czwartek, 28 lutego 2013

brzydkie słowo

Kaszel mi nie odpuszcza. Ratuję się czym mogę, ale nie przechodzi. Ból głowy, rozbicie, totalna rozpierducha. Ale już wiem, że to tylko przeziębienie. Nie astma, nie alergia, tylko zwyczajne przeziębienie. Kaszel, kaszelek w takim wydaniu cieszy. Kolejna świetna wiadomość w tym roku. Wychodzę na prostą. Biegnę w stronę słońca. Ma być dobrze, będzie dobrze. Będzie, że auć odlotowo!!!!


Synek znowu sam przybiegł z przedszkola do domu. A niech biega. Kiedyś sam będzie musiał się poruszać, więc cóż -niech się uczy.

- No i co tam ? Jak ci minął dzień?
- Napisałem dzisiaj brzydkie słowo - ze śmiechem mówi urwis.
- Brzydkie słowo? Jakie?  - o,żesz, zaczynam robić wielkie oczy, a w głowie myśli przebiegły jak tabun koni.
- Idiota
- IDIOTA?! - (uuuuffffffffffff, tylko idiota)
- No! Idiota!
- A skąd ty wziąłeś to słowo? - hm...Dostojewskiego nie czytałam synkowi (jeszcze, hahaha), a jak się T zbierze to owszem dostaje ode mnie pociskiem słownym, ale cięższego kalibru.
- Bo lord Vader tak powiedział .... (tu padła cała opowieść dziwna)
- Lord Vader? Skąd znasz Lorda? - kiedyś Starszy oglądał Gwiezdne Wojny, ale bez zapału.
- A chłopaki mówili, bo w angry birds .... (pla, pla, pla)

Aha! Przedszkolne wychowanie spod dywanu!
I tak od słowa do słowa wyszło to co wyszło. Niby codziennie rozmawiam z synem, a jednak codziennie mnie czymś zdumiewa.  A ile rzeczy nie wiem? Chyba lepiej nie wiedzieć.

Fajny pomysł - urodzinowy wisiorek z cukierków - w przedszkolu każde dziecko dostało taki prezencik
od jubilata




Młoda chciała, by jej wybudować zjeżdżalnię dla kulek, bo sama nie umie. Syn powiedział, że on to zrobi. Bawili się razem świetnie. Zbudował idealnie, bez pomyłki. A potem nadszedł czas książki.







Młodych zaintrygował balon. Bo jak leci?!

Poszliśmy do kuchni, odkręciłam palnik i tłumaczyłam czym jest nagrzane powietrze i jakie ma działanie. Przeprowadziliśmy badania - rączki jak i kartka papieru nad palnikiem uzmysłowiły im o czym mówiłam.

A potem zajęli się rysowaniem.
Myszka Miki -wyk. Starszy

Wesoły ziemniak -Młoda (Starszy zdradził, ze jej pomógł)



Nadszedł czas kolacji. Dobry czas na rozmowę.Bo jak to baba ma nie wiedzieć czegoś?! Nie ma takiej opcji. Dopadłam młodzieńca pytaniami  próbując docisnąć  do ściany.

-Kochanie, to o czym właściwie rozmawiasz z chłopakami?!
- Nie powiem - ha! twardziel. Hm...
- Jak to mamie nie powiesz! No weź....
- Ale nie chce mi się już gadać.
- Ale mi się chce słuchać. Dawaj chłopie
-O Angry birdsach mówimy -łeeee tylko tyle?! Hm....oj,oj,oj
- Ale ty to znasz?
- No przecież wczoraj graliśmy w to, nie pamiętasz.
 - No dobra, ale tam nie było Lorda!

http://gry.337.com/gamelist/Angry%20Birds/
http://www.yepi.com/pl/angry-birds.html

Pogadaliśmy sobie. Synek pokazał jak narysował Lorda Vadera z Angry Birds Star Wars. Ja zaś muszę zanurkować w neta, by zobaczyć o co chodzi. Gdzie ten Lord?!?!


