wtorek, 16 lipca 2013

Rano wstaliśmy.  Dzieciaki też o dziwo już po ósmej był na nogach. Polecieliśmy do sklepu, w końcu nie ma to jak świeże bułki. I mleko 3,8%. Z miejsca wypiłam pół kartonu. O tym, że to był błąd, poważny błąd przekonałam się nie co później. Ale było pyszne.....
Spakowaliśmy plecaki. Małe coś nie coś dla Puchatków.  Płaszcze przeciwdeszczowe.
Buty na nogi, wychodzimy. Okazało się, ze T ma tylko sandały. Nie wziął innych butów. Zacnie!
- E, tam, przewietrzę nogi.... - i machnął ręką - Jak będzie nie do zniesienia zawsze można kupić jakieś buciory. to nie dawne czasy, kiedy był cud rzucony z Otmętu.

- Gdzie jesteście? - zadzwonił kumpel.
- Utknęliśmy na moście.
- Taki korek?
- No, też ludziska nie mają co robić! I do tego gliniarz, ale już jedziemy, odezwiemy się.

Korek masakryczny. Po drodze stali ludzie z tabliczkami - NOCLEG, WOLNE POKOJE. Mnóstwo tego było.
Stanęliśmy, gdzieś na skrzyżowaniu. Zresztą takie tempo jazdy było. Do naszego auta podszedł facet. Machnęłam mu ręką, że nie interesuje mnie, a on się drze, ze chciał pokazać skróty i że ludzie są nerwowi.

- Panie, masz tabliczkę nocleg a mnie to nie interesuje wiec co się dziwisz...

Zdziwieni byliśmy. Po co nam pokazuje skrót? Ale pojechaliśmy wg jego wskazówek. I faktycznie- zyskaliśmy czas.
Nauka: nie reaguj zanim cokolwiek nie zostanie powiedziane.

- Gdzie jesteście?!
- Czekamy na parkingu. Ten bliżej wejścia jest po dwie dychy a ten wcześniejszy dychę
- A na którym jesteście?
- Na tym droższym
- To my też dobijamy, czekajcie jeszcze na nas.

Generalnie przez Zakopane jechaliśmy ponad dobre pół godziny. A mi mleko zaczęło w brzuchu tańczyć .....

Oby tylko dojechać, bo ja już nie mogę. .....

- Co za spotkanie!
- Cześć
- Dzień dobry.
- Spotykamy się jak Wałęsa z Janem Pawłem.
 -Ha, ha, ha ....

Dolina Chochołowska jest najdłuższą tatrzańską doliną. Bardzo łagodna. W sam raz na moje kolana.
Część trasy można pokonać w wagoniku ciągniętym przez traktor. Przejażdżka - 5 zł od osoby. Można też wypożyczyć rower. Rowery mają foteliki dla dzieci. Zresztą rowery dla dzieci też są.

Szkoda tylko, ze pogody zabrakło.


Wyruszaliśmy w trasę. A ja obłędnym wzrokiem poszukiwałam toy toya, bądź fajnych krzaczków. Tradycyjnie. Ze mną tak zawsze. Nie wiem tylko od czego tyję.



sandały "szondzom" :)


Fotki z netu






Widzę, ze nie tylko Wałęsa z papieżem byli tutaj, ale był też i Gracjan Roztocki. No, no no....hahaha


Ten koleś miał niesamowity pomysł na siebie. Wziął życie w swoje ręce. Mocny tekst- uwaga!:D

I facet zbiera kasę -ach ta ilość wyświetleń! :)



Szczyty chowały się w mgłach. Padało, kropiło, lało. Młoda zasnęła na rękach T. Chłopcy zamiast podziwiać piękno przyrody nawijali o angry birds. Za to my nawijaliśmy o wszystkim. I niczym.


























uśmiechnięty pachołek :)

Na końcu doliny znajduje się mały kościółek. Został zbudowany w 1960 roku specjalnie na potrzeby filmu Janosik. Sceny ze ślubu Harnasia z Maryną,
W lecie o godzinie 13.00 są tu odprawiane msze. 
Tutaj też są udzielane śluby.


z netu
Schronisko - duże, fajne. Noclegi  - 50 zł za pokój dwuosobowy. Podłoga - 20 zł.
Oj, kiedyś się spało na podłogach schroniskowych. Przeszłam Tatry wzdłuż i wszerz.  A teraz człapię dolinami .....





