czwartek, 12 września 2013

taki dzień to był

Rano była akcja pod tytułem - zaspałam. No nie dałam rady. Ale godzina mnie zmotywowała w przeciwieństwie do szkrabów. Dzieciaki miały ruchy, jakby były do dywanu poprzyklejane gumami.
-Dżizas! - zadusiłam w sobie.
Powiedziałam sobie - nie krzycz! to będę twarz trzymać w ryzach. Po przez akcentowanie słów czułam się jakbym zamieniała się w maszynę. Kontrolowanie wyrazów, kontrolowanie emocji.
Bo jak czas ucieka to ze mnie paruje zło ....

To nie jest tak, że jestem aniołem. Oj nie. Owszem, Aniołem jestem i to Czarnym, ale tylko dla Jasia - Jasio co wieczór przysyła mi sms, że za mnie się modli. Jasiu, dziękuję Ci.

A propos modlitwy to na roku była zakonnica. Jedna sztuka pośród nas, cywilów wielu. Oczywiście tez powiedziała, ze będzie się za mnie modlić. Tak po prostu - zobaczyła mnie pierwszy raz i palnęła takim tekstem. Myślałam, że umrę.Znajomi wymiękli. Kazali flaszki stawiać za me oczyszczenie. Spirit'us dla spirit,a.
Może coś jest na rzeczy?!
Pomodlicie się za mnie?! Dziękuję.

Boże, jakbym chciała być ciepła kluchą, a nie wściekłą ......yyyy.....osą to nie, bo osa ma talię. No wolałabym być wyciszona, ale po tylu latach mózg zryty pracą trochę przestaje funkcjonować w krytycznych momentach. Aczkolwiek wznoszę się wznoszę. Miłość wielką silę ma.


Bomba jednak wybuchła. Podjechałam do teściów, bo tam parkuję. Jak parkuję to mam monitoring. Oni są nieziemscy, wiedzą nawet to, kiedy sąsiadka bąka puszcza!
Oczywiście okno było otwarte na oścież a w nim królowała królowa teściowa. 150 kg wagi żywej.
- Dzień dobry, a czemu wczoraj was nie było?!
To była zawleczka bomby która we mnie wybuchła.
Fajnie się cieszy, ze nas widzi, fajnie życzy miłego dnia. Pozdrawia. Macha łapką.
- Bo co? Muszę tu parkować?! Mam wam listę obecności podpisywać?! - zaczęłam warczeć, oj, niedobrze.
- Nie, ale myślałam, że Młoda jest chora.
- Ile razy mówiłam ci, ze myślenie ci nie służy?! Przestanę tu parkować. Miłego dnia!
Nie byłam miła. Byłam ble. Trudno. Świnia jestem. Cholerna świnia.
Ale co tam. Jutro pewnie i tak wpadnę na kawę.
A zresztą standard obyczajów musi być zachowany - byłam synową z krwi i kości.


Zapadłam w domku w ciszy i w kawie. Wyciągnęłam kości. Puk, puk. Wezwanie. Ech, zaczyna się powoli sezon oględzin mojego kolana. Sezon polowania na misia.
Dostałam pierwsze wezwanie na komisję lekarską.

Hm, właściwie jak mi to policzą?
Nie mogę biegać, nie mogę jeździć na rolkach.
Nie mogę klęczeć i ma modlitwa jest osłabiona. Oj, ma dusza idzie na zatracenie ....
Nie ma jazdy na koniu ani od tyłu. Monotonia zabija mnie .....Chyba pojadę do Azji ........
Po prostu cała sfera ducha pierdyknęła zmieciona kontuzją kolana.
Nie ma mycia podłóg w jedynej słusznej pozie - na klęczkach. I nie ma akcji -Mam cię.
Zabawy z dzieciakami są pełne ograniczeń, choć nogi rwą, to jednak - odpadam.
Czy ten ból i te straty są wymierne? Kto to zrekompensuje dzieciakom, mężowi, Bogu?!
No?

Patrze na nazwisko badającego, FUCK MAĆ !to ten lekarz, który sam wysyłał mnie do pracy mając w dupie zanik mięśni i zły stan nogi i papiery, które mówiły o konieczności dalszego leczenia. Specjalista, jego mać....Poszłam po fajki. miałam nie palić. Ale jak nie zapalić?!
Myślę sobie, że pójdę.
Od każdej decyzji można się odwołać.
Mam na to papiery - facet nie jest adekwatny i poproszę o  innego orzecznika.
Uspokojenie emocji - nie będę się denerwować.
Może nie będzie tak źle.
Może chce zobaczyć, że ta gościówa i ta noga to jedno ciało?!

Tok myślenia został zerwany przez sygnał telefonu.
- Dlaczego milczysz? - Mamusia dzwoni znad Bałtyku, o ja cię pierniczę.
- Pojechałaś, baw się dobrze, oderwij się od życia.Co mam ci truć?!
- Ty wiesz, jakie tu są warunki, jak z lat 90-tych...
- Hahahaha, a co to? Czyżby po Hiszpanii podniósł ci się standard życia czy co?! Przecież zawsze mówiłaś nieważne jaki pokój, ważne jest miejsce i ludzie, i co? - zbrechtałam. Auć, ta moja złośliwość.

No, ale tęskni. No proszę. Jak miło.


Pojechałam po dzieciaki. Misja - park. Ha! Gucio, nie wejdą mi Larwiaki do domu, nie będą buntować się przed wyjściem na podwórko, wywożę je od razu i basta.
Ha! jaka jestem przebiegła! Genialna!

Szłam z synem po córkę po drodze podziwiając jego ślicznie upierniczone spodnie. Obok szła matka, która dokonywała tej samej czynności na swojej latorośli:
- Ale ubrudziłeś spodnie -  powiedziała oburzona.
- Kij z tym - odrzekł synek radośnie.
Hahahahahaha, ja już nic nie powiedziałam swojemu. Bo co mam mówić? Przecież wie, że spodnie zafajdał. Ma się nie bawić czy co?! Czy po co to mam mówić?! Towarzystwo daje zapomnienie, więc trzeszczeć nie będę.

Oczywiście obie sztuki me klonowate zgodnie zbuntowały się przed wywózką, ale opanowałam nastroje. Przekupstwem - bajki, gry etc. trudno. Cel uświęca środki.
I co?
Dzieciaki biegały po placu, po parku. Zabawa była mega. Pierwsze obrzucanie się liśćmi.
Poszukiwanie robactwa, kasztanów.

Patrzę 2 pająki czają się w krzaczorach na pajęczynie.
- Młoda chcesz siku?
- Nie!
- Ale weź, pająki obsiusiasz!
- DOBRA! - przyleciała ucieszona.
Siknęła, pająki uciekły a ja stałam w butach mokrych.
Ech, z przyrodą człowiek nie wygra.

W ogóle pogratulowałam sobie białych spodni Młodej. Były prawie idealnie czarne. Bo dziecko stało się szurakiem ciągakiem na placu zabaw. Położyła się i się czołgała. Ładowała się w każde błoto i w ogóle. No ale jeśli miała być zabawa to była, a nie niedzielny spacer wokół rynku z uwaga na każdym kancik.
Sama sobie jestem winna.

Po powrocie do domu zaproponowałam młodym, by spróbowali zupę serową.
- A fuj - rzekł Starszy.
- A fuj - rzekła Młoda.
- No co wy?- rzekłam zdziwiona.
- Mamo , bo ty nie umiesz gotować, albo gotujesz niesmacznie - powiedział Starszy w tonie" weź kobieto w końcu uświadom to sobie!"

Już ja mu jutro pokaże, dzwoniec jeden. Grrrr.....Nie dostanie nic jeść.  Ha! *


Wieczorem Młoda stwierdziła, ze idzie spać do mnie.
- Bo nie będę się bać.
No tak wczoraj, obudziła się w środku nocy z płaczem i zatargałam ją do swojego wyra. Fajnie jest się wtulić w taki karczek. Fajnie jak rano takie rączki obejmują i zaspany ludzik mówi:
- Kocham cię.

-To ja tez idę - i syn też wpakował mi się w wyrko.
Tradycja musi być - meza nie ma to są klony.
Pilnują czy co?!

Poczytałam bajkę, dałam całusa, tak jak w poradnikach piszą,  i poszłam radosna - komp mój, tralalala.
- Mamo! A młoda mnie kopie!
- Wcale nie!
- Przestaniecie?!
Nie przestali.

-A chcecie, żeby mnie szlag jasny trafił? - Zapytałam się słodko w końcu.

Cisza.

Zajrzałam - córka spała a syn się wiercił.
- Gdzie idziesz mamo?
- A spadam na miacho zabawić się, potańczyć, ale rano będę. Nie martw się. zawsze wracam
Zrobił wielkie oczy, patrzy, patrzy tak na mnie:
- Żartujesz jak zwykle?
- No pewnie. Kochanie, nigdy was samych nie zostawię. Dobranoc.

Niech śpią ze mną. kiedyś ten czas minie i będę tęsknić, więc muszę się nacieszyć.
A poza tym zbliża się jesień i wieczorami robi się chłodno.





-------------
* żartuję w tym momencie, żartuję wyżej, żartuję niżej .......











dziura w ścianie

Odebrałam dzieciaki z instytucji i poszliśmy do sklepu na zakupy. Nie ma to jak stać w kolejce, gdy córa przebiera nogami:
- Ja chcę siusiu, siusiu, siusiu...
- Dlaczego nie wysiusiałaś się w przedszkolu?
- Bo mi się nie chciało.
- A ja nie sikam w szkole - wtrącił się Starszy.
- Nie chcesz czy dalej nie wiesz gdzie są toalety?!
- Nie wiem.
- To dlaczego nie zapytasz się kumpla? Pani?
- Bo nie.
Wyszliśmy ze sklepu. Z Młoda jak z pieskiem poszłam na trawnik. Trzy kurtki, parasolka, torba ciężka od zakupów i jeszcze to.
- Mrówki będą miały co pić. - oznajmiła dumnie Młoda- Będą pić mojej siusiu.
- Jasne, patrz jak uśmiechają się szczęśliwe.

W kuchni młodzi zasiedli do stołu. Chociaż banan zjedzą.
- Kochasz mnie - Młoda zagadała do Starszego.
- Nie! Daj mi spokój.
- Dlaczego ty nie lubisz dziewczyn?
- MAMO! A Młoda gada z pełnymi ustami!


- Starszy, dlaczego jesteś taki nie miły dla swojej siostry?
Starszy wylampił oczy, machnął ramionami i milczy.
- Czy mógłbyś żyć bez siostry?!
- Nie.
- A widzisz to znaczy, że kochasz ją. Miłość to znaczy nie móc żyć bez kogoś. Więc bądź milszy, ok?
- Zastanowię się.

- Mamo, a ty będziesz moja przyjaciółką?
-Będę, kochanie i chciałabym zawsze nią być. 
- A ja cię kocham, wiesz?!
- Wiem, ja ciebie też.
Ja ją kiedyś zjem. Aż nie nie wierzę, ze to jest moja córka.

