poniedziałek, 18 lutego 2013

chirurg

Ze snu wyrwał mnie ból. Godzina 4.00. Co z tą godziną?! Zawsze o tej porze dorywa mnie ból. Moje kolano, ja pierdzielę. Nieme wołanie w kosmos. Ani tak ani siak ani owak. Ból, zawieszenie, ból. Przetaczam się, wtaczam się, zaczynam ćwiczyć nogę. O dziwo, jakaś ulga. Zasypiam, i zerkam na zegarek i ćwiczę, zasypiam i zerkam 4.30, 5.00, 5.15, 6.35.....6.35???!!!! SZLAG!!!! Mam 25 minut na wyjście!!! Grrrr....
Ale dlaczego budzik mnie nie obudził? Miał dzwonić o 6.00!!! Nieważne. Wyrwałam z łóżka budząc  T.
-Szlag zasnęłam, wyprasuj mi spodnie i bluzę.
Skacząc na jednej nodze wskoczyłam do pokoju dzieci. Szybko skompletowałam ich ubranka. Pogniecione. SZLAG! Ubranka rzuciłam na deskę do prasowania. Prysznic.
- To też mam prasować?
- Nie, tak sobie leży!
- Nie możesz normalnie odpowiedzieć?
- A ty normalnie pomyśleć!
-Nie chcę wstawać. W przedszkolu jest nuda. Życie jest niesprawiedliwe - wydobył się jęk spod kołdry. . Jeszcze tego brakowało! Nie znoszę marudzenia. Wiek lat sześciu -wiekiem odwiecznego udręczenia.
 - A może jakieś cześć kochanie?! Cokolwiek? -Rozmowy w biegu. Dwutorowe. Faceci. A ja nie mam czasu się przekomarzać, dyskutować. Jestem w biegu!, a jak biegnę zamieniam się w konia, piana na pysku, no nie jest dobrze. O słowo za daleko i może być jazda.
- Nie wstaję dzisiaj!!!!! Nie! nie! nie! -zabulgotała kołdra.
-Synek weź, kurde, nie marudź, mniej litość. T powiedz coś swojemu synowi. Kurde, synu, życie takie jest. Wyłaź z wyrka.
- A Młoda? Ona nie idzie do przedszkola?!-no tak odwiecznie patrzą w swoją stronę -  a ona? a on?
- To wstawaj i budź Młodą. Ja spadam. Się trzymajcie.

Poleciałam na rehabilitację. 0 7.40 "wbiegłam"na salę. Lampa, ćwiczenia -godzina z głowy.
Z rehabilitacji poleciałam prosto do chirurga. Wizyta na 9.00 zamieniła się w wchodzenie według listy. Mój numer 7. Skazana na czekanie czekam. Przypłynęły starsze panie w odstępie minutowym. O trzecia się pojawiła. A tam gdzie są baby pojawia się problem.
- Miałam przyjść na 9.30 i jest moja godzina- rzekła jedna z nich.
 -Ale my tez tak mamy. Tutaj godzina podawana jest na oko. Na drzwiach wisi lista kto kiedy wchodzi.- tłumaczy babka babce.
- Oj, ja nie wiem, nie wiem...
I takie gadanie. Po próżni. A zresztą nudę lepiej zabić gadaniem. Jak baby. Ha!, nie wytrzymałam.
- Proszę pani, ja miałam na 9.00 i siedzę, bo wchodzi się według listy. To takie proste, bo jest lista.
- O, a ja mam numer 7 -rzekła jedna z nich.
- Hahahaha, chyba nie tutaj, bo to akurat to mój numer.
- To może źle zobaczyłam? Okularów nie wzięłam.
- To proszę podać nazwisko i już pani mówię, która pani jest - wyrwałam się pod drzwi. Przeczytałam. Proszę. "Nie ze mną takie numery, Bruner, hehehe"
I gadanie. Gadanie. A ja tam czasami pogadać mogę. Co mi tam.
- Ale ten facet długo siedzi.
Może ma zabieg?
- Zabieg? Zabiegi robi się w szpitalu!
-W jakim szpitalu? Ja idę na zabieg i miałam przyjść tutaj, a nie iść do szpitala. Zresztą, ma pani napisane gabinet zabiegowy. To co? Zabiegają o coś?
- Może ma pani rację. Ale zabieg tutaj?
 - A w czym problem. Zastrzyk, wycięcie i koniec.
- Hahahaha, to takie proste? hahahaha
- No a jak.
- Jejku a pani taka młoda i o kulach. Co złamanie?
- Nie, uszkodzenie innego kalibru.Ot, cena za głupotę ludzką. Koleś miał w nosie przepisy BHP i wpadłam w dziurę. Takie życie.
- Ale pani ubezpieczona? Bo teraz młodzi ludzie o nic nie dbają.
I poszło: praca teraz a dziś. Ach, te dzisiejsze czasy...
- Wie pani, w tym miejscu 25 lat przepracowałam. Kiedyś tutaj były biura fabryki....
I czas mijał.
W końcu doczekałam się. Rzucając z uśmiechem do babek:
- A ja będę długo! -weszłam do gabinetu.
Podpisałam zgodę na zabieg w znieczuleniu miejscowym i do dzieła - wycięcie dwóch "wysepek" powstałych wskutek ugryzień owadów. Uf, pozbędę się tego. Zastrzyk, auć i cięcie. Patrzę i nie wierzę.