W schronisku dzieciaki zjadły ryż z jagodami. Super danie. Jagody były i ryż pyszny.
Powrót.

Ze znajomymi umówiliśmy się na wyjazd pod namioty. Tym razem będziemy włóczyć się po zamkach. Ale to dopiero w sierpniu.


Wieczorem dzieciaki niezmordowane niczym hasały jak młode owieczki po podwórku, a my znowu wódka. Na te nogi w sandałach....Na odpędzenie deszczu. Bo taka tradycja jest. Tym razem była morelówka.
I bajanie w gwarze.
Szkoda, że tam nie mogę mieszkać.
Inaczej czas płynie.






















Zapakowani wsiedliśmy do auta. Autostrada, na liczniku 140-180 i wio w Tatry. Po drodze jeden przystanek. Bo oczywiście ja musiałam to toalety wyskoczyć. Normalnie powinnam wydać Przewodnik po wc.
- Gdzie jest kawa? - T zaszył się w bagażniku w poszukiwaniu uprawnionego napoju.
- Nie wiem, przecież to ty ją robiłeś.
- No to ją robiłem, Ale ty miałaś ją wziąć.
- Jak mogę wziąć coś co ty robisz? Jak robisz to bierz.
- No ale mówiłaś zrób kawę. Nie powiedziałaś weź.
Zabawne. I kawa została w domu. Zaczyna się świetnie, hehehe
Oczywiście to żaden problem, ale zapowiedź dobrego wyjazdu jest!
Tym bardziej, ze nie wiem co T strzeliło do głowy z tym termosem.

Dojechaliśmy na miejsce. My ubrani na lato +30 stopni, a zastał nas deszcz w temperaturze 9 stopni. No i taka pogoda towarzyszyła nam przez cały czas.
Przez te parę dni padało, lało, padało. Ale co tam pogoda, gdy spotyka się zajefajnych ludzi.
Przyjechaliśmy do naszej góralskiej rodziny. Bo korzenie mojego dziadka tkwią w Tatrach. Prawdziwy góral to był. Potem przeniósł się w poznańskie, gdzie się zapił. Chyba z tęsknoty. W każdym bądź razie konie szkolone miał i zawsze spod oberży zawiozły go do chaty.
A z tego poznańskiego rodzina niczym rodzina pajęczaków - duża i wędrująca - rozpełza się od morza po góry.

W każdym bądź razie tradycją góralsko-polską obróciliśmy parę flaszek. Co by nam się sucho  w gardłach nie porobiło od tego gadania. Rok czasu nie widzieliśmy się to i było o czym jęzorami mielić.
Zresztą jak tu nie skosztować słynnej ciotki cytrynówki! I tych jajek - własnej roboty likier jajeczny. Otworzyły się bramy niebios ......zaprawdę powiadam wam, nie ma nic bardziej lepszejszego.

A kiedy ta sobie pytlowaliśmy dostałam sms - Pozdrawiamy z Zakopanego. Zadzwoniłam do znajomych, ze właśnie my też jesteśmy tutaj. Umówiliśmy się na wspólną wędrówkę po Dolinie Chochołowskiej.
Kurde, a we własnej osadzie od pół roku spotkać się nie możemy...Doprawdy świat jest zabawny. No cóż, skoro nie możemy spotkać się u siebie, zatem spotkamy się na tatrzańskim szlaku.

My sobie siedzieliśmy i tankowaliśmy, a dzieciaki ganiały z kuzynem. Kuzyn w wieku Starszego - straszny łobuz. Dzieciaki pozwiedzały resztki gospodarstwa. Chowały się po wszelkich zakamarkach, latały, krzyczały, super się bawili.

Mama śmiała się, że kiedy byłam z bratem nieco starsza od Starszego i po raz pierwszy przywieźli nas w Tatry, to słysząc mowę góralską darliśmy się:
- Mamo, mamo, a oni mówią jak w Janosiku!!!

A mowa góralska nas rozwalała. Cytować nie będę, bo tylko skaleczę gwarę. W każdym bądź razie ciotka licząca sobie 77 roków jest czortem niesamowitym i uwielbiać ją to mało powiedziane. Krucafuks.......co za kobieta!

Im więcej piliśmy tym bardziej rozumieliśmy. A zrozumieć gadkę pomiędzy dwoma góralami to sztuka nieziemska. A że trunki były nieziemskie to i lotność umysłu poprawiały.

Następnego dnia zebraliśmy się jakbyśmy poprzedniego wieczoru nic nie pili. Górskie powietrze ma w sobie moc. Energia mi wróciła.
Wystarczy opuścić swoje domostwo, by mieć wszystko w dupie. I tak też się stało. Nie, że analny seks (nie tym razem hehehehe) tylko odzyskałam zdrowy stosunek do świata.


Dolina Chochołowska
































czwartek, 11 lipca 2013

dzień minął



- Mamo, popatrz tam! -mówi Młoda pokazując palcem kierunek.
Skręcam głowę we wskazaną stronę. Zanim stwierdzę, że nic nie widzę, bo i niczego nie ma, dostaję nieoczekiwanego całusa w policzek i już słychać brecht Młodej.
Młoda lubi wygłupiać się.
Stałym punktem jest atak paniki.
Wyciągam ją z kąpieli, woda spływa swoimi odgłosami w kanał, i wówczas pada hasło: "atak paniki!!!". Młoda wskakując na mnie zaczyna piszczeć. A ja wraz z nią.
Albo zakrada się od tyłu do człowieka, palce wciska pod żebra z dwóch stron krzycząc:
- Prądzik!!!!
No moja córka, moja ....

Młoda dzisiaj zleciała z huśtawki. Darła się niesamowicie, ale na szczęście nic się nie stało.
Syn za to spadł z murka i ma na brzuchu niezłe przetarcia. I na nogach. I rękach. Nie płakał.
Jak oni to robią? Nie wiem.

A propos urazów.Byłam z synem na komisji lekarskiej w sprawie orzeczenia odszkodowania za "uraz szprychowy".
- Która to noga? - zapytał lekarz
Jako matka zastygłam ......eeeeeeee.........:
- Synu, no odpowiedz lekarzowi!











waginalnie normalnie




Noc ma to do siebie, że przynosi sen i odkrycia. Nie tylko kołdry z siebie.

Już wszystko wiem.

zaburzenia sfery psychicznej:
bezsenność, pogorszenie pamięci, zmiany w zachowaniu, lęki, utrata libido, zaburzenia koncentracji uwagi, trudności w podejmowaniu decyzji, obniżenie napędu do działania, drażliwość, płaczliwość

Skąd wiem że to to to? Bo znowu mam ciotę. I zachowuję się jak ciota. Taki dwupak.

I dało mi to do myślenia.
Bo coś zaczęło mi tu śmierdzieć normalnie.

Chyba wiem co to jest.
No siedzę i śmieję się. Jakie jaja. A raczej jajniki.


W czasie klimakterium można wyróżnić:

- premenopauzę - jest to czas między okresem pełnej płodności a menopauzą występujący około 40. roku życia kobiety. W tym czasie kobieta nie odczuwa żadnych zaburzeń hormonalnych, jednak podczas badań zostaje stwierdzony podwyższony poziom gonadotropin przysadkowych (FSH). Jedynymi namacalnymi dowodami zmian w organizmie mogą być krótsze lub dłuższe okresy krwawienia, a także, inna niż zazwyczaj objętość upławów.