Wpadł kumpel do Starszego. Syn wcinał , o dziwo, bułkę z dżemem, więc i koledze zaproponowałam poczęstunek.
- Tak, zjem
Chłopaki oglądali bajkę, a ja utkwiłam w łazience przy nudnym sprzątaniu. Kiedyś trzeba.
Nagle słyszę szept kolegi. Znowu ten szept. Nastawiłam ucha.
Syn coś chciał mi powiedzieć, ale tamten namawiał go by mamie nie mówić. O, żesz ty.
- Chłopaki, a o czym nie chcecie powiedzieć? - stanęłam w progu pokoju.
- Yyyyyy - zapowietrzył się kolega zerkając na Starszego.
- Bo M wywalił bułkę z dżemem na dywan.
- Co się w takim przypadku robi? Co?
- Sprząta -odpowiedział kumpel.
- Tak, ale przede wszystkim  mówi się mamie. Szoruj do kuchni po ręcznik papierowy. I w tym domu nie ma tajemnic, zrozumieliście?
- Tak - odparli obaj. Po czym M posprzątał.
- Jak coś zbroicie to macie mówić, ja nie będę krzyczeć, dobrze?
- Mamo, a ja zapomniałem ci powiedzieć, że zrobiłem dziurę koło łózka.
- Yyyygh - zatkało mnie, spoko, zero wrzasku - co zrobiłeś?
- No chodź, zobacz.
Palcem wydrapał farbęBiała plama straszy. 


zajęcza owca?!




Poszliśmy na podwórko. Z Młodą pograliśmy w piłkę. Synowi nie chciało się koledze strzelać bramek.
- Proszę pani a Starszy znowu nie chce grać w piłkę!
- Nie chce to nie kopie. Jego wybór.


Pobiegli. Przybiegli. Dotarło do mnie zdanie.
- Wiem jak to teraz będzie - mówił Starszy - pierwsze zdanie do śmietnika, drugie do Boga, a trzecie do amorka....

Rozśmieszyło mnie to na tyle, że nie usłyszałam dalszego ciągu. Amorka, hahahaha....

Młoda zasnęła przy Koziołku Matołku.

- Ja chce się nauczyć czytać, bo jak się czyta to jest jak taki film.
- Bo książki to są właśnie filmy w naszej głowie. Słowa uruchamiają wyobraźnie.

Porozmawialiśmy chwilę. Fajnie się z nim gada jak nie dostaje fioła.
Poszedł spać.
A ja?!
A ja straciłam poczucie czasu siedząc przy kompie.
A Harry w Oslo czeka.
I znowu będę jęczeć, że nie wyspałam się.
Że nie czytam.
Że nie pedałuję.

Życie jest kwestią wyboru. W każdym detalu, bo każdy szczegół jest elementem puzzla.
Musze parę rzeczy zmienić w swoim życiu tak, by obraz na który patrzę mnie nie wkurwiał.
Musze zmienić siebie.
Pora na wyciszenie.






środa, 11 września 2013

loty...




Budzę się powoli. Właśnie wyciągam się na krześle upajając się zapachem kawy. Radość chwili. W domu spokój, cisza. Nie ma nikogo. Tylko ja i chomik. I Diary of  Dreams.

Rano, jak tylko odwiozłam Brzdące na zajęcia, padający deszcz wrzucił mnie z powrotem do łóżka. Sen jest mi potrzebny. Nie broniłam się. Starość musi się wyspać. Więc śpię.

Muszę przestać ryć powiekami, bo zakurzę sobie oczęta. I odbiór reala będzie zakłócony. Obraz niczym w telewizorni za PRLu - śnieżyca. Pustka. Brak przekazu.
Muszę nabrać rozpędu.

Ech, za stara robię na nadużywanie alkoholu. Tyle, ze czasami trzeba pomalować swój świat. I na żółto i na czerwono i na niebiesko i.....a fe, co ja jadłam?!!!

W nocy, kiedy już docierałam do wyra, będąc w stanie wskazującym na spożycie, to  i tak wczesnym porankiem budziła mnie  ręka. I do niej dołączała noga. Towarzystwo wzajemnej adoracji bezczelnie otwierało moje oczy. Ręka piecze, drętwieje, mrowi. Tłuszczak został wycięty, a ścięgna podcięte, czy co?! Noga tylko boli. Nie wysypiam się ostatnio po prostu. . Nie miałam jak i kiedy się wyspać. Koszmar.
 Zmęczenie powala.
Marudzę.
Przestaję.

Opowiadam. Choć nie ma co opowiadać. Miałam 4 upojne wieczory, które generowały moje poranki i popołudnia.

Jak wygląda straszny poranek?!
Kiedy widzisz na szafce nocnej żel do intymnego masażu ( i nie tylko) i głupi uśmieszek męża:
- Było cudownie, kochanie.
Chrześcijańska dusza w piekle płonie.
Hahahaha, żart drętwy.


W piątek dzieciaki dostały nakaz wymarszu i poszły spać u babci. Nie były z tego powodu szczęśliwe. Zwłaszcza Starszy. Trudno, niech uczy się, że życie jest brutalne i trzeba dostosować się do potrzeb innych, a nie własnych. Starszy robił babci jazdy i nie poszedł się myć. Był zbuntowany. Chciał do domu. Babia nie wymiękła, nie zadzwoniła. Była dzielna. jak nigdy.
Czy jest coś w tym złego, że chcieliśmy mieć wieczór dla siebie.
Raz na jakiś czas należy nam się wolna chwila. Chwila oddechu. Chwila nawalenia się. Reset ustawień.

