czwartek, 4 kwietnia 2013

jasna dupa

Po 8.00 zadzwoniłam do szanownej mamy swojej mówiąc, ze wracam i jeśli nie wyszli z domu to odprowadzę  dzieci do przedszkola.
- Ale one śpią tak słodko, nie budziłam ich jeszcze.
CO ONA MÓWI DO MNIE?!?!?!
- Proszę?! O! NIE! Budź ich, już wracam - wyłączyłam tela klnąc pod nosem. Okrutnie klnąc. Trzeci dzień "wagarów"? Chyba po moim trupie. Nie będą rosnąć mi na gnuśnych leniów. Zresztą nie mam czasu. Fucha czeka. Fuck!!!!!!!!!!!! Oby nie zabić!!!! Matki!!!!

Przypomina mi się żywot pewnej kobiety, która ciężko pracowała w życiu, podczas gdy jej mąż pił. Dla dzieci wszystko. Została nawet sprzątaczką, by z synkami być w domu w "odpowiednich" godzinach.
- Wie pani, nawet ich do przedszkola nie dałam, by się wyspali, bo tak lubili spać.
Synkowie rozpieszczeni nie nauczyli się niczego w życiu. Matka nie była dla nich przykładem niestety. Wciąż żyją na jej koszt, a ona cóż - narzeka i karmi i karmić będzie dopóki nie spotkają nowego żywiciela, nowej kobiety, swojej kobiety.

Gaz do dechy, zajechałam pod chatkę. Rozzłoszczona na maksa "wbiegłam" po schodach. Otwieram drzwi a moja mamusia z palcem na ustach robi mi:
- Ciiiiiiiiiiiiiiiiii.
Ciiiiiiiiiii?!Szlag mnie trafił. Nie wytrzymałam.
 - Jakie kurwa ciiiiiiiiiii?! Mają wstawać. POOOOOBUUDKAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!! Bo mnie trafi!!!!!!!!  - wydarłam się na maksa, ciszej zwracając się do matki - Cholera przecież rozmawiałam wczoraj z tobą, prosiłam, tak?! Od godziny nie mogłaś ich zbudzić, co?! KUŻWAAAAAAAAAAAAAAA - wpadłam do pokoju Maluchów - zbierać mi się do przedszkola, ale to raz, dwa ......dzień dobry poza tym.

Kultura musi być jakby nie było. No!

Starszy wyleciał z łózka, zaczął ubierać się, zaś Młoda wpadła w płacz
- Bo ja chcę się powyciągać.
- Młoda, to się wyciągaj, a nie beczysz! Dawaj, dawaj, ubieramy się. Nie ma czasu, rozumiesz?! Nie ma!!!!!

Dwadzieścia minut później odprowadziłam potomstwo do przedszkola. Dzieci podskakiwały wesoło, były zadowolone i zdążyły na śniadanie. Podpisałam przy okazji umowę o kontynuowanie edukacji przedszkolnej Młodej.

W domu siadłam na telefon. Najpierw służbowo pla, pla, pla. Potem zadzwoniłam do T:
- Możesz mi wyjaśnić dlaczego nie obudziłeś dzieci jak wychodziłeś?!
- Ale za to wyniosłem śmieci. Cześć kochanie poza tym.
- Miałeś je obudzić! Chrzań się.
Wyłączyłam się.
Pisanie sprawozdań. Drukowanie.
- JASNA DUPA!!!!!
Początek nie dodrukowany, końcówka też do bani. Powiodłam morderczym wzrokiem  po drukarce. Ostatni dzwonek rozsądku powstrzymał mnie przed ciapnięciem jej za balkon. Hm, chociaż jak pieprznęłabym nią o szybę to i szybę w końcu wymienilibyśmy. Hm.........

Telefon do T:
 - Wiem, mówiłeś, ze koniec z zakupami w tym miesiącu, ale zajoba dostanę z tą drukarką! 
-  A spoko, dawno myślałem by ją zmienić. Kupię coś. Już ci nerwy przeszły?
- NIE!!!

Po dwudziestu minutach T przysłał smsa - "drukarka kupiona, jutro będzie w domu".


Są takie chwile, kiedy zaczyna nosić mnie. Termin zaczyna gonić, a gumka w majtkach puszczać. Zostawiam wszystko na ostatnia chwilę, a potem pocę się bluzgając kroplami jadu wokół.
A podobno z wiekiem większy ma być spokój. Tja, opanuję się. Chyba po śmierci. A i tak ręki za to nie dam sobie uciąć.


Drukarka, hm... Na mnie nie ma,a na drukareczkę jest? Hm ...już ja się dobiorę do skóry szanowanego małżonka.  Jeszcze na początku tego tygodnia słyszałam, koniec z zakupami, ze dość już puściłam w tym miesiącu i jednak jest lepiej jak siedzę w chacie, bo moje wyjścia są kosztowne. To się jeszcze okaże. Ha!



Wpadł kolega do Starszego. Chłopaki bawią się fajnie. I nagle co ja słyszę?!?!
- Odrobiłeś zadanie?
-Nie! 
-Zadanie? - zapytałam się podejrzliwie słodko wchodząc do pokoju- jakie zadanie?
- Mieliśmy przeliterować słowa eukaliptus, kalkulator i akumulator
- A macie często zadawane zadania domowe?
- No tak
- Synku, chyba będziemy musieli o czymś porozmawiać..

Chłopaki bawili się grając w piłkę nożną w przedpokoju. Rysowali. Walczyli. Jejku, bawili się jak dzieci. Bez kompa. Cud, cud, cudaczny cud. Oczywiście Młoda z nimi broiła wpatrzona w M jak w obrazek. A ja zastanawiałam się za co syna powiesić - za szlufki od spodni czy za skarpetki.
Albo siebie - na zmianę podejścia. Ale pytam się, dopytuję. Cholera ....Błąd w sztuce. Sztuka by się wymknęła. A przecież rozmawiamy. Dobry kontakt rozwiał się niczym widmo.

-Synku, a dlaczego nie mówisz mi, ze masz zadania?
- Nie wiem
- Jak to nie wiem?
Cisza. Je oczami płatki z mlekiem. Nos spuszczony na mleko.
- Synu, ty nic mi nie mówisz! Rozmawiam z tobą codziennie, pytam się co słychać, co było w przedszkolu, jak minął ci dzień, a ty tylko kwitujesz - a nic, spoko, dobrze i ze rysowałeś tylko.  - lekko wkurzona nawijam dalej nie mogąc przestać -W końcu zapanuje mur ciszy między nami, bo nie będziemy mieli sobie nic do powiedzenia poza spoko, okej i ewentualnie  o angry birds!!!
- Ale ja umiem - słabe to było, ten ton, ta linia obrony.
- Co umiesz?
- Literować umiem
- Wierze, ze umiesz bo zdolny facet jesteś, ale chodzi o to, że jak ja pytam się co było to opowiedz, rozumiesz?! - kiwanie głową daje mi nadzieję, że coś dociera do syna - chcę być częścią twojego życia i te twoje "a nic"  zaczyna  mnie wkurzać, bo w końcu nie będziemy mieli sobie nic do powiedzenia..
Cholera jest taki jak ja i brat -matka nigdy nic nie wiedziała: nasze życie, nasze sprawy. Teraz jest inaczej. Trochę.
 - Mamo, a dzisiaj była religia, pani Mariola mówiła nam o .........
Porozmawialiśmy o Jezusie, Barabaszu, Piłacie. Fajny facet, wiele wie i rozumie. Odegrałam scenkę.
Młoda weszła w rozmowę.
- A ja ciebie widziałam na przestawieniu!
 - To dzisiaj mieliście przedstawienie?! - prawie walnęłam głową o stół - nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę...
- Tak, takie o ekologii.
Rozmowa przeniosła się, po kąpieli, na płaszczyznę łózka. Czystość środowiska, wierszyki, piosenki...
Ha! A jednak  oboje umieją coś więcej niż:
- Dupa, Jasiu, karuzela.... - bo to ostatnio najnowszy repertuar wyśpiewywany przez nich dziarsko.

Na dobranoc poczytałam o Koszmarnym Karolku.

Maluchy śpią, a ja mam zagwozdkę. Kiedy coś nie tak poszło? Ręce opadają. Na szyję. Zaduszę się. Jak czegoś nie zmienię.
Tak nie może być. Bo to nie jest. A jeśli jest to nie tak. A tak nie może być.








muzyczny składak do poduchy, czy sprzątania :D -polecam :)

https://www.youtube.com/watch?v=IddDWBpkzYg&list=RD02XnYxdxFmOLk








pojebało cię?!

Śniadanko. Rodzinka przy stole. Przykładnie.
- Dziękuję - powiedział nagle Starszy.
- Komu? - Za co? - zdziwiliśmy się
- Młodej dziękuję, bo powiedziała mi smacznego.
- Ahahahaha ale to było z pięć minut temu!  -co za facet, ahahaha, zaczynamy brechtać się..
- No co, nie mówi się z pełną buzią. a was co tak rozśmieszyło? Śmiejecie się ze mnie?
Ups.......
- No co ty synku. My? z ciebie? nigdy! Cieszymy się, ze jesteś taki mądry-  hihihihi -  ułożony. Wiesz, młody człowieku,  lepiej powiedzieć późno dziękuję niż wcale.
I zgon w kanapkę. Ten to ma zapłon. Jak się zawiesi to wisi. I można mówić. Ale czasami coś do niego dotrze. Zwłaszcza tekst:
- Zagrasz w angry birds?!


Dowalam nodze. Na rehabilitacji steper, bieżnia. W domu rowerek. Albo będzie dobrze albo mi spuchnie. Albo szlag mnie jasny trafi w końcu. Albo nie wiem.


Ja pedałuję, a syn stoi i nawija, nawija - o angry birds. Oto mój napęd, moja muzyka. Nie tylko gadamy, ale i razem gramy. A co. Też mi się należy.
- JEEEEEEEEEEEEEEEEEEST! Widziałeś!!!! AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!! - drę się megaśnie.
- Dobra  jesteś mamo - nie ma to jak uznanie w oczach synkach. Rosnę, rosnę, puchnę. A potem dostaję kubeł zimnej wody na głowę, bo tato jest lepszy. I wujek. Jasne i wszyscy święci. Eche, po moim trupie.   -
- W  końcu kto przeszedł ten etap synu, nooooo?!
- Ale ja też jestem dobry!
- No pewnie, najlepszy.

- Mamo nawet nie wiesz jak cię kocham
- Chyba ty nie wiesz jak ja kocham ciebie.
- Wiem, wiem.
- A właśnie, że nie wiesz!
- A właśnie, że wiem ...
Uwielbiam droczyć się z synem. Potem wojna na poduchy i ręczne mocowanie. Młode lwiątko normalnie.
Tak jak córka. Też przywlecze tyłek, wlezie, da buziaka:
- Kocham cię mamo.
- A ja ciebie nie  - hehehe 
- Żartujesz!
- Pewnie dzwońcu najukochańszy.
Mam trochę przekichane. Bo jak mnie nie obłażą dzieciaki to T obłazi.  Ach ta miłość hahaha. A właściwie dewiacja. Po tylu latach.  Niemożliwe, a jednak. Hydraulik naprawia cięknącą rurę. Ha, ha, ha .......
Magia kompa, filmu pozwala nam na "chwilę oddechu".
-Dzieci chcieliście film?! - niewinne pytanko w drodze do wolności. Ha, ha, ha ....ale co robić, jak się robić chce. Taki wiek, ech. .....
Śmieszne może, ale prasując koszulę T (fakt, nie zdarza mi się to często), czuję się jak nogi mi się uginają, ten zapach, myśli uciekające w ramiona, no nie mogę ....odpływam......a potem parzę się.

- Chodźcie na jogurt, sio do kuchni.
-A wy co?
- Kran w łazience musimy naprawiać!
Potem to tylko piwnica zostanie ......kiedy za dnia dorywa chcica.


Z wiekiem wszystko jest lepsze. Chyba. Przynajmniej dla mnie. Otępiałość jest wyzwoleniem. Ha, ha, ha ...

Kanapka życia lepiej smakuje doprawiona pieprzem doświadczenia.Ha, ha, ha albo nutką ziołową psującego się życia. Maggi doświadczenia wprawia w rozkosz konsumowania. Się nie je łapczywie, się nie zachłyśnie. Proste.
Z wiekiem człowiek wie, że warto mieć w pompie co się da. I tyle.
Chcesz pobiegać?! Wyrzucaj zbędny balast. Radość to balonik, a smutek czai się pod kamieniami zmartwień. Po co się obciążać?! Z wiekiem i tak kręgosłup sam siada.
Olewka, olewka....
Zamiast się motać w młodzieńczym wigorze człowiek siedzi w fotelu i łapie chwile rozciągając je jak gumę do żucia. Nic nie umknie. To co dobre. A co złe już tak nie wkurwia. Nawet jeśli wpadnie się w pajęczą sieć, wiadomo, ze nie ma co się motać. Można spokojnie wyjść. Z czasem. Z czasem wszystko wychodzi. Jak włosy.

A kiedy chce się żyć człowiek umiera. Chyba, że dotrze to sfery totalnego zmęczenia. Wtedy śmierć staję czymś pozytywnym. Wybawieniem.

Jestem na etapie, gdy wszystko cieszy.  A wódka smakuje wyjątkowo. Pierdolę wszystko, ot co. Już słyszę ten głos i pewnie nie jeden:
- Jak zwykle - hahahahaha.
- Noooooo, jak zazwyczaj....... - hahaha, bo i co mogę innego rzec?


Wsiadłam w samochód. Kurde, jak to się prowadzi? Sprzęgło, hamulec, gaz ...eeeeeee.........biegi. Odpaliłam. Muza. Jak zwykle ta sama. O.N.A.



Jedynka, ruszam, dwójka, trójka .......ulica, cholera, tutaj panują przepisy -Nim sama zgasnę, sama zniknę
 Usłyszę w końcu to, co chcę.
..... hamulec.......AAAAAAAAAA!!!!!!!! Kurwa, z trójki nie rusza się! Grrr....redukcja biegów kobieto! Czy warto było szaleć tak - przez całe życie?
 Czy warto było starać się - jak ja?....
..Na liczniku 40-cha, bo ulice niczym szwajcarski ser - można nieźle się wj..pieprzyć. Jak w życiu. Jadę, zaparkowałam. Nic nie zdemolowałam. Będzie zajebiście! Taniec radości w śniegu.
T:
- Pojebało cię?!
 -Totalnie. I w deseczkę, synu! Buhahahaha......








A dla zimy zaśpiewam :






Nie ma końca
Nie ma pożegnania
Znikaj
Pod osłoną nocy



tralalala a wiosna i tak nadchodzi, czuję to :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD





środa, 3 kwietnia 2013

diabolica

Rano syn wstał zakręcony i założył na siebie spodnie siostry. Mając prawie 7 lat założył spodnie w rozmiarze 98.



Trochę przykrótkie, ale leżą nieźle.
- O będziesz miał rybaczki na lato! - zażartowałam.
- Babskie?! Nigdy!!!

Starszy najchętniej żywi się mlekiem i płatkami. Inne pokarmy mu nie wchodzą. Więc dla takiego smakosza przedszkole musi być prawdziwą udręką.


Młoda natomiast zaskoczyła nas przełamując swój strach wobec chomisia. Nie tylko pozwoliła mu chodzić po sobie, ale trzymała go też na ręce. Przez moment. Potem chomiś wyleciał w powietrze. Wiedziałam, ze tak będzie. Złapałam go zanim zderzył się z dywanem.
- Ale on gilgocze. Jest taki śmieszny. I kochany. -córa popadła w uwielbienie dla sierściucha, a sierściuch wylatał się jakby uciekł z klatki.



- Kurde synowi jakoś więcej czasu poświęcaliśmy, a Młodej nawet mniej czytamy - wzięło mnie na refleksję. Ale taka prawda. Starszego edukowaliśmy, a Młoda - Młoda to Młoda. Inna epoka. 
- Ale ona ma nauczyciela. Brata.
Ha, ha, ha, to fakt. Syn dość często Młodej rysuje, pokazuje, uczy. Tłumaczy.



- Cholera!!! Młoda! zostaw tą kule. Ile razy będę powtarzać! prosić!!! - ryknęłam widząc, że dziecko znowu bawi się moim "sprzętem".
 Młoda rzuciła kulę i pobiegł do pokoju z płaczem. Trafiło mnie, bo lata z laską i wali nią po czym się da.
- Mama jest głupia - wyjęczała spod łez do Starszego.
- A wcale że nie...
 - Ale krzyczała na mnie!
- I dobrze, bo ona sie martwi o ciebie. a jakbyś zrobiła sobie krzywdę to płakałabyś, że mama ci nic nie mówiła. Słuchaj się mamy.
Syn będąc jak widać wyedukowany, nakrzyczał na siostrę. I po co cokolwiek mam mówić? Ale pomimo to wróciłam do tego zdarzenia. W końcu dzieciom trzeba wszystko tłumaczyć. Nawet po milion razy.




Udało mi się wyciągnąć leniwców na podwórko. Spacerek w poszukiwaniu wiosny. Ale śnieg leży i leży. I nie chce odpuszczać. Radocha z zimy byłaby gdybym mogła na nartach jeździć.A tak szlag trafia, ze znowu pada śnieg.

- Mamo, a kiedy będziemy wyjeżdżać? - zapytała się Młoda.
- A co brakuje ci wypadów? - zapytałam się córki będąc  zdziwiona:- co tak córę wzięło?
- Noooo, ja chcę.
- A ja chcę w góry. Na Diablaka - syn uparł się ten szczyt, i co rusz to podkreśla.
- Poczekajcie niech zrobi się ciepło, pojedziemy ...








Nie ma to jak świąteczna laba w wyrku. Dzieciaki zaległy koło nas. Sernik, kawa, oglądanie filmu. Młoda uciszana była kawałkiem ciacha. Życie rodzinne. Miodzio. Przeleciał jeden film, drugi film, a dzieciaki nie śpią. Dzieciaki nie chcą nam z wyrka wyjść. Myślałam, ze  dokonam mordu. Syn zaczął nawijać:
-Mamo, a wiesz co ....
i tutaj następowała opowieść o grze angry birds:  jaki przeszedł etap i jak dany ptak strzela.
- Synu weź skończ. Proszę, pogadamy jutro.
-Ale wiesz co mamo ,muszę ci powiedzieć, że ........
Pla pla pla o angry birds. Zaraz sama zamienię sie w ptaka.
- Synu, litości! Skończ!
- A co wyrzucisz mnie z domu, jak Młodą?! - zapytał się  już się brechtając.
- Dokładnie! - sama zaczęłam chichotać, nie ma to jak glupawka.
- Mamo, ale wiesz co? - syn zaczął się ze mną droczyć.
- Bo wyrzucę cię z domu! - krzyknęłam groźnie, z uśmiechniętymi kącikami ust.
- Ale mamo, wiesz co, ten Yoda to .......
Pla, pla, pla, angry birds i angry birds.
- Synu, idź spać. Jutro idziecie do przedszkola.
Na co włączyła się Młoda:
- Starszy nie idziemy jutro do przedszkola. Nie idziemy i już!
- No i co jeszcze?! Spać łobuzy.
- Nie!!!! -Młoda ma charakterek, co tu dużo mówić.
 -Mamo, ale wiesz co, ten etap .......

Północ. Pomieszało się w głowach Maleństw. Zasnęły nie wiem kiedy, bo pierwsza padłam ja.

I nastał ten poranek. Znowu pobudka o 5.30.  I ćwiczenia.


I telefon od T:
- Wiesz Starszy się obudził. Zaczął płakać, ze nie chce iść do przedszkola. Zrobimy im dzisiaj wolne dobrze?!

I tak Młoda wraz z bratem postawili na swoim. Starszy nie znosi przedszkola, bo tam każą jeść to na co nie ma się ochoty.

