytać Murakamiego, czy jednak zając się drapaniem po tyłku, zadzwonił telefon:
- Jedziemy jutro do Zakopca?
- Jutro jedziemy do Zakopca?
- Jedziemy?
- A mamy jechać?
- Czy ty jesteś normalna?
- A jestem?



Miałyśmy jechać. Tyle, ze nie w sobotę, a za pięć godzin. Ja miałam pociąg za pięć godzin.
- Mooniek, jest sprawa. Muszę wyjechać.
- A jedź w diabły!
Więc grzecznie spakowałam się, bo co będę dyskutować i wsiadłam w pociąg.Dziewczyny odebrały mnie na dworcu. Przepakowałyśmy bagaże do auta i jazda! Do marketu po syrop na drogę. Tradycją jest, ze tył wycieczki pije, więc inaczej być nie mogło. Tył wypił. Ale nie śpiewał, choć w duszy grało. Po dotarciu na miejsce, by kierowca nie czuł się poszkodowany, trunek został rozlany. Wieczór spłynął kroplami po szkle. A dziewczyny odniosły mnie do łóżka. Takie miłe. A same poszły uprawiać jogging po schodach: góra, dół, góra, dół.

Poranek był godzinami odkryć. Plac zabaw wyzwolił w nas niesamowite emocje. Jazda konna, wspinaczka, skoki w dal, jazda główką w dół. Radość dziecięca i kawa uruchomiły fantastyczną energię.
- Ja nazywa się twój koń?
- Hm....
Nie ma to jak poranne, inspirujące pytania.
- Pamela, A Twój?
Słowa robiły za muchy, latały tu i tam pobudzając szare komórki.
- Wiem. Konstancja.






I tak jechałyśmy na swoich rumakach, uwieszonych na sprężynach. Ale trawę dostały, z rozmachu.
Słońce grzało przyjemnie, górskie powietrze było jak narkotyk - chciało się żyć. Czasoprzestrzeń została złamana. Wpadłyśmy w oko cyklonu. Była tylko nasza przestrzeń, a poza nią nie liczyło się nic.



Na to wszystko, z oddali, patrzył Śpiący Rycerz. Chciał pokręcić głową, ale jak zwykle miał zesztywniały kark. Chcąc uniknąć jego losu poszłyśmy rozgrzać mięśnie.






- Co robimy?
- Proponuję, ja pozjeżdżam z Kasprowego, a wy tam piwo wypijecie.

No to pojechaliśmy. Ale nasze plany pokrzyżował Komorowski, prezydent Bronisław, który postanowił również skorzystać z kolejki.

- Przykro nam bardzo, ale ze względu na obecność prezydenta przez dwie godziny kolejka będzie nieczynna.
- A jak papież wpadał na Chochołowską to też było takie zamieszanie?
- No nie...
- No własnie....





To był znak: prezydent powinien rozwijać kraj, a nie go wstrzymywać. Więc na niego nie zagłosuję. 

- Ma pani coś na syndrom dnia wczorajszego?
- Kefir zakopiański.
- Brzmi nieźle.




\



Poszłyśmy nad potok, by zasiąść w cieniu drzew i podumać, co dalej robić.
Mnie poniosło w potok na zdrowotność nóg. Woda była przyjemnie chłodna.  Dziewczyny wymyśliły spacer na Kalatówki.

- Zobaczycie jak pięknie wygląda tam wiosna!













Kolejka na Kasprowy, pewnie z panem BeKa na pokładzie, minęła nas a my podreptałyśmy piękna drogą do schroniska. 


Gdzieniegdzie leżał śnieg. Było go mniej, a czasami więcej.

- Wiesz to dobra jest maseczka, tak włożyć twarz w śnieg - jak rzekłam tak zrobiłam.
- Arte, a twój makijaż?
- No jakoś w śniegu nie odbił się. Ale dziękuję - słuszna uwaga












I szłyśmy i rozmawiałyśmy i szłyśmy i rozmawiałyśmy. Tak jak idzie się po górskich ścieżkach. 
Z lekkością duszy, rozpieszczane promieniami słońca, magią chwili. Inny świat, inny oddech, inny krok, inny środek ciężkości. 






:D Nawet na szlaku ktoś specjalnie dla nas odgarnął śnieg :DDD:P








































Szmaragd :)









Baśniowa dolina z przepięknym widokiem na Kasprowy Wierch była usłana dywanem krokusów Widok ten wstrzymał w nas oddech na prawie dziesięć sekund.
- To coś....to coś ....pięknego.. 
I coś niesamowitego patrzeć na roześmiane kwiaty i ośnieżone szczyty.











































A potem nas poniosło z tym piwem na Suchy Żleb. Szłyśmy w tym śniegu i szłyśmy.


















A potem, mając dosyć chodzenia - zbiegłyśmy na dół.

- To było...to było kosmiczne, czułam się Armstrong na Księżycu, hoooop hooop...




- Dlaczego nie patrzyłyście na nasze wygłupy???




Więc poszłyśmy jeszcze raz , by zademonstrować bieg w powietrzu.
A potem siedziałam na leżaczku, z gołymi stopami uprzednio wykręcając wodę ze skarpet.


























Wieczorem piwko i piwko i góralski śpiew.












Na drugi dzień był również ambitny plan: Gubałówka. Nie wjeżdżaliśmy kolejką, ale postanowiłyśmy wejść niebieskim szlakiem.






Tyle, ze jakoś szlak zgubiłyśmy.




Ale trzymanie się pewnych wytyczonych uratowało nasze życie - oto maszt Gubałówki.
Nie będziemy musiały piec siebie na ognisku.








Z Gubałówki roztacza się przepiękny widok na Tatry. Można tu siedzieć i siedzieć i siedzieć i patrzyć i patrzyć i patrzyć.




Na szczycie trzeba uważać na zbójników - dziękuję panu Staszkowi za sesję.








Na Gubałówce jest tor saneczkowy. Nie omieszkałyśmy na nim zjechać.
Zabawa rewelacyjna. szkoda, ze nie mogę mieć go pod domem.












I kotka pogłaskać też można.













A potem zeszłyśmy/





Do codzienności.







Dziewczyny, dziękuję za piękny czas i chwile.
 I za pożyczenie butów.
I oby jeszcze raz nam polało się w szkło.







foto : aparat telefoniczny :(

::DDDDDDD










2 komentarze:

  1. Kurdę, jak pięknie! Zawsze chciałam zobaczyć te polanki w krokusach... :/ Jeszcze nie było mi dane :/ Ale Arte! Turystyka turystyką, ale czerwony paznokieć musi być :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha,czerwony to wiesz, to na odegnanie złego :P :D

      Ale powiadam Ci, ten widok musisz kiedyś ujrzeć, wrażenie kolosalne :)

      Usuń