Przybyły kumpele z odsieczą i browarem co by moją pogłębiająca się deprechę pogonić.
Bo mam czasami wszystkiego dość. Dość takiego marazmu życiowego. Wszystko zlewa mi się w jeden dzień, bo każdy jest do siebie podobny. Potrzebuję wrażeń, bodźców. Musze się odmulić.

Wpadli jeszcze jedni znajomi. I kumpela.  Piwo się lało wraz ze słowami i muzą, potem śpiewem.
Odganialiśmy czarne chmury.
Bo co człowiek to problem. Bo zawsze coś musi być na rzeczy.
Bezrobocie to pasztet naszych lajfów jak i naszedł czas  najwyższy, by odpocząć od dzieci i zresetować swoje układy nerwowe. Bo musi być życie towarzyskie. Bo nie można siedzieć w czterech ścianach.
 Płyn rozpuścił kwachy - nastała radocha, a reszta odleciała wraz z dymem papierosowym.

Wiatr w skrzydła po prostu. Bo nie można tkwić w domu, w okowach codziennych obowiązków. W monotonii dnia. Bo trzeba się wyrywać. Być. Istnieć. Mieć uciechę.
Bez ludzi nie ma istnienia. To w nich drzemie siła człowieka.

Zresztą narcystyczna dusza ma-  jak umrę to niech płaczą za mną, buhahahahaha. A ja za nimi, hahahahaha.

Potem odleciałam. Nie za wiele pamiętam. Bywa.
Kiedyś się nad sobą zastanowię. Kiedyś.

W sobotę mój odświeżony i zregenerowany układ nerwowy, podreperowany jajecznicą i kawą, został podeptany przez mamusię i jej siostrę. Piana na pysku normalnie.
- Czy wy wiecie, że mam lat 40 a nie 15?! CO?!
Naprawdę traktują mnie jak gówniarę próbując pouczać na każdym kroku. Temat nr 1 - kościół.
Jestem chyba diabłem wcielonym, bo zaraz dostaję mega szału . Dostaję szału, kiedy grzecznie proszę o zakończenie tematu, a temat jak rzeka wciąż płynie.
- Z tobą to w ogóle nie można porozmawiać i to na żaden temat! - obrażonym tonem rzekła ciotka i wyszły z mamusią kręcąc głowami.
- To po co że mną rozmawiasz?! Ja nie chcę by ktokolwiek cokolwiek do mnie mówił!!!

Myślałam, ze wieczorem nie przyjdą, ze będą nafochane. Ale gdzie tam - przydreptały i jak nic znowu zaczęły mnie irytować. Taki sport, po prostu.
- Słuchaj, jak ja mogę funkcjonować w społeczeństwie, jak ty cały czas mnie krytykujesz?
- Ja ciebie?! Nigdy!
- Nie? a teraz co robisz, jak to nazwiesz?! 
To się nazywa troska. Aha. Dziękuję.

Rozmowy zostały zawieszone na czas działań. Mężuś w niedzielę musiał wskoczyć w garnitur. Więc ja de facto musiałam skoczyć w sukienkę. Jak się wskakuje w sukienkę to trzeba włosa opanować i paznokcie pomalować.
Jeeeeeeeeeeeesoooooooooo....
Luknęłam na zegarek, było po 21.00. Lepiej późno myśleć niż wcale.
Wyciągnęłam lakier. Szlag -mam resztę zmywacza. Matka pobiegła do domu. Przyniosła końcówkę swojego zmywacza. Fajowo.
Szlag!, nie ma wacików. Matka pobiegła do domu.
Maluję pazurki. One znowu zaczęły ględzić do mnie, a mi aż pazury zalało. Zmywam je lakierem i od nowa ciągnę. Znowu wtopa.
Olałam pazurki, poszłam włosy zafarbować. Rodzinka już dostała ataku śmiechu.
Siedzę z farbą na włosach po raz kolejny przymierzając się do pazurków. Zmyłam. Pomalowałam. O kurde!, farbę mam na rękach. Poleciałam umyć ręce. !- SZLAG JASNY!!! zapomniałam o pazurkach!!! Lakier spłyną z paznokci!!
Gdzie zmywacz? Bo jedna resztka się skończyła! Gdzie mój zmywacz, gdzie moja resztka?! Ratunku!!!Znalazłam w śmieciach.Wyrzuciłam z farbą myśląc, że to jest pojemnik od farbowania.
- Wiecie co? Może jednak napijmy się piwka, co?!
I wypiliśmy. Tak leciutko i spokojnie. Kompletując ubrania - gdzie te buty są?! I w ogóle.
- Wy jesteście w ogóle nie pozbierani! 
- Ale jeszcze trochę i będziemy rozebrani! 

A potem była niedziela. Chrzest był na 14.00, a mój szanowny małżonek, który twierdził, że ma wszystko nagle zaczął  szukać paska do spodni. Patrzę na wskazówki - 13.45, a on nadal się miota.

- Olej pasek, jedziemy.
- Nie, bo mi spodnie spadają.
- Stary, jesteś ojcem chrzestnym- miej ruchy, na litość boską.
Zdążyliśmy. Msza, imprezka i nastał poniedziałek.