Niech dzieciństwo trwa - nie zoperowałam synowi duszy po przez tłumaczenie, ze w życiu nieraz robimy to, na co ochotę nie mamy.

- To macie dzisiaj wagary?! -zapytała się babcia Starszego.
- Mamy- odparł syn.
- To ładnie, ale jak będziesz chodził do szkoły to nie będziesz mógł tak robić!
- No to teraz mogę i robię - odparowała synek zapytując się - a jak będę chory to co wtedy?!
- Będziesz leżał tylko w łóżku a potem odrabiał wszystkie zadania.
- O Jezuuuuuuuu

A moje zwolnienie chyba dobiega powoli do końca, praca na mnie czai się powoli.  Zbliża się czas powrotu. Samochód już jest gotowy.
Życie strzeż się !- Arte wraca na stare tory, hahahaha......
Tylko, czy pamiętam jak się prowadzi auto?! Pracuje?!
Żyje?!
:)



tortury

W piątek poszłyśmy z matką po dzieci do przedszkola. Matka wyciągnęła syna na Drogę Krzyżową, a my z Młoda wróciłyśmy do domu. Młoda nie chciała iść. I dzięki Bogu.
- A wiesz dlaczego nie chciałam iść do kościółka?!
 - Nie wiem. Dlaczego?
--Bo Pan Jezus umarł w baranku.
- Młoda co ty opowiadasz?!
Młoda zaczęła się chichrać. Ja też. Ta jak coś powie, a lubi gadać:
- Nooo mamo, słuchaj ......
I słucham. Potafi nawijać, jak chce i ma dzień.I śpiewać:
- Ona tu jest i tańczy dla mnie...
- Przestań to śpiewać, bo wyrzucę cię z domu ! - mówię groźnym tonem, ale Młoda kuma żarty i zaczyna jeszcze głośniej śpiewać:
-Ona tu jest i tańczy dla mnie.....
- Młoda przestań, bo z domu cie wyrzucę! -zaczynam chichrać, a Młoda zaczyna krzyczeć:
-Ona tu jest i tańczy dla mnie
Nasza zabawa. Młoda połknęła bakcyla i co jakiś czas śpiewa patrząc na mnie wzrokiem - "No i co mi zrobisz maleńka".
Nawet Starszy włączył się w zabawę:

- No Młoda nie śpiewaj dicha, bo mama cię z domu wyrzuci.
A Młoda radocha i jeszcze głośniej wyje.


Starszy przytargał pani lato z przedszkola.


I zadziałało. W sobotę była piękna super pogoda. Słońce!!!! Słońce niczym cud, niczym objawienie. Buty i czapy wiosenne. I spacer, z którego nie chciało się wracać.
I kościół i święcenie jajek. I Grób Pański. A w nim mumia. Okrwawiona. Męka Pańska musi działać na wyobraźnię. Umarł za wiarę.
A ile umarło przez wiarę?! Szkoda że przy okazji nie zrobią wystawy narzędzia tortur używanych przez inkwizytorskich katów. Ciernie,gwoździe i krzyż to niczym wybawienie z całej kaźni przygotowanej przez ludzi pełnych wiar.

gruszka- co by pupie było miło ...



Zadziwiające jak ludzie potrafili, potrafią być dla innych okrutni. W innych kulturach śmierć również była mostem do "prawdy", do boga, konieczną ofiarą. Człowiek jest taki dziwny.Aż głupio być człowiekiem.

Patrząc na grób zdziwiłam się, że obok nie leżały szczątki tupolewa. Nasz proboszcz lubi straszyć piekłem, jak i mówić o Polsce jako tym smutnym kraju nad Wisłą. Komuniści wciąż jak diabli czają się w mrokach i kuszą. I jakoś zabrakło mi kultu następnej męki pańskiej. Może nastąpiło przebudzenie i gościu się opamiętał?!

Zamknęłam się w kuchni. Sprzątanie, pieczenie i takie tam czynności zbędne. Zachciało mi się czyścić kratkę wentylacyjną. Myślałam, ze jest plastikowa, ale krew płynąca z opuszka mówiła coś innego: cholerne żelastwo.
- T! T! chodź, znowu się upierdzieliłam...Ała!!!!!!!!
T nie śpieszył się, a co tam. Niech się wykrwawię. Do kuchni za to synek wlazł. Popatrzył i znudzonym tonem rzucił:
- Znowu?
- Kuźwa! jakie znowu? gdzie współczucie i woda utleniona?!

A dzień wcześniej rozmawiając z synkiem, i to o dziwo nie o angry birds, syn poprosił:
 - A obiecujesz, ze już nic sobie nie zrobisz
 - Nie mogę synku
-  Wiem wiem, ty już tak masz 

-  No niestety....

Przecież niedawno znowu wpadłam na żelazko i mam już dwa piękne ślady po oparzeniach. A co tam. Po jednej bliźnie na ręce - tak piękna symetria.
Im więcej blizn tym życie ciekawsze?! Tak to szło?! Ha, ha, ha ...A raczej tak -Mercedes Lackey: Nikomu nie udaje się przejść przez życie, nie nabawiwszy się przy tym blizn. 
Więc żyję, żyję!

Plaster na paluchu, można wrócić do działań wywrotowych w kuchni. Dzieciaki grały razem w piłkę w przedpokoju. A T ganiał z wiedźminem. Harmonia i spokój przerwane zostały przez nagły krzyk Młodej:
- No tato zajmij się dziećmi swoimi a nie kompem.
I tak oto dopadło zmęczenie córę. Nadchodził wieczór. A kiedy dzieci poszły spać, T zamienił się w fryzjera. Zafarbował moje włosy, podłogę w łazience, a przy okazji i stopy swoje, jak i moje. Tak od spodu - kropki czarne.
- A co to? -spytała się pewnego wieczoru Młoda.
- A nic, tańczyliśmy po biedronkach. Patrz  tylko kropki nam zostały. Na pamiątkę.
- A ty to zawsze musisz głupio gadać - syn bywa dla mnie okrutny, buuuuuuu.
Ja sobie załatwiłam pazurki. Pazurki pomalowałam lakierem. Szok niedzielny dla rodzinki. Jak to?! A tak to, a tak to. Nastąpiło przebudzenie. Czas zmian. Wyłażę z letargu niczym niedźwiedź z gawry. Spokojnie, powoli, do przodu. Wyciągam się. Odżyłam - ból odpuścił. Uwierzyłam, ze będzie dobrze. Po raz pierwszy od grudnia uwierzyłam, że odzyskam siebie. I pobiegnę. Po rynku kazimierskim, po górach i dolinach. Po kieleckim.





