środa, 14 maja 2014

Będę....




Będę palić
będę pić
będę kaszleć
smarkać krwią
i w łózku gnić
będę pisać
i marzeniami żyć
będę sobie 
swoim bezżyciem żyć
dopóki nie uduszę je
tą poduszką
co głowę podtrzymuje mi
niepotrzebnie
chwycona ptasimi piórami
co hamują lot
a jednak wciąż
wciąż wciąż
spadam w dół
mur, 
mur, 
mur,
mur
gówno



Za dużo tego we mnie. Tych sfer, dusz, ciał, kolorów. Eksplozja. Arytmiczne bicie serca, które wciąż chce bić, pomimo zaciskającej się na nim zlepka rożnych tworów, nadaje rytm duszy. Duszy przywiązanej wybijanym taktem rytmu mówiącego: oddychaj mać jego, oddychaj. Duszy, co nie ma odwagi ruszyć się. Pójść gdzieś sobie na kawę w klimacie czarnych gwiazd i upadłych aniołów.
Motam się więc, a magik, co zasiadł gdzieś, koło biodra mego, bawi się wyśmienicie: pstryk, pstryk, pstryk. Euforia zamienia się w smutek, radość w otępienia, śmiech w zawieszenie, muzyka w smarkanie. Za dużo tego. Jakaś ezoteryczna dłoń wciąż budzi mnie w pustym mieszkaniu.
Nieposłuszeństwo karane jest pociągnięciem jajnika prawego. Szybki, sprawny ruch. CIACH!
AAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Ku***!, miał być prawy, a nie lewy!
Zaskoczenie.jest to siłą, co zamienia mnie w piłeczkę tenisową. Pyk, pyk, pyk po ścianach latam, albo siedzę pod łóżkiem, niczym w trawie,  udając, że mnie nie ma. Nie ma. Pustka. Taniec pijanego powietrza.

Gdzie moja poduszka?!
Więzienie.
Klatka.
Kim jestem?
Zamykam oczy, by nie wpatrywać się w obrazy kreślone przez słowa innych.
Słowa tworząc co rusz inne formy zaburzają wszystkie zmysły.
Kim ja jestem? Kim?
Tożsamość została spłukana wraz z zawartością wiadra na ekskrementy.
Kreślę na skórze grypsy. Ale to tylko dziki taniec węży uwikłanych w swój strach.
Zderzenia atomów zmienia substancję.
Wszystko płynie.
Spływa.
Wypływa.
Topi.
A jakakolwiek stała okazuje się być tylko wykałaczką. Dłubię. Bezmyślnie. W zębie.
Kim jestem?


Psychiatra zadzwonił do lekarza:
- Oddajcie jej nogę! Bo pierdoli okrutnie.
- Przepraszam - wtrącam się nieśmiałym głosem - ale nie mam słuchawki w dupie. Ma pan ja w ręce.
- Ale czemu w tyłku a nie w pochwie?
- Sprawdzałam tylko czy pan mnie słucha. Proszę odłożyć słuchawkę.A poza tym czasami tak lepiej.

Sny, koszmary, wizje. Czarne noce, czarne dnie.
Tylko magik z rozbrajająca miną, tą całą breją, maluje mi wnętrze mrucząc: - tak, tak, tak będzie dobrze.


A gdybym był młotkowym ....mruczę. Wiem jednak, ze dla mnie nawet bomba atomowa to za mało.
I wszelkie pęta świata.
Mnie zniewala tylko łózko.


Z moja poduszką.





Energia zmieszana z ospałością, Nie rzucajcie mnie na linę! Nie zdam testu z równowagi.
A sama pełznę w stronę przepaści.
Chwytem zębami kępki trawy. I posuwam się. Sama. Się posuwam.
Instynktownie chce się rzucić.
By się narodzić trzeba umrzeć.

Wydłubuję z zęba małą myśl. Zielona jest jak groszek. Spogląda na mnie filuternie. I uciekając krzyczy: - złap mnie.
Beznadziejnie szybko czmychnęła nadzieja.
W reszcie tylko tkwią puste czarne dziury.
Zapycham je chlebem dnia powszechnego.

Popijam wodą.


I tak wszystko mi się odbija. Odbija mi. Się mi odbija.






będę wzlatywać
unosić się siłą marzeń
będę
zatracać się w toni 
jeziora wyławiając  
muszle co opowiadają
sweet historie
i wzruszać się błękitem nieba
i ta jedną chmurką
i umierać ze śmiechu
gilgotana w stopy źdźbłami trawy
gonić za motylami
do upadłego
będę








(bo ja to wszystko k.....a mać, pier.. lę)





Teraz to się zacznie




Akt 1, scena 1






Pewien wieczór .....