Wstawanie o 6.00 było wstrząsającym przeżyciem, ale życie należy do twardzieli. Nie ma ulgi. Poleciałam do mojej matki po dzieciaki.  Syn kazał obiecać, że już nigdy nie będzie spał u babci. Przyrzekłam mu to. Dotrzymam słowa.
Młoda kaszlała w nocy, więc została w domu, a my z synem pojechaliśmy rowerami do szkoły.
- Ja już nie mogę - zaczął jęczeć w połowie drogi.
- Synu, nie osłabiaj mnie.
Mógłby już wyrosnąć z tego nie chciejstwa.. Wszystko na nie. Już ja mu się do tyłka dobiorę!Mam dość tych fochów, jęczenia. Krew mu przetoczę. Wyrwę jakąś molekułę z drabiny rybonukleinowej.

Odebrałam Starszego ze szkoły.
- Masz jakieś zadanie?!
- Nie, bo już odrobiłem na świetlicy.
- Naprawdę?! To bardzo fajnie. Pokażesz mi w domu co zrobiłeś?
- Tak.
Pokazał. Kapitalnie. I dostał kolejną pieczątkę "super".
Wow! może będą z niego ludzie?!
Tyle, że potem pochwalił się komiksem. O ludziku. Ludzik będąc w szpitalu włożył bombę pani do gęby. Ona wybuchła. Hahahaha. Potem sam siebie wysadził.
No zabawne.
- Synu, skąd masz takie pomysły?!
- Nie wiem, nas to śmieszy.
- Nas? Jakich nas?
- Bo my z kumplami na świetlicy tak rysujemy.







Wieczorem wpadli znajomymi. Całe wino teścia poszło. Za życie, zdrowie, chwile ulotne. Tak na lajcie.


Bo gdzieś leży granica.

Pewnie do piątku zatraci się w krzakach niepamięci.

Ale myślę sobie co by wieczory filmowe zainaugurować.

Bo życie towarzyskie musi być.

Bo musi się coś dziać.












sobota, 7 września 2013

zakręcenie trwa



Zakręcenie trwa. Może jestem końcowym produktem, by nie rzec, dziełem, loda. Amerykańskiego. Hm...Nadzieja, że z wiekiem to minie i przyjdzie epoka ogarnięcia minęła, umarła, odeszła bez pożegnania, spierdzieliła. Został rozgardiasz w głowie.
Dzisiaj namiętnie poszukiwałam swojego kalendarza. Nie znalazłam. W notatkach, które znalazłam i które miałby być idealne, brakuje dat.
Wiecznie czegoś szukam. Klucze, telefon, i co się da. I czego się nie da. Na szczęście mam szczęście i  nie muszę szukać szczęścia, ale z resztą rzeczy, zwłaszcza materialnych, to tragedia wielka.

Wczoraj odebrałam syna. Zapomniał o bluzie. Wróciłam do klasy. Zamknięta. Poszłam do pokoju nauczycielskiego. Klucz zdobyty, bluza  odzyskana. Misja udana.
Poszliśmy po Młodą. Dzieciaki bawiły się na podwórku.
- Cześć Starszy - podeszłam do nas była wychowawczyni syna - i jak tam w w szkole, masz już uwagi?!
- Tak, jedną.
- Co? - zgłupiałam, zbaraniałam.
 - Bo lekcji nie odrobiłem.
- Jakiej?
- Angielskiego.
- Odrobiłeś jako jeden z nielicznych i otrzymałeś uśmiech. 
- Aha, to nie wiedziałem. To nie mam.
- Cały Starszy- skwitowała ze śmiechem wychowawczyni.


Boże trzymaj mnie, bym nie kupiła  kocyka dla synka !!!!


Wyszliśmy z przedszkola. Auto i pomknęliśmy do domku.
Pod domem zorientowałam się, że córka jest w kapciach. Nie wzięła także swojej zabawki z sali. Wow!
Geniusz podobno objawia się także w obłąkaniu. Obłąkanie jest, ale jakieś lewe. Genialne jest tylko roztargnienie. Nie udaje mi się ogarniać życiowo.

W domku Synek dostał zajawki na lepienie z plasteliny: żabka , krab, goryl, jeż, niedźwiedź, goryl. Stworzył mini zoo.









 Angry birds też musiało być.



Córka też wzięła plastelinę w swoje cudowne łapki.  I co ulepiła?



- MAMO, PATRZ - NOCNIK!!!:))))))))



- Synku, a co cię wzięło tak na plastelinę?!

- Bo w szkole mieliśmy ulepić z plasteliny plastusia,i wiesz co? ja, kumpel i kumpel ulepiliśmy ptaki z angry birds, hahahaaha pani i tak nie wie, nie zna się na tym hahahahahaha


Tak oto rodzi się przebiegłość.


czwartek, 5 września 2013

fan fun

szkoły dzień czwarty

- I jak było w szkole?! - pytam się syna
- Wiesz zaczepiali nas tacy starsi.
 - I co? zrobiłeś coś?
 - Tak
-  w tym momencie syn zademonstrował palca - pokazałem im dwa razy fuck you.
 - Co pokazałeś?!?!?!?!
- No, fuck you by spadali.
..

Tylko patrzeć jak z limem przyjdzie.....Hm, no właśnie

- Słuchaj, a jak ktoś zacznie cię bić to co zrobisz.
- Wezmę go za to  - to mówiąc chwycił mnie za barki, kiedy kucałam przed nim, udając napastnika-  kopnę z kolanka w brzuch, on pada a ja po nim skaczę......
Zapowietrzyłam się jak kaloryfer przed okresem zimowym.
- Synu, po człowieku nie skacz, bo możesz nawet zabić. Palnij raz z pięści w nochala i powinno wystarczyć. Masz prawo do obrony, nie masz prawa kogoś zaczepiać, rozumiesz?!
- Tak.
Bary, kolanko, skok - skąd on to wziął?!


