wtorek, 5 marca 2013

lot nad kukułczym gniazdem

To jest ten kanał, do którego wleciałam. Kanał przed drzwiami wyjściowymi. Otwarta dziura w mroku zaczaiła się. Ale przecież nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycja, więc skąd mogłam wiedzieć, co czai się w odchodzących promieniach słońca?
Tam wpadłam. Wpadłam jedną nogą, bo na kolanie drugiej nogi zatrzymałam się.
AAAAAAAAA!!!!!!! to był lot. Lot nad kukułczym gniazdem.
Też psychika rozwalona. Chyba bardziej niż kolano.


Z książki Keseya zanucę sobie, po cichu, tak:

  Nikt nie jest naprawdę mocny, dopóki nie widzi, jak wszystko może być zabawne.

Ból zabił śmiech. Stałam się smutasem. Doła mam, kurde normalnie. Straciłam moc. Są flaki w oleju zamiast ognia z dupy.

Gdzie jest mój krok? Gdzie jest moje latanie po schodach? Gdzie jest moja noga?!
Szafa przepełniła się.  Uczucie niesmaku wciąż zatruwa duszę.


Pożyczony sprzęt, będzie ratował mnie.


Teraz nie pozostaje mi nic innego jak we własnym zakresie odzyskać nogę na tyle ile się da.
Da, da, ta dam ...

O ile Młoda da wleźć, bo wczoraj siedziała na tym pół dnia.
Znalazł się sposób na Alcybiadesa, znalazł się i sposób  na Młodą.



niedziela, 3 marca 2013

teatr cieni



Wściekanie się odnośnie wypadku z kanałem, jak i na decyzję lekarza o nagłym powrocie do pracy, odwiesiłam do szafy, gdzie wisi pełno rożnych rzeczy, których nie rozumiem. Odwiesiłam i już. Niech wisi, ale nie na mnie. Te ciuchy w rozmiarze "kurwa jego mać" za bardzo uwierają.
Zresztą wściekłość już nic nie zmieni.
Rozmyślania bla, bla, bla prowadzą na manowce niepokoju duszy.
A po co się samemu zatruwać?!
Co by było gdyby...-zabawka masochistów. Może doprowadzić do obłędu. Rozgoryczenia. Braku spokojnego snu. Wiercenia w brzuchu innym.
Każdy ma w sobie te cienie wściekłości. Można było tak postąpić tak powiedzieć tak zrobić. A jednak coś powstrzymało. Sztuka jest by otrząsnąć się jak kaczka po kąpieli. I polecieć swobodnie. Pogodzić się. Wyciszyć. Odepchnąć złe emocje.
Jest jak jest i tyle- sztuka pogodzenia się z rzeczywistością dowodzi naszej dojrzałości. Ważne jest co dalej można uczynić. I po doświadczeniu czynić tak, by było dobrze. Doświadczenie eliminuje błędy. A jak nie będzie dobrze, to cóż, widocznie tak musiało być. I trzeba dalej iść -szukając pozytywnych stron. Iść po jasnej stronie życia. Zawsze.
Warto jednak zostawić margines na przypadki. Margines "do zapomnienia". Na przypadki nie do przewidzenia. Taką szafę niepamięci.

Bo człowiekowi jak coś pójdzie nie pomyśli to wybucha. Rozmyśla, trawi, buzuje od emocji. Złych emocji.
Złe emocje mają szczęki, które nagryzają duszę. Nadgryziona dusza dusi. Cicha bomba pełna toksycznego gazu - jak wybuchnie rozpieprza wszystko to co dookoła jest.

Nie warto marnować energii na coś na co nie mam się wpływu.
Ważne są kolejne kroki.
Nic nie dzieje się przez przypadek. Wyświechtany tekst, ale wciąż ma nie zatarty sens.
Ale podobno przypadek jest nie przypadkowy. Podobno wszystko i tak gdzieś jest zapisane.
Ważne, by umieć wyjść z każdej sytuacji jaka zdarzy się.
Ważne, by umieć odwiesić zanim zacznie uwierać duszę.
Ważne, by samemu zachować twarz, duszę, kulturę, siebie.
Wyjść bez słomy w butach.

I pewnie nie przez przypadek czytałam  Blondynkę na Bali  będąc właśnie w tym punkcie życia jakim jestem.
Ten cytat dał mi fajnego, pozytywnego kopa.

To jest teatr cieni, wayang kulit. Ale w teatrze cieni jest tak samo jak w życiu. Trzeba wiedzieć, że wszystko ma swój kolor-nawet jeśli z zewnątrz jest niewidoczny. Cokolwiek się dzieje i ktokolwiek staje na twojej drodze -może się wydawać szary i niezrozumiały jak kukiełka w teatrze cieni, ale jeśli dobrze się wpatrzysz, to dostrzeżesz kolory. A jeśli będziesz mądry, to będziesz umiał te kolory zinterpretować i odczytać z nich wskazówkę do dalszej drogi.

Teatr cieni, czyli lalki wayang na Jawie - film

http://www.youtube.com/watch?v=NsdlIcjFqzk&feature=related

(materiał  z http://www.beatapawlikowska.com/diary,list,3108.html)


Paulo Coelho :
W magii i w życiu liczy się tylko chwila obecna. Nie mierzy się czasu jak odległości między dwoma punktami. "Czas" nie przemija. Największym problemem jest to, że człowiek nie potrafi skoncentrować się na teraźniejszości. Wiecznie roztrząsa, czy mógł coś zrobić lepiej, jakie będą konsekwencje jego czynów, dlaczego nie zareagował tak, jak powinien. Martwi się też o przyszłość: co będzie jutro, jakie należy podjąć kroki, jakie czyhają na niego niebezpieczeństwa, jak uniknąć zagrożeń i realizować marzenia. 


„Wszystko jest w Tobie. Złe emocje i dobre myśli. W życiu chodzi o to, żeby pozbyć się tych pierwszych i mieć jak najwięcej tych drugich. I to jest właśnie szczęście.”
- Beata Pawlikowska (z książki W dżungli niepewności)




 No to kurde, się otrząsnęłam. Odwiesiłam. I krzyczę:

- Witaj poniedziałku!!! Nadchodzę!!!


Powracam do życia wraz z wiosną.
Nie pozostaje nic innego jak tylko kwitnąć.
Powracam bez kul.
Wolne ręce doskonale odciążają konto.

: D





sobota, 2 marca 2013

nudnikofo2

Dzień dobroci dla zwierząt -Maluchy na zakupach szły trzymając się za ręce !!!! AAAA!!! Rzadki to widok. Ale jakże piękny.

   Albo  tańczyli sobie - po sklepie -adnotacja - nowość!



"Produkcja parówek" w wykonaniu Młodej - zaszyła się - "- Nie rób mi zdjęć". 

Młoda tym razem bawiła się sama, bo Starszy przepadł w grze:



Gra jest fajna. A jak ulga - pozamiatać świniami. Szkoda, ze tylko w wirtualu. No, ale zawsze coś.

Rozwalił mnie telefon teściowej. Zadzwoniła do T.

- Słuchaj, to jak Starszy idzie do szkoły to to wolne miejsce  w przedszkolu  po nim zaklepcie  dla syna znajomej .....

- Ahahahahaha. J a s n e ahahahahaha a jak się nie uda to zadzwonię do przewodniczącego partii. Ahahaha.... 

Niektórym czas zatrzymał się.




Oglądaliśmy z dzieciakami Epokę Lodowcową 2. Reklama musi być,  więc była. Jedna z wielu. Danonki, pla, pla, pla ..." każde dziecko wie, że jest źródłem wapnia i wielu witamin", na co syn wyparował:

 - Każde dziecko wie, że to sam cukier! Ale głupie są te reklamy.

Reklamie Nutelli też się dostało.

- Słodycze na śniadanie?! Tak nie można! Ale to głupie.

Jaki kurde mądrala i komentator, ulalala. Hahaha, może i dobrze. Nie będzie łykał reklam jak pelikan ryby.