Jeszcze tego mi brakowało do szczęścia, buhahahahahahahahahahaha

No weź kobieto ledwo zdmuchnij świeczkę na torcie a już masz prezent gratis, specjalny dla nowej czterdziechy. Przejażdżkę w stronę przemijalności. Towar przeterminowany. Zdmuchnęłam sobie młodość normalnie. Sprzed nosa. 


Przynajmniej własną zjebowatość będzie na co zwalić.
- To nie ja! To nie ja! To klima!
Ha, ha, ha ....

Bo to jest stan jakiejś choroby psychicznej.


Baby w tym okresie, jak klima rozwinie swoje skrzydełka, naprawdę są zryte.
Miałam takiego babola w pracy. No chinola nie dała spokojnie wciągnąć tylko dowalała się o wszystko. Ani jej co powiedzieć, ani jebnąć. Nic. Bezkarnie topiła nas w swoich humorach.
Do wszystkich o wszystko. Dla mnie miała specjalne, nawet półgodzinne przemówienia. 
Mówiłam do niej grzecznie:

- Weź zamilcz kobieto, bo mi zupa nie smakuje.
Nie rozumiała tych prostych słów. Kłapała niczym krokodyl z bajki, koncertowo swoim pyskiem.

Kawę też było ciężko wypić w spokoju. Ech........O wszystko pretensje, tylko nie do siebie.

Atmosfera robiła się cięższa od salw bąków po grochówce.


Siedzę i nie wierzę. Już mi się zaczyna akcja ?!
Grzebię dalej w necie zaintrygowana własną sytuacją.

Poza tym zaburzenia miesiączkowania mogą wynikać z rozregulowania gospodarki hormonalnej i dysfunkcji w obrębie przysadki mózgowej, podwzgórza czy tarczycy – zarówno niedoczynność jak i nadczynność tego gruczołu może wpłynąć na przebieg i długość trwania cyklu.
Oprócz tego zaburzenia miesiączkowania bywają skutkiem stresu, ale i chorób w obrębie narządów rozrodczych. Sprzyja im cukrzyca, choroby nerek i choroby o charakterze psychicznym.


O charakterze psychicznym?!
Buhahahahahaha
To brzmi lepiej!!!!
Zakrawiona psycholka. Psycholka z krwawą cipą.

Stres też tak się anonsuje?!
Aż tak?
Waginalnie?!

Monologi waginy już były.

Nawet zacytuję kawałek:

Zacznijmy od samego słowa „pochwa”. W najlepszym przypadku przywodzi na myśl infekcję albo przyrząd medyczny. „Siostro, proszę mi podać pochwę. Natychmiast.” Pochwa. Pochwa. Choćby się je wypowiadało niewiadomo ile razy, zawsze jest w nim coś odpychającego. Brzmi idiotycznie, nie ma w sobie krztyny seksu. Użyte podczas aktu erotycznego, choćby z myślą o poprawności politycznej: „Kochanie, popieścisz mi pochwę?” – od razu wszystko zepsuje. Martwię się pochwami – tym, jak na nie mówimy i jak nie mówimy. W Great Neck mówią na nią myszka. Pewna kobieta stamtąd opowiadała mi, jak matka ją pouczała: „Nie wkładaj majtek pod piżamę, bo myszka musi się wietrzyć”. W Westchester mówiono na nią króliczka, w New Jersey – szpara. Może też być: puderniczka, rufa, piczka, pichna, pitula, pipiątko, pociurynka, kosmaczka, hamerajda, szamszurka, gżegżółka, cipencja, małpiatka, firletka, cynogier, małż, pani Gi, wagina, pisia, siuśka, grzechotka, mona, muszelka, szantażystka, wsadźba, trufla, szczeżuja, wspólniczka, tamale, tottita, mimi w Miami, pierożek w Filadelfi i szmenda w Bronksie. Martwię się o pochwy.


Ja się martwię o swoją
Więc pytam się:
- ej, co jest mała grane?!

Nie chce ze mną gadać.
Tonie.
Ciągnąc mnie na dno.

Ha! dopiero zacznie się szaleństwo!



















środa, 10 lipca 2013

Czas złapać oddech....