- Ja chcę bajkę - zaczęła drzeć się Młoda.
- Przestań za dużo oglądasz. Babcia zaraz przyjdzie to ci poczyta.
- Ale ja chcę, proszę - i córa zaczęła płakać. No dobra, wymiękłam.
- Masz tu jedną, potem wyłącz telewizor  i po bajce pościeraj kurze - rzuciłam na koniec sucharem.


Dzieciaki zostały pod opieką mamy, a ja poleciałam na wywiadówkę. Właściwie pierwsze spotkanie klasowe.
Trwało prawie 2 godziny. Prawie zasnęłam. Nie żeby było nudno, ale tak jakoś godzinowo poczułam, że oto zjazdu czas. Co jest?! Ech, rozkminię to innym razem.
W każdym bądź razie, jak powiedziała wychowawczyni, grupa jest silna. I niezależna. Zanim kto się obejrzał to już wyczaili sklepik szkolny. I mają pretensje do pani, że jeszcze ich na podwórko nie puszcza. Wielka szkoła z gimnazjalistami? To dla pierwszaka pryszcz!
:)
Pani z angielskiego miała pretensje, że niektóre dzieci były bez książek, bez zeszytu, a jak mieli zeszyt to nie mieli zadania, że tylko nieliczni wywiązali się ze wszystkiego. Syn jest wielki, bo pamiętał o wszystkim. Już widziałam słoneczko w zeszycie. Na innych pracach też. Fajnie zaczyna się. Jest nadzieja, że syn będzie poukładanym uczniem. Na razie nie wczepia się pazurami w drzwi, by nie wyjść.

Tyle, że ja w pierwszej klasie też byłam bardzo dobra. I na tej pierwszej klasie się skończyło  hahahaha tzn było osiem klas, ale tylko ta jedna z samymi piątkami.

Pierwsza klasę ukończyłam z naszywką wzorowy uczeń. Na początku drugiej klasy zerwano mi to wyróżnienie z fartuszka.Moich dóch kumpli też spotkał ten zaszczyt obdarcia z naj-u. Za co?! Za próbę ucieczki do Afryki!
Niewiarygodne, prawda?! Tyle, że ja nawet ulicy nie opuściłam. No może trochę.

Kiedy wróciłam do domu to  przeżyłam szok. Córka pościerała kurze.
- Serio?!
- Bajka się skończyła, a Młoda zażyczyła ścierkę i pościerała, niewiele jej pomagałam.
- Ale to był żart .....

Chyba warto żartować.


Syn sam zaczął robić zadania. Nie chciał grać - chciał rysować, pisać. Spakował tornister. Posprzątał na biurku.
On lubi mnie rolować, więc poturlałam się jak drops.

- Mamo, ale ja nie umiem rysować ludzi ...
- Patrz synu jak to się robi.

I narysowałam babcię na rowerze.
Odegrałam się na synku - tym razem on poturlał się ze śmiechu.


















środa, 4 września 2013

strach





Miałam nadzieję, ze dzisiaj będzie spokojny dzień. Był, ale tylko do połowy.
Od 14.00 starałam się dodzwonić do mamy.
Nic.
Telefonu komórkowego nie odbiera. Domowego też nie.
Widocznie pojechała gdzieś.
Tak myślałam do 18.00.
Teraz nie myślę.
Wisze na telefonie, a tam wciąż cisza.
Patrzę przez okno, a okna jej są ciemne.
Takiego czegoś jeszcze nie było.
Zadzwoniłam do jej siostry, by dowiedzieć się czy coś wie.  Ciocia mieszka w innym mieście, ale dość blisko. Jej telefon komórkowy jest  wyłączony a domowego nikt nie odbiera!!!!
Tego też nie było!!!!
Zaczynam się bać.
I kluczy do mamy mieszkania nie mogę znaleźć.
To nie w stylu mamy ...

Ale jej dupsko skopię!!!!!!!!!!!

Założyłam, że "M jak miłość" ją przyciągnie do domu. Jeśli gdzieś poszła. A jak nie - to.....strach podpowiada wiele scenariuszy.

Telefon. Patrzę na zegarek - 20.40
Matka!!!
- Gdzie byłaś?!
- Zasłabłam, i zabrano mnie do szpitala...
- CO?!!!!!!! Weź, nie rób jaj.
- Ojej, poszłam do kumpeli i się zagadałyśmy.
- Jezu, umierałam ze strachu. Proszę miej telefon przy sobie, ok? I nie żartuj tak, bo to są moje żarty!
- Dobra, kończę bo "Na dobre i złe" zaczyna się.

Jutro tyłek jej skopię. Dobitnie.
Duża to dziewczyna jest i niech robi sobie co chce, byle z komórką przy dupie.

Matka przyszła, bo coś porobiło się i  antena "2" nie odbiera. Przyszła na serial.

 - A kiedyś nie było komórek i co?

- Jezu, potrzebowałam cię na gwałt, bo wypadł mi wyjazd, a potem dzwoniłam, bo nie odbierałaś. Zgłupiałam i naprawdę zaczęłam się martwić....

No kurde, przecież nie można mieć wszystkiego w dupie.


wtorek, 3 września 2013

moc syna


Wczoraj okazało się, że byłam na tyle zakręcona, ze nie odbiłam na przedszkolnym zegarze porannego wejścia córki. Bywa. Pierwszy dzień to pierwszy dzień. Adaptacja dotyczy zarówno dzieci jak i rodziców.
Dobrze, że przypomniało mi się o tym przy odbiorze :).

- Dlaczego kochanie płakałaś rano?
- Nie płakałam!
- Jak nie płakałaś jak płakałaś.Nie chciałaś mnie puścić.
Córka popatrzyła na mnie.
- Bo chciałam płakać.
- Ale fajnie było?
- TAAAK!!!!

Córa była zadowolona. Wybawiła się z koleżankami. I "jej" pani też była. I jak zwykle niedobra surówka też była.

------

Znowu budzik. Co za menda.
Poszłam budzić dzieciaki. Starszy miał już oczy otwarte:
- Mamo! a jak ktoś ma nogę zgniłą to co się robi?
- Obcina się ją inaczej mówiąc amputuje.
- A to boli?
Rozmowa nabrała tempa. Fajny temat do śniadania. Taki mięsny.

- A ja w siebie nie wierzę.
Jezu, co on dzisiaj ma?! Tak przed kawą do mnie mówić? Tak z rana?!
- To uwierz w ducha -palnęłam.
- Duchy nie istnieją.
- To uwierz w Boga.
- Boga nie ma a biblia to taka czytanka dla dorosłych.
- To uwierz w siebie. Ty istniejesz.
Popatrzył. I nic nie powiedział. Do tematu wrócę później. Jak bedzie czas. No bo co on chromoli?!

Zebraliśmy się. Zakładanie butów. Kurtek. Gdzie kurtka Starszego?!!!! Nie ma nigdzie.Ups.... Ale przecież wczoraj ją miał! Aha, już wiem:
- Synu a ty jej czasem u kolegi nie zostawiłeś, co?
- To ja miałem kurtkę?
Czy on wie na jakim świecie żyje?! Chociaż nam też wiele nie brakuje, bo nie zorientowaliśmy się wczoraj. Aj, aj, aj ...
- Miałeś. Tą sportową.
- Ano no no, miałem. To nie dawajcie mi kurtek i już!
- Jasne i co jeszcze?! Masz tu drugą kurtkę i nie zapomnij o niej w szkole.
- To nie mogę iść bez kurtki?
- Nie. Proszę, pamiętaj o swoich rzeczach.Rozumiesz?! Pamiętaj.


Odwieźliśmy dzieciaki do instytucji. Córa znowu wryła się nogami w dywan nie dając się zaciągnąć pani do sali. Bo to nie ta sala, bo to nie ta pani.
 A może to jest jakaś tradycja by przez pierwszy tydzień przepłakać parę minut?
W szkole syn miał minę kiepską. Trudno.
Po prostu wtorkowy poranek nie był idealnym porankiem ani dla dzieciaków, ani dla nas.

Zajechaliśmy do teściów.
- Cześć emerytarz - moja złośliwość i pamiętliwość nie zna granic. Ha!
- Cześć, z wami nie ma co żartować.
- Z nami można żartować, ale nie głupio gadać. 
- Słucham Miodka to wiem jak mam mówić!
 - Hehehehe zabawne.

Teściowie stali się ofiarą fałszywej umowy z firmą telekomunikacyjną. Teraz ta firma, choć sfałszowała podpis, grozi im komornikiem. Wzięliśmy to pismo i odwiedziliśmy policję jak i rzecznika praw konsumenckich. Firma straszy szukając naiwniaków co zapłacą kasę, ale to chała jest totalna skoro może tak robić. A przecież wszyscy wiedzą na jakich zasadach działa. Więc gdzie jest prawo i sprawiedliwość?!?! Chyba na usługach bandytów.
(sprawa opisana: http://arte1973.blogspot.com/2013/06/co-to-jest-masazer-gowy.html)


Rowerkowanie nogi nie zajęło mi myśli. Dopada mnie złość, niechęć, zniechęcenie strach, wkurw. Mieszanka emocji włącznie z tym, by ....
Nie dam się. Gówno. Nie dam się.
Kręcić trzeba pedałami, a nie myślami. ale myśli kręcą się koło mnie niepokojące.
Więc przez to jeszcze większy szlag mnie trafił.
Terapia?! Hm?
Wysłałam sms do kumpeli:
- Co w piątek pijemy - wódkę czy piwo?
- WSZYSTKO!
No i git.
A póki co na poprawę humoru musiała mi wystarczyć Wu-Zetka. Co za pyszny kawałek pysznego ciacha, a właściwie kremu i właściwie to ...co za pyszny odlot.

Synowi zrobiliśmy zaprawę. Odebraliśmy go nie zaraz po zajęciach, ale parę godzin później, z świetlicy.
- Gdzie masz kurtkę?
- To ja miałem kurtkę?
- No weź chłopie, a w czym przyszedłeś do szkoły?
- Ja nie wiem.
Poszłam do klasy. Klasa oczywiście zamknięta. Machnęłam ręką. Odbiorę jutro zgubę.
- To nie dawajcie mi żadnych kurtek i już - bardzo mądra myśl dopadła syna po drodze.
- Jasne a w zimie będziesz chodził bez czapki i rękawiczek.

Generalnie synowi w szkole się podoba. Fajne były zajęcia, a przerwy są nudne. I za dużo dzwonków dzwoni. Głośnych.

- Wnusiu, jak było w szkole?! - matka wpadła do nas na zapiekankę.
- Nie powiem. chodziłaś to szkoły to wiesz jak jest!
I tyle.
- Babciu - Młoda przyleciała na kolana babcine- a ja w przedszkolu powiedziałam brzydkie słowo!
- O jej, jakie?!
- Dupa jasiu karuzela,a z tyłka wyskoczyła brukselka!!!! 

Wpadł kumpel Starszego z zapomnianą kurtką.
- A ja kurtkę zostawiłem w szkole!
- O ty oszołomku jeden.

Polecieli kopać w piłkę, a Młoda zasnęła układając puzzle. Reszta rodziny też zniknęła. Stało się bezsłownie. Jaka bajera.

Kawa, muza, książka - mój czas. Niby tak niewiele, a jednak dużo.

Tak naprawdę to życie bierze coraz większych rozmach. Dzieciaki z dnia na dzień budują coraz większą niezależność, a ja zastanawiam się co los trzyma dla mnie w zanadrzu. Może w końcu coś fajnego, dla odmiany?!



poniedziałek, 2 września 2013

Siedmiolatkowie o życiu:)))





-Starszy a jak było w szkole? - zapytała się Młoda.
- 25 dni tam musieliśmy siedzieć - odparł kolega Starszego.
- W szkole jest głupio, pewnie nie będzie można rysować co się chce!
- I jeszcze jakieś czytanie religii! 
Chłopcy zaczęli się prawie przekrzykiwać.
- A w ogóle jest głupio- kontynuował kolega Starszego- bo szkoła i szkoła potem studia a potem praca. A praca to w ogóle jest głupia  i nudna, bo trzeba składać tam jakieś maszyny, by zarobić.
- No co ty- odpowiedział Starszy - w pracy przewracasz jakieś papiery i w ogóle do domu to przynosisz i piszesz, drukujesz i się wkurzasz.








dzień jak nie codzień

Dryń, dyń, dryń ...siódma, o żesz....Byłam jak cień ledwo łapiący rzeczywistość. Spać!

- Jeszcze trochę -to Starszy
- Jeszcze się wyciągnę - to Młoda.

Żadne nie wykazywało chęci opuszczenia łóżka.Oj, rozumiem, rozumiem ...
W końcu Młoda wyskoczyła, bo jednak chciała iść do przedszkola. Nawet sama ubrała się. I zamieniła się w skowronka. Radosna, uśmiechnięta, i ćwierkająca.
Za chwilę syn  wstał i też się ogarnął. A potem zawisł nad kromką. Taki był głodny. A Młoda zaczęła przebierać nogami, bo już chciała iść.

W przedszkolu, jak tylko przekroczyliśmy próg sali, Młoda wtuliła się w moją nogę i nie chciała puścić. Miłość i tęsknota za przedszkolem skończyły się. Pojawiły się łzy. I rozpacz. Pani odciągnęła córkę ode mnie i wzięła ją w swoje ramiona. Wyszłam. Wiem, ze zaraz uspokoi się, rozejrzy, znajdzie swoje koleżanki i swoją wychowawczynię. Wiem, wiem, wiem ...
Byliśmy zdziwieni, że Młoda tak zareagowała. Przecież nie mogła doczekać się, kiedy znowu zacznie chodzić do przedszkola. A tu upssssss........łzy.


Apel szkolny. Nagłośnienie standardowo nie domagające. Uśmiech pojawił się nam na ryjkach, na samo wspomnienie naszych apeli. Co to były za fajne czasy! Jak dyro cała szkolę opierdzielał. Za palenie w toaletach.

Występ artystyczny to konieczność.  Rozśmieszyła nas piosenka z refrenem-Zapamiętaj jutra nie będzie. Aż się chciało śpiewać. Hahahaha taki optymistyczny kawałek. W sam raz :)


Syn spotkał kumpli, kumple jego i powstała grupa ubrechtanych kolesi. Oj, pani to będzie miała ciężki żywot. Chyba, że znajdzie na nich sposób. Ale w sumie chłopaki są fajne i można z nimi wiele zrobić. Hm, oby.

- Dzień dobry dzieci, mam nadzieje, że wypoczęliście na wakacjach i teraz chętnie przyszliście do szkoły
- Proszę pani - wydarła się dziewczynka z pierwszej ławki - ja nie chciałam przyjść do szkoły, ale już musiałam.

Śmiech...

- Proszę pani, ale ja nie umiem czytać.
- Nic nie szkodzi.  Nauczysz się, bo od tego jest szkoła.
- A ja umiem czytać i wiem co na tablicy jest napisane!

Hahahahahaha......

- To jutro zapraszam do klasy, a na koniec rozdam wam cukierki.
- Proszę pani, ale cukier niszczy zęby. Ja już nie mogę jeść - rozległ się głos chłopca.

Hahahahahaha......

Wpadliśmy do teściów na chwilę.
- A gdzie jest nas szkolarz? - teściowej teksty podnoszą mi warę. Błysnęłam zębami. Reakcja typowo alergiczna.
-Jaki szklarz?
-Szkolarz!
- Ale co ty masz za teksty?! A może zapytaj się gdzie przedszkolaszka?! Bo chodzi do przedszkola, tak?!
- Już nic nie można powiedzieć - teściowa już strzeliła focha. To jest sztuka - głupio gadać i obrażać się na słuszne uwagi.
- Można. Ale to jest uczeń, pierwszoklasista a nie szkolarz, no ludzie.

Kawę wypiłam w domu, by do kubka, od dziwnych tekstów, nie pluć.

Ale naplułam słysząc tą rozmowę.

Syn ubierając się na podwórko rzekł:
- Ja nie umrę!
- Umrzesz - powiedział jego ojciec z przekonaniem - wszyscy umierają.
- Ale ja żyję i będę żyć.

I wyleciał trzasnąwszy drzwiami.


- Czy ty jesteś normalny? Weź facet, co to za tekst?!
- No przecież wszyscy umierają.......


No to idę po umierać z bólu mięśni. Czas na pedałowanie.