Będę palić
będę pić
będę kaszleć
smarkać krwią
i w łózku gnić
będę pisać
i marzeniami żyć
będę sobie
swoim bezżyciem żyć
dopóki nie uduszę je
tą poduszką
co głowę podtrzymuje mi
niepotrzebnie
chwycona ptasimi piórami
co hamują lot
a jednak wciąż
wciąż wciąż
spadam w dół
mur,
mur,
mur,
mur
gówno
Za dużo tego we mnie. Tych sfer, dusz, ciał, kolorów. Eksplozja. Arytmiczne bicie serca, które wciąż chce bić, pomimo zaciskającej się na nim zlepka rożnych tworów, nadaje rytm duszy. Duszy przywiązanej wybijanym taktem rytmu mówiącego:
oddychaj mać jego, oddychaj. Duszy, co nie ma odwagi ruszyć się. Pójść gdzieś sobie na kawę w klimacie czarnych gwiazd i upadłych aniołów.
Motam się więc, a magik, co zasiadł gdzieś, koło biodra mego, bawi się wyśmienicie: pstryk, pstryk, pstryk. Euforia zamienia się w smutek, radość w otępienia, śmiech w zawieszenie, muzyka w smarkanie. Za dużo tego. Jakaś ezoteryczna dłoń wciąż budzi mnie w pustym mieszkaniu.
Nieposłuszeństwo karane jest pociągnięciem jajnika prawego. Szybki, sprawny ruch. CIACH!
AAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Ku***!, miał być prawy, a nie lewy!
Zaskoczenie.jest to siłą, co zamienia mnie w piłeczkę tenisową. Pyk, pyk, pyk po ścianach latam, albo siedzę pod łóżkiem, niczym w trawie, udając, że mnie nie ma. Nie ma. Pustka. Taniec pijanego powietrza.
Gdzie moja poduszka?!
Więzienie.
Klatka.
Kim jestem?
Zamykam oczy, by nie wpatrywać się w obrazy kreślone przez słowa innych.
Słowa tworząc co rusz inne formy zaburzają wszystkie zmysły.
Kim ja jestem? Kim?
Tożsamość została spłukana wraz z zawartością wiadra na ekskrementy.
Kreślę na skórze grypsy. Ale to tylko dziki taniec węży uwikłanych w swój strach.
Zderzenia atomów zmienia substancję.
Wszystko płynie.
Spływa.
Wypływa.
Topi.
A jakakolwiek stała okazuje się być tylko wykałaczką. Dłubię. Bezmyślnie. W zębie.
Kim jestem?
Psychiatra zadzwonił do lekarza:
- Oddajcie jej nogę! Bo pierdoli okrutnie.
- Przepraszam - wtrącam się nieśmiałym głosem
- ale nie mam słuchawki w dupie. Ma pan ja w ręce.
- Ale czemu w tyłku a nie w pochwie?
- Sprawdzałam tylko czy pan mnie słucha. Proszę odłożyć słuchawkę.A poza tym czasami tak lepiej.
Sny, koszmary, wizje. Czarne noce, czarne dnie.
Tylko magik z rozbrajająca miną, tą całą breją, maluje mi wnętrze mrucząc: -
tak, tak, tak będzie dobrze.
A gdybym był młotkowym ....mruczę. Wiem jednak, ze dla mnie nawet bomba atomowa to za mało.
I wszelkie pęta świata.
Mnie zniewala tylko łózko.
Z moja poduszką.
Energia zmieszana z ospałością, Nie rzucajcie mnie na linę! Nie zdam testu z równowagi.
A sama pełznę w stronę przepaści.
Chwytem zębami kępki trawy. I posuwam się. Sama. Się posuwam.
Instynktownie chce się rzucić.
By się narodzić trzeba umrzeć.
Wydłubuję z zęba małą myśl. Zielona jest jak groszek. Spogląda na mnie filuternie. I uciekając krzyczy: -
złap mnie.
Beznadziejnie szybko czmychnęła nadzieja.
W reszcie tylko tkwią puste czarne dziury.
Zapycham je chlebem dnia powszechnego.
Popijam wodą.
I tak wszystko mi się odbija. Odbija mi. Się mi odbija.
będę wzlatywać
unosić się siłą marzeń
będę
zatracać się w toni
jeziora wyławiając
muszle co opowiadają
sweet historie
i wzruszać się błękitem nieba
i ta jedną chmurką
i umierać ze śmiechu
gilgotana w stopy źdźbłami trawy
gonić za motylami
do upadłego
będę
(bo ja to wszystko k.....a mać, pier.. lę)