Święta były sobie. I minęły.
Jak wszystko mija - co złe i dobre. Tylko M jak miłość w telewizorni trwa. Ja cię nie mogę.





piątek, 29 marca 2013

za rękę

Zrobiłam dzieciakom niespodziankę i odprowadziłam je do przedszkola. Po trzech i pół miesiąca przerwy mogłam iść trzymając córkę za rękę! Piękna chwila. Jak mi tego brakowało, szkoda słów.
Starszy też chciał. A jak. Pieszczoch megaśny.
Iść i trzymać swe dziecię za łapkę cudna rzecz. Czy może być coś fajniejszego?!

"Poszli trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze,mały prosiaczek i Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu"


A potem dzieciaki szły trzy,mając się za ręce. Dyskutowały sobie na temat zwierząt, które mogą być groźne dla chomika.
A z naszej chomy to fajny pies. Stęskniony wisi na drzwiczkach od klatki z wielkimi oczami. Pieszczoch jeden.

W przedszkolu obejrzałam prace wielkanocne dzieci.

Czarny zajączek - wow, mój synek :)



Wielkanocne jajo małego maniaka :)))





Ech ten córki róż :)

– Powiedz, Puchatku – rzekł wreszcie Prosiaczek – co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
– Mówię: „Co też dziś będzie na śniadanie?” – odpowiedział Puchatek. – A co ty mówisz, Prosiaczku?
– Ja mówię: „Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego”.
Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
– To na jedno wychodzi – powiedział. 


Nie wiem co dzisiaj mi wyjdzie. A wychodzi na to, ze czas wyjść z marazmu. Wiosny wprawdzie nie ma, ale nadchodzi czas przebudzenia. Pan Zmartwychwstał, więc i ja może odkleję się od kanapy?!
 

WESOŁYCH ŚWIĄT :DDDDDDD





czwartek, 28 marca 2013

wywrotka



Życie toczy się po utartych torach. Nudą wieje okrutnie. Aż dziwne, że jeszcze żyję. Rutyna. Kolano wyorało mnie na boczny tor. Ten pociąg nie jedzie. Ruina. Zarastam w chaszczach bezbarwności.
Szlag mnie trafia. A co musi czuć człowiek , który w wyniku wypadku stracił nogę albo leży sparaliżowany?!
Życie potrafi jebnąć cegłówką w łeb. Ale nie warto siedzieć w kącie patrząc w jedną stronę, bo zawsze może coś zlecieć z góry , a jak popatrzymy do góry to z tej jednej, wolnej strony może paść strzał. Złoty środek został rozpuszczony w alchemii zaskoczenia.
Czytałam ostatnio, ze zmory potrafią wychodzić nawet ze ścian. Zabierają powoli tlen śpiącym. Paraliż nocny, kto go nie miał...

Znowu pobudka o 5.30 , by 45 minut później sterczeć na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Zapalam papierosa. Poranne cucenie. Przychodzi dwójka staruszków.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- A pani co się stało? Taka młoda i już nieszczęście ....
Myślę- jaki kij. Do pytań znajomych  i znajomych twarzy jestem przyzwyczajona, ale ......hm?
- Chwilowa usterka kolana. Bywa - odpowiadam z uśmiechem. Wow. Ja to jestem. :D
- Ale pani już długo chodzi o kulach. Nie widać już pani z dziećmi, a zawsze pani z nimi biegała.
Zostałam zabita celnością uwagi. No nie widać mnie, nie widać...
- O, a państwo skąd wiedzą?! - najprostsze pytania prowadzą do rozwiązywania zagadek. Znają mnie czy co?!
- Jesteśmy sąsiadami pani, mieszkamy obok, klatkę dalej.
- Tak?! Nie wiedziałam Miło mi państwa poznać.
Mamo, dzięki za wychowanie. Ufff. Przecież ludzie dość często na pytania nieznajomych reagują ,hm...,  czasami dziwnie reagują. Dobrze być miłym człowiekiem :D. A mogłam fochem porannym odszczekać - a co państwa to obchodzi?! No nie? Ale z wiekiem ceni się człowieka.
- Pani mamę tez znamy, jeszcze jak pracowała w urzędzie. Ale teraz pani dużo pomaga, prawda?
No proszę, mama znowu gwiazdą. Ha, ha, ha, zastanawiam się kto jej nie zna. Małe miasto ma klimat w swoim niepowtarzalnym rodzaju.
- To prawda, babcia jest niezastąpionym elementem w życiu. Właśnie opiekuje się szkrabami dzięki temu mogę jechać na rehabilitację.
Autobus przyjechał
- Do widzenia
- Do zobaczenia.

Leże na kozetce. Uprząż na nogę założona, do niej przyczepiony na sznurku ciężarek- macham nogą: góra, dół, góra, dół i zasypiam. Wyrwał mnie kaszel. Cholera. Jak dobrze złapie to czasami normalnie posikać się idzie w majty. Szlag.
- O ooo jaki piękny kaszelek . Może ma pani zapalenie oskrzeli? Nie dobrze to brzmi. Była pani u lekarza?!
 - Nie, ja tak mam. Przejdzie. - bo co mam powiedzieć? Że olewam lekarza, by antybiotyków czasem nie dostać przed świętami? Wódeczka nie po to się mrozi, by zajmować miejsce w lodówce.

Kaszel - w zeszłym roku alergia, astma tłumaczyły te napady. W tym roku obalone poszły w kąt, a kaszel pozostał. I krew z nosa. Teraz? Nie mogło mnie to dopaść w latach szkolnych? I 15 minut lekcji z głowy. A nie - starej babie jak dziecku.
Sypię się ze starości. Z nudy. Z zasiedzenia. Erozja stagnacji wyżera mnie powoli. Era gnicia rozpoczęła się na dobre. Coraz bardziej uchylone okno życia paradoksalnie wpuszcza coraz więcej zapachów śmierci. Czterdziestka powinna być ucztą w wykopanym grobie. Na pohybel śmierci.

Biały kitel. Kolejna wizyta.
- Ale pani powinna już chodzić, tutaj nic nie ma. Wszystko wygląda na to, ze jest w porządku.
- Ja chodzę, ale mnie to boli. Zejście ze schodów rozwala mi kolano od środka.
- Ale to będzie bolało.
- Pan żartuje sobie? Mam żyć z bólem? 4 dni bez kul a właściwie 3 dni chodziłam  i wyłam po nocach z bólu, a pan mówi ze tak mam żyć? Siedzę przed panem a kolano boli. Serio.
Opisałam co czuję. Cholera, bo czuję! Badanie kolana, moje wycie. Przykurcze są.
Znowu zwolnienie, kolejne skierowanie na rehabilitację. I myśl, ze to nie tak miało być. Bezradność mnie ogarnia. A gdyby przyszło mi żyć na wózku inwalidzkim?! Niewyobrażalne dla mnie. Zawsze mówiłam - strzał w łeb. Dzieci pokrzyżowały moje wizje. Dzieci...Młoda ostatnio rozpłakała się:
- Maaaamooo, a kiedy będziesz zdrowa?
No tak, skakałyśmy po łóżku, biegałyśmy, tańczyłyśmy, a teraz co? Teraz gucio. Nie pozostanie chyba nic innego jak garść prochów przeciwbólowych i powrót do ....przeszłości. Ale lekarz mówi, że nie wrócę do dawnej sprawności. Kolano jest uszkodzone. Cholera, tyle w życiu robiłam głupot i nigdy nic, a tu tak mam pozamiatane.