A ja mam zamęt w głowie tym nieoczekiwanym powrotem do pracy. Chodzić chodzę, ale to nie jest ta noga. To nie jest ten chód. To nie jest to!!!! Szlag......Ech......Będzie jak ma być. Szef pożycza mi rowerek treningowy. Oby do wiosny. Albo następnego zwolnienia.




piątek, 1 marca 2013

szokiking

Jestem w szoku. Weszłam do gabinetu białego kitla. Kazał zgiąć mi nogę, wyprostować. Stwierdził -leczenie zakończone.
-Proszę odstawić kule i wraca pani do pracy.
-Że jak?! Tak o? po prostu? Mogę już iść? Bez choćby tygodniowej takiej próby jak noga pracuje bez kul?!
- No tak. Na rowerku treningowym proszę ćwiczyć.

Koniec. Mam wracać. A jak będzie mi kolano uciekać mam wrócić -będzie rekonstrukcja. Dyskusja nie miała sensu. Leczenie zakończone!

W pracy się cieszą, bo odciążę ich, a ja nieeeeeeeeeeeeee.



Praca. Osobny temat. Będę tkwić pomiędzy babą cierpiącą z powodu menopauzy, a babą cierpiącą z powodu zbliżającej się menopauzy. I facetem, który waży jak my wszystkie trzy.
Cóż,  znowu będę czytać książki ...





czwartek, 28 lutego 2013

brzydkie słowo

Kaszel mi nie odpuszcza. Ratuję się czym mogę, ale nie przechodzi. Ból głowy, rozbicie, totalna rozpierducha. Ale już wiem, że to tylko przeziębienie. Nie astma, nie alergia, tylko zwyczajne przeziębienie. Kaszel, kaszelek w takim wydaniu cieszy. Kolejna świetna wiadomość w tym roku. Wychodzę na prostą. Biegnę w stronę słońca. Ma być dobrze, będzie dobrze. Będzie, że auć odlotowo!!!!


Synek znowu sam przybiegł z przedszkola do domu. A niech biega. Kiedyś sam będzie musiał się poruszać, więc cóż -niech się uczy.

- No i co tam ? Jak ci minął dzień?
- Napisałem dzisiaj brzydkie słowo - ze śmiechem mówi urwis.
- Brzydkie słowo? Jakie?  - o,żesz, zaczynam robić wielkie oczy, a w głowie myśli przebiegły jak tabun koni.
- Idiota
- IDIOTA?! - (uuuuffffffffffff, tylko idiota)
- No! Idiota!
- A skąd ty wziąłeś to słowo? - hm...Dostojewskiego nie czytałam synkowi (jeszcze, hahaha), a jak się T zbierze to owszem dostaje ode mnie pociskiem słownym, ale cięższego kalibru.
- Bo lord Vader tak powiedział .... (tu padła cała opowieść dziwna)
- Lord Vader? Skąd znasz Lorda? - kiedyś Starszy oglądał Gwiezdne Wojny, ale bez zapału.
- A chłopaki mówili, bo w angry birds .... (pla, pla, pla)

Aha! Przedszkolne wychowanie spod dywanu!
I tak od słowa do słowa wyszło to co wyszło. Niby codziennie rozmawiam z synem, a jednak codziennie mnie czymś zdumiewa.  A ile rzeczy nie wiem? Chyba lepiej nie wiedzieć.

Fajny pomysł - urodzinowy wisiorek z cukierków - w przedszkolu każde dziecko dostało taki prezencik
od jubilata




Młoda chciała, by jej wybudować zjeżdżalnię dla kulek, bo sama nie umie. Syn powiedział, że on to zrobi. Bawili się razem świetnie. Zbudował idealnie, bez pomyłki. A potem nadszedł czas książki.







Młodych zaintrygował balon. Bo jak leci?!

Poszliśmy do kuchni, odkręciłam palnik i tłumaczyłam czym jest nagrzane powietrze i jakie ma działanie. Przeprowadziliśmy badania - rączki jak i kartka papieru nad palnikiem uzmysłowiły im o czym mówiłam.

