Spedaliłam się na maksa. Normalnie zakochałam się w pedałach. I to w dwóch pedałach. Powaga. Wpadam na rower i kręcę. Pierwsza kropla potu pojawia się przy 10 minucie. A potem - leję się, leje ....
T śmieje się, że powinnam być taka ładowarka telefonu, i kompa, i światła w domu. I czego jeszcze?!Osiedla?! A co tam - oświetlę cały świat!
Patrzę ile spalonych kalorii. O, żesz.....Pozostaje tylko jeść na rowerze. Albo nie jeść. Liczyć kalorii nie będę.
Im większy ruch tym mniejsze parcie na jedzenie. Ale jedzenie uśmiecha się bezczelnie ....
Fitness - piękno, uroda, relaks. Ble ,bla, ble ......Ale co tam: ryzyk-fizyk. Ucieczka przed marchem sadłowatym.
Kurde widziałam Sinead. Ona dała radę a ja nie dam?!
Wertuję książeczkę.
Bo jakoś nogi i brzuch nie chcą wyglądać tak jak lasce z okładki. Właściwie nic się nie dzieje. Poza paleniem nogi. Nie wiem, mięśnie się odbudowywują?! Każdy ruch więcej niczym ogień z kuźni. Wciąż dokładam ognia.
Rozśmieszył mnie 3 punkt - bo jak jeść jogurt?! Napychać płatków?! Pchać kalorie?! Jak to tak?!
Nie pić alkoholu?!!!!!!!!!!!!
Może nie oddychać za często?!
Ale co tam, nie będę się czepiać.
Jazda. Od dzisiaj jazda tylko pozytywna. Przez jazdę, o ile nie czytam, oglądam telewizję.
Co za pierdowate programy.......
Jazda jest też w plenerze. Z synem, swoim cieniem. Towarzyszy mi wszędzie. Syn dzisiaj o mało co mnie nie zabił:
- Mamo, ale jak będę miał urodziny to babcia da mi stówę i dziadek też i sobie sam kupię.......
Dałam ostro po hamulcach;
- Co?!
Od kiedy ten koleś tak liczy szmal?!
Ale w porzo. Kolejna bramka rozwojowa otworzyła się - kasa.
Jak dostanie kasę - niech kombinuje. Prawo wyboru bywa czasami nieludzkim obciążeniem. Niech uczy się. Jedna kasa a parę pomysłów. Uuuuuu....to boli.
Dzieciaki poleciały na podwórko. Zerkam z okna - Młoda huśta się, a chłopaki grają. Sielanka normalnie.
Oby trwała - oczy zamykają się po nieprzespanej nocy.
Zasnęłam.
Pip domofonu. Przerwa. Koniec spokoju i ciszy. Wpadł syn z podwórka:
- MAMOOO! A Młoda przeklina i łobuzuje!
- Tak? A co mówi?
- Szlag jasny, ale raz tak powiedziała i strasznie łobuzuje.
- Dobra, zaraz zejdę.
- A po co?!
-Eeeeee, jak nie muszę to ok, to narka!
Ufffff, tym razem mogę zaszyć się: rower, komp i tak na zmianę. Mogę mieć plany, mogę sobie myśleć ...tja. Nie minęły dwie minuty. Pip domofonu i ryk córki na klatce.Pa, pa, pa mój spokoju.
- Bo ja chcę spać! - wpadła córa z płaczem wielkim.
- To chodź kochanie.
15 sekund poleżała przed telewizorem:
- A gdzie chłopaki?
- Poszli bawić się
- Buuuuuu, chcę z nimi !!!!!!!!!!!
Prawdziwa baba - sama nie wie czego chce. Odgryzę jej warkocze. Zagilgoczę.
Wyciągam walizki. Czas pakowania. Powłóczenia się po dolinach. Moczenia nóg w górskim strumyku.
I czekam na T - w końcu dzisiaj nasze święto małe. Jutro szampan na tle Tatr murowany. Z dwoma kozami obok.
Czas złapać oddech....

Widzę,że rower wykorzystany na maksa:)A jak Twoja noga?
OdpowiedzUsuńzagubiona
fajny rowerek, naprawdę.
OdpowiedzUsuńA noga - wszystko napisze, jak tylko będę mieć wolny czas :)
Ale na ucho powiem, że w sumie j=nie jest źle, ale ...to nie to co było.