Lord V. w wyk. starszego

Starszy poleciał pod prysznic, a my z Młodą wygłupialiśmy się na łóżku. Jak się skichałam to z 7 razy. Potęga. Kurde, prawie w majty poszło.

-Na zdrowie! - padło z łazienki, ach, ten mój synuś.  A córka wyrwała z łózka, podbiegła do szafki i :
-Fajna jestem, co? -powiedziała wręczając mi chusteczki.

Jestem fanką swoich dzieci. I to im mówię -przerosły moje najśmielsze marzenia.





Godzina 23.30 siedzę jeszcze przy kompie. Nałóg większy niż choroba. Powoli zamykam wszystko, gdy nagle kątem oka co widzę ?!

CHOMIKA!!!!!!!!!!!!
Wieczorny zonk!
Jebaniec znowu uciekł!!!!
Czmychnął spod mojej nogi pod kanapę. Ale dopadłam go. Uf.
- O, żesz ty orzeszku!
Spojrzenie na klatkę - oto nowa droga do wolności.





A takie to to małe i niewinne. Ciekawe co tym razem wywinie?!
Aż strach spać :D

A propos spania - gdzie ja mam spać??!!! :))))





Znowu czeka mnie trening w nurkowaniu. Moje łóżko oblężone!

KARRAMBA! :)




Do poduchy:

https://www.youtube.com/watch?v=CcwUq8D1H78&list=PLED07D36CDF40DA4F








chomikofo

Wieczorem postanowiłam upolować chomika. Ustalić, którędy myka. Już ja cię dorwę Maleńki, a jak. Chomiś przebudził się i zaczął pałętać się po klatce. Siadłam sobie z książką i zerkam na sierściucha. A chomiś, nie głąb, zaczął sobie robić toaletę. A to umył łapki, a to uszka, a to się naskubał i wydrapał. Poszedł do miski, poszedł napić się. No głupa rżnie, ze nie mogę. Po pół godzinie stwierdziłam, o,nie brachu, tak bawić się nie będziemy. Zgasiłam światło i poszłam do pokoju. W mieszkaniu zapanowała ciemności i cisza. Nastawiłam radary. Nie minęło 5 minut jak usłyszałam lekkie BACH!. A MAM CIĘ GAMONIU, HEHEHE! A jak , Zygmunt był już na szafce, poza klatką. O ty łobuzie!!! Okazało się, ze dziura od rury nie była dobrze zakryta i  dzięki tej szparze wyłaził sobie na nocne spacerki. Ale czy on to zrobił czy to moje niedopatrzenie, któż to wie. Z czasem wszystko wyjdzie na jaw.

Teraz pałęta się jak nieszczęśliwiec. Niech kombinuje.



Dzieciaki zluzowały na maksa. Nie chce im się wstawać, nawet o 7.30. Od momentu mojego zwolnienia lekarskiego straciły poranny rytm i "rygor". Wczoraj zostały w domu z powodu pokaszliwań, ale, ze wszystko wydaje się być w porządku, więc koniec laby i dzisiaj do przedszkola marsz. Ale łobuziakom nie chciało się wstawać, bo one chcą zostać w domu. W końcu nadeszła minuta ostateczna. W akcji porannego zamieszania straciłam równowagę. Machanie łapkami i refleks uratowały mnie przed upadkiem. Zaklęłam okrutnie:
-Szlag! Jasny!
A moja córa tak stojąc z boku, tak patrząc filuternie spod grzywki, która włazi jej w oczy, rzekła spokojniutko:
- Oj, Arte, uspokój się.....
O mało co, nie fiknęłam drugi raz.