A potem zajęli się rysowaniem.
Myszka Miki -wyk. Starszy

Wesoły ziemniak -Młoda (Starszy zdradził, ze jej pomógł)



Nadszedł czas kolacji. Dobry czas na rozmowę.Bo jak to baba ma nie wiedzieć czegoś?! Nie ma takiej opcji. Dopadłam młodzieńca pytaniami  próbując docisnąć  do ściany.

-Kochanie, to o czym właściwie rozmawiasz z chłopakami?!
- Nie powiem - ha! twardziel. Hm...
- Jak to mamie nie powiesz! No weź....
- Ale nie chce mi się już gadać.
- Ale mi się chce słuchać. Dawaj chłopie
-O Angry birdsach mówimy -łeeee tylko tyle?! Hm....oj,oj,oj
- Ale ty to znasz?
- No przecież wczoraj graliśmy w to, nie pamiętasz.
 - No dobra, ale tam nie było Lorda!

http://gry.337.com/gamelist/Angry%20Birds/
http://www.yepi.com/pl/angry-birds.html

Pogadaliśmy sobie. Synek pokazał jak narysował Lorda Vadera z Angry Birds Star Wars. Ja zaś muszę zanurkować w neta, by zobaczyć o co chodzi. Gdzie ten Lord?!?!


Lord V. w wyk. starszego

Starszy poleciał pod prysznic, a my z Młodą wygłupialiśmy się na łóżku. Jak się skichałam to z 7 razy. Potęga. Kurde, prawie w majty poszło.

-Na zdrowie! - padło z łazienki, ach, ten mój synuś.  A córka wyrwała z łózka, podbiegła do szafki i :
-Fajna jestem, co? -powiedziała wręczając mi chusteczki.

Jestem fanką swoich dzieci. I to im mówię -przerosły moje najśmielsze marzenia.





Godzina 23.30 siedzę jeszcze przy kompie. Nałóg większy niż choroba. Powoli zamykam wszystko, gdy nagle kątem oka co widzę ?!

CHOMIKA!!!!!!!!!!!!
Wieczorny zonk!
Jebaniec znowu uciekł!!!!
Czmychnął spod mojej nogi pod kanapę. Ale dopadłam go. Uf.
- O, żesz ty orzeszku!
Spojrzenie na klatkę - oto nowa droga do wolności.





A takie to to małe i niewinne. Ciekawe co tym razem wywinie?!
Aż strach spać :D

A propos spania - gdzie ja mam spać??!!! :))))





Znowu czeka mnie trening w nurkowaniu. Moje łóżko oblężone!

KARRAMBA! :)




Do poduchy:

https://www.youtube.com/watch?v=CcwUq8D1H78&list=PLED07D36CDF40DA4F








chomikofo

Wieczorem postanowiłam upolować chomika. Ustalić, którędy myka. Już ja cię dorwę Maleńki, a jak. Chomiś przebudził się i zaczął pałętać się po klatce. Siadłam sobie z książką i zerkam na sierściucha. A chomiś, nie głąb, zaczął sobie robić toaletę. A to umył łapki, a to uszka, a to się naskubał i wydrapał. Poszedł do miski, poszedł napić się. No głupa rżnie, ze nie mogę. Po pół godzinie stwierdziłam, o,nie brachu, tak bawić się nie będziemy. Zgasiłam światło i poszłam do pokoju. W mieszkaniu zapanowała ciemności i cisza. Nastawiłam radary. Nie minęło 5 minut jak usłyszałam lekkie BACH!. A MAM CIĘ GAMONIU, HEHEHE! A jak , Zygmunt był już na szafce, poza klatką. O ty łobuzie!!! Okazało się, ze dziura od rury nie była dobrze zakryta i  dzięki tej szparze wyłaził sobie na nocne spacerki. Ale czy on to zrobił czy to moje niedopatrzenie, któż to wie. Z czasem wszystko wyjdzie na jaw.

Teraz pałęta się jak nieszczęśliwiec. Niech kombinuje.