Spedaliłam się na maksa. Normalnie zakochałam się w pedałach. I to w dwóch pedałach. Powaga. Wpadam na rower i kręcę. Pierwsza kropla potu pojawia się przy 10 minucie. A potem - leję się, leje ....
T śmieje się, że powinnam być taka ładowarka telefonu, i kompa, i światła w domu. I czego jeszcze?!Osiedla?! A co tam - oświetlę cały świat!
Patrzę ile spalonych kalorii. O, żesz.....Pozostaje tylko jeść na rowerze. Albo nie jeść. Liczyć kalorii nie będę.
Im większy ruch tym mniejsze parcie na jedzenie. Ale jedzenie uśmiecha się bezczelnie ....
Fitness - piękno, uroda, relaks. Ble ,bla, ble ......Ale co tam: ryzyk-fizyk. Ucieczka przed marchem sadłowatym.
Kurde widziałam Sinead. Ona dała radę a ja nie dam?!
Wertuję książeczkę.
Bo jakoś nogi i brzuch nie chcą wyglądać tak jak lasce z okładki. Właściwie nic się nie dzieje. Poza paleniem nogi. Nie wiem, mięśnie się odbudowywują?! Każdy ruch więcej niczym ogień z kuźni. Wciąż dokładam ognia.




Rozśmieszył mnie 3 punkt - bo jak jeść jogurt?! Napychać płatków?! Pchać kalorie?! Jak to tak?!
Nie pić alkoholu?!!!!!!!!!!!!
Może nie oddychać za często?!
Ale co tam, nie będę się czepiać.
Jazda. Od dzisiaj jazda tylko pozytywna. Przez jazdę,  o ile nie czytam, oglądam telewizję.
Co za pierdowate programy.......


Jazda jest też w plenerze. Z synem, swoim cieniem. Towarzyszy mi wszędzie. Syn dzisiaj o mało co mnie nie zabił:
- Mamo, ale jak będę miał urodziny to babcia da mi stówę i dziadek też i sobie sam kupię.......
Dałam ostro po hamulcach;
- Co?!
Od kiedy ten koleś tak liczy szmal?!
Ale w porzo. Kolejna bramka rozwojowa otworzyła się - kasa.
Jak dostanie kasę - niech kombinuje. Prawo wyboru bywa czasami nieludzkim obciążeniem. Niech uczy się. Jedna kasa a parę pomysłów. Uuuuuu....to boli.


Dzieciaki poleciały na podwórko. Zerkam z okna - Młoda huśta się, a chłopaki grają. Sielanka normalnie.
Oby trwała - oczy zamykają się po nieprzespanej nocy.
Zasnęłam.
Pip domofonu. Przerwa. Koniec spokoju i ciszy. Wpadł syn z podwórka:
- MAMOOO! A Młoda przeklina i łobuzuje!
- Tak? A co mówi?
- Szlag jasny, ale raz tak powiedziała i strasznie łobuzuje.
- Dobra, zaraz zejdę.
- A po co?!
-Eeeeee, jak nie muszę to ok, to narka!


Ufffff, tym razem mogę zaszyć się: rower, komp i tak na zmianę. Mogę mieć plany, mogę sobie myśleć ...tja. Nie minęły dwie minuty. Pip domofonu i ryk córki na klatce.Pa, pa, pa mój spokoju.
- Bo ja chcę spać! - wpadła córa z płaczem wielkim.
- To chodź kochanie.
15 sekund poleżała przed telewizorem:
- A gdzie chłopaki?
- Poszli bawić się
- Buuuuuu, chcę z nimi !!!!!!!!!!!

Prawdziwa baba - sama nie wie czego chce. Odgryzę jej warkocze. Zagilgoczę.

Wyciągam walizki. Czas pakowania. Powłóczenia się po dolinach. Moczenia nóg w górskim strumyku.
I czekam na T - w końcu dzisiaj nasze święto małe. Jutro szampan na tle Tatr murowany. Z dwoma kozami obok.




Czas złapać oddech....