Poszłam do pracy zanieść zwolnienie. Był szef: I jego żona.
- O, przytyłaś - ach, te baby, nie ma to jak miłe powitanie koleżeńskie
- Wiesz, nie chodzę to mi wchodzi. Ale widzę, ze tobie też się wylewa, a możesz chodzić, więc jak to jest?!
 - Ahahahaha - no pewnie śmiej się myślę sobie - bo co możesz powiedzieć, hehehehe.
- Kiedy wracasz do pracy?! Impreza wojewódzka szykuje się pod koniec kwietnia i pytają się czy jedziesz.-szef konkretny facet. Taką gadkę to ja rozumiem.

Impreza,  jeszcze tego mi trzeba. Rok temu po mega mocnym wieczorze wyszłam rano z pokoju i było słychać:
- Cześć Arte, Ty czorcie ahahahaha- większość  mnie znała, w przeciwieństwie do mnie, bo ja nie wiem kto to był. Ups ...Kolega uprzejmie mi tłumaczył kto jest kto, a ja łapałam się za głowę. To sobie zabalowałam. Nawet zastępca szefowej musiał mnie zagadać, mnie -podrzędną jednostkę w machinie organizacji:
- Wie pani, czasami zastanawiam się gdzie pani myśli błądzą.
- O to jest nas dwoje - odparłam z uśmiechem i umknęłam nie mając sił do dywagacji filozoficznych. Ciekawe czy to był podryw czy jednak zauważył moją duszę?! Ha, ha, ha ...
Szefowa i to szefów wszystkich, ujęta tym, ze jestem fanką Pollyanny dała mi dzban swojego wyrobu. Wyszłam ze zdobyczą na papierosa i utworzył się magiczny krąg z krążącym gąsiorkiem.
Rzuciłam hasło:
- Kto nie pije ten donosi! - wszyscy pili z gwinta, ha!
Tja, to była impreza, hahahaha.....Dwa dni przegadane, przetańczone, na bańce. Odreagowanie po brudach dnia codziennego raz do roku należy się. Jak wypłata co miesiąc.

- Szefie, nie wiem, może przy następnej wizycie coś będę wiedzieć. Ból mi nie przechodzi niestety.....
- No weź się nie wygłupiaj, wracaj. 
 - Wrócić to chciałabym, ale ten pechowy dzień, ech ....


Ale mówią, ze życie jest jak rzeka. Płynie. A wiry jak przykre niespodzianki potrafią spłatać figla, zaplątać życie. Ściągnąć na dno.
Szczęśliwa gwiazda ma gaśnie. Oby w ciemnościach nie wpaść znowu w coś. Mam dość.
A na święta okna będą brudne. O!









środa, 27 marca 2013

parasolka

Córka dostała parasolkę. Radość wielka. Otwieranie, zamykanie. Cuda cudawiańki. Najlepsza zabawka. Dzieciaki potrafią niesamowicie cieszyć się ze wszystkiego.
Młoda postanowiła powiesić parasolkę na rurce do ćwiczeń. A że mała, a mózg jednak wielki - podstawiła sobie taborecik i już parasolka wisi.



A prosto to to nie było - córa musiała pomyśleć. 1 sekundę. ;P




- Wow - uzyskała słowa uznania od Starszego.
Więc cóż, Bestia Mała z taboreciku zleźć nie chciała. Chciała brylować przed bratem - oto sztuczka - wieszanie parasola. W końcu taborecik miał dość. Poleciał w jedną stronę a Młoda pleckami grzmotnęła o podłogę. W jednej sekundzie zamarł świat.
- Oooo, Jezu - wyszeptał syn.
Kiedy odzyskałam przytomność umysłu to Młoda już była w ramionach T. Płacz wielki. Strach nasz jeszcze większy.
Nawet syn przytulił się do Młodej mówiąc:
 -Nie płacz kochanie...
Na szczęście nie stało się nic. A przecież tych chwil nie zabraknie. Można do dziecka mówić, ale nic tak nie uczy jak upadek. Własny upadek. Najlepsza i najdroższa nauka to nauka na własnych błędach.









poniedziałek, 25 marca 2013

macabra sen

W piątek przestałam czuć cokolwiek. Nadchodził zmierzch. Wracając z rehabilitacji ułożyłam sobie plan spokojnego zdychania. Jako człowiek mogę zdechnąć na lajcie, ale jako matka -tylko odpowiedzialnie. Zatem poszłam dzielnie do szkoły, by zapisać syna. Zapewniałam synowi edukacje, a sobie spokojny sen. Tyle czasu odwlekałam to, że stwierdziłam, ze o jeden dzień za długo. Musiałam iść. Poszłam, nie zauważając oznaki pierwszego szaleństwa. Potem zakupy - załamało mnie pytanie:
- Łopatka czy schab?
Jezu, ścierwo to ścierwo a okazuje się, że jest różnica, hm... - ale po konsultacji ze sprzedawczynią dokonałam wyboru. Zamknęłam się kuchni. I przygotowałam obiad. Na te 3 dni. Oczywiście musiałam się ciachnąć nożem. Tak oto poszła pierwsza krew. Pierwszy cierń wbił mi się w skórę.

nawet naleśniki mi wyszły, taka chora byłam .........
(gulasz, rosołek - a co :D)