Dzieciaki zluzowały na maksa. Nie chce im się wstawać, nawet o 7.30. Od momentu mojego zwolnienia lekarskiego straciły poranny rytm i "rygor". Wczoraj zostały w domu z powodu pokaszliwań, ale, ze wszystko wydaje się być w porządku, więc koniec laby i dzisiaj do przedszkola marsz. Ale łobuziakom nie chciało się wstawać, bo one chcą zostać w domu. W końcu nadeszła minuta ostateczna. W akcji porannego zamieszania straciłam równowagę. Machanie łapkami i refleks uratowały mnie przed upadkiem. Zaklęłam okrutnie:
-Szlag! Jasny!
A moja córa tak stojąc z boku, tak patrząc filuternie spod grzywki, która włazi jej w oczy, rzekła spokojniutko:
- Oj, Arte, uspokój się.....
O mało co, nie fiknęłam drugi raz.


Pogoda zrobiła się piękna w sam raz na spacer. To poszłam sobie tu i tam. Przeszłam ulicą "cudów". Ulica ta leży niedaleko brzegu rzeki. Stare, zaniedbane kamienice wymieszane z blokami PRLu. Życie toczy się na ulicy. Pełno też Cyganów, którzy są narodem wielce hałaśliwym.
Idę sobie spokojnie. Facet mnie mija.
- O taka fajna kobieta, ładna a już kaleka. Niech się pani nie martwi, życzę pani dużo powodzenia.
O mało co, a zabiłabym się o kule ze śmiechu. A że o gustach nie dyskutuje się to odparowałam:
- Dzięki. Panu też życzę powodzenia.
- O proszę pani w moim wieku to wie pani...
- Nie wiem, No to życzę dużo zdrówka.
I poszłam z takim bananem na twarzy, ze ja cię nie mogę. Szkoda,że nie zerknęłam do reklamówki  faceta, co on tam targa, bo też kupiłabym to. O, żesz, mocny trunek musiał być.
- Dobrze, ze zima się skończyła, to może pani spokojnie iść - następny facet rzuca złotą myślą. Nie mogę, hahaha. Tym razem podpieracz murka. Na zabicie oczekiwania najlepsza rozmowa. Kac może mniej boli.
- Wie pan, gdyby zima była to założyłabym narty, w końcu kijki mam.
I poszłam cała zakaszlana ze śmiechu. Oto pierwsze kwiatki nadchodzącej wiosny. Świat zaczyna weseleć.




środa, 27 lutego 2013

codziennik

Musieliśmy pojechać na fuszki. Musieliśmy, bo nie mogę prowadzić, więc T wrobiłam w bycie  kierowcę moim. Przygnębiająca utrata wolności. Nic tak nie boli jak utrata niezależności.
Dzieciaki zostały z babcią, a my pognaliśmy tam, gdzie pognać musieliśmy. Fajnie się kasę bierze, szkoda tylko, ze trzeba na nią pracować.

 Wróciliśmy po siódmej wieczorem. W przedpokoju przywitały nas wszędzie suszące się prace malarskie naszych maleństw. A wśród nich zobaczyłam perełkę:


Dzieło Starszego mnie powaliło. Nie zdjęłam kurtki, nie zdjęłam butów po prostu stałam cała oniemiała z zachwytu. Twarz i dwie postacie. Tajemniczość. Życie. Ludzie. Morze niedopowiedzeń. I morze myśli. Przepięknie to wyszło. A jednak każdy malować może. A ja napatrzeć się nie mogę.

Dzieciaki były nie obrobione.  Nie dały się babci zaprowadzić ani do kuchni, ani do łazienki. Babcia natomiast jakoś nie walczyła z oporem maluchów, bo w końcu w telewizji leciał serial, jej serial. Każdy emeryt seriale swoje ma i basta.
Z T podzieliśmy się terenem. Ja opanowałam łazienkę, a T królował w kuchni. System zmianowy jest boski. Pół godziny później maluchy nakarmione i w piżamkach czekały na swoją dawkę  Świata  Małej Księżniczki.
Obejrzeliśmy w czwórkę. Zabawne. Buzi, buzi, tuli, tuli i sio do wyrek.