Pogoda zrobiła się piękna w sam raz na spacer. To poszłam sobie tu i tam. Przeszłam ulicą "cudów". Ulica ta leży niedaleko brzegu rzeki. Stare, zaniedbane kamienice wymieszane z blokami PRLu. Życie toczy się na ulicy. Pełno też Cyganów, którzy są narodem wielce hałaśliwym.
Idę sobie spokojnie. Facet mnie mija.
- O taka fajna kobieta, ładna a już kaleka. Niech się pani nie martwi, życzę pani dużo powodzenia.
O mało co, a zabiłabym się o kule ze śmiechu. A że o gustach nie dyskutuje się to odparowałam:
- Dzięki. Panu też życzę powodzenia.
- O proszę pani w moim wieku to wie pani...
- Nie wiem, No to życzę dużo zdrówka.
I poszłam z takim bananem na twarzy, ze ja cię nie mogę. Szkoda,że nie zerknęłam do reklamówki  faceta, co on tam targa, bo też kupiłabym to. O, żesz, mocny trunek musiał być.
- Dobrze, ze zima się skończyła, to może pani spokojnie iść - następny facet rzuca złotą myślą. Nie mogę, hahaha. Tym razem podpieracz murka. Na zabicie oczekiwania najlepsza rozmowa. Kac może mniej boli.
- Wie pan, gdyby zima była to założyłabym narty, w końcu kijki mam.
I poszłam cała zakaszlana ze śmiechu. Oto pierwsze kwiatki nadchodzącej wiosny. Świat zaczyna weseleć.




środa, 27 lutego 2013

codziennik

Musieliśmy pojechać na fuszki. Musieliśmy, bo nie mogę prowadzić, więc T wrobiłam w bycie  kierowcę moim. Przygnębiająca utrata wolności. Nic tak nie boli jak utrata niezależności.
Dzieciaki zostały z babcią, a my pognaliśmy tam, gdzie pognać musieliśmy. Fajnie się kasę bierze, szkoda tylko, ze trzeba na nią pracować.

 Wróciliśmy po siódmej wieczorem. W przedpokoju przywitały nas wszędzie suszące się prace malarskie naszych maleństw. A wśród nich zobaczyłam perełkę:


Dzieło Starszego mnie powaliło. Nie zdjęłam kurtki, nie zdjęłam butów po prostu stałam cała oniemiała z zachwytu. Twarz i dwie postacie. Tajemniczość. Życie. Ludzie. Morze niedopowiedzeń. I morze myśli. Przepięknie to wyszło. A jednak każdy malować może. A ja napatrzeć się nie mogę.

Dzieciaki były nie obrobione.  Nie dały się babci zaprowadzić ani do kuchni, ani do łazienki. Babcia natomiast jakoś nie walczyła z oporem maluchów, bo w końcu w telewizji leciał serial, jej serial. Każdy emeryt seriale swoje ma i basta.
Z T podzieliśmy się terenem. Ja opanowałam łazienkę, a T królował w kuchni. System zmianowy jest boski. Pół godziny później maluchy nakarmione i w piżamkach czekały na swoją dawkę  Świata  Małej Księżniczki.
Obejrzeliśmy w czwórkę. Zabawne. Buzi, buzi, tuli, tuli i sio do wyrek.

- A poczytasz mi? - Starszy przydreptał. Dzieci są jak bumerangi normalnie.
- Pewnie- takich rzeczy się nie odmawia. Choćby się chrypiało z leksza.
- A mi też?! - Młoda przecież nie może być gorsza.
- Jasne.

Starszy wybrał Koziołka Matołka a Młoda - Kubusia Puchatka. Kubusia Puchatka to w sumie czytałyśmy we dwie - ja litery a córka obrazki. I znowu tuli tuli, cmok, cmok i do spania sio.