Nałykałam się dziwnych rzeczy, które jakoś mnie spionizowały, ale nie przywróciły przytomności myślenia. Matka przyprowadziła dzieci z przedszkola, ale nie miała czasu zostać. W końcu święta - trzeba sprzątać.
Dzieci mówiły do mnie po 10 razy mając przy tym ubaw. Piiiiiiiiik - sygnał domofonu zabrzmiał jak dzwon wybawienia. Wytrwałam na froncie.
- Cześć T. Jestem trupem. Znikam.
- Aleeeeeeee...
Padłam pod kołdrę. Cała mokra. Ale cóż z tego. Byłam mokrym trupem. Nieprzydatnym. Do niczego.
Na weekend.Cały.
Dzieci niezadowolone próbowały mnie wskrzesić. Kocham cię. Chodź się bawić. T jak dobry strażnik zabierał potomstwo od trędowatej. Wystarczą w tym domu jedne zwłoki. Kaszel był oznaką, że wciąż dyszę.
Raz oko mi się oko otworzyło, gdy Młoda ominęła patrol, wdarła się do mej samotni i zaśpiewała:
- Ona tańczy dla mnie ......
- Grrrrrryyyyyyyr?!
Maligna. Niespokojny sen. Wymiana piżam. Osobiste piekło. I Maluchy co czepiały się nogi
- No maaaamoooo.........
A mi było gorąco. Ogniście. Sen. Inkwizytorzy. Stosy. Mobbing średniowieczny.
 - Czy żałujesz za swe grzechy i wyznajesz wiarę w Kościół?
Na rękach krew. Co jest?!
Ale to tylko krew z nosa. Miał dość kataru. Wstaję. Też mam dość.
-T ........ -ledwo mówię i pokazuję chusteczkę.
A palce prawej ręki nie potrafią otwierać się, zamykać.  Skaczą przykurczowo. Co jest?!!!!!!!!?! Najmniejszy palec zamienił się w konika polnego. Klik klak. Zero płynności.
Mam wrażenie, że ciało zmęczone ułomnością powiedziało - koniec, no kurde, koniec. Poddaję się. I zaczęło się rozsypywać. Siedzę na brzegu piaskownicy życia i przesypuje własne prochy.
Schowałam się pod kołdrę.
- Tak, pójdę do lekarza, pójdę ....
Chciałam wstać z łóżka. Nie mogłam. Wokół rurki, kable, podłączenia. T siedzący obok. Cholernie smutny. Jakby ktoś mu zabrał Wiedźmina i zakazał grania do końca dni.
Gdzieś dalej matka z dziećmi. Syn wyrywa się. Chce biec do mnie. Chcę wstać. Nie mogę. Nie mogę nic.
Lekarz, którego nie zauważyłam mówi, że te oczy to błysk przytomności, ale to już koniec ........SZCZĘK.
Otworzyłam oczy ze strachu. Czyżby otworzyły się bramy piekła.....
Chciałam krzyknąć:
- Eli, eli...sabachthami?!
Ale......
To był zgrzyt drzwi. Do domu weszła matka ma.
- Nie jedziesz na rehabilitację?
- Nie mam sił
- Mogłaś zadzwonić, że T zostaje.
- Mamo, nie miałam sił
Matka wyszła. Ja zamknęłam oczy. Wrócił sen. Który mnie wskrzesił. Nie będę trupem za życia.
- T , wstawaj! jadę na ćwiczenia!
- Co?!
- Ludzie w łóżkach umierają. Wracam do życia.





środa, 20 marca 2013

bo cię zjem

Wstałam rano. Znowu o nieludzkiej porze. Zanim wyszłam przebudziła się Młoda. Porozmawiałyśmy.

-  Skarbie, muszę już iść, babcia zaraz przyjdzie. Spokojnie poczekaj, dobrze?
- Idź - krótka odpowiedź konkretnego człowieka.

Wyszłam. Młoda spokojnie poczekała na babcię, która parę minut później przyszła.

Z miesiąc temu  musiałam zostawić dzieciaki same w domu. Rozmawiałam z nimi wieczorem.
 - Jutro wychodzę z domu po 6.00, idę na rehabilitację i będę o 8.30 z powrotem. Synku patrz na godzinę, jak bedę o 8.30, rozumiesz?. Zostawię wam w kuchni talerze, płatki i mleko. Liczę na was i  -tutaj zwróciła m się do syna- kochanie bądź opiekunem dla Młodej. W porządku?Jakby coś się stało idź do sąsiada, dobrze?
I tak było. Poleciałam na ćwiczenia. Kiedy wróciłam to oboje spali.
- Bo tak lepiej było - skwitował Starszy.

Było to raz. Na drugi raz się nie odważyłam, choć wiem, że dzieciaki wymiatają, ale są to jednak dzieci. Dzieciaki traktuję poważnie. Dotrzymuję słowa, mówię jak jest - ufają mi. I być może dlatego mogłam sobie na to pozwolić. A może z natury są wyczepiste.

Poszłam do przedszkola po dzieci. Otwieram drzwi do sali Młodej, a tu podlatuje jakaś dziewczynka:
- Proszę pani a Młoda może przyjść do domu do mnie?
- Może.
- Huuuuraaa!!!! - drą się dziewczyny. Dziewczynka podbiega -zaczyna coś mówi, do mnie do Młodej? Nie wiem, ale przedszkolanka mówi, że to gaduła niesamowita. Młoda odkręciła się w stronę półek, a dziewczę zostało.
- Proszę pani dlaczego ma pani okulary? - dobiegło mnie pytanie dziewczęcia.
- By cię lepiej widzieć. A wiesz dlaczego mam takie duże zęby? - już się chichotam na numer, jaki wytnę.
- Nieeeeeee... 
- By cię zjeeeeeeeeść!!!Bo ja dzieci jem!!!!
- AAAAAAAAAAAAAA  - wydarła się i poleciała - prosze pani, prosze pani.........
Młoda w końcu wyszła w sali z odnalezionym, bardzo ważnym rysunkiem. A dziewczynka, no cóż, miała o czym mówić. hahahahahaha

 - Mamo a do zajączka też się pisze list? - temat na powrotną drogę idealny. Idą święta to zaczyna się.  A jaki głosik słodki. Miałam ochotę zajrzeć synowi pod kurtkę - może już mu skrzydła rosną?!
- Eeeeeee ...nie, możesz mi powiedzieć na ucho a mu przekaże.
- To ja chcę .......(i tutaj pada długa lista, dłuuuuuga liiiista)
 - Ok, powiem zajączkowi. - no maniak po prostu, maniak!!!

Było słonce i nie bylo mocnych -plac zabaw musiał być zaliczony

Po powrocie do domu dzieciaki rysowały. Młoda malowała księżniczkę, a syn postanowił księżniczkę narysować.



Zajrzałam na allegro, by zobaczyć co tam mają w temacie zamówień zajączkowych.. Wpada syn. Dzieci zawsze wiedza, kiedy mają przyjść. Pierwotny instynkt łowcy.
- O to ja chce to.
- Ok, to będziesz miał.
- Ale ty nie jesteś zajączkiem!!!!! - powiedział to z taką tonacją pełnej podejrzliwości, że z trudem powstrzymałam śmiech.
- No nie, ale mu powiem, wiesz badam teren, bo zajączek mnie po poprosił.
No nie mogę. Taki cwaniak, a w zająca wierzy. No ale każdy z nas ma wybiórczą wiarę w różne rzeczy. Wierzymy w to co nam najwygodniej. Tyle, ze nie zawsze słusznie.