- A poczytasz mi? - Starszy przydreptał. Dzieci są jak bumerangi normalnie.
- Pewnie- takich rzeczy się nie odmawia. Choćby się chrypiało z leksza.
- A mi też?! - Młoda przecież nie może być gorsza.
- Jasne.

Starszy wybrał Koziołka Matołka a Młoda - Kubusia Puchatka. Kubusia Puchatka to w sumie czytałyśmy we dwie - ja litery a córka obrazki. I znowu tuli tuli, cmok, cmok i do spania sio.

Łyknęłam garść leków na przeziębienie i sama wpakowałam się do wyrka swego. A co. W końcu doczekałam się chwili ciszy i wolności i ukojenia
 - A mogę przyjść do ciebie - się wydobyło z pokoju dzieci - chcę się przytulić...
- Pewnie. Sie pytasz!! - tyle razy mówiłam dzieciakom, nie pytać przyłazić, ale widocznie wiedzą swoje. Hm...Że kultura zobowiązuje do pytań!!! Ha, ha, ha...
Młoda przyleciała z bananem na twarzy. Mruknęła kocham cię mamo i po chwili zasnęła.
A ja zasnąć nie mogłam. Odłożyłam książkę i dla odmiany włączyłam tv. Leciał program o internecie. O pułapkach w sieci,  jakie sami sobie tworzymy. Pracodawcy kontrolują pracowników. Łatwo jest wyśledzić wszystko. Jedno zdanie żyje swoim życiem. Co wpadło, nie wypadnie. Internet nie zapomina. Pamięta wszystko. Warto dać się zapomnieć. Nie wchodzić. Odejść. Może w życiu nie ma drogowskazów, ale są znaki. Kolejny znak. Myślenie przybrało na intensywności. A rozważam to od od od.
Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by móc otworzyć inne. Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by nie stać w przeciągu, kiedy otwieramy następne drzwi. Stojąc bowiem w przeciągu łatwo można nabawić się kataru. Nie ma to jak zdrowie. A kich. Albo drzwi mogą nam przywalić w głowę. A głowy lepiej nie tracić.
Program sobie leci, myśli sobie płyną..... BACH.
- Co to było? 
- Nie wiem. Może coś spadło?! - mruknął T. Też faceta coś zmogło coś, bo oderwał się od kompa.
- Może. Hm, ciekawe co?
Program sobie leci, myśli  przetaczają się przez głowę  ...Jeeeeeeezzzzzzzzzzzuuuuuuu!!!!!!!!!
-Cholera, Zygmunt nie piszczy! 
- Ze co? - słyszę po mruknięciu mruczącym, że T tracił kontakt ze światem.
- Nosz kurde, kółko nie skrzypi, ty on uciekł!!!
- E ..
Podeszłam do klatki. Klatka zamknięta. Domek pusty. Nigdzie śladu Zygmunta. Sierciuchdał drapaka. W mordę jeża. No nie zasnę i tyle.
Siedzę i nasłuchuję. Wołam. Gwiżdżę. Nic. Zaszył się gdzieś. Skubaniec!
Pierdolca idzie dostać!








wtorek, 26 lutego 2013

s t r a c h

Wieczorem dzieciaki zaczęły pokaszliwać . Uuuuuu, niedobrze. Mnie zresztą też zaczął świat falować. Wieczorne szprycowanie i sen. Może minie wraz z nocą? Oby.

Godzina 6.35, wstaję jak zwykle, codziennie, do znudzenia, klnięcia pod nosem, niewyspania. . Godzina najlepszego snu. Wstaję nie żyjąc. Jakby mi było mało to przeziębienie rozwinęło skrzydła. Kosmos, normalnie.
Wylazłam z wyra. Siedzę i składam rzeczywistość w jeden kawałek. Nie jest dobrze...
Patrzę, a tu jakiś poruszający się cień . Magliny mam!!! Jak nie ryknę zachrypniętym gardłem:
- AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Tak straciłam głos.
A cień przybiegł do mnie. CHOMIK!
Kurde, znowu zbój sobie sam wylazł z klatki! Przyleciał do mnie i myk na ręce. Musiał nieźle poszurać, bo jak dopadł do picia do pił i pił i pił.
Chomik duszę ma-nasz smyk! ha, ha, ha.