Łyknęłam garść leków na przeziębienie i sama wpakowałam się do wyrka swego. A co. W końcu doczekałam się chwili ciszy i wolności i ukojenia
 - A mogę przyjść do ciebie - się wydobyło z pokoju dzieci - chcę się przytulić...
- Pewnie. Sie pytasz!! - tyle razy mówiłam dzieciakom, nie pytać przyłazić, ale widocznie wiedzą swoje. Hm...Że kultura zobowiązuje do pytań!!! Ha, ha, ha...
Młoda przyleciała z bananem na twarzy. Mruknęła kocham cię mamo i po chwili zasnęła.
A ja zasnąć nie mogłam. Odłożyłam książkę i dla odmiany włączyłam tv. Leciał program o internecie. O pułapkach w sieci,  jakie sami sobie tworzymy. Pracodawcy kontrolują pracowników. Łatwo jest wyśledzić wszystko. Jedno zdanie żyje swoim życiem. Co wpadło, nie wypadnie. Internet nie zapomina. Pamięta wszystko. Warto dać się zapomnieć. Nie wchodzić. Odejść. Może w życiu nie ma drogowskazów, ale są znaki. Kolejny znak. Myślenie przybrało na intensywności. A rozważam to od od od.
Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by móc otworzyć inne. Trzeba nauczyć się zamykać drzwi, by nie stać w przeciągu, kiedy otwieramy następne drzwi. Stojąc bowiem w przeciągu łatwo można nabawić się kataru. Nie ma to jak zdrowie. A kich. Albo drzwi mogą nam przywalić w głowę. A głowy lepiej nie tracić.
Program sobie leci, myśli sobie płyną..... BACH.
- Co to było? 
- Nie wiem. Może coś spadło?! - mruknął T. Też faceta coś zmogło coś, bo oderwał się od kompa.
- Może. Hm, ciekawe co?
Program sobie leci, myśli  przetaczają się przez głowę  ...Jeeeeeeezzzzzzzzzzzuuuuuuu!!!!!!!!!
-Cholera, Zygmunt nie piszczy! 
- Ze co? - słyszę po mruknięciu mruczącym, że T tracił kontakt ze światem.
- Nosz kurde, kółko nie skrzypi, ty on uciekł!!!
- E ..
Podeszłam do klatki. Klatka zamknięta. Domek pusty. Nigdzie śladu Zygmunta. Sierciuchdał drapaka. W mordę jeża. No nie zasnę i tyle.
Siedzę i nasłuchuję. Wołam. Gwiżdżę. Nic. Zaszył się gdzieś. Skubaniec!
Pierdolca idzie dostać!








wtorek, 26 lutego 2013

s t r a c h

Wieczorem dzieciaki zaczęły pokaszliwać . Uuuuuu, niedobrze. Mnie zresztą też zaczął świat falować. Wieczorne szprycowanie i sen. Może minie wraz z nocą? Oby.

Godzina 6.35, wstaję jak zwykle, codziennie, do znudzenia, klnięcia pod nosem, niewyspania. . Godzina najlepszego snu. Wstaję nie żyjąc. Jakby mi było mało to przeziębienie rozwinęło skrzydła. Kosmos, normalnie.
Wylazłam z wyra. Siedzę i składam rzeczywistość w jeden kawałek. Nie jest dobrze...
Patrzę, a tu jakiś poruszający się cień . Magliny mam!!! Jak nie ryknę zachrypniętym gardłem:
- AAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
Tak straciłam głos.
A cień przybiegł do mnie. CHOMIK!
Kurde, znowu zbój sobie sam wylazł z klatki! Przyleciał do mnie i myk na ręce. Musiał nieźle poszurać, bo jak dopadł do picia do pił i pił i pił.
Chomik duszę ma-nasz smyk! ha, ha, ha.

Syn wstał, córka nie. Budziła się budziła w końcu zachrypniętym głosem powiedziała:
- Ciężko wstawać.

Została w domu, a Starszy poleciał do przedszkola.

- Ooooo, mgła.
- Nooo, ktoś mleko rozlał.
- Szkoda, że nie mamy wiatraków.
- A co? rozgoniłabyś mgłę?
- Nooo, jak Myszka Miki.

To jesteśmy we dwie w domku. A moja fucha leży odłogiem. Ech.....














poniedziałek, 25 lutego 2013

zaplątanie

Przed godziną dziewiątą rodzinka podrzuciła mnie do chirurga, a sami pojechali do miasta a jakże wielce wojewódzkiego.
Wizyta u chirurga była szybka -zdjęcie szwów i do widzenia. Za dwa tygodnie będą wyniki i mam dzwonić. Wracałam sobie piechotką łapiąc nieśmiałe promyki słońca. Miałam uciechę na myśl co by było gdybym połamała sobie dwie ręce. Ale to by było. Aż strach myśleć hahahaha. Zza zakrętu wyłonił się były mój szef. Dzień dobry, dzień dobry.
_ Niech pani uważa, proszę  iść pomału, bo jest ślisko.
- Oczywiście. Uważam, uważam.
Kurde, oto anioł co czyta w moich myślach. Ahahaha. Doszłam do domu. Kule oparłam o drzwi. Szukam kluczy. Szukam kluczy. Szukam kluczy. Kurde ! NIE MAM KLUCZY!!!! O ja cię nie mogę, jak?! Brałam je przecież. Opadłam z sił normalnie. T  z matką gdzieś tam i co? I dupa blada.

Same kołki, normalnie.




Zadzwoniłam do T. Dopiero co dotarli na miejsce i nie wiadomo, kiedy wrócą.

- Ale przecież brałaś klucze
- Wiem, ale ich nie mam. Trudno. Poradzę sobie.
- Ty naprawdę trzepnięta jesteś.
- Zaraziłam się od ciebie.

Zadzwoniłam do kumpel. Bezrobotnych, sztuk dwie. Bo robotne to grzeją krzesła czy kawę pija w pracy o tej porze. Okazało się, że bezrobocie szurało po chodnikach miejskich.

- Szlag, hahahaha, że też nie macie spania!

Trudno. Sąsiad z naprzeciwka zapraszał na kawę, ale podziękowałam. Nie będę głowy zawracać. 

Zasiadłam na schodach, muza w uszy, telefon w ręku i jest miodzio. Jak za dawnych szkolnych lat. Tak naprawdę człowiekowi do szczęścia niewiele brakuje. Wow, odkryłam, że w telefonie mam sudoku. O, żesz! A telefon mam dwa lata.Wciągnęło mnie i nagle zrobiła się godzina 11.00. Cudownie. Nadszedł czas, by wyruszyć do kolejnego lekarza. Taki dzień bonusów. I znowu szłam sobie w nieśmiałych promykach słonecznych brechtając się pod nosem ze swojego roztrzepania.
Dotarłam do przychodni. W przychodni jest genialna rzecz- WC!!! WC!!! Wpadłam, co za ulga!!! Ręce trafiły do kieszeni bluzy i........cholera!!!!! mam klucze!!!!!!!! Mam klucze?!!!!!!! Ryknęłam śmiechem. Nie wierzę.

Trzeba być niezłym zakrętasem- by siedzieć pod własnymi drzwiami z kluczami w bluzie. Boże, pomożesz czy jest już za późno?!?!


Zadzwoniłam do mamy, że klucze znalazłam, że były w bluzie. Nie dokończyłam.  Mama  tak zaczęła się śmiać, aż telefon wyłączyła. A chciałam powiedzieć, że nie muszą się spieszyć. No ale to chyba logiczne.

Siedziałam  na kozetce w gabinecie pielęgniarki jak otworzyły się drzwi. Mama?! Nie wierzę. Co mi pielęgniarka wkłuła?! Miały być tylko testy pokarmowe. Niezłą mam alergię, jak mi się na oczy rzuca.
- Dzień dobry, Córki szukam. O jest, czekamy na ciebie. - i cieszy się na mój widok. Cieszy? Ona się śmieje.
- Jest, jest -pielęgniarka potwierdziła mechanicznie
-O cześć, dzięki. - udało mi się wykrzesać z siebie.

T z mamą, jak tylko załatwili sprawę, szybko wrócili do miasta naszego. I choć prosiłam, by nie przyjeżdżali to jednak wpadli do przychodni. Cali uchachani.

- Cała Arte. Oj, córa córa..
- I ja mam z nią żyć?! Po takim czasie to to przeterminowane ani oddać ani wyrzucić bo jednak żal...

Żartowali ze mnie do wieczora....




Poniedziałek zaczął się przepięknie.
A że przyganiał kocioł garnkowi....Wieczorem T. poszedł wynieść śmieci. Tyle, ze zapomniał je wziąć. 










niedziela, 24 lutego 2013

chirurg




Chirurg rzeźnik zrobił mi "chrząszczyki" na nogach. T jak zobaczył, padł:
- Szkoda, ze nie naciągnął ci skóry jak worka ziemniaków i po prostu nie obwiązał. Masakra.



Nogi mam opuchnięte. Ciocia, notabene pielęgniarka, mówi, jak zobaczyła moje giry, ze muszę zrobić coś tam Dopplera. Nie wiem, mam dość lekarzy. Kończę z nimi. Bo się normalnie rozkładam.
Mam dość tych kul. I wszystkiego. Nie znoszę uzależnień. Bycia skazanym na brak niezależności. Zawsze z tego co mnie dusi wychodzę. Z czasem odzyskuję rozum. A potem tracę oczy i znowu coś się wpierdzielam. Ha, ha, 
Oka zresztą o mało co nie straciłam. Córka wychodziła z w łóżka i oparła się ręką o moją głowę. A co tam. Tyle że palec wsadziła mi w oko. No.


Dzieciaki wyszły z łazienki. Myły zęby.
-A ty masz plamę na piżamie - mówi Młoda do Starszego w tonie "he he he he". 
- A ty też, patrz.
- Ale z wody To wyschnie.

- Mamusiu, jak chcę jeździć na rowerku.

- Ja też ale musimy poczekać na wiosnę. 
- Ale tym masz chorą nogę -córcia powiedziała to z taką nutą smutku, że nie  mogę
- Kochanie, ale to mija. Będzie dobrze. Będziemy jeździć na rowerach, zobaczysz. Niech tylko wiosna przyjdzie.
-No a jak będziesz mieć zdrową nogę to będziesz jeździć na rolkach.
-Pewnie. Może z Tobą. Kupimy ci rolki, co ty na to?
-Tak? Dziękuję! Dziękuję! Chcę różowe, Nie, fioletowe. Nie , kolorowe.
Zawsze coś chlapnę i dziecię nakręciwszy się nie chciało iść spać. Magia rozmów do poduchy.
- Mamo, a jak będę mieć urodziny to też będę mieć tort?
- Pewnie, i to taki duży.
- I będę dmuchać świeczki? -radocha, entuzjazm, włożone w każde słowo. Oo, rozkręca się.Ups.
-Jasne kochanie. 
-I przyjdą moi goście?
-Oczywiście
- I koleżanki też. Koleżanki to goście.
 - Jasne, kochanie. To będą twoje urodziny.

Kurczę, córka zabiła marudę we mnie. Entuzjazm wrócił. Jest jak jest i tyle. W końcu i to minie. Są rzeczy ważniejsze. Zresztą marudzić nie mam co. Bo mam na kogo liczyć.


oj, oj ,oj

Córka maluje. Nowy szał. Produkcja obrazków. Pół przedpokoju jest w dziełach, które schną. Nadeszła godzina kąpieli. Zaczyna się:
- Córa do łazienki, czas kąpieli.
- Zaraz, maluję
- Już dostałaś czas dodatkowy, kończ i sio do łazienki!!!
-Nie, bo muszę dokończyć
-Czy ty chcesz żeby mnie trafiło? wiesz ze ze mną nie ma żartów!
-Oj, oj ,oj
Ahahahaaha, rozbroiła mnie więc myślę, ze dam jej jeszcze 5 minut Trzecia minuta:
 - Mamo, skończyłam. Mogę iść się myć.



jubil

Ja się zabijam w kuchni, a dzieciaki malują


Budowa z klocków syna



Dzień był zdecydowanie poszurany. Milion spraw do zrobienia, a tylko parę godzin. Plus moje szaleństwo wynikające z ułomności ciała, które deorganizowało logiczne myślenie. Zaczęłam sobie w ramach ulgi wargować na T. A jak. Każda baba ma zawsze jakiś problem, bo jak nie ma problemu nie jest babą.
W międzyczasie wpadła mama:
 - To co jedziemy?!
T miał mega mocny dzień także i ruchy, który doprowadzają mnie do obłędu. Wyniosło mnie pod sufit. Z łazienki. Z suszarką w ręku. Zawsze w ramach obrony mogę zrobić wichurę i kogoś może wywiać.
Mama z T stanęli w progu zastanawiając się, które kolano mi uszkodzić: czy te po artroskopii czy te po chirurgicznym cięciu. Zabawne, hehehe. No proszę jaka komitywa doskonała. Pogoniłam oboje. Rozbroili mnie normalnie. Wariaci. Wiedzą jak mnie uciszyć.




Potem zamknęłam się w kuchni i straciłam oddech. Nogi weszły mi do głowy. Szlag, kiedy odzyskam swoją sprawność, no kiedy?!!!

Imprezka u mamy. Dotarliśmy na czas co ostatnio bywa cudem. Tort, szampan, potem żarełko i wódeczka. Mama kończyła 65 lat- Jezuuuuu!!!! Nic tylko się napić.



Zadzwonił telefon. Wyskoczyłam do słuchawki, nie mogąc sobie odmówić zrobienia jaj jak przed laty.
 -Dobry wieczór. Rezydencja hrabiny J....S.... Hrabina nie może podejść bo siedzi na kiblu. W czym mogę pomóc? - w tle słychać mamę jak się drze bym przestała, reszta się brechta.
- Arte! Ty głupku, co ty mówisz? hahahahah - braciszek dzwonił, wiedziałam.
- Proszę pana! Jestem służącą hrabiny a nie głupkiem a hrabina już nadciąga. 
Mama zabrała mi telefon stukając palcem w głowę.

- Widzisz jaką masz powaloną siostrę  .......

 Towarzystwo było przednie, klimat jeszcze lepszy. Dzieci zasnęły w pokoju obok, pomimo zapowiedzi, że szaleć będą do północy. Padły po prostu. Zresztą ile można latać i drzeć się?
Sami wróciliśmy do domu. Kiedy odpływałam w łóżku T ryknął, ze po domu lata chomik. Ja piedzielę, co on mówi? Buhahahaha

- Ty chyba myszy widzisz? hahahahaha  Białe myszki buhahaha
- No mówię ci, że  sierciuch lata.
Podniosłam się z wyra, bo słyszę że chłop oszalał, patrzę a na progu pokoju stoi Zygmunt. Stoi sobie na dwóch łapkach niczym surykatka i się lampi cały zadowolony. Jakby nigdy nic.
- O żesz w mordę! Jak?!
- Nie wiem, sam jakoś wylazł z klatki, sprawdzałem jest zamknięta!
Zygmunt pognał w stronę łózka, prosto w moje ręce.
- Ty bestyjko mała jak się wydostałeś?
T odkrył, ze szczebelki z tyłu są rozszerzone. O ty cwaniaku. I z szafki zszedł? Skubaniec. Taki widok po imprezie naprawdę mógłby zabić.





piątek, 22 lutego 2013

fajny gość




Telefon mi ruszył !!!!  Rozmowa ma w sobie moc!!!! I buziak też. Hahahaha, mój cudny tel. Cmok, cmok, cmok.
Naprawdę go lubię. Bo nie tonie.

I dostałam kubeczek. O, taki fajniutki. Od T. A potem mnie zjechał za brak kapci i za zimne nogi.
Kurde, a zimne nóżki niczym przekąska ....



T to fajny koleś jest. No, kurde.



z krzyża zdjęcie



Mama postanowiła zadbać o duszę wnuka i  jakimś cudem namówiła go na Drogę Krzyżową. Po powrocie z kościoła okazało się, ze synkowi nie przypadł do gustu mszalny klimat. Był niegrzeczny, marudzący, płaczący. Full zestaw. Pełna opcja.

- Dlaczego synku tak zachowywałeś się?! co się stało?
- Bo mieliśmy iść na tą, nooooo....drogę krzyży, a nie na mszę.

No i jak matki nie udusić?!
Jak się bierze za coś to należy tłumaczyć. Każda ze stron uniknie rozczarowań. Elementarną podstawą relacji ludzkich jest rozmowa. Mówienie o swoich oczekiwaniach, o tym co będzie etc.
Muszę z matka porozmawiać. Ale po urodzinach.

Córkę "coś" bierze, mnie też. Jeszcze tego brakowało. Ech...