Wieczorem pytam się syna:
- Gdzie śpisz?
- U ciebie.
- No weź to siara. Nie za duży jesteś?!
- Ale ja cię kocham
- Tak? No co ty?! - lubię się przekomarzać.
-Gdybym nie zwracał na ciebie uwagi to nie kochałabym cię, a tak to śpię u ciebie. Bo cię kocham.

I tak oto miedzy prysznicem a myciem zębów padła szybka definicja miłości - kochać kogoś to znaczy zwracać na kogoś uwagę i chcieć z nim być ( a najlepiej w łóżku !!! ahahahaha). Kurde, jaki mądry koleś.

Dzieciaki wpakowały mi się do wyra. Po przeczytanej bajce zajęły się zabawą. Układanka - Młoda burzy obrazek, a Starszy układa.








I ułożone. A ja zawsze z ostatnią kredką zostaję! Buuuuuuuuu..... Myślenie nie daje mi nic. No cóż, każdy jakiś defekt ma.
Jestem fanką swojego syna. I córki też.

Córka spod kołdry wymruczała:
- Mamusiu a to prawda ze niedobrzy chłopcy mają na bluzkach potwory, a dobrzy Scooby Doo?
- -Nie wiem, potwory to raczej wszyscy lubią, nawet ty.
- Nooo, a w Scoobym są potwory.
- No widzisz, więc nie możesz dzielić chłopaków na złych bądź dobrych patrząc na ich ubrania, prawda?! Bo potwór może być ze Scooby Doo i co?!
Nie odpowiedziała.  Zalałam ją słowem. Pewnie zaszyła się w myśli.

A ja idę zaszyć się pod kołdrę. By wstać o nieludzkiej porze.




granko do poduchy- God,s Bow -Follow - wymiatająca płyta, karma dla duszy, dryfując na obłokach marzeń, wiem że z dnia na dzień będzie lepiej i nadejdzie czas, gdy z dzieciakami pognam w las :D


https://www.youtube.com/watch?v=RRsiqJ4FNuw



https://www.youtube.com/watch?v=JkxTgXpOuEs



https://www.youtube.com/watch?v=gRnBWMRaNfs

wtorek, 19 marca 2013

ostatni śnieg

Moje tup, tup, czteronożne :D





 Wstaję o porze, kiedy najlepiej się śpi. Są jeszcze drogi, po których nie szedł nikt. O wpół do siódmej zazwyczaj przekręcałam się na lewy bok, a teraz wkładam nogę to obręczy -magnetronik. Zasypiam na krześle. By obudzić się do godzinnych ćwiczeń. A na sali sami "starzy znajomi". Choć tyle. By nie myśleć.

Czasami tracę nadzieję, ze wyjdę z tego. A nadzieja tonie w płynie. Jest coraz gorzej. Nawet przeklinać mi się nie chce. Nie chce mi się nic. Ale ból mówi, że żyję. Bo skoro czuję ból to trupem być nie mogę.  Choć teraz trupi wiodę żywot.


T wyjechał w poniedziałek na tydzień do pracy. A dzisiaj zadzwonił. Wow!!!!!!

 - Kochanie, schowaj do lodówki mleczko do kawy, bo na półce zostawiłem.

No to kuźwa się stęsknił.....hahaha. Pal licho -i tak nie dzieje się nic.





Poleciałam do mamy - podłączyć jej sprzęt do netu. Zamotałam się, nie tylko z podłączeniem do sieci, ale również w kule- wyrżnęłam orła. Matka zbladła:

- Czy ty nie możesz być normalna?!

Sieć została podłączona, a ja nie odłączyłam się od życia. Aczkolwiek wyobraźnia zaczęła działać.

Zadzwoniłam do T:

- Słuchaj, co byś zrobił, gdyby lekarze patrząc na mnie roślinę powiedzieli, odłączamy pańska żonę. Zgodziłbyś się czy poprosiłbyś o jeszcze jeden miesiąc i przez ten czas siedziałabyś przy mnie z nadzieją, ze jednak nieodwracalne jest odwracalne?

 - Kobieto ja pracuję! Kocham cię, pa!

Hm, fajnie, ale co ta miłość znaczy i jakie są jej granice?!



Wyszłam po dzieciaki do przedszkola. Ucieszyły się. Ostatnio rzadko mi się zdarza. Bo nie chce mi się nic. Ostatni śnieg, a może nie - dzieciaki na tej kupie zawisły, mocząc wszystko to, co dało zmoczyć się.















 A w domu zapanowała wiosna -Starszy pokazał rysunek. Biedronki, wiewiórki, kwiatki, tęcza. Słońce. I ślimaczek. Oraz jeżyka z rzeżuchą.










to wiewiórki, nie liski











A potem wpadł kumpel do Starszego. Chłopcy grali a Młoda tkwiła z nimi. Oczywiście medale musiały wisieć na szyjach. A Młoda musiała być przy M.






Syn zmienia się. Zaczyna powtarzać, przedrzeźniać, stroić miny. Czasami staje się nieznośny. Marudzi. Można do niego mówić, a on łazi po górach własnej wyobraźni.  Facet wpadł w okres zawisaka. Zawisa nad stołem nad kanapką, zawisa pod prysznicem, zawisa przy zakładaniu ubrań. A za chwile jest czaderskim kolesiem z którym można wszystko. By za chwile znowu  wszystko stało się "głupie i beznadziejne". I trwało wieczność.

Ćwiczyliśmy zadania logopedyczne. Wygłupiał się na maksa - nie było sensu ćwiczyć. I tak mnie wkurzył, bo mogłam sobie mówić, ze rzuciłam kartkami krzycząc:

- Idź sobie, daj mi spokój. Mam dość!!!!!

I co synek zrobił? Wziął kartkę i sam zaczął czytać:

- tosia ma kalosze, szare myszki.......

 Dotarło do niego, ze przesadził. I zachował się genialnie. Przeprosił. Prosił, by dalej ćwiczyć. A mi szczęka opadła, bo jednak Gad umie czytać, ale by tak siąść poczytać elementarz to nie ma mowy.

Młoda też mnie zaskoczyła - ułożyła sama pociąg złożony z alfabetu. Nawet jeśli kierowała się kolorami to i tak nieźle jej poszło. Logiczne myślenie jest lepsze od zapamiętanych kwestii.






I jak to powiedziała córka:

 - A ja czasem myślę, myślę i myślę i wiem.




A ja stanęłam na wagę. 66,6. 666 -liczba bestii.


Tu jest [potrzebna] mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.






Uciekam. Chowam się przed światem. Nie ma nic.










Tyle, ze obrazy nie dawały spać.













A miałam sen - biegłam. Bo nie ma nic fajniejszego niż pobiegać z dzieciakami.
Nosi mnie, nosi mnie.......do stu diabłów, jak jasna cholera, nosi mnie.

By to jasny szlag, cholera ....