Syn wstał, córka nie. Budziła się budziła w końcu zachrypniętym głosem powiedziała:
- Ciężko wstawać.

Została w domu, a Starszy poleciał do przedszkola.

- Ooooo, mgła.
- Nooo, ktoś mleko rozlał.
- Szkoda, że nie mamy wiatraków.
- A co? rozgoniłabyś mgłę?
- Nooo, jak Myszka Miki.

To jesteśmy we dwie w domku. A moja fucha leży odłogiem. Ech.....














poniedziałek, 25 lutego 2013

zaplątanie

Przed godziną dziewiątą rodzinka podrzuciła mnie do chirurga, a sami pojechali do miasta a jakże wielce wojewódzkiego.
Wizyta u chirurga była szybka -zdjęcie szwów i do widzenia. Za dwa tygodnie będą wyniki i mam dzwonić. Wracałam sobie piechotką łapiąc nieśmiałe promyki słońca. Miałam uciechę na myśl co by było gdybym połamała sobie dwie ręce. Ale to by było. Aż strach myśleć hahahaha. Zza zakrętu wyłonił się były mój szef. Dzień dobry, dzień dobry.
_ Niech pani uważa, proszę  iść pomału, bo jest ślisko.
- Oczywiście. Uważam, uważam.
Kurde, oto anioł co czyta w moich myślach. Ahahaha. Doszłam do domu. Kule oparłam o drzwi. Szukam kluczy. Szukam kluczy. Szukam kluczy. Kurde ! NIE MAM KLUCZY!!!! O ja cię nie mogę, jak?! Brałam je przecież. Opadłam z sił normalnie. T  z matką gdzieś tam i co? I dupa blada.

Same kołki, normalnie.




Zadzwoniłam do T. Dopiero co dotarli na miejsce i nie wiadomo, kiedy wrócą.

- Ale przecież brałaś klucze
- Wiem, ale ich nie mam. Trudno. Poradzę sobie.
- Ty naprawdę trzepnięta jesteś.
- Zaraziłam się od ciebie.

Zadzwoniłam do kumpel. Bezrobotnych, sztuk dwie. Bo robotne to grzeją krzesła czy kawę pija w pracy o tej porze. Okazało się, że bezrobocie szurało po chodnikach miejskich.

- Szlag, hahahaha, że też nie macie spania!

Trudno. Sąsiad z naprzeciwka zapraszał na kawę, ale podziękowałam. Nie będę głowy zawracać. 

Zasiadłam na schodach, muza w uszy, telefon w ręku i jest miodzio. Jak za dawnych szkolnych lat. Tak naprawdę człowiekowi do szczęścia niewiele brakuje. Wow, odkryłam, że w telefonie mam sudoku. O, żesz! A telefon mam dwa lata.Wciągnęło mnie i nagle zrobiła się godzina 11.00. Cudownie. Nadszedł czas, by wyruszyć do kolejnego lekarza. Taki dzień bonusów. I znowu szłam sobie w nieśmiałych promykach słonecznych brechtając się pod nosem ze swojego roztrzepania.
Dotarłam do przychodni. W przychodni jest genialna rzecz- WC!!! WC!!! Wpadłam, co za ulga!!! Ręce trafiły do kieszeni bluzy i........cholera!!!!! mam klucze!!!!!!!! Mam klucze?!!!!!!! Ryknęłam śmiechem. Nie wierzę.

Trzeba być niezłym zakrętasem- by siedzieć pod własnymi drzwiami z kluczami w bluzie. Boże, pomożesz czy jest już za późno?!?!


Zadzwoniłam do mamy, że klucze znalazłam, że były w bluzie. Nie dokończyłam.  Mama  tak zaczęła się śmiać, aż telefon wyłączyła. A chciałam powiedzieć, że nie muszą się spieszyć. No ale to chyba logiczne.