Lekarz długą niebieską nić ciągnie. Kurczę, jaki zamach. Szwy zakłada?! O!o!
- O cholera! - wyrwało mu się
"O cholera" zabrzmiało jak o cholera!!!
 - Cholera! -tym razem mi się wyrwało. Chirurg wyprostował moją nogę po artroskopii, by dorwać się do następnego znamiona. Fuck!
Drugie cięcie, szycie.
Założenie opatrunków i do zobaczenia za tydzień. Wycinki poszły do badania histopatologicznego. Fajna norma. Ale nie czuję zagrożenia, ani obawy. Tja, bo jeszcze raka brakuje mi do szczęścia, hehehehe...tfu, tfu, tfu.
Miała pani rację. Długo pani była. 
 - A, mówiłam!
Stojak. Kurtka. Kule poleciały. Jak zwykle.
- Ja pani potrzymam.
Hm, ciacho. Hm, a może by tak rwanie na kulę. Rwanie, rwę hehehe grunt by nie na kulszową.
- Dziękuję. No widzi pan, nie pod drodze mi z laskami. Mam ich dość. Wiecznie lecą.
- Na mnie mogą lecieć.
Lekka wymiana zdań. Chichot.
- Dziękuję. Do widzenia.
Wyszłam. Szlag, już jest 10.50! a na 11.30 mam kolejną wizytę. Dzwonię do T. Kule wyleciały mi z rąk, a za nimi telefon. Zbieram się na chodniku. Tu bateria, tu kula, tu telefon. Jak łajza. Nie wierzę. A na syna krzyczę. Po kimś on to ma!
T przyjechał. Szybkie śniadanie, kawa i  wypad do alergologa.
Testy. Siedzę nakłuta. Spoko. Za tydzień następne badania i wizyta.
A miałam unikać białych fartuchów. No mega.
13.00 -wolność!!!!!!
Co za poniedziałek.

Kawa u mamy. Ha, ha, ha, wujostwo jeszcze było. A mówili, że będą jechać rano, hahahaha.
- Jest nam tutaj dobrze. Może nie pojedziemy w góry? -zaczęli żartować.

Dzień minął nie wiadomo kiedy. Jutro nastawiam opcję -nuda!Niech no tylko coś się wydarzy! Ja nie przewiduje nic.Kalendarz -ups, szkoła. Idziemy z synem na rozpoznanie terenu.
Jezu, a nie tak dawno nosiłam go na rękach.

Wieczór. Dzieciaki zgodnie władowały się do naszego wyrka. Ale w wyrku zabrakło zgody.
- Noooo, Starszy nie zabieraj mi kołderki! Mam za mało kołderki !!!! - buuuu....Młoda zaczyna koncert.
- Ja nic ci nie zabieram!
- Mamooooo! ja nie mam kołderki!!!!
- Mamoooo! ja jej nie zabieram!!!!
Wkraczam do akcji. Rozmowa. Zgoda. Wychodzę. Ledwo siadam.
- Maaaaamoooo!!!! A.....
Zaczyna się od nowa. Wysyłam na misję T - nie chcą taty.
Co za poniedziałek. Chcą mnie dobić do końca. Mnie?!Wychowana na filmach z Norrisem nie poddałam się. Dobiłam ich ja! Zasnęli.
Druga wolność!






o worku

Życie jednak nie trwało za długo. Czas wspólnej zabawy został zakłócony przez brak swobody ruchu. Nie znoszę ograniczeń. I trafiło mnie. Ta kontuzja dobija mnie. Masakrycznie. Zawiesiłam pysk na płocie "jest do dupy" i poszłam się zaszyć. W książkę.
Walka kogutów- obrzydliwość. Ale każda kultura ma coś na sumieniu.

Popołudniu wpadła rodzinka. Rodzinka przyjechała w sobotę i zatrzymała się u mamy. Pędzą znad morza w góry. Przystanek -my.

- Cześć kaleko rodzinna. kiedy przestaniesz się psuć?W góry musimy jechać.
- No to dawajcie mi ten wór!!!
- Wór? Jaki wór?!
- Noooo, wór szczęścia, hahahahaha. Nie przywieźliście?!

Fajni ludzie. Spotkaliśmy się 4 lata temu nad morzem  i  do tej pory miłość wzajemna trwa. Widzimy się gdzieś na wakacjach. Nowa tradycja stała się starym zwyczajem.Więc starym zwyczajem może i tym razem spotkamy się na szlaku. Wujostwo rzekło, że koniecznie musimy temat przemyśleć, bo jestem motorem napędowym i ich przegonię. Jasne, hahaha. Najlepsza opcja - razem na 2 tygodnie. Pole biwakowe obowiązkowo! Kusząca wizja kuszącego towarzystwa.

Starszy wpadł w opętanie. Dostał tela i pyka. Nie miał czasu by  pożegnać się z wujostwem. Nie oderwał głowy, ani oczu od gry, a grając jedną ręka wystawił drugą na "cześć", a potem nadstawił policzek tzn przechylił głowę i "całujcie mnie". Zero zainteresowania światem- wsiąkł w grę.

Bez oderwania głowy - zegna się. Głowa otrzymała kazanie


- Hahahaha, ale agent - uśmiało się wujostwo -jak nasz wnuk.

 No tak, miły jest, w końcu mógł w ogóle nie wyjść.

Do zobaczenia za 2 tygodnie!




niedziela, 17 lutego 2013

o! :)

Obudziło mnie:

- Ja chcę jeść!!!

7.30 - ja się zabiję. Drugie pisklę tez otworzyło dzioba mówiąc, że chce pić.
Poranek niedzielny tym razem należał do mnie. T wrócił z koncertu Bóg wie o której, niech śpi.
Lubię spać jak nie muszę robić nic.
No nic.


Świetna wiadomość z rana.

http://kultura.onet.pl/ksiazki/artykuly/trudy-dojrzewania,1,5421708,artykul.html

Zapomniałam o tym gościu, a Middlesex - rewelacja.


Młoda domaga się komputera. Chce grać. Aha, po moim trupie. Świat gormitów, jednorożców, księżniczek i atakujących zamek miśków czas wdrożyć. Lubię się bawić. I słuchać śmiechu dzieciaków.
To jest życie.







sobota, 16 lutego 2013

potworzasto



Wieczór. Córa, nie dość, że wlazła mi do wyra to na dodatek zażądała mojej obecności. Próbowałam się wykręcić ćwiczeniami. A ona swoje:

 - Możesz tutaj ćwiczyć. Mamo, pokaż potwora - i zaczęła się chichrać.

Cwaniara.
Młoda  na moje kolano mówi potwór, po tym jak do śladów po zabiegu, które wyglądały jak oczy, domalowałam resztę twarzy. I zaczęło się...


Nocne straszenie koszmarnym kolanem






kawowo


JEST! JEST JEST! Mogę rowerek zrobić i nie zapłakać się. Trala la la




Nie wierzę. Każdy ma smak swojego sukcesu. Ja mam powyżej skarpetkowy. Delektując się nim nie mogę zaprzestać machania nogami. Jaka radocha. Nie wierzę. Radocha dopóki nie powali bólem. Ale przecież większość zwycięstw poprzedzone jest cierpieniem. 

A to będzie wyzwanie :)
Model kiepski, ćwiczenie niezłe. Bo skoro już piłkę mam to pójdę za ciosem.



Kiedyś. Ha, ha, ha ...

Kurczę, muszę się wziąć za ogół. Dzisiaj wyszłam z dresów, założyłam spodnie i ....zatęskniłam za dresami. One nie są aż tak przygniatające. I nic się nie wylewa. I są takie wygodne.
Ale krówki kupiłam. A co tam. Power musi być. Do redukcji. Rekonstrukcji. 

Wieczorem też miał być power. Ale gucio. T idzie na koncert beze mnie. Rodzinka wpadła do mamy, więc zostaję z dziećmi. A niech chłop korzysta, póki kuleję. 

Dzieciaki ogarnął szał maskotkowy. Kiedyś maskotki były większe od dzieci. A teraz czas zmienił proporcje. Są na równi.



Na dobranoc dzieciaki padają ze śmiechu - Świat Małej Księżniczki. Super.Też lubię.



_________


Kawa luwak najdroższa na świecie. Za kilogram płaci się 1000 euro. Nieźle jak na nasiona wyciągnięte z kupy cywety. No kurde, za przepalony odchód tyle płacić, nooooo .... świat jest jednak szalony.


Jak się okazuje to ludzie dla poszukiwania wyjątkowego smaku kawy grzebią też w kupach innych zwierząt


Warto jednak podróżować, choćby przewracając strony książek. Choć tyle. Choć lepiej nie wiedzieć o jedzeniu w dzisiejszych czasach za wiele.

A ja wciąż coś odkrywam. I wciąż życie mnie zaskakuje.
Dzisiaj np. spostrzegłam, że dwa kwiatki mi odeszły. Na amen kaput. Kurde, a tak starałam się. Znowu nie wyszło.
Ale chomik żyje. Jeszcze. I ma się dobrze.

- Mówiłem ci, ze są kwiaty, które częściej się podlewa niż kaktusy. Nie wystarczy raz na tydzień.

Mądraliński lubi się "powymondszać", a telem się nie zajął. Ech, życie...




piątek, 15 lutego 2013

katastrofa

Odnotowując fakt:

http://wiadomosci.onet.pl/wideo/ziemia-o-pietnascie-i-pol-minuty-od-katastrofy,115206,w.html

zastanawiam się:
Kto rzucił kamyczkiem?
Ciekawe w co celował.








Ganesha

Opętani grami. Siedzimy w kuchni przy kawie, przy planszy. Magia czasu, który stanął. Czas wspólny- magiczny po prostu. A do tego walka umysłów. 



 - Nooo, Starszy, zajmij się swoimi grami! -Młoda nie wytrzymała komentarzy brata, który wciąż ją instruował. Oj, Młoda nie da sobie w kaszę dmuchać. 

No pięknie, dzieciaki grają a ja siedzę w książce. Stare i nowe czasy zderzyły się na kanapie. Technika kontra literatura. Ja wam dam dzieciaki, ale nie teraz. Technika potrzebna, ale bez wyobraźni to tylko zamuła. Więc dzieciaki mus odmulić.
Siedzę i czytam. Wędruję po Bali. Skoro za oknem śnieg tu uciekłam na wyspę. 


 Blondynka na Bali - Beata Pawlikowska

Panowie ofiarowujcie swoim kobietom codziennie świeże kwiaty -ułaskawia bóstwa i demony :)))


Ganesha, słoń ...trąba do góry to szczęście. Hm ...



Źródeł słoniowego amuletu można się dopatrywać w hinduizmie. Powszechnie czczone bóstwo o głowie słonia, noszące imię Genesha to syn Sziwy i Paratwati. Hindusi uważają go za boga przynoszącego szczęście i możliwości.


No proszę ....znowu hinduizm. Ech...

A ja mam swoje "tłuściochy". Czy chcę czy nie chcę. Ale już chcę. 




Choć facet to też coś ma z Geneshy.
Trąbka do góry uszczęśliwia.
Dobry facet to bóstwo.
Znowu magia wkracza w życie.





cud?




Poranny spacer na rehabilitację wszedł mi w krew. Fajnie rano się przejść, poćwiczyć. Powrót  i śniadanko. Śniadanko bajecznie smakuje po spacerku. Ale dzisiaj nic z tego, jeden kęs, przepakowanie plecaka i wymarsz do lekarza. Zaprzęgłam się w kule. Wyszłam. Jezu, jak późno. Kule za mną nie nadążały. Słuchawki z uszów też wypadały. Popędziłam.

Spotkanie z białym kitlem.

- No pięknie, jest poprawa, czasami jednak pacjenta trzeba ochrzanić.

Radocha wielka, aż uszy zatkało. Do uszów jednak coś dotarło, coś takiego zlepione w całość:

- Widzi pani, a niektórzy przyjdą i co myślą, że się pokaża i co? Potem jak niesprawne kolano to nie wiadomo co z nim zrobić. Za późno na ćwiczenia, nie ma jak wiązadeł wstawić. Pani musi ćwiczyć, potem zobaczymy. Pani nie ma wiązadeł. Więc trzeba wyćiczyć i potem zobaczymy co dalej. Jak kolano bedzie uciekać ponowna operacja.

Że co?!!!!! Że co???!!!!  Że co ???!!!!
Nie chciałam się pytać, myśleć, psuć cudownego nastroju. Jest postęp, jest dobrze, bedzie coraz lepiej. Mówił o innych, nie o mnie.
To nic, że boli. To nic, że co noc o 4 nad ranem budzę się z bólu. To nic. To przejdzie wraz ze zginaniem.
Ja przecież wiem i czuję, ze jest coraz lepiej. Fajnie, ze biały kitel też to zauważył.
Idę ćwiczyć.
Wyjdę z tego.
Zawsze wychodzę z opresji cało.


czwartek, 14 lutego 2013

Syn gra na komputerze. Kolejny raz nie przeszedł etapu.

 - Czy ja płacze? Nie płaczę. Łzy mi tylko lecą.

Padłam. Rzucił tekstem, nie łzami.

Wyrabia sobie charakter.

z jajem życie musi być

Z samego rana przyleciała mama. Z torcikiem. Dla nas.






I dostaliśmy po aniołku.
- Niech aniołki chronią Was. Ciebie, Arte, szczególnie...




***
Zasiadłam w fotelu.  I pomyślałam. Zebrałam fakty do kupy. A z kupy wyszła historia. Historia, której nie chcę opowiadać. Bo jest z kupy.
Pomyślałam, powiązałam.
Za dużo pecha w mym życiu, za dużo dziwnych rzeczy, znajomości, niepokojących snów.
Analiza.
Zbieg okoliczności?
7 lat chudych?
Urok?

"Jeśli niesprzyjające zjawiska powtarzają się, ciągle wszystko idzie źle i nawet to, co według wszystkich znaków powinno się udać okazuje się porażką – być może ktoś rzucił na ciebie urok. Tak twierdzą wróżki, które z urokami mają do czynienia na co dzień. Klątwy rzucają ludzie źli, zawistni, ale jednocześnie bardzo silni. Mają wpływ na życie drugiego człowieka i chcą je zniszczyć. Z zazdrości albo z zemsty. Zawsze znajdą powód do czynienia zła."

Aha! Mam!

A jednak!
W necie jest wiele podobnych historii. Uf, nie świruję. Są tacy ludzie źli. Nie wiedzieć czemu.
Trudno. Nie moja broszka. Moją broszka jest życie me. I bliskich.

Ok, spokojnie Arte - jak się coś rzuciło, można wyrzucić. 

Czytam więc dalej - jak uwolnić się od złych sił. No bo kurde ile mogę być ofiarą?

MAM!!!!

Jajko! w nim tkwi siła! Czytam - jajko należy umyć, wysuszyć, ktoś powinien robić kręgi nad głową, potem po kręgosłupie jajem pojechać.....Po skończeniu oczyszczania głowy, przeciąga się jajkiem wzdłuż kręgosłupa – poczynając od kości ogonowej, a kończąc u podstawy czaszki. Następnie zatacza się spiralne ruchy jajkiem z góry na dół do momentu, aż osoba oczyszczona poczuje wyraźną ulgę.
Ulala.
Jajo, jajo ....myśli toczą się jajami. Po jaju. A ja jaj!
To dość intymne. Kość ogonowa.
Intymne .......jajo ....intymne ........jajo.
Jajem toczą się myśli me.

MAM !!!!!!!!! skoro mają być jaja .....



 - T. zostanie szamanem mym!!!! Szeptuchem .....

Niech szura jajkami po mym kręgosłupie.


Walentynkowy taniec na przegnanie zła. Bo w końcu co nas może uratować jeśli nie miłość. Prawdziwa miłość. Bez zła. Za to z jajami.