Matka wpadła do nas wieczorem. Siedzieliśmy w trojkę w kuchni. Sałatka, wino i ustawianie planów na tydzień. Moja niemoc miesza w planach.
- Znowu z oliwkami? - zdziwiła się matka.
- No wiesz z oliwkami jest jak z seksem, im dłużej smakujesz tym lepszy mają smak. - odparłam - hm...mniam.
Oboje roześmieli się. Wow...
 - No proszę, proszę co za słowa...
- A skoro mi tylko oliwki zostały to je jem -dokończyłam myśl aktorsko smutnym tonem.
I roześmiałam się.

Ale dostaję świra bez seksu. Kompletnego. Parę dni za mocnej menstruacji i zajob włącza się No taki wiek po prostu.
Wiem co chcę.
Dużo chcę.
Ale mężulo zamiast mnie zwalił kaktusa.
Wyciągnął odkurzacz i zaczął przede mną świrować z długą rurą. Dłuuugą rurą. Ech....

Poszłam ćwiczyć. Przytargał dupsko. Siadł i lampi się. To taka nowa forma zbliżeń. Oczojebność.
- No, no, no, masz ciało dwudziestolatki.
Popatrzyłam na niego po czym wstałam i zdjęłam mu okulary. Poszłam do łazienki umyć je.
Wróciłam do pokoju i  włożyłam na nos czyste patrzałki.
Wróciłam do ćwiczeń mówiąc:
- Teraz spójrz jeszcze raz. Wyglądam gorzej, o wiele, ale dzięki za miłe słowa. Szkoda tylko, że takie ciało marnuje się ....

A gucio, nie zmarnuje się.
Nie dam się pochować na żywca za żywca.
Porozmawialiśmy.
Powiedziałam mu to co myślę.
Zbladł.


Teraz to się zacznie.









Akt 1, scena 2



Kolejny wieczór ....




Wpadła matka. Z krokietami.
- Znowu w łóżku? Zrób coś - zwróciła się do zięcia.
- Nie mam sił do niej.
- A mama to dzidziuś - zaczął wyć syn.
- Synuuuu- ryknęłam.
- No co? leżysz całe dnie w łóżku.
- Tja chyba umarła gejsza, a nie dzidziuś - mruknęłam pod nosem i poszłam przywitać się z matką.
- O,  wylazłaś w końcu- rzekł mąż- no to jedziesz ze mną na zakupy.

Nie było wyjścia. Wlazłam w buty, potem w auto i pojechaliśmy.
I tak jedziemy tą jazdą. Oboje mamy jazdę..

- Wiesz - nagle odezwał się mężulo - widziałem zajebisty wibrator, mówię ci, nie wyglądał jak wibrator ....ale kosztuje swoje, 400 zł .....normalnie w cenie kosiarki do trawy.....



Teraz to się zacznie.





Akt 1 scena 3 


Bo teraz się zacznie.







/cenzura/









Akt 2




Zdarzenia na Wyspie El.

 /cenzura//








Akt 3




Markiz de Sade poczuł, ze jednak jest cieńkim bolkiem.

/cenzura./









KONIEC








wtorek, 13 maja 2014

uchwycone



Nagle jakbym otworzyła oczy.
Wpatrując się w sufit wpadłam w głąb siebie.
Niczym Alicja do norki królika.
Zadyma mega.
Tabun myśli rozdzierających duszę.
Już nic nie wiem
Zwątpienie i głód wydzierają skrawki duszy.
Olśnienie przygasające w obliczu czasu.
Łkanie nad utratą utraconych chwil zawieszonych w bezpiecznym miejscu garażu.
Odkrycie mapy życia wskazującej tyle dróg, nowych dróg zatrzymało oddech.
Gniew na własną ślepotę rozniósł duszę w proch. Klękam i składam siebie. Kawałek po kawałku oglądając strzępki. Nazywam je po imieniu. Już bez strachu. Składam siebie na nowo. Z mruczandem, że może jednak nie wszystko jest stracone, ale nadzieja kuleje. Stuka tą drewnianą nogą, tak niezdarnie, denerwując mnie jeszcze bardziej. Uciekam w zaułki. Mruczando zamienia się w dziką pieśń, szaleństwo plączę nogi a przede mną tyle tam drzwi. Nie otwartych drzwi.  Jak  można było być aż tak ślepą istotą? Już nie ma wymówki o braku kluczy. Nie ma nic poza powalającą świadomością. Świadomością co rani, aż do krwi. Będą kolejne blizny na duszy. Tatuaże i blizny. Te skróty co zwiodły. A teraz co? Blask słońca razi. Żar na wyjałowionych ziemiach. Już nie udaję, ze łzy płyną, bo światło razi. Nie. Ale wciąż niczego nie potrafię unieść. Słabość powoduje drżenie rąk. Znowu wyleciało z nich coś. Składam siebie tak nieporadnie. Ale nie przestaję.Wierzę w przemianę. W lepszy los. Znowu piję, łykam milion słów ulegając mirażom. Ja już nie wiem, gdzie jest prawda. Ale czy to jest ważne? Intuicja zamieniła się w białą laskę. Zanim jednak pójdę muszę poskładać te strzępki. Ulepić na nowo. I pójść otwierając po kolei drzwi, które są w mych jaskiniach zapomnienia. Najtrudniej jest sprostać własnemu ja. Ale jeszcze bardziej przygnębia czas, co ucieka. Czy coś się zmieni? Nie wiem.
Jestem gotowa na podróż.




poniedziałek, 12 maja 2014

taki paw


- Babciu, ja dzisiaj będę spać u ciebie, dobrze?
- Dobrze, ale pamiętaj, ze rano pójdziesz ze mną do kościółka.
- No dobra mogę iść, ale nie będę się modlić.
Córka cięta riposta. A jeszcze pięciu lat nie skończyła. Bestia ma.
Młoda  nie spakowała jednak swoich rzeczy. Wolała zostać z bratem. Zresztą pewnie przemyślała kwestię kościoła. I słusznie. Taka to sobie poradzi w życiu.

niedziela, 11 maja 2014

tr. v.1



Balkon. Mój spacerniak. Palę. Zaczyna mnie powoli męczyć kaszel. Wow, chyba jednak mam astmę.
Tydzień, no dwa tygodnie palenia większej ilości papierosów wystarczyło, by zaczęła się jazda. No, no, no, ciekawe.
Ciekawe, po ilu dniach picia wysiadłby cały organizm.
Dawno, dawno temu, pewnego pięknego wieczoru, po 10 dniach intensywnego treningu, wzięli mnie do szpitala.
Było Zostawić Las Vegas, może być Odstawić życie. Hm....


o poranku




Dzieciaki wstały, ale wciąż zabunkrowane w swoim pokoju chichrały się się jak głupie.
Nie było tup, tup, tup do nas O! Nowość! Buuuu.....ale co tam.

Po prostu bawią się równo i megaśne. I chi chi chi, i cha, cha, cha nas dobiegało.


Do czasu .........


sobota, 10 maja 2014

pranko




Siedzimy z mężem w kuchni pijąc  kawę. Męczę go na temat prania. Sadystycznymi kobiecymi tekstami dowalającymi się, a co.
Oburzony odparował:
- Skończ, umiem robić pranie. Nie jestem głupkiem.
Nagle zamyślił się i krzyknął :
- Ale jednak jestem głupkiem!
- Wiem, i powtarzam ci to cały czas, hahahaha.
Wyrwał jak wściekły dzik w przelocie patrząc na mnie morderczym okiem i poleciał.
Nagłe z łazienki dobiegł krzyk:
- Wiedziałem! Ale kretyn ze mnie!
- Nic nowego kochanie!  - już się chichram -Ale tym razem dlaczego?
- Zamiast tabletkę wrzucić do bębna wraz z praniem wrzuciłem ją do pojemnika niczym proszek!

A mi mówi, że to ja nie ogarniam świata. Ech ....:))))

piątek, 9 maja 2014

zalef



Szanowna Teściowa kończyła 80 lat. Szanownej Teściowej przygotowaliśmy imprezę. Na szczęście kuzynka męża przejęła większość rzeczy, bo po pierwsze jestem antytalentem kuchennym, a po drugie stanie na tej jednej nodze coraz bardziej wykańcza mnie. Ale zrobiłam parę sałatek i sernik. Naprawdę byłam dzielna, ha!

sobota, 3 maja 2014

Peso-opty


Poprosiłam znajomego, by zawiózł mnie do lekarza. Godzina jazdy, przychodnia, powrót, jednak czasu trochę zejdzie. Zgodził się. Hura! Boski facet. Mogłabym jechać pociągiem, ale jakoś taka podróż  nie uśmiechała mi się. Wejście do pociągu o kulach może być zaproszeniem do zabawy od nowa. Nie chcę już nic poza zdrowiem.

Kumpel zatrzymał się na światłach, więc póki było czerwone  to postanowiłam szybko wyskoczyć z auta. Szybko przy kulach jest pojęciem mocno naciągniętym, wiec kiedy wyskoczyło światło zielone wciąż gramoliłam się. Przeprosiłam kierowcę auta stojącego za nami, gestem i uśmiechem. Kierowca uśmiechnął  się pokazując, że w porządku.
Fajnie, że nie trąbił, a mógł.....przecież tyle niecierpliwości jest dzisiaj w ludziach.

szara rzeczywistość :)


Przez siedem miesięcy oboje urośli po 5 cm. Synowi wypadły dwie dwójki. Dzisiaj zresztą jedną wyrwał.

Syn wpadł do domu.

- Mamo powiedz pepsi.
- Pepsi.
- Jesteś seksi.!
- Hahahaha
- Fajnie to wymyśliłem, co?
- Bajera!