Siedziałam  na kozetce w gabinecie pielęgniarki jak otworzyły się drzwi. Mama?! Nie wierzę. Co mi pielęgniarka wkłuła?! Miały być tylko testy pokarmowe. Niezłą mam alergię, jak mi się na oczy rzuca.
- Dzień dobry, Córki szukam. O jest, czekamy na ciebie. - i cieszy się na mój widok. Cieszy? Ona się śmieje.
- Jest, jest -pielęgniarka potwierdziła mechanicznie
-O cześć, dzięki. - udało mi się wykrzesać z siebie.

T z mamą, jak tylko załatwili sprawę, szybko wrócili do miasta naszego. I choć prosiłam, by nie przyjeżdżali to jednak wpadli do przychodni. Cali uchachani.

- Cała Arte. Oj, córa córa..
- I ja mam z nią żyć?! Po takim czasie to to przeterminowane ani oddać ani wyrzucić bo jednak żal...

Żartowali ze mnie do wieczora....




Poniedziałek zaczął się przepięknie.
A że przyganiał kocioł garnkowi....Wieczorem T. poszedł wynieść śmieci. Tyle, ze zapomniał je wziąć. 










niedziela, 24 lutego 2013

chirurg




Chirurg rzeźnik zrobił mi "chrząszczyki" na nogach. T jak zobaczył, padł:
- Szkoda, ze nie naciągnął ci skóry jak worka ziemniaków i po prostu nie obwiązał. Masakra.



Nogi mam opuchnięte. Ciocia, notabene pielęgniarka, mówi, jak zobaczyła moje giry, ze muszę zrobić coś tam Dopplera. Nie wiem, mam dość lekarzy. Kończę z nimi. Bo się normalnie rozkładam.
Mam dość tych kul. I wszystkiego. Nie znoszę uzależnień. Bycia skazanym na brak niezależności. Zawsze z tego co mnie dusi wychodzę. Z czasem odzyskuję rozum. A potem tracę oczy i znowu coś się wpierdzielam. Ha, ha, 
Oka zresztą o mało co nie straciłam. Córka wychodziła z w łóżka i oparła się ręką o moją głowę. A co tam. Tyle że palec wsadziła mi w oko. No.


Dzieciaki wyszły z łazienki. Myły zęby.
-A ty masz plamę na piżamie - mówi Młoda do Starszego w tonie "he he he he". 
- A ty też, patrz.
- Ale z wody To wyschnie.

- Mamusiu, jak chcę jeździć na rowerku.

- Ja też ale musimy poczekać na wiosnę. 
- Ale tym masz chorą nogę -córcia powiedziała to z taką nutą smutku, że nie  mogę
- Kochanie, ale to mija. Będzie dobrze. Będziemy jeździć na rowerach, zobaczysz. Niech tylko wiosna przyjdzie.
-No a jak będziesz mieć zdrową nogę to będziesz jeździć na rolkach.
-Pewnie. Może z Tobą. Kupimy ci rolki, co ty na to?
-Tak? Dziękuję! Dziękuję! Chcę różowe, Nie, fioletowe. Nie , kolorowe.
Zawsze coś chlapnę i dziecię nakręciwszy się nie chciało iść spać. Magia rozmów do poduchy.
- Mamo, a jak będę mieć urodziny to też będę mieć tort?
- Pewnie, i to taki duży.
- I będę dmuchać świeczki? -radocha, entuzjazm, włożone w każde słowo. Oo, rozkręca się.Ups.
-Jasne kochanie. 
-I przyjdą moi goście?
-Oczywiście
- I koleżanki też. Koleżanki to goście.
 - Jasne, kochanie. To będą twoje urodziny.

Kurczę, córka zabiła marudę we mnie. Entuzjazm wrócił. Jest jak jest i tyle. W końcu i to minie. Są rzeczy ważniejsze. Zresztą marudzić nie mam co. Bo mam na kogo liczyć.