poniedziałek, 18 lutego 2013

o worku

Życie jednak nie trwało za długo. Czas wspólnej zabawy został zakłócony przez brak swobody ruchu. Nie znoszę ograniczeń. I trafiło mnie. Ta kontuzja dobija mnie. Masakrycznie. Zawiesiłam pysk na płocie "jest do dupy" i poszłam się zaszyć. W książkę.
Walka kogutów- obrzydliwość. Ale każda kultura ma coś na sumieniu.

Popołudniu wpadła rodzinka. Rodzinka przyjechała w sobotę i zatrzymała się u mamy. Pędzą znad morza w góry. Przystanek -my.

- Cześć kaleko rodzinna. kiedy przestaniesz się psuć?W góry musimy jechać.
- No to dawajcie mi ten wór!!!
- Wór? Jaki wór?!
- Noooo, wór szczęścia, hahahahaha. Nie przywieźliście?!

Fajni ludzie. Spotkaliśmy się 4 lata temu nad morzem  i  do tej pory miłość wzajemna trwa. Widzimy się gdzieś na wakacjach. Nowa tradycja stała się starym zwyczajem.Więc starym zwyczajem może i tym razem spotkamy się na szlaku. Wujostwo rzekło, że koniecznie musimy temat przemyśleć, bo jestem motorem napędowym i ich przegonię. Jasne, hahaha. Najlepsza opcja - razem na 2 tygodnie. Pole biwakowe obowiązkowo! Kusząca wizja kuszącego towarzystwa.

Starszy wpadł w opętanie. Dostał tela i pyka. Nie miał czasu by  pożegnać się z wujostwem. Nie oderwał głowy, ani oczu od gry, a grając jedną ręka wystawił drugą na "cześć", a potem nadstawił policzek tzn przechylił głowę i "całujcie mnie". Zero zainteresowania światem- wsiąkł w grę.

Bez oderwania głowy - zegna się. Głowa otrzymała kazanie


- Hahahaha, ale agent - uśmiało się wujostwo -jak nasz wnuk.

 No tak, miły jest, w końcu mógł w ogóle nie wyjść.

Do zobaczenia za 2 